Listy z podróży po Ameryce/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Listy z podróży po Ameryce
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom II
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Całe Listy z podróży
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy z podróży jako ePub Pobierz Całe Listy z podróży jako PDF Pobierz Całe Listy z podróży jako MOBI
Indeks stron
IV.
Koleją dwóch Oceanów.
I.

Gdym pomyślał, iż będę pierwszym z Polaków, który z naocznych wrażeń opisze wielką koléj dwóch Oceanów, myśl ta tyle nadała energii i pośpiechu moim czynnościom, że już piątego dnia po przybyciu do New-Yorku, znalazłem się wraz z towarzyszem moim, na zachodnim dworcu, z którego koléj wychodzi do Chicago. Załatwiwszy sprawę z rzeczami i wykłóciwszy się z zawiadowcą stacyi, który jako prawdziwy yankee, chciał nam koniecznie sprzedać drogo sznur do obwiązania jednego z pakunków, ruszyliśmy w kierunku Wielkiego Zachodu. Wyjechaliśmy z New-Yorku w nocy; dlatego brzegi Hudson-River widziałem tylko po księżycu. Szczęściem noc była jasna od księżyca i od śniegu, który pokrywał okolicę, mogłem więc dowoli paść oczy przepysznemi widokami rozpościerającemi się po prawéj i lewéj stronie kolei. Ogromna, szeroka rzeka błyszczała jakby taśma srebrna. Na brzegach stały nieruchome, milczące czarne lasy; okolica wydawała się, zwłaszcza po nocy, dość dzika i dziewicza, a fantazya moja zaludniała ją indyanami i bawołami, po których, mówiąc nawiasem, ślady już zatarły się w tych stronach, i o których tu urodzeni i wzrośli mieszkańcy nie wiele więcéj wiedzą od mieszkańców Warszawy albo Lublina.
Jakkolwiek, wskutek stosunków łączących mnie z pewnym młodym tłómaczem geografii Gutego, wiadomości moje geograficzne równają się wiadomościom przeciętnego trzecioklasisty, mającego przeciętną nadzieję promocyi do klassy czwartéj, wyznać jednak muszę, że Amerykę, a przynajmniéj Stany Zjednoczone wyobrażałem sobie jako kraj daleko cieplejszy. W Europie, w Belgii, Francyi, a nawet i Anglii, zostawiłem za sobą wiosnę, wody szeleszczące i zieleniejącą ruń zbożową; tu zaś na szerokości geograficznéj Włoch południowych, śnieg leżał na polach, powietrze było surowe, dojmujące, a drzewa, wśród ciemności nocnych rysowały się w twarde bezlistne kontury. Hudson-River nie była jednak zmarznięta, widziałem bowiem wielkie parowce przerzynające spokojną toń téj szerokiéj rzeki, co, zwłaszcza nocą wspaniały przedstawia widok. Wkrótce jednak rzeka znikła nam z oczu. Pociąg biegł drogą wyżłobioną w skale, któréj wysoko wznoszące się po obu stronach ściany, zakrywały zupełnie krajobraz. Chwilami przelatywaliśmy przez tunele, ale przelatywaliśmy wcale nie z ową osławioną szybkością amerykańską, o któréj tyle poprzednio zdarzało mi się słyszéć i czytać. Przeciwnie nawet, do dzisiejszego dnia tyle już najeździłem się rozmaitemi kolejami amerykańskiemi, iż mogę powiedziéć napewno, że wszelkie opowiadania o szalonéj jeździe są wierutnemi bajkami. Pociągi amerykańskie, nietylko nie chodzą prędzéj, ale chodzą bez porównania wolniéj od zwyczajnych europejskich; z wyjątkiem tylko nadzwyczajnych pociągów, które bądźto dla fanfaronady, bądź dla oryginalności, lub nakoniec interesu, przebiegają takie naprzykład przestrzenie, jak z New-Yorku do San-Francisco w ciągu trzech dni i trzech nocy.
My jechaliśmy siedm dni i siedm nocy, wprawdzie bez przestanków dłuższych, jak godzinę lub dwie, ale tak, jak jeździ np. u nas kolej Terespolska. Nie wliczam jednak w tę rachubę kilkodniowego przymusowego przestanku na jednéj stacyi, na któréj zasypały nas śniegi. Przez owe siedm dni mieszka się w wagonie, sypia w wagonie, jada w wagonie, a z czasem tak się do tego przywyka, że potém już i usnąć przez parę nocy nie można bez zwykłego kolejowego huku, i zwykłego kolejowego drżenia. Kto jeździ tak zwanemi Sleepingcarami, temu podobna podróż przechodzi dość znośnie; sypia się bowiem na łóżku mniéj więcéj takiém, albo nawet i lepszém, jak w domu; ale kto musi przepędzać noce w zwykłym wagonie, ten cierpi prawdziwe męki; w opowiadaniach bowiem o wygodzie i komforcie wagonów amerykańskich, tyle jest prawdy, ile w wieściach o kolejowéj szybkości. Zwyczajny amerykański wagon pierwszéj klassy, jestto ogromna buda, wzdłuż boków któréj stoją dwa szeregi ławeczek, każda na dwie osoby, środkiem zaś znajduje się miejsce dla przechodzących. Ławeczki te obite zwykle wypłowiałym welwetem, albo obdrapaną zieloną ceratą, są tak wązkie, że z trudnością mogą pomieścić dwie średniéj tuszy osoby, stoją zaś tak blizko siebie, że każdy, opatrzony trochę dłuższemi nogami śmiertelnik, rzeczywiście nie wié co z niemi zrobić, jeżeli zwyczajem wielu amerykanów, nie zechce ich oprzéć na poręczy następującéj ławki, chwytając w ten sposób, jakby w szczypce, głowę pierwszego lepszego pasażera.
W każdym z dwóch końców wagonów znajduje się przytém piecyk żelazny, w który posługacz kolejowy nakłada dzień i noc tyle węgli, ile się zmieści. Gorąco oczywiście jest nie do wytrzymania, swąd jeszcze większy od gorąca, pasażerowie spacerują po całym pociągu, konduktor raz poraz przetwiera drzwiami, zimny wiatr wpada z całym zapasem reumatyzmów; sąsiedzi żują tytuń, spluwają, jedzą, śpią: wszędzie największy nieład i nieporządek; na podłodze mnóstwo skórek od rozmaitych owoców, skorupek od orzechów, fajansowych spluwaczek, o które potykasz się co krok; jedni gwiżdżą, inni śpiewają, inni chrapią, dzieci wrzeszczą, mężczyzni zdejmują surduty, kobiéty są jak można do rosołu, słowem: istna zarwańska ulica.
Rankiem szczególniéj, wagon taki wygląda jak prawdziwe pobojowisko. Wśród tego chaosu krąży konduktor, wcale nie taki poczciwina jak w Europie, który klasyfikuje pasażerów na: „porządnych“ i „nieporządnych“ i rozsadza ich wedle téj klasyfikacyi, albo któremu daje się papierosa za to, żeby nikogo więcéj nie puszczał do przedziału; ale wielki konduktor, wielka figura, istny kapitan okrętu, który przełazi się ciągle po całym wagonie, siada w sleeping-carach lub drawing-roomach, zakłada nogi na nieprawdopodobne wysokości, zdejmuje surdut, przysiada się do kobiét, często jest wspaniałym, czasem wyniosłym, czasem majestatycznym: czasem wyniośle poufałym, lub lekko karcącym, a czasem opuchnięty po nieszczęśliwéj zamianie kilkunastu kułaków z jakim traperem, który znowu nie robi sobie nic nawet z osób tak wysoko położonych.
W ogóle na tych kolejach jest tak: jeżeli ty obrazisz konduktora, wyzwie cię na kułaki, popodbija ci oczy i wyrzuci z wagonu: ale jeżeli jesteś silniejszy, to ty możesz zgruchotać mu szczękę i wyrzucić z wagonu. Toż samo ma się rozumiéć i o tych dżentlemanach, którzy palą w piecach lub ścielą łóżka w sleeping-carach, choć zresztą, jak wszędzie tak i w Ameryce, kto się sam szanuje i awantury nie szuka, ten jéj nie znajdzie, owszem, jeżeli jest cudzoziemcem, będą go tu na swój sposób szanować.
W sleeping-carach, to jest w sypialniach wagonowych, albo jeszcze w tak zwanych: silverpalace Pulmana, panuje istotnie pewien komfort i większy porządek. Wieczorem przychodzi murzyn, wyciąga rozmaite szuflady w bokach wagonów i zamienia je w łóżka, które umieszczone są jedne nad drugiemi, w bocznych dłuższych ścianach wagonów, każda zaś jedna para oddzielona od drugiéj adamaszkowemi firankami. Takie dwa łóżka nazywają się sekcyą: łóżko dolne lepsze, górne gorsze; kiedy się podróżuje we dwóch lub we dwoje, zamawia się naprzód taką sekcyę, i ma się na noc jakby własny i to adamaszkowy buduar, podróżujący jednak pojedynczo i nie chcący płacić za całą sekcyę, mają prawo tylko do jednego łóżka, co jest nieprzyjemném i ambarasującém... ponieważ często się zdarza, że jedna i ta sama sekcya wypada nie na dwóch ale na dwoje.
Niéma w tém najmniejszéj przesady. Stary niemiec sprzedający cygara, który jechał razem z nami aż do Omaha, był współwłaścicielem sekcyi, któréj dolną, wygodniejszą połowę zajmowała również wiekowa i chuda jak śmierć miss. Każdego ranka oboje rzucali na siebie nader niezadowolone spojrzenia, co wieczór zaś biedny niemiec musiał gramolić się na górne łóżko, co czyniąc gniótł pościel dolnego i stękał jakby miał zamiar oddać w téj podróży duszę.
Taki zwyczaj w Europie pociągnąłby zapewne za sobą rozmaite mniéj więcéj skandaliczne następstwa. Amerykanie jednak nie znajdują w nim nic dziwnego. Tłómaczy się to łatwo nadzwyczajną czcią i szacunkiem, jakim tu otoczona jest kobiéta. Każda z kobiét, chociażby najmłodsza, jeśli tylko podróżuje sama, jest pod opieką wszystkich mężczyzn, którzy krwawo, bo poprostu pięścią, rewolwerem, lub w Stanach, gdzie panuje prawo lynch, nawet postronkiem mszczą się za wyrządzoną jéj obelgę, choćby to byli prości tylko górnicy, lub farmerowie. Swoją drogą czci téj i uszanowania nie należy brać za jedno z francuzką wykwintnością. Dżentlemanowie, którzy z nami jechali, jakkolwiek należący do wyższych warstw społecznych, bynajmniéj nie uważali za niestosowne chodzić w obec kobiét bez surdutów lub bez butów; a gdyśmy zwracali na to ich uwagę, odpowiadali, że rzecz nie w tém, i że zachowywanie takich czczych pozorów jest tylko blichtrem, poza którym kryje się podstęp i zasadzka. My jednak po staremu, trzymaliśmy się prawideł nie amerykańskiéj, ale naszéj polskiéj i europejskiéj dworności, która przez kobiéty tutejsze za najlepszą jest uważana.
Nazajutrz rano po pierwszéj nocy rozbudziliśmy się dość późno. Większość łóżek w wagonie była już poskładana; niektóre damy ubrane, a nawet wystrojone, piły kawę lub herbatę na małych stoliczkach stojących między kanapkami; dżentlemenowie w surdutach i bez surdutów wchodzili lub wychodzili z małéj ubieralni męzkiéj, umieszczonéj w końcu wagonu; konduktor siedział pod oknem z rękami w kieszeniach i z zaspanemi oczyma, męczony przez głośną czkawkę, i rzucał niezadowolone spojrzenia na obecnych, jakby dziwiąc się, że nikt nie poczuwa się do obowiązku powinszowania mu tak szczęśliwéj ulgi, jaką jest czkawka w sprawach trawienia; ja zaś poszedłem do okna, aby zobaczyć, jak téż wygląda Ameryka po dniu, przy świetle słoneczném.
Pociąg szedł teraz drogą otwartą i nizką na płaszczyznie, któréj krańce zamykały lasy drzew bezlistnych. Okolica była ludna. Po obu stronach widać było farmy z pięknemi domkami w stylu szwajcarskim, krajobraz zresztą dość podobny do polskiego. Gospodarstwa, o ile tę rzecz można ocenić w zimie, ani mogą się porównać z niemieckiemi, belgijskiemi lub francuzkiemi. Liche zabudowania gospodarskie, brak porządnych płotów zupełny, brak rowów: wszystko to przypomina zapadłe strony Podlasia lub Pińszczyznę. Ziemia znać bardzo urodzajna, ale téż dlatego może niedość starannie uprawna, smutno przedstawia się oku przywykłemu do pysznéj kultury w zachodniéj Europie. Wszędzie tu widać jakby jakiś pośpiech w zakładaniu gospodarstw, znać że nie miały jeszcze czasu ustalić się i przyozdobić. Miejscami, jakkolwiek jechaliśmy ciągle Stanem New-York, najludniejszym i najlepiéj zagospodarowanym ze wszystkich, domki farmerskie samotnie stojące wśród rubieży leśnych, widocznie świeżo co były wyszły z pod siekiery. Naokół ani drzew cienistych, ani sadów owocowych, ani znaku ogrodów; las tylko szczery, lub jak okiem dojrzysz, smutne osmolone szeregi pni wyciętych, miejscami stosy gałęzi i wiórów, tu i owdzie zaś wielkie kałuże pełne wody ciemnéj, błotnistéj, ujęte na brzegach w szarawą ramę brudnego śniegu.
Miejsca takie mimowoli przywiodły mi na myśl sceny trzebieży lasów, jakie tyle razy widziałem u nas; tu jednak mają one inne, mniéj złowróżbne znaczenie. Tu lasów, jeszcze dziś, wszędzie taka jest obfitość, że pionierowie, oczyszczający z nich kraj, prawdziwą mu oddają przysługę. Nieraz téż widzieć można samotnie domki stojące wśród lasów, a naokół domków uprawne już pola, które rok temu porastały jeszcze gąszczem leśnym. Dzień i noc słychać w tych okolicach huk siekiery, wystraszony zwierz i ptastwo cofa się coraz bardziéj na zachód, z każdym dniem niemal nowe przestrzenie z mroku leśnego wychylając się na światło dzienne, oczekują tylko rąk i pługów, ażeby zamienić się w łany zbożowe.
Z tém wszystkiém, z tego com się dowiadywał lub na com własnemi patrzył oczyma, mogę śmiało twierdzić, że amerykanie rodowici nie są w ogóle wzorowymi gospodarzami. Zbyt są ruchliwi, zbyt nie lubiący siedziéć na jedném miejscu, zbyt nareszcie pochopni do handlu. Dlatego jeżeli amerykanin kupuje ziemię, kupuje ją najczęściéj nie dlatego, żeby na niéj osiąść i zostawić ją dzieciom i wnukom swoim, ale zwykle na spekulacyą. Spekulant nabywa kawał lasu, lub dziewiczego stepu, co go bardzo mało, a czasem i nic nie kosztuje, ogradza go płotem, buduje dom, pogrzebie trochę ziemię i jako gotową już niby farmę, sprzedaje częstokroć z wielkim zyskiem emigrantom, lub téż miejscowym kapitalistom. Trzeba bowiem wiedzieć, że o ile w Stanach, a przynajmniéj w niektórych Stanach, ziemia rządowa dziewicza, nieuprawna jeszcze, sprzedaje się za niesłychanie nizkie ceny, albo może być i darmo objętą w posiadanie, o tyle znowu grunta już procentujące, położone zwłaszcza około wielkich miast, dochodzą do wartości nigdy w Europie nie spotykanych. Nie jeden szczęśliwiec, który darmo objął tyle gruntu, ile mu się podobało, sprzedawał go potém za pięćset i sześćset aż do tysiąca dolarów akr, jeżeli w pobliżu wyrosło nagle a niespodziewanie, jak się to często zdarza w Ameryce, jakieś wielkie i handlowe miasto. Tak stało się np. z gruntami leżącemi koło Chicago, w Illinois, które niedawno rozdawano jako nic nie warte weteranom przez rząd w nagrodę zasług, dziś idą prawie na wagę złota.
Wielu jednak spekulantów, dzierżących wielkie przestrzenie w pobliżu świeżo powstających miast, potraciło ogromne majątki, z miastami bowiem nie robią sobie wiele ceremonii w Ameryce. Zdarza się, że miasto powstaje gdzieś na pustyni i rośnie przez niejaki czas jak grzyb, potém, bądź to miejsce okaże się niewygodne, bądź klimat niezdrowy, bądź wyczerpią się bogactwa naturalne okolicy, mieszkańcy nie wiele myśląc pakują na wozy żony, dzieci, rupiecie, i ruszają gdzie oczy poniosą, a miasto jeszcze wczoraj kilkotysięczne, schodzi na nędzną osadę, albo i całkiem marnieje.
Kto jednak zajmie ziemię nie na spekulacyą, ale dla uprawy, a ma przytém jakie takie środki, ten rzadko na niéj traci. Często jaki emigrant, który całe życie klepał biédę w Europie, lub jaki rozbitek z burzy życiowéj, pragnący ciszy i samotności, kupuje wóz, trochę inwentarza, maszyn rolniczych i sprzętów, potém zabiera żonę, dzieci i rusza na daleki Zachód w pustynią. Wybrawszy gdzieś miejsce, które mu się najlepiéj podoba, w pobliżu zwykle lasu lub rzeki, buduje dom, ogradza kawał pola i siada. Od téj chwili ziemia, którą objął, jest już niezaprzeczoną jego własnością, i każdego, ktoby się na nią targnął, czeka nie proces przed kratkami, ale kula w łeb z ręki właściciela, lub jeżeli w pobliżu znajdują się na pustyni inne osady, rządzące się prawem lynch, jeszcze straszniejszy wyrok z rąk regulatorów czyli wykonawców tego drakońskiego prawa.
Otóż tacy osadnicy rzadko dorabiają się milionów, ale téż prawie nigdy nie tracą. Jeżeli nawet niéma komu sprzedać zboża lub bydła, to niéma wprawdzie pieniędzy, ale pocóż pieniądze na pustyni? Jest co zjeść, jest się w co odziać, dzieci wyrastają jak dęby; a dorosłszy wylatują z gniazda i osiadają w pobliżu, i tak całość życia składa się dziko trochę, stepowo, ale spokojnie, bez troski niemal o jutro, i ani się człowiek obejrzy, jak przyjdą wieczorne dni i zachód słońca — życia, pogodny jak na stepie.
Często się jednak zdarza, że w pobliżu takiéj osady na pustyni przybłąka się jakiś drugi osadnik, potém trzeci, dziesiąty, setny; ziemia która przyszła każdemu zadarmo, poczyna nabierać ceny, rosnącéj nadzwyczaj szybko, i po kilku lub kilkunastu latach farma, która nic prócz pracy nie kosztowała właściciela, dochodzi do wartości setek tysięcy dolarów.
Owóż zdarza się różnie. Ale w Stanie New-York, przez który w kierunku wielkich jezior przebiegałem koleją, i w ogóle w Stanach wschodnich, nie ma już prawie wcale ziemi niezajętéj lub rządowéj, czekającéj na osadników. Każdy zatyłek jest tu wiadomy i rozmierzony, wszystko jest w rękach prywatnych, a ziemia tak z powodu swéj urodzajności, jak i z powodu niezmiernie ułatwionych stosunków komunikacyjnych, równie droga, albo i droższa jest niż wszędzie w Europie.
Gospodarstwa jednak, jak wspomniałem, dalekie są od europejskich. Może być, że gdybym je był widział w lecie, wydałyby mi się lepiéj i weseléj, równie jak i cały krajobraz, który rozciągał się przed memi oczyma zawsze równie jednostajny, płaski, szary, smutny, aż do saméj Syrakuzy.
W Syrakuzie pociąg zatrzymał się pół godziny dla brekfestu, czyli rannego śniadania, poczém ruszyliśmy daléj do Rochester, miasta leżącego nad samém Ontario. W miarę jak zbliżaliśmy się do Rochester, krajobraz nie zmieniał się wprawdzie, ale stawał się coraz niższy. Wielka obfitość wód na polach i lasach znamionowała blizkość jezior. Lasy miejscami zajmowały ogromne przestrzenie, ale po największéj części zalane były wodą, co sprawiało złudzenie, jak gdyby drzewa wyrastały z jezior. Z okien wagonu widziałem tu i owdzie mniejsze lub większe stada ptastwa wodnego: kaczek dzikich, cyranek i mew, które aż tu zalatują z morza. Czasem las urywał się nagle, a droga biegła nizkiemi łąkami porosłemi grubą trawą, tatarakiem i zwiędłą zeszłoroczną trzciną. Farmy dość gęste, gęstsze nawet niż wsie polskie, ale otoczone kałużami, wyglądały jeszcze smutniéj niż przed Syrakuzą. Miejscami czarna, uprawna ziemia wydobywała się z pod topniejącego śniegu, błyszcząc napełnionemi wodą bruzdami. Wiatr wiał cieplejszy: czuć było jakby pierwszy oddech wiosny w powietrzu, słaby jeszcze, ale już życiodawczy i rozpętujący wody z kajdan zimowych. W Rochester nakoniec zabłysnęła nam błękitna, olbrzymia toń Ontario. Sądziłem, że znów przyjechałem nad morze i że znów oglądam te bezbrzeżne przestrzenie, na których mdleje i gubi się wzrok. Droga idzie ciągle brzegiem; miejscami nawet tak blizko, że woda obmywa stopy kolejowego nasypu. Patrzącemu przez okno wagonu wydaje się wówczas, że pociąg biegnie po jeziorze. Od czasu do czasu, na błękitném tle wody i nieba, bieleje żagiel; czasem zdaleka, zdaleka, ukazuje się szara wstążeczka dymu, wychodząca z paszczy niewidzialnego dla oka parowca. Miejscami brzeg oddala się od grobli i wchodzi płaskim obrębem w jezioro. Na obrębach stoją zwykle tuż nad wodą domki, po brzegach zaś kołyszą się poprzywiązywane do pali łodzie, szarpiąc niecierpliwie za sznury, jakby chciały urwać się i uciec na dalekie tonie. Sieci porozwieszane przed domami lśnią jeszcze wilgocią; pod sieciami leżą kupy zielska wodnego: dochodzi nas zapach łuski rybiéj i tataraku. Stada ptastwa pławią się w powietrzu, to niknąc, to czerniąc się, nakształt krzyżyków pozawieszanych w błękicie.
W ten sposób dojechaliśmy do Suspension-Bridge, gdzie zatrzymaliśmy się dla obejrzenia Niagary i sławnych jéj wodospadów. Pociąg ruszył daléj: rzeczy nasze powędrowały w kierunku Huron, my zaś, wraz z jakimś młodym anglikiem, którego nazwiska nie pamiętam, najęliśmy konie i ruszyli przez most do wodospadów. Most ten oddziela Stany Zjednoczone od Kanady; na jednéj więc jego stronie znajduje się komora amerykańska, na drugiéj angielska; ponieważ zaś wielki wodospad ze strony amerykańskiéj jest nieprzystępny, trzeba więc przejechać w posiadłości królowéj Wiktoryi. Jadąc już przez most, można widzieć całą szerokość obydwóch wodospadów, jednakże, bądźto z powodu mglistego i dżdżystego czasu, bądźto z powodu siły z jaką woda rozbryzguje się spadając z takiéj wysokości, widziałem tylko jakby olbrzymią chmurę mgły, wznoszącą się z przepaści ku niebu. Ale straszliwy huk wydobywający się z poza téj mgły, zwiastował doskonale co się dzieje poza jéj białawą zasłoną.
Przejechawszy most, stanęliśmy wreszcie przed szeregiem domów stojących na wysokim niezmiernie brzegu, tuż koło wodospadu. Wtedy mogłem mu się dobrze przypatrzéć. Rzeczywiście, widok to, na wspomnienie którego mdleje i zwija skrzydła wyobraźnia, a pióro wypada z ręki. Olbrzymia massa wód jeziora Erie, spływając potężną gardzielą ku Ontario, traci nagle grunt pod sobą i spada w dwóch miejscach w otchłań. Na pierwszy rzut oka zdaje się, że ziemia nie wytrzyma tego ciężaru i uderzenia wód rozszalałych i dzikich, które same wydają się być przerażone. Jest w tém wszystkiém jakieś przedpotopowe barbarzyństwo, jakaś niepojęta siła, a zarazem i okropność, niespotykana nigdzie, bijąca w oczy jakby straszliwym gwałtem zadawanym naturze. Mimowoli przychodzi ci na myśl, że stało się tu coś okropnego, że to jakiś kataklizm natury, i nie możesz oswoić się z myślą, że ten kataklizm nie kończy i nie skończy się nigdy. Niebo tu pochmurne i poszarpane. Gnane wichrem obłoki zbiegają się i rozbiegają jak stada dzikich koni. Naokoło czarne, ponure skały, połupane w demoniczne zręby. Huk wody ogłusza cię. Ostry wiatr tnie kroplami wodnemi po twarzy. Czasem mgła wybucha nagle u stóp wodospadu i zasłania oku wszystko; to znów niknie, a wtedy widzisz kłęby piany i cały wodospad jak na dłoni.
Chwile te jednak trwają krótko. Zwykle mgła, piana, woda i powietrze zmieszane ze sobą, tworzą taki chaos, że gubisz w nim wzrok i słuch, a nareszcie i świadomość, co się dzieje z tobą samym. Zdaje ci się, że się tu wszystko wściekło. Po pięciu minutach podróżnik czuje się zmęczony, a na czoło występują mu krople potu, które mrozi lodowaty oddech otchłani. Pragnie zawołać: dosyć już! a tam wodospad huczy i huczy, przepaść całą szerokością gardła wypluwa pianę, słychać jakby jakieś jęki, jakby głosy wołające o zmiłowanie; to znów niby śmiechy, przechodzące nagle w ryk wściekłości: rzekłbyś, że to całe piekło rozpętane gzi się w straszliwéj orgii wśród chaosu.
Takie wrażenie, a raczéj takie przez pół tylko świadome siebie poczucie, wywołuje Niagara. Jest w tém poczuciu pewien ucisk, ale jest i rozkosz, jaką sprawia zawsze zapamiętanie się chwilowe, zapomnienie o życiu i oddanie się całkowite naturze. To téż, przezwyciężywszy pierwszy nieład pognębionych myśli, trudno potém oczu oderwać od tego widoku. Otchłań poczyna nęcić i wabić. Jakaś nieprzezwyciężona siła ciągnie widza nad sam brzeg przepaści: chciałby ją mieć tuż, tuż pod stopami, nie oddzieloną nawet calem stałego gruntu. Chciałby pochylić się i zawisnąć choćby przez chwilę między życiem a śmiercią. A tam na dnie, potworne skręty spienionéj wody zdają się otwierać na przyjęcie topielca, to znów bryzgi wyciągają się nakształt ramion gotowych objąć i porwać. Przepaść mówi: „pójdź!“ ale po chwili instynkt odpowiada jéj: „dobrze, ale z wszelkiemi ostrożnościami!“
Jakoż „z wszelkiemi ostrożnościami“ można zejść na dół pod kaskadę, woda bowiem spada z taką siłą i pędem, że wygina się i tworzy łuk, między stroną wklęsłą którego a skałą, znajduje się miejsce wolne, zawalone tylko pianą i lodami. Żeby jednak tam dostać się, trzeba najprzód przybrać się odpowiednio; dlatego udaliśmy się do domku przewodnika murzyna; który wynajmuje siebie i swoje kostiumy. W chacie murzyna zastaliśmy już jakąś parę angielską, robiącą również wodospadową tualetę. Stara, brzydka i chuda miss, przybrana w obrzydliwy płaszcz i kaptur z pęcherzów rybich, z pod którego widać było jéj koniec nosa i złote okulary, wyglądała jak strach na wróble. My ubraliśmy się w podobneż płaszcze i kaptury, i wreszcie ruszyliśmy całą karawaną. Po chwili murzyn wprowadził nas do małego drewnianego budynku, w którego podłodze czerniał otwór, w otworze zaś schody. Zimno bijące z lodów leżących między skałą i wodospadem i ciemność ogarnęły nas zaraz na wstępie. Brzydkie murzynisko, podobniejsze do gorylla niż do człowieka, szło naprzód, wołając od czasu do czasu; „ho! ho!“ dla wskazania nam drogi w ciemnościach.
Nakoniec, po kilkudziesięciu schodach, blade światło idące z dołu uderzyło o nasze oczy. Weszliśmy do małéj sionki, z któréj wyjście wiodło prosto pod wodospad, ale przewodnik zawołał: stop! i począł przywiązywać do butów naszych podeszwy podbite ostremi żelaznemi gwoździami. Angielska miss zdawała się uznawać to jako cokolwiek shoking, ale nakoniec dała się nakłonić i spuściwszy oczy, czy téż okulary, wyciągnęła skromnie do murzyna nogę, a raczéj szpadę, mającą kilka cali szerokości, ale za to koło jednego łokcia długości. Potem weszliśmy pod wodospad. Nie wiém dlaczego wewnątrz huk wydaje się mniejszy, jak zewnątrz; szarawe światło dzienne wnika przez zasłonę wody, napełniając całą jaskinię ponurym jakimś pół-mrokiem, pół-blaskiem. Skała stanowiąca tylną ścianę, czarna, popękana; grunt złożony z wielkich złamów lodu: wszędzie dziko i pogrzebowo. Wązkie wstążeczki wody oderwane od ogólnego wodospadu, spadają z szelestem na lody; powietrze przesiąknięte jest mgłą i kroplami; wiatr, który nie wiem jak się tu dostaje, dmie jakby w kuźni dyabelskiéj; zimno przenika przez pęcherzowe płaszcze i paletoty. Mimo mniejszego huku, niepodobna się usłyszéć i zrozumiéć. Po ogromnych i ślizkich jak szkło bryłach lodu, zbliżyłem się tuż do wodospadu, albowiem ostre kolce moich butów, usuwały wszelkie niebezpieczeństwo. Przewodnik zaczął coś wołać, ale widziałem tylko jego gesta i poruszenia ust, głos zaś ginął wśród ryku.
Nic piękniejszego, jak wodospad widziany od wewnątrz z dołu. Kiedym spojrzał w górę, zasłona wód wydała mi się nieruchomą, niby jedną ogromną szybą lodową, i gdyby nie wrzenie u dołu, sądziłbym, że istotnie zamarzła. Ale kłęby piany, które od czasu do czasu dostawały się z zewnątrz, rozpraszały wszelkie złudzenie. Potém spojrzałem na dół. Jakążto niezgłębioną przepaść musiały wybić w ziemi te wody spadające od wieków z takim impetem. Wszystko tam na dole wre, kipi, rozbija się, burzy, słowem: istne piekło wodne. Cofnąwszy się z lodowatego krańca, odetchnąłem głęboko jakby po nadmiernéj pracy. Wnętrze jaskini wydało mi się spokojne. Małe wstążeczki przeciekającéj wody rozbijały się w brylantowe krople o lodowiska, z wdziękiem i łagodnością, stanowiącą prawdziwe przeciwstawienie temu sabbatowi ryczącemu o kilkanaście kroków daléj. Oczy me tak dalece już oswoiły się z pół-mrokiem, że widziałem dokładnie każdy złam i każdą szparę czarnéj skały, również jak i kępki mchu, lśniącego wilgocią w szczelinach.
Czas było wracać, bo zimno i wilgoć stawały się coraz dotkliwsze, ale tymczasem nasi anglicy opóźniali powrót, pakując do wszystkich kieszeni ułamki skały. Sądzę, że gdyby mogli, schowaliby do kieszeni całą Niagarę, aby ją przenieść do British Museum, tak jak to zrobili z akropolem greckim. Wyszliśmy wreszcie. Przez drogę towarzysz mój począł się kłócić z młodym anglikiem, który dowodził koniecznie, że wodospad leży w Anglii, ponieważ Kanada jest Anglią; a kiedy wreszcie powiedzieliśmy mu, że Anglia ustępując niedawno prawa rybołóstwa na jeziorach, amerykanom, zrzekła się niejako przez to prawa do jezior — umilkł, zły widocznie czy rozgniewany, nie wiém, czy na Jankesów, czy na nas. Wyszedłszy na zewnątrz jamy na powierzchnię ziemi, nie ujrzeliśmy znów wcale wodospadu, wszystko bowiem zasłaniał białawy tuman mgły, którym było przesiąknięte całe powietrze. Zwiedziliśmy jeszcze domy leżące nad brzegiem. W jednym z nich jest muzeum, zawierające niezbyt osobliwe zresztą osobliwości Niagary, jako to: muszle, skamieniałości, kości zwierząt porwanych przez pęd wody, fotografie okolicznych widoków i tym podobne. W rzeczywistości, domy te są to pułapki na podróżnych, którym sprzedają tu na wagę złota rozmaite, niby pamiątkowe drobiazgi. Na dobitkę, sprzedaje je młoda i tak ładna miss, że prawie niepodobna oprzeć się pokusie; każdy więc kupuje zwykle dziesięć razy więcéj niż zamierzał. Potém prowadzą jeszcze podróżnych na górę muzeum, gdzie jest mała wieżyczka stanowiąca rodzaj obserwatoryum, z którego widać jak na dłoni całą okolicę. Ściany i balustrada wieżyczki pokryte są tysiącami napisów w języku angielskim, francuzkim, włoskim etc. Widziałem także napisy polskie i rossyjskie, każdy bowiem uważa sobie za obowiązek, zostawić tu swoje nazwisko, również jak i datę odwiedzin.
Co do mnie, jako dobry kolega, przekazałem wiekopomnéj nieśmiertelności na ścianie nietylko swoje nazwisko, ale i wszystkich znajomych, jakich na razie mogłem sobie przypomnieć, wszystkich kuzynek, kuzynów, a nawet i ich potomstwa. Młody anglik obok swego imienia Henry, wypisał jeszcze imię Mary, poczem otoczywszy wszystko nader skomplikowanym zakrętasem, oddalił się o kilka kroków, przypatrując się z zadowoleniem swemu dziełu. Potém zeszliśmy na dół, gdzie nas porwano, posadzono na pniu i odfotografowano w ciągu pięciu minut, wraz z naszemi pęcherzowemi kostiumami, za co kazano sobie dobrze zapłacić. Tymczasem ściemniło się. Wodospad objawiał się coraz bardziéj nieprzeniknioną zasłoną mgły; począł zacinać drobny deszczyk. Siedliśmy i pojechaliśmy napowrót do Suspension-Bridge. Na końcu mostu wpadli na nas celnicy amerykańscy, wymagając oclenia wszystkich zakupionych rupieci. Ale dolar wsunięty w rękę naczelnika komory, uspokoił jego republikańską troskliwość o dochody Stanów Zjednoczonych, i ruszyliśmy daléj w spokoju. W Suspension-Bridge rzuciliśmy ostatnie spojrzenia na wodospady, które raczéj już tylko słyszeć niż widzieć się dawały. Pociąg amerykański nadszedł wkrótce i ruszył przez Kanadę w sam kąt zachodni Ontario, do Hamilton, zkąd ciągle Kanadą jechaliśmy na całą noc do Detroit, nad samym brzegiem Erie.
Kraj podnosił się bardzo nieznacznie, ale ciągle; Erie bowiem leży o sto kilkadziesiąt stóp wyżéj nad Ontario. Niagara jest właśnie tylko zlewem wód Erie do Ontario, któryto zlew trafiwszy na skałę uciętą nagle, tworzy wodospad. Od Ontario znów grunt zniża się lekką pochyłością, aż do Oceanu, z którym jeziora łączą się przez wspaniałą, najszerszą może na świecie, rzekę Świętego Wawrzyńca.
Rankiem nazajutrz przybyliśmy do Detroit, miasta leżącego w Michiganie niedaleko Erie, nad rzeką łączącą wody Huronu z Erie. O tém Detroit wiedziałem z geografii tylko że istnieje, więcéj nic. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy wyszedłszy z dworca na ulicę, ujrzałem miasto ogromne, niezmiernie schludne i tak piękne, jakiego dotąd nie widziałem w Ameryce. Godzina była ranna, więc wszystko spało jeszcze. Szliśmy wielką ulicą, pełną kościołów, jak się zdaje katolickich. Po obu stronach ulicy stały, nie zwykłe z czerwonej cegły domy, ale śliczne pałacyki, oddzielone od ulicy złoconemi sztachetami. Za sztachetami widać było klomby zieleniejących się już kwiatów; jodły i ciemnozielone piramidalne świerki, między któremi odbijały wdzięcznie białe ściany, i umalowane różową zorzą wielkie szyby pałacyków. Gdzieniegdzie przed domami murzyni robili porządek śpiewając zcicha i paląc fajki. Wyszliśmy na obszerny plac, stanowiący rynek miejski. Na środku jego wznosił się piękny posąg któregoś z generałów ostatniej wojny z Południem. Na około zwykłe już kamienice, ale wspaniałe i ozdobne z ogromnemi sklepami, których okiennice nie były pozamykane. Rynek wrzał już życiem. Wozy zaprzężone mułami hurgotały po bruku, wioząc warzywo. Wróciliśmy wreszcie na dworzec. Pociąg odchodził za pół godziny; mieliśmy więc jeszcze czas zjeść śniadanie, na które dano nam bardzo dobrą zupę ze ślimaków, gotowanych na mleku. Do śniadania usługiwał nam metys. Pierwszy to raz widziałem człowieka, w którego żyłach płynęła krew indyjska. Byłto dżentleman dobrego wzrostu, o czerwonawéj skórze, grubych prostych włosach, tak czarnych, że przechodziły aż w kolor błękitny, i dobrotliwéj twarzy. Czoło miał wązkie, kości policzkowe trochę wystające, zresztą rysy dość regularne, przypominające twarze naszych druciarzy. Za każdém wydaném mu zleceniem powtarzał z powagą: „yes sir!“ i usługiwał równie zręcznie jak szybko. Kiedy po śniadaniu wsunąłem mu, sprzecznie ze zwyczajami amerykańskiemi, w rękę napiwek, spojrzał nań, potem zawoławszy: „o! yes sir!“ uśmiechnął się uradowany, i z własnéj ochoty zaniósł nam futra i podróżne torby do wagonu.
Ruszyliśmy przez Stan Michigan; ku jezioru tegoż nazwiska, na którego południowo-zachodnim krańcu leży Chicago. Kraj, przez który przejeżdżałem, niezmiernie podobny do Prus polskich. Mnóstwo większych i mniejszych jezior, rzek, strumieni, nadzwyczajna obfitość wód; słowem, wszędzie widać, że jestto jedno wielkie pojeziorze, ponad którém przed wielu laty szumiały fale. Lasy wszędzie dość wielkie. Blizkość wielkich zbiorów wody działa widocznie ocieplająco na klimat, bo śniegu nie widzieliśmy prawie nigdzie, drzewa po lasach wypuszczały pędy wiosenne, a trawa zieleniała się na nizkich łąkach. Od czasu do czasu zapuszczałem wzrok w głąb kraju, ciekawy czy nie ujrzę gdzie czerwonoskórnych, których liczne pokolenia żyły niedawno jeszcze koło jeziora, a jedno z nich zostawiło w nazwie Huron, wieczną po sobie pamiątkę, ale znikły nawet ich ślady. Niema ich nietylko w Michigan, ale w sąsiedniém Ohaio (Ohio), Indyanie i Illinois. Indyanin, dzik, niedźwiedź, kujota i jaguar, ustępują coraz daléj i daléj na zachód przed białemi, lub giną w rozpaczliwéj z nimi walce.
We dwadzieścia cztery godzin po wyjeździe z Detroit, przybyliśmy wreszcie do Chicago. Ogromne to miasto leży na południowo-zachodnim brzegu jeziora Michigan, i stanowi port dla wszystkich statków krążących między Kanadą a Stanami Zjednoczonemi. Przed kilku zaledwie laty zostało prawie zupełnie zniszczone przez pożar, odbudowywa się jednak na nowo z niepojętą szybkością. Wszelako tu i owdzie widać jeszcze ślady pożogi. Gdy przyjechaliśmy, zapadł wieczór; mimo to natychmiast wyszedłem z hotelu na ulicę. Po rozczarowaniu, jakiego doznałem w New-Yorku, po brudach i nieładzie osławionego Empire City, Chicago robi wrażenie i przyjemne i majestatyczne. Miasto imponuje. Ulice nadzwyczaj szerokie, domy wszędzie ogromne, poważne, budowane i urządzone z przepychem: chodniki wysoko wzniesione nad poziom ulicy, zadziwiają szerokością i ogromem płyt kamiennych, z których zostały ułożone. Słowem, wszystko tu ogromne; rzekłbyś: miasto zbudowane przez olbrzymów i dla olbrzymów. Ma ono swoje cechy oryginalne. Znać że jest nowe, budowane według najnowszych wymagań. Czytałem kiedyś opis fantastyczny miast, tak jak one będą wyglądać w wieku XX-stym. Otóż Chicago przypominało mi ten opis. Wszystko tu prawidłowe, prostopadłe, prostokątne, wszystko pod sznur; wszędzie nieznane jeszcze gdzieindziéj ulepszenia. Po wszystkich ulicach krzyżują się szeregi słupów telegraficznych, o ogromnéj ilości drutów. Na sznurach również drucianych, poprzeciąganych między domami wpoprzek ulicy, wiszą szyldy z rozmaitemi napisami. W mroku wieczornym, który nie dozwalał dojrzeć drutów, szyldy owe wydawały się, jak gdyby zawieszone w powietrzu. Spojrzawszy w głąb' ulicy, widzisz ich całe szeregi większych i mniejszych o rozmaitych barwach, rzekłbyś: miasto przystroiło się chorągwiami, jakby na jaką uroczystość.
Na chodnikach ruch ogromny. Tłumy ludzi białych i kolorowych biegną w rozmaite strony, z tym czysto amerykańskim pośpiechem, oznaczającym zacietrzewienie się handlowe; środkiem ulicy ciągnie mnóstwo powozów i fiakrów, słychać dzwonki tramwajów, nawoływania woźniców: wszędzie ścisk i wrzawa, zdradzająca wielką bujność życia tego młodego miasta. Wieczór wreszcie zapadł zupełny, ale widno było jak w dzień, od tysiącznych płomieni gazowych. Wystawy olbrzymich sklepów płonęły jakby istne ogniska. Wybrawszy pierwszą lepszą ulicę, szedłem gdzie mnie oczy poniosą. W niektórych miejscach szeregi domów przerywały się nagle, a natomiast widać było puste place, pokryte okruchami cegły i rumowiskiem, oznakami niedawnego pożaru. Miejscami zdawało się, że tu zakładają nowe jakieś olbrzymie miasto. Jakem okiem mógł dojrzeć rusztowania i rusztowania, nie wykończone domy, spoglądające pustemi jamami okien, wszędzie mury spiętrzone jedne nad drugiemi, stosy cegły i wapna; aż oto daléj znów ulica już wybudowana i wykończona, słychać turkot i wrzawę ludzi, błyszczą płomienie gazowe: słowem, miasto odrodzone jak feniks z popiołów.
Co przedewszystkiem uderza w tych miastach amerykańskich, to ich żywotność, a zarazem nieprawdopodobna niemal energia mieszkańców. Przyszedł pożar, niesłychany w nowszych czasach, miasto spłonęło jak nabój prochu; mieszkańcy rozproszyli się, handel upadł, przemysł również; majątki poszły w ruinę, ludzie zostali bez dachu, chleba; potém upłynęło kilka lat, miasto już stoi na dawném miejscu: czterysta tysięcy mieszkańców znajduje w niém pracę i życie; wznoszą się domy, pałace, kościoły, fabryki, hotele, sklepy; kwitnie zamożność, wre ruch, praca i życie; za kilka jeszcze lat, już i śladów pożogi nie będzie, a spali się miasto jeszcze raz, to i odbudują go jeszcze raz, jeszcze dwa i dziesięć razy, bo energia tych ludzi przezwycięża wszelkie nieszczęścia i wszelkie wypadki.
Nadzwyczajny swój wzrost zawdzięcza jednak Chicago, prócz energii mieszkańców, jeszcze i przepysznemu położeniu handlowemu. Leżąc nad Michiganem, ta królowa jezior panuje nad całym systemem wód łączących Kanadę ze Stanami Zjednoczonemi. Cały handel owych mórz wewnętrznych leży bezpośrednio w jéj ręku. Można rzec, że jestto port położony we wnętrzu lądów, dlatego téż ciągnie jednocześnie korzyści tak z lądowego, jak i z portowego swego pochodzenia. Następnie, jako wielkie miasto, najdaléj wysunięte na Zachód na kolei dwóch Oceanów, łączy New-York z San-Francisco; cywilizacyą z dalekim Zachodem. Wschód wysyła produkta swego przemysłu, Zachód produkta naturalne; Chicago zaś jest wielkiem targowiskiem, gdzie się odbywa zamiana.
Idąc ulicą gdzie mnie oczy poniosą, wszedłem w dzielnice pustsze i cichsze. Potém miasto urwało się, jakby ucięte, a natomiast zobaczyłem toń Michiganu. Osrebrzone światłem księżyca fale łamały się o nizki bulwark, tuż pod memi nogami. Zdala szumiał gwar miasta, a tu spokojniéj było, przestroniéj, powietrzniéj, ciszéj, tylko plusk wody, a od czasu do czasu gwizdanie dalekiego parowca, przerywały uroczystą i bardzo pożyteczną ciszę.
Wróciłem wreszcie do hotelu, tak zwanego Palmerhouse, gmachu zbitego z wielkich płyt marmurowych, z prawdziwie babilońskim przepychem. Wszystko kapie tu od złota, jedwabiów i aksamitu. Oczy moje nawykłe przed chwilą do pustéj i mrocznéj przestrzeni wód, mrużyły się pod nadmiarem światła i owego zbytku, kipiącego jak bukiet piany na kielichu szampana. Ale téż ten hotel, to największa osobliwość Chicago. I tu, jak we wszystkich miastach Ameryki, niemasz pamiątek historycznych, zaklętych w kamień lub marmur zabytków przeszłości: kościołów, muzeów. Wszystko to nowe, dzisiejsze; wszędzie jutro jest wszystkiém, a wczoraj znaczy pustynię, odwieczne lasy i wielką ciszę pustyni.
Następnego dnia oglądaliśmy jeszcze miasto, poprawdzie jednak, do poznania większości amerykańskich miast, parę godzin wystarczą, nie wiele więc widzieliśmy nowego. Ale dzień upłynął znowu: nazajutrz świtaniem puściliśmy się w dalszą drogę.
Illinois, przez którego północny kraniec jechaliśmy cały dzień jest krajem uprawnym, gęsto zaludnionym, którego całą różnicę od poprzednio opisywanych Stanów, stanowi coraz większy brak lasów i w ogóle drzew, co okolicom smutny nadaje pozór. Po obu stronach kolei widać jednak farmy stojące jedną przy drugiéj i uprawne pola.
Tak w Illinois, jak i w leżącym na północ Wisconsin, istnieją dosyć znaczne osady polskie[1], zamieszkane po największéj części przez chłopów, zostających pod wodzą proboszczów. Osady te, mimo iż dosyć ludne, są przecież mniéj więcéj biedne; mieszkańcy zaś tu i owdzie żyją z ograniczeniem wielu potrzeb i tęsknią do kraju. Przyczyną tego jest brak znajomości języka, zwyczajów i wogóle warunków miejscowych, bo zresztą ziemia urodzajna i wielka obfitość komunikacyi, zapewniają osadom wszelkie warunki pomyślności i rozwoju.
Po upływie dwunastu godzin, przybyliśmy na granicę Illinois i Aioda (Jowa), do stacyi, a raczéj osady Clinton, leżącéj tuż nad brzegiem Mississipi.
Był zachód słońca. Wspaniały, lubo niezbyt jeszcze w tém miejscu szeroki „Ojciec wód“ błyszczał w olbrzymich skrętach i rozkrętach, jakby ogromna złota wstęga, niknąca w dali w ciemnych lasach. Brzegi jego zarosłe dziko i malowniczo. Znać nie wiele jeszcze lat upłynęło, jak biały człowiek położył swą żelazną rękę na téj okolicy. W samém Clinton, drewniane domy jeszcze nie zczerniały od słońca i od wiatru. Osada to, jakby wczoraj dopiero założona; nieliczne domy stoją na czarném błocie: tu i owdzie świecą wielkie kałuże. Stosy wiórów leżą jeszcze przed domami. Daléj widać nowo rozpoczęte budynki, kupy desek i pni wyciętych w nadbrzeżnych lasach. W niektórych pniach sterczą krzywe pionierskie siekiery: wszędzie nieład i nieporządek, jako zwyczajnie w osadzie, która się dopiero wznosi. Nieporządek ten powiększa jeszcze kręcące się bydło i trzoda chlewna, uwalana w czarném błocie, podnosząca za zbliżeniem się pociągu chrapliwe nozdrza z kałuży. Pierwsza to osada, w któréj znać życie czysto pionierskie, ale kto wié, czy za lat kilka nie zmieni się w znaczne miasto, czemu położenie na przecięciu się wielkiéj kolei z Mississipi, bardzo sprzyjać się zdaje.
Na wodach „Wielkiego ojca“, wszędzie widać ruch ogromny. Widziałem galary, komiegi i szuhaleje obładowane rozmaitym towarem, spławianym prawdopodobnie do St. Louis, a może i daléj. Flisacy i majtkowie tych statków, przybrani w flanelowe koszule i w obdarte kapelusze, silni, wysocy, przedstawiają doskonały typ amerykanów kresowych, żyjących na pograniczu cywilizacyi i pustyni, o których tyle zdarzyło mi się czytać w powieściach Coopera, Bret Hearta i innych. Ich zarośnięte podgardla, energiczne twarze, rewolwery sterczące w tylnéj kieszeni spodni: wszystko to nadaje im pozór jakiś istotnie powieściowy, romantyczny i nawpół rozbójniczy. Płyną po największéj części z Wisconsin, albo z dorzeczy „Wielkiego ojca“ wód, po brzegach których, życie jest jeszcze dzikie i stepowe. Znać téż po nich to życie: piją dużo i biją się o lada co; namiętności ich niepohamowane wybuchają za lada powodem; ale zresztą są to ludzie uczciwi i sprawiedliwi, lubo sprawiedliwość ich w stosowaniu prawa innych, na okrucieństwo czasem zakrawa.
Jowa jednak należy już do Stanów ucywilizowanych, a Wielki Zachód właściwie rozpoczyna się dopiero za Missouri, od dość dużego miasta Omaha, przez które także przechodzi koléj dwóch Oceanów. Nie chcąc jednak uprzedzać geografii w opowiadaniu, wracam do Clinton. Po półgodzinnym przestanku pociąg wyrusza daléj. Droga idzie teraz krajem zupełnie bezleśnym i podnosi się ciągle, zbliżamy się bowiem do olbrzymiego płaskowzgórza obejmującego cały środek Stanów Zjednoczonych, a stanowiącego stepy, czyli tak zwane tu pererye. Po obu stronach drogi mkną jeszcze farmy, ale już rzadsze niż w Illinois. Miejscami, przy świetle księżyca widzę pola obsiane kukurydzą, któréj wysokie łodygi czarne, zwiędłe i smutne, sterczą jeszcze od przeszłego lata. W miarę jak pędzimy na Zachód, kraj staje się coraz pustszy. Jowa, lubo przecięta już kolejami na wszystkie strony, stanowi niby przedsionek téj olbrzymiéj pustyni, obejmującéj przestrzeń od Missouri aż do Sierra Nevada. Kraj równy wszędzie, płaski, miejscami tylko powyginany w lekkie doliny i wzgórza. Drzewa nigdzie ani śladu. Oko gubi się w oddaleniu, nie znalazłszy przedmiotu, na którymby mogło spocząć. Krańce cywilizacyi znać nawet i po towarzystwie, jakie zapełnia wagony. Zamiast starannie przybranych, mniéj więcéj eleganckich gentlemanów, pociąg napełnia się jakiemiś brodatemi i wąsatemi postaciami, w podartém odzieniu, z brudnemi węzełkami rzeczy przy sobie i z rewolwerami za pasem. Rozmowa wre głośna i burzliwa; czasem słychać klątwy; kłęby dymu unoszą się pod sklepieniem wagonów; drzwi trzaskają otwierane i zamykane silnemi rękami; w rozmowach słychać często powtarzające się nazwiska Sioux i Pawnis, które to nazwy oznaczają Indyan zamieszkujących Nebraskę i Dakota.
Sądziłem, że im daléj na Zachód, tém pociąg będzie stawał się pustszy, tymczasem ze zdziwieniem spostrzegam prawdziwe tłumy, osób czekające na każdéj stacyi. W wagonach, w końcu, zrobiło się tak ciasno, iż nikt nie mógł się poruszyć. Po europejsku rzeczy biorąc, było to towarzystwo jak najgorsze. Zawsze owi brodacze z rewolwerami sterczącemi w tylnéj kieszeni, ale o twarzach coraz dzikszych. Tłum ten i w ogóle cały ów ruch wydał mi się czémś niezwyczajném; dlatego usłyszawszy tuż obok mojéj ławki pasażera mówiącego po francuzku pytałem coby to znaczyło. Odpowiedział mi, że wszyscy ci ludzie ciągną do Omaha, a ztamtąd przez Sioux City do Czarnych gór, gdzie świeżo odkryto kopalnię złota. Byli to więc minerowie, albo raczéj awanturnicy wszelkich stanów, którzy porzucili inne zajęcie dla spodziewanych bajecznych zysków w górach. Pasażer francuz mówił mi, że mnóstwo takich partyi już się udało ku Black Hills, a codzień nadciągają jeszcze nowe. Nie brak w nich nawet kobiet z dziećmi przy piersiach, które czasem jadą same, a czasem towarzyszą mężom. Na bocznych kolejach Jowy panuje ruch podobny, słowem we wszystkich pogranicznych stanach, słyszysz tylko okrzyk: „Black Hills! Black Hills!“
A tymczasem ten raj wymarzony, nie jednemu grobem się stanie, tak bowiem i cały kraj wokoło jak i Czarne góry, są własnością Siouxów, najliczniejszego z plemion indyjskich na północy, mogącego wystawić dziesięć tysięcy wojowników. Własność Czarnych gór została im przyznana i zagwarantowana dawniéj jeszcze przez rząd Stanów Zjednoczonych, dlatego topór wojenny długo leżał pogrzebany między czerwonemi a białemi. Ale teraz rzeczy się zmieniły. Tłumy białych awanturników, nie pytając o układy rządowe, rzuciły się w góry. Rząd wprawdzie w takich razach nie daje im opieki, ani posyła wojsk na ich obronę, ale awanturnicy zbrojni i przywykli do boju z indyanami, mniéj jeszcze dbają o pomoc niż o układy, i zabierają co im się podoba. Taki stan rzeczy, który zresztą w całych Stanach jest ogólny, przyprowadził indyan do rozpaczy.
Napróżno wysyłają poselstwa, które pargaminami, pieczęciami i podpisami dowodzą swéj własności. Rząd niéma siły utrzymać awanturników, co więcéj, gdy kraj jest już zajęty, gdy powznoszą się farmy i miasta, rządowi nie pozostaje nic innego, jak tylko usankcyonować zabór i doliczyć do Stanów jedno więcéj terytoryum. Tak dzieje się w Dakota, w Nebrasce, w Kansas, w Indian Territory: słowem wszędzie. Rząd wyznacza dzikim ziemię, a biali ją zabierają, i wytępiwszy indyan, zakładają nowe Stany. Ale w obec tego, cóż pozostaje czerwonoskórnym? Oto wojna i wojna, bez nadziei zwycięztwa, tylko o śmierć. Dziś czerwoni wojownicy wiedzą już, że nie wytrzymają boju z „Długiemi nożami,“ jak nazywają białych, idzie więc im o to, aby nie zginąć bez zemsty i żeby na tamtym świecie złożyć u nóg Wielkiego Ducha jak najwięcéj krwawych skalpów zdartych z głów najeźdźców. Krótko mówiąc, rassa ta dzielna, choć dzika ginie nieubłaganie na całéj przestrzeni Stanów. Z cywilizacyą, która zresztą pod najgorszą postacią im się przedstawia, pogodzić się nie umieją i nie mogą, więc cywilizacya ta ściera ich z powierzchni ziemi równie nieubłaganie, jak brutalnie.
Teraz przyszła koléj na Siouxów. Wojownicy ich pomalowali się ochrą i stanęli w gotowości do boju, który obecnie już się rozpoczął! Gazety przepełnione są opisami dramatycznych zajść w Czarnych górach, które to opisy częstokroć umyślnie przesadzone podsycają tylko nienawiść białych, i zamiast odstraszać, zachęcają tylko wszystkie niespokojne duchy do odszukania krwawych awantur i do zemsty nad czerwonoskórnymi. Niektóre z tych wieści brzmią jak prawdziwe romanse. Oto naprzykład słyszałem opowiadanie o pewnéj pannie, pięknéj jak lilia i bogatéj, która wyszła za mąż wbrew woli rodziców, za biednego emigranta. Rodzice nie dali nic, małżeństwo żyło więc w biedzie. Piękna Nelly prała białemi rączkami bieliznę, młody małżonek zaś był pedlarem, to jest nosił i sprzedawał po domach towary. Aż przyszły wieści o kopalniach w Black Hills. Nie wiele myśląc, młody małżonek zabrał ukochaną Nelly i puścił się w góry. Raz, ze strzelbą na ramieniu, oddalił się od obozowiska, aby coś upolować na wieczerzę — i więcéj nie wrócił. Nelly pozostała sama, bez opieki i środków ratunku wśród awanturników najgorszego gatunku. Szczęściem w blizkości obozu, co wieczór błyszczało ognisko traperów, to jest stepowych strzelców, którzy całe życie włóczą się po preryach, polując i walcząc z indyanami. Otóż pewnéj nocy przy ognisku traperów zabłysła blada twarzyczka Nelly.
— Jestem sama, biedna i zmęczona — rzekła im. — Kochałam, ale czerwonoskórzy porwali mi tego, któregom kochała. Udaję się do was. Przyjmijcie mnie, bom samotna i ratujcie bom nieszczęśliwa!
Półdzikie serca starych traperów poruszyły się litością. Nietylko przyjęli biedną Nelly, ale pokochali ją jak córkę i strzegli jak źrenicy w oku. Zaraz nazajutrz ruszyli na poszukiwanie zaginionego oblubieńca i znaleźli go w wigwamach Siouxów, schorzałego, zbitego, bliższego śmierci niż życia, a bliższego śmierci témbardziéj, że pal męczarni dla niego stał już przed wigwamem wodza gotowy. Traperowie nocą przyczołgnęli się aż tuż do namiotów i podniosłszy okrzyk wojenny uderzyli na czerwonoskórych. Z pomocą szesnastostrzałowych karabinów, wkrótce ułatwili się z indyanami. Oblubieniec był ocalony, ale bohaterska Nelly otrzymała śmiertelny postrzał w piersi, z ręki uciekającego indyanina. Konającemi ustami pożegnała się z oblubieńcem, ze swemi „ojcami“ i zmarła. Odtąd oblubieniec przestał już złoto kopać, traperowie porzucili myśliwstwo, i całe swe życie poświęcili tylko zemście. Wielu już indyjskich obozowisk popioły wiatr rozwiał, wielu wojowników poszło polować na niebieskie stepy do wielkiego ducha, wiele zginęło skwawów i dzieci, ale mściwi traperowie nie porzucili jeszcze krwawego dzieła, i dotąd nocami krążą nakształt wilków lub złych duchów, koło indyjskich wigwamów.
Taka jest historya Nelly, godna pióra Coopera lub Gabryela Gerry. Niezawodnie prawdy w niéj niewiele, a może i nic wcale; to tylko pewna, że na owe gorączkowe stosunki, wśród których miała wykwitnąć, patrzyłem własnemi oczyma. W wagonach pędzących do Omaha, a ztamtąd przez Sioux City do Czarnych gór, nie brakowało nawet i dobrych myśliwców, o jakich wspomina historya Nelly. Kilku z nich siedziało spokojnie w Smoking-wagonie, kurząc fajki lub drzemiąc. Ubrani byli w futrzane czapki, w pasy ze skóry bawoléj, i w futrzane kaftany. Obok jakiś długowłosy gambuzino wygrywał na gitarze. Chwilami zdawało mi się, że śnię lub czytam powieść. Nagle jednak, jeden z moich zmysłów, podrażniony w okropny sposób, przekonał mnie, że wszystko to jest najregularniejszą rzeczywistością.
Było to jeszcze w Jowa, ale już na zachodnim jéj krańcu i pośród nocy. Wjechaliśmy w okolicę skunksów, i czy to pociąg przejechał jedno z tych zwierzątek, czy téż znajdowało się ich mnóstwo w pobliżu, dość że tak okropny zapach napełnił wagony, iż prawie niepodobna było oddychać. Osłoniwszy nosy chustkami, czuliśmy tę obrzydliwą woń nawet w ustach. Próbowałem otworzyć okno: było to jeszcze gorzéj. Chciałem przynajmniéj wynagrodzić sobie przykrość widokiem zwierzątek, ale przez okno wagonu widziałem tylko step porosły wrzosem i oblany światłem księżyca, zresztą ani żywéj duszy. Francuz mówił mi, że w najbliższéj stacyi zapewne je mają, żywe lub przynajmniéj skóry, że zatem będę je mógł widziéć. Ztąd wpadliśmy na rozmowę o tych zwierzętach. Skunks, a raczéj dość brzydko nazwany po polsku: śmierdziel amerykański, jestto dość duże, mające około jednéj stopy długości, zwierzę drapieżne z rodzaju kun. Żywi się ptakami, jajami, oraz niszczy mnóstwo szczurów, chomików, ziemnych wiewiórek i świstaków czyli stepowych piesków, z któregoto względu jest nawet pożyteczny, zwierzątka te bowiem robią ogromne szkody w polach. Niektóre gatunki, a mianowicie tak zwany czarny skunks, dostarcza dość drogich i pięknych futer, które dobrze są znane w Warszawie. Ale skunksy z Jowy są łaciaste, białe z czarném, lub nakrapiane biało na grzbiecie, pod brzuchem zaś i na piersiach zupełnie białe.
Z przyczyny téj pstrocizny, skóry na nic nieprzydatne, nikt więc na nie nie poluje i dlatego mnożą się jak im się samym podoba. Między zwierzętami nie mają groźnych nieprzyjaciół, a raczéj mają doskonałą broń przeciw najgroźniejszym, w owym okropnym zapachu i w łatwości, z jaką zatruwają nim przy każdém silniejszém wzruszeniu powietrze. Francuz, który dobrze znał zwyczaje indyjskie, spędził bowiem między czerwonymi czas dość długi, zapewniał mnie, że indyanie jednakże jedzą je z wielkim apetytem. Z początku nie chciałem temu wierzyć, teraz jednak przekonałem się, że tak indyanie, jak chińczycy jedzą wszystko, co tylko jest dość miękkie, żeby się dało pogryźć.
Po pół godziny drogi przejechaliśmy wreszcie tę zapowietrzoną okolicę skunksów. Przez okna wagonu wpływało czyste, chłodne, stepowe powietrze. Aż téż i noc poczęła bledniéć. Na wschodnim krańcu nieba pojawił się biały pasek przedświtu. Nie był on jeszcze świetny, ani złoty, ani różowy ale już zdawał się mówić stepom i niebu: „fiat lux!“ Wyszedłem na platformę wagonu. Długa smutna droga kolei, ginąca w oddali z szeregiem słupów telegraficznych w kształcie krzyżów, coraz więcéj i więcéj wychylała się z cienia. Zresztą brzasku nie witały tu ani głosy ptaszków, ani szmer liści błyszczących od rosy porannéj. Okolica tu martwa, głucha, pusta, bez drzew i wody. Ciszę przerywał tylko gorączkowy oddech lokomotywy, która zdawała się pożerać przestrzeń z jakąś zawziętością i gniewem.
Długo jeszcze wpatrywałem się w drogę, którą, wychyliwszy się z wagonu, mogłem widzieć doskonale, aż do krańców horyzontu. Nic smutniejszego jak taka droga na stepie. Do słupów telegraficznych przybijają tu u góry poprzeczne ramię dla dzwonków, co, jak wspomniałem, słupom nadaje kształt krzyżów. Otóż spójrzawszy naprzód, widzisz tylko szarą, nieskończoną równinę, porosłą wrzosem, przytrząśniętą miejscami śniegiem a na równinie krzyże i krzyże, jak okiem dojrzysz, całe szeregi smutne, cmentarne — i nic więcéj prócz tych krzyżów, które zdają się być szlakiem wiodącym w krainie śmierci lub mogilnikami na grobach wędrowców.
Bo téż i są nagrobkami. Stoją one na mogiłach pierwotnych dzieci téj ziemi. Gdzie tylko taki krzyż się pojawi, tam giną ludy, lasy, bizony, ginie dziewiczość ziemi, a wczorajsza wielka cisza zmienia się w gwar handlujących, kupujących, oszukujących i oszukiwanych. Na grobach indyan, uczony professor wykłada prawo narodów; w legowisku lisa zakłada kancelaryą adwokat; tam gdzie wilk mieszkał, duchowny pasie owieczki — i hejże ha! owa ludzka gonitwa za wszystkiém, co wydaje się szczęściem, gonitwa tak skuteczna, jak psa za własnym ogonem.
Ale nim te wszystkie szopenhaurowskie i hartmanowskie myśli przeszły mi przez głowę, zrobił się dzień prawie zupełny. Światło w wagonach stawało się coraz więcéj różowe, aż wreszcie omdlało zupełnie. Zbójeckie twarze awanturników wydawały się blade i pomęczone: tymczasem pociąg stanął: dojechaliśmy do Ketchum, małéj stacyi leżącej na skraju Jowy, niedaleko od Omaha.
I tu czekały nowe tłumy awanturników, tak że musiano przyprzęgać wagony, co zabrało sporo czasu. Była to dla mnie prawdziwa radość połączona z niespodzianką, w Kotchum bowiem ujrzałem po raz pierwszy dzikich indyan.
Wysiadłszy z wagonu, natychmiast dostrzegłem o kilkanaście kroków od stacyi sporą kupkę ludzi, tworzących koło i przypatrujących się czemuś z ciekawością. Spytałem coby to miało znaczyć? Odpowiedziano mi, że jestto poselstwo Siouxów, jadące na wschód do Granta, lub co prawdopodobniéj do gubernatora Jowy, lub nakoniec jakiegoś generała, głównodowodzącego wojskami koło Black-Hills. Inni twierdzili, że są to indyanie wezwani na wystawę do Filadelfii. Wyszukałem mego francuza, który umiał po angielsku, po siouxowsku, słowem: Bóg wié po jakiemu, i obaj pobiegliśmy natychmiast do indyan. Sześciu wojowników, nie młodych już, siedziało w kuczki, koło ogniska, ułożonego z suchych wrzosów. Ubrani byli potrochu w skóry, a potrochu w lichą odzież europejską, lub w derki z literami U. S. (United States), które rozdaje im rząd Stanów. Niektórzy mieli włosy rozpuszczone, równe, proste, czarne i twarde; inni pozatykali w nie pióra i kawałki wstążek lub innych jaskrawych materyi. Po największéj części byli uzbrojeni w kentuckie rajfle, wszyscy zaś mieli małe siekierki, zwane przez nich tomahawkami, i większe lub mniejsze noże. U pasa niektórych wisiały skalpy, to jest włosy zdarte wraz ze skórą z głów nieprzyjaciół; włosami temi były także ozdobione szwy ich ubioru. Siedzieli spokojnie, nieruchomie i milcząco, zupełnie jakby bronzowe posągi. Tłumy otaczające ich były w ogóle usposobione nader nieprzyjaźnie; ciągle można było słyszeć: Goddam you! Peste on you! i inne narodowe przekleństwa. Ale właśnie od téj niesforności białych, dziwnie odbijał spokój czerwonych wojowników. Nie patrzyli się na nikogo, nie dziwili się niczemu; twarze ich były spokojne, jakby pogrążone w zamyśleniu, wyraz zaś oczu do najwyższego stopnia obojętny, powiem nawet: apatyczny.
Jednakże indyanie mają tak gwałtowne namiętności, jak wszystkie dzieci przyrody; ale, wedle wyobrażeń indyjskich, niewiasta tylko lub lichy i niegodny téj nazwy mężczyzna, okazują co się dzieje w ich duszy. Prawdziwy wojownik umié panować nad sobą; podczas gdy w duszy jego wre zwierzęca wściekłość, umié spoglądać na swą ofiarę owym spokojnym nieruchomym wzrokiem, od którego krew krzepnie w żyłach. Nawzajem, gdy nieprzyjaciele schwytawszy go, przywiążą do pala męczarni, wówczas nie wydaje bólu najmniejszém drgnieniem muskułu; przeciwnie: powinien wówczas podniecać ich wściekłość obelgami i wspomnieniem krwawych krzywd, które im w życiu uczynił.
Takie są wyobrażenia indyjskie. Oczywiście, istnieje zapewne bardzo mało wojowników, którzy mają dość siły woli, aby w danym razie odpowiedziéć godnie powyższemu ideałowi. O Siouxach mówią nawet, że nie są tak waleczni, jak Apaches i Comanches, mieszkający na południu[2]. Bądź co bądź jednak, i oni starają się zastosować przynajmniéj pozory owego stoicyzmu, stanowiącego dziwną i przedziwną cechę téj rassy nawpół dzikiéj jeszcze, która jednak wytworzyła pewne pojęcia i wyobrażenia, właściwe tylko ludom bardzo wysoko rozwiniętym umysłowo.
Z tém wszystkiém jednak, wojownicy Siouxów nie odpowiedzieli zupełnie temu ideałowi indyanina, jaki wyrobiłem sobie czytając powieści Coopera, Bellware’a i Sp. Po bliższém przyjrzeniu się im, wyglądali obdarto, nadzwyczaj brudno i niechlujnie. Wydawali przytém zapach mało co lepszy od skunksów, który jednak, szczęściem łagodzony był przez dym palących się wrzosów. Gdyśmy zasiedli wraz z francuzem bez wszelkich powitań i ceremonii przy ognisku, twarze wojowników pozostały równie nieruchome; nie obdarowali nas ani jedném spojrzeniem. Gdy jednakże wydobyłem sporą paczkę cygar i czekolady, i gdy francuz oświadczył (co mi wytłómaczył późniéj), iż: młody wojownik z północy, który należy do innego pokolenia białych, przyjaznego czerwonym, przychodzi zawrzeć znajomość z czerwonymi braćmi i składa im podarki: stoicyzm wojowników zniknął jak mgła. Twarze ich i oczy pozostały wprawdzie równie nieruchome, ale ozwało się przygłuszone chrapliwe: halo! ogromne bronzowe łapy wyciągnęły się łapczywie w kierunku podarków, i tak czekolada jak i cygara znikły natychmiast w paszczach moich nowych sprzymierzeńców. Przez chwilę słychać było tylko chrupotanie nieszczęsnych tabliczek czekolady, ofiarowanych mi przez piękne rączki jeszcze w Warszawie, potém nastała uroczysta cisza.
Teraz już lody były złamane. Mogłem rozmawiać do woli, ale nim zdążyłem spytać o imiona braci moich i skomponować jakieś efektowne dla siebie, lokomotywa zagwizdała i trzeba było wracać. Francuz jednak zdążył dowiedziéć się, że ogromne śniegi spadły na wysokich stepach i że zapewne „wielkie wozy białych“ będą musiały się zatrzymać. Chciałem dowiedziéć się także, jak długo „czerwoni bracia moi“ bawią w Ketchum i dokąd jadą, ale nie było już czasu, bośmy go dużo zmarnowali siedząc z początku przy ognisku, w obowiązkowém milczeniu.
Po drodze do wagonów, awanturnicy poczęli robić wymówki mnie i francuzowi za to, żeśmy jak z ludźmi rozmawiali „z temi łotrami, czerwonymi dyabłami, rozbójnikami“ etc. Odpowiedzieliśmy im, a raczéj odpowiedział francuz, żeby patrzyli swego nosa, i wsiedliśmy do wagonu. W wagonie rozmowa toczyła się wszędzie o czerwonych. Trudno zrozumieć do jakich granic dochodzi nienawiść i pogarda kresowych amerykanów względem indyan. Prawda, że ciągła walka na śmierć i życie, grabieże i rozboje zaostrzają do wysokiego stopnia wzajemne stosunki, ale téż prawda także, że pograniczni biali zupełnie nie uważają indyan za ludzi; wytępianie zaś ich poczytują za zasługę w obec ludzkości. Człowiek biały, według pojęć pogranicznych, ma takież same prawo tępić indyan, jak grzechotniki, szare niedźwiedzie i inne szkodliwe stworzenia. Podczas więc gdy, od czasu do czasu, brukowi filantropowie w New-Yorku wyprawiają filantropijne maskarady, ze sprowadzonemi indyanami, na kresach wre ustawicznie wojna bezlitośna i najokrutniejsza, o jakiéj można pomyśléć. Trzeba bowiem wiedziéć, że kresowscy, lubo względem siebie lojalni a nawet uczciwi, w stosunku do czerwonoskórych nie są niemniéj dzikiemi. Indyanin nie ma litości, to prawda; ofiara, która wpadnie w jego ręce, napróżno używałaby wszelkich ludzkich zaklęć i próśb: czerwony wojownik patrzy na nią nieruchomemi oczyma, błagania przyjemnie tylko łechcą jego uszy; męka ofiary sprawia mu rozkosz, nasyca się nią i przez chwilę jest szczęśliwy. Ale biali również postępują z niemi: indyanin zdziera skórę z głowy jeńca, jako wojenne trofeum, biali przyjęli od czerwonoskórych ten zwyczaj i również skalpują swych jeńców. Z tém wszystkiém, gdyby mnie kto spytał po czyjéj stronie leży słuszność; to sądząc według zasad prostéj, opartéj nie na sofistyce, ale na sercu i sumieniu sprawiedliwości, odpowiedziałbym, że słuszność leży po stronie indyan.
Spojrzyjmy bowiem co to jest i jak się im przedstawia owa cywilizacya, do któréj przyjęcia głoszą ich niezdolnymi. Więc, oto najprzód: rząd Stanów gwarantuje im ziemię, obywatele zaś, z których łona rząd wyszedł, odbierają im ją mimo rządu. Na pierwszym więc kroku spotykają się z kłamstwem i krzywoprzysięztwem; jako zaś proste dzieci natury nie umieją odróżnić rządu od narodu, i z tych wszystkich stosunków wynoszą jedno tylko poczucie: głębokiéj krzywdy. Zresztą indyanin w cywilizacyi widzi tylko stratę tego wszystkiego, co stanowiło sposób do życia jego i jego przodków. Najprzód odejmują mu cały obszar stepów bez końca, a dają kawałek ziemi, któréj on nie umié uprawiać. Dają mu derkę, a zabierają wolność. Piękna zamiana! Dziki wojownik, siedząc na grzbiecie mustanga, przebiega stepy, poluje, walczy, oddycha całym obszarem piersi: jemu to życie dzikie, stepowe, potrzebne, jak ptakowi powietrzne przestrzenie; on bez tego obejść się nie może: schnie i umiera. Pomyślmy zatém co zyskuje, a co traci, przyjmując tak zwaną cywilizacyą. Przedewszystkiém mrze głód, na swoim kawałku roli: ciż sami bracia, którzy prawili mu o cywilizacyi, pogardzają nim teraz, tak jak w Europie cyganem, a w rezultacie nic téż innego nie pozostaje mu, jak cygańskie życie: żebranina i małe złodziejstwa, i wegetowanie z dnia na dzień, wśród którego podleje do ostatka.
Nakoniec, jacyż to są ci apostołowie cywilizacyi, z którymi się spotyka: najprzód kupiec, który go oszukuje; daléj awanturnik, który mu zdziera skórę z głowy; daléj traper, który przed jego wigwamami poluje na bawoły, dostarczające czerwonym pożywienia, i wreszcie amerykański komissarz rządowy z papierem, na którym między liniami napisano: mane, tekiel, fares! dla całego plemienia.
Spotykałem potém na wielu stacyach w stepach Nebraski i Wyomingu, tak zwanych ucywilizowanych indyan. Jestto jeden obraz nędzy i rozpaczy: mężczyzni obdarci, brudni, upodleni; kobiéty wyciągają wychudłe ręce do wagonów. Spytacie, dlaczego jedni i drugie nie pracują? Nie umieją: nikt się nie troszczy zresztą o to, żeby ich nauczyć. Wyrzekli się wojny z białymi, rozbojów, polowań, a dostali za to... derki... i pogardę.
Nakoniec, najpierwszym bezpośrednim produktem, który wszyscy dzicy otrzymali od cywilizacyi, jest: wódka, ospa i syfilis; cóż dziwnego więc, że patrząc na cywilizacyą ze stanowiska tych najpierwszych dobrodziejstw, nie wzdychają do niéj, bronią się i giną.
Przedewszystkiém zaś giną. Całe te plemiona, czy to przyjąwszy cywilizacyą, czy żyjąc w stanie dzikim, znikają z powierzchni ziemi z zastraszającą szybkością. Nie mogą się cywilizacyi ani oprzeć, ani unieść na słabych ramionach jéj ciężaru. Objaw to spotykany u wielu ludów dzikich. Uczony nasz rodak Strzelecki, sprawdziwszy go, zmienił na prawo naukowe, które anglicy: „Strzelecki law“ przezwali, i które stale dziś już jako pewnik przyjęte jest przez antropologią. Co do indyan jednakże, a przynajmniéj co do niektórych ich pokoleń, są bowiem wielkie między niemi różnice, gdyby zamiast spotykać się z mętami cywilizacyi, zetknęli się z lepszą, łagodną i ochraniającą a nie niszczącą jéj stroną, możeby nakoniec przywykli do niéj i ocaleli od zguby. Cywilizacya taka winna jednakże być nader łagodną nauczycielką, i naginać zwolna a nie odrazu łamać. Zmiana sposobu życia, stałe osiedlenie i zajęcie się rolą, które w obec dzisiejszych stosunków, przedstawiają się jako konieczność narzucona gwałtem nie przygotowanym do niéj plemionom, przyszłyby wówczas zwolna, jako naturalne następstwa stopniowego rozwoju.
Zdaje mi się nawet, że owo prawo naukowe o koniecznéj zagubie ludów, spotykających się z cywilizacyą, daje się wyjaśnić, nie absolutną niezdolnością tych ludów, ale tém właśnie, że nie mają czasu cywilizować się tak, jak cywilizowały się ludy europejskie, to jest drogą ciągłego i stopniowego rozwoju. Żyjąc częstokroć w stanie zupełnie pierwotnym, czasem nawet ludy żerujące (Sammel-Völker), dzikie plemiona spotykają się odrazu z cywilizacyą wysoką, rozwiniętą, subtelną — słowem: z cywilizacyą absolutnie dla nich zatrudną; nic więc dziwnego, że zamiast pod jéj wpływem podnosić się i oświecać, tumanieją, głupieją, i w rezultacie rozbijają sobie o tę zbyt twardą na ich zęby cywilizacyą głowy.
Wracając jeszcze raz do indyan: słyszałem od ludzi doświadczonych, a późniéj przekonałem się osobiście, że są to plemiona względnie dość nawet rozwinięte umysłowo. Nie stoją naprzykład wcale o wiele niżéj od kałmuków, baszkirów i innych plemion koczujących na stepach Rossyi i Azyi; mają swoje podania, swoję mitologią, a nawet swoję poezyą, zawierającą się w pieśniach wojennych, pieśniach śmierci i tym podobnie. Podania niektóre są nawet nader zręcznie ułożone i dowodzą pewnego sprytu, umiejącego korzystać z zewnętrznego materyału, jakiego dostarczają ludzie i przyroda. Gdy wielki Maniku (mówi jedno z podań) postanowił stworzyć człowieka, wziął glinę, wyrobił kształt ludzki i postanowił go wypalić w ogniu. Ale pierwszym razem przepalił na węgiel, twór jednak zostawił przy życiu, i odtąd powstał czarny murzyn; drugim razem nie dopiekł, i powstał biały człowiek; trzeci raz dopiéro, nauczony doświadczeniem, umiał zachować miarę: nic nie dopiekł, nie przepalił, i ztąd powstał twór doskonały, prawdziwie piękny: czerwonoskóry.
Jest w tém podaniu pewna trafność, polegająca na umiejętném skorzystaniu z koloru trzech rass ludzkich. Daléj, sam sposób wyrażania się indyan, w najzwyklejszéj nawet mowie, pełen porównań i metafor, do wysokiego stopnia jest poetyczny i dowodzący pewnego wyrobienia się myśli. W niektórych indywiduach wrodzona inteligencya poprostu jest zadziwiającą, ale w ogóle wszyscy są nader przenikliwi, umiejący odróżnić prawdę od kłamstwa, choćby najbardziéj cukrowego. Cechy te mieszają się wprawdzie z drugiéj strony z naiwnością prawie dziecięcą.
Nakoniec plemiona te, bądź co bądź, wyrobiły już pewną cywilizacyą, mogłyby więc postępować i daléj, mogłyby stanąć przy mądréj pomocy, i na wysokości naszéj cywilizacyi — gdyby nie to, że ta nasza wynalazła postępowanie o wiele krótsze: zamiast słabszych popierać i wzmacniać — zabija.
Wśród takich myśli przybyłem do Omaha, na granicę Jowy i Nebraski, to jest mniéj więcéj na połowę drogi łączącéj dwa Oceany; dalszy opis podróży, to jest z Omaha do San-Francisco odkładam do następującego listu.





Przypisy

  1. Szczegółowe o nich wiadomości patrz w osobnym liście.
  2. W czasie wojny, która wkrótce potém wybuchła, Siouxowie zadali kłam temu mniemaniu, wódz ich bowiem Siedzący Byk, pokonał w krwawéj bitwie wojsko amerykańskie pod wodzą generała Custera, który zginął. W rezultacie Siouxowie zostali zwyciężeni; Siedzący Byk zaś schronił się do Kanady.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.