Listy z podróży po Ameryce/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Listy z podróży po Ameryce
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom II
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Całe Listy z podróży
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy z podróży jako ePub Pobierz Całe Listy z podróży jako PDF Pobierz Całe Listy z podróży jako MOBI
Indeks stron
V.
Koleją dwóch Oceanów.
II.

Nieraz zdarzyło mi się czytać opis rozmaitych wypadków i niebezpieczeństw, na jakie narażeni są podróżni, jadący koleją dwóch Oceanów z New-Yorku do San-Francisco. Może przed dwoma laty gazety doniosły, że indyanie zapalili dziewiczy las, przez który przechodził pociąg, co widząc maszynista, nietylko jakoby pociągu nie wstrzymał, ale wpadł całą siłą pary w owo morze płomieni, które rozstąpiło się przed prądem powietrza. Pociąg przeszedł szczęśliwie, podróżni lubo poparzeni trochę, zostali uratowani.
Co więcéj, w illustracyach francuzkich i niemieckich widziałem nawet ryciny, dopełniające tego efektownego opisu. Obecnie, kiedy już przejechałem całą długość téj kolei, tak opis sam jak i ryciny, służą mi tylko za dowód, do jakiego stopnia dochodzą humbugi i kłamstwa, przedostające się z gazet amerykańskich do naszych, albo powstające z opowiadań podróżników, którzy przyjechawszy do jakiegoś portu nad Atlantykiem, opisują z taką pewnością Stany Zjednoczone, jakby ich całą długość i szerokość z piérwszej lepszéj wieży kościelnéj gołém okiem objąć można.
Na zbicie naprzykład powyższéj wieści o pożarze dziewiczego lasu, dość mi będzie przytoczyć małą rzecz: oto, w Stanach wschodnich, bliższych New-Yorku, w których są lasy, nie dziewicze wprawdzie, ale dość znaczne niéma wcale indyan, w zachodnich zaś, poczynając od Jowy, podróżnik literalnie nie widzi ani jednego drzewa, aż do lesistéj granicy Kalifornii i Nevady, czyli na długości mniéj więcéj takiéj, jaka oddziela Warszawę od Madrytu. Jowa, Nebraska, Wyoming, Utah i Nevada w środkowych swych częściach, jestto jedna olbrzymia i bezdrzewna prerya, porosła tylko trawą, wrzosem i gdzieniegdzie w jarach stanowiących koryta strumieni, nędznemi krzakami wierzbiny.
Przedewszystkiem jednak, najczystszy typ stepu przedstawia Nebraska. Podróżnik, któremu sprzykrzyły się zaludnione, upstrzone farbami okolice Stanów wschodnich, i który pragnął widzieć pustynię, znajduje tu czego szukał. Czasem tylko, przy saméj linii kolei tuli się mały domek jakiego zabłąkanego aż tu osadnika; zresztą pustka i pustka, jedna, bezbrzeżna, milcząca równina, na któréj wzrok niéma na czém spocząć i pada wreszcie jak ptak, który słabemi skrzydłami chciał przelecieć przestrzenie Oceanu.
Chwilami, kiedy pociąg zatrzymywał się na czas dłuższy, opuszczałem stacye i biegłem na step, który zaczyna się tuż za sztachetami mizernego, zwykle drewnianego domu, zastępującego tu miejsce banhofu. Śnieg chrzęścił pod nogami, wiatr pochylał wierzchołki wrzosów i szyszki ostów wystające po nad śniegiem; zresztą milczenie panowało głębokie: nigdzie ani ptaka, ani zwierzęcia, ani żadnéj żywéj istoty. Cisza ta jednak i pustosz ma swój głęboki urok. Rzekłbyś, nietylko wzrok, ale i dusza i myśl gubi się w tych stepach, porzuca drogi, któremi chodzić zwykła, zapomina o swojém ja, zlewa się z otoczeniem, i przez chwilę zdaje się żyć nie własném życiem, ale całą potęgą stepów, w któréj tak roztapia się jak kropla wody w morzu.
Z takich to uczuć i wrażeń, z téj łatwości, z jaką człowiek zlewa się z naturą, powstały wszystkie panteistyczne systemy. Człowiek na łonie natury i w obec natury, nie może oprzeć się poczuciu, że stanowi z nią jedno i toż samo, że w nim i w całém otoczeniu jest tylko jedna wielka dusza, a życie odrębne, ludzkie, to stan przejściowy, po którym nastąpi zlanie się z ogółem i nie byt osobisty a wiekuisty byt ogólny.
Jestto powtarzam, pierwsze i niejako wrodzone poczucie; dlatego téż i wszystkie bez wyjątku pierwotne religie, są tylko różnemi formami panteizmu. Późniéj dopiero, gdy wyrobione już sztucznie życie odejdzie daleko od natury, pochłonie swemi sprawami uwagę człowieka i przysłoni mu prawdę pierwotną, wówczas i bogi stają się ludźmi, i dusza odrębną, samoistną jednostką; ale początkowo, czy to weźmiem mitologią Greków, czy słowiańską, czy buddaizm indyjski, dostrzeżem w nich czysty tylko panteizm, który ani bogów nie zwie istotami, ani nie obiecuje życia odrębnego po śmierci.
Co więcéj, w każdéj naturze ludzkiéj leży tęsknota do zlania się z naturą i osobistego niebytu. Życie jednostkowe, bądź co bądź męczące jest i pokutnicze, dlatego oto buddysta nirwanę niebem swojém nazywa. Nie jest ona dla niego absolutną nicością, przeciwnie nirwana to tylko wszech-życie i wypoczynek wielki, i jakoby sen wieczny, nigdy nieprześniony, a nicość i niebyt tylko dla jednostek.
Ale to, co stanowi istotę buddaizmu, téj w pierwotnéj zasadzie najnaturalniejszéj ze wszystkich religii, leży jako mniéj więcéj jasne poczucie w każdym człowieku. Tém tylko poczuciem i tą tęsknotą za wszechżyciem, w przeciwieństwie do życia jednostkowego, można wytłómaczyć i ów niepojęty urok, jaki wywierają na nas te zjawiska natury, które mniéj więcéj przypominają nieskończoność.
Lubimy naprzykład morza, stepy, a jednak według zwyczajnych prawideł estetyki, kładących spokojną harmonię jako pierwszą zasadę piękności, nie masz w nich nic estetycznego. Cóż bowiem jest w téj bezbrzeżnéj równinie stepowéj? — Nic. Pustka tylko. Szara dal zlewa się z niebem na krańcu widnokręgu — milczenie w około: głusza, śmierć prawie. A jednak step nęci i wabi. Chciałbyś siąść na koń i puścić się nim, i gonić i gonić; — chciałbyś ot wykąpać się w nieskończoności, i rozłożyć ręce na koniu i krzyczeć: hej! hej stepy! i zapamiętać się w nich i obłąkać i żyć.
Czémże wytłómaczyć ten niepojęty urok? Oto właśnie dlatego, że tam tak pusto i bezbrzeżnie i nieskończenie, że tam wszystko jest tylko wszystkiém, że tam jednostkowe odrębne objawy życia nikną, że tam tylko jedna wielka dusza: dlatego step tak nęci i pociąga. Jestto niby odbrzask nirwany i wszech-życia a tęsknota za niém leży w ludzkiéj duszy.
Dlatego step tak nęci i pociąga.
Wracając na stepy Nebraski, a raczéj: stepy środkowe Stanów, sprawiają one niezmiernie potężne wrażenie z powodu swéj dzikości i ogromu. Rozległe są na całe tysiące mil na północ, południe, wschód i zachód; prócz bowiem wyżéj wymienionych Stanów, obejmują prawie wszystkie na zachód od Mississipi, z wyjątkiem Kalifornii. Jestto, jak powiedziałem już, olbrzymie płaskowzgórze, wznoszące się z obu stron coraz bardziéj ku własnemu środkowi, któryto środek, a zarazem i kość pacierzową, stanowią tak zwane Rocky Mountains (Góry skaliste). Góry te biegnąc z północy na południe, dochodzą najwyższéj wysokości we Wyoming, potém przebiegłszy jeszcze Colorado i New-Mexico, zniżają się coraz bardziéj, przechodząc stopniowo w pagórki, tworzące kilka pasm w samym Mexyku.
Prócz tego systemu gór, na zachód od nich biegnie inne pasmo, tak zwane Sierra Nevada. Są to góry, których odrośla pokrywają całą Kalifornię, w któréj jak również i na północy, w Oregonie, pojedyńczo brane, rozmaite noszą nazwy. Na północy (Oregon, Washington, Idaho) i na południe (New-Mexico, Arizona), Sierra Nevada styka się prawie ze Skalistemi, w środku zaś Skaliste wyginają się półkolem na wschód ku Mississipi, Sierra Nevada zaś na zachód ku Oceanowi Spokojnemu. Między temi dwoma półkolami leżą Stany lub terytorya: Idaho, część Oregonu, część Wyomingu, Nevada, Utah, cała Arizona i część Nowego-Mexyku. Szczupłe wody Sierra Nevady staczają się wszystkie do Oceanu Spokojnego, wody zaś gór Skalistych, płynąc na wschód ku Atlantykowi, tworzą owe wielkie rzeki amerykańskie (Missouri, Mississipi) albo téż ich dopływy. Skutkiem tego, kraj zawarty między dwoma półkolistemi pasmami gór stosunkowo jest bezwodny. Niewielkie rzeki, albo giną w stepach, albo wpadają do środkowych jezior, nie mając nigdzie przystępu do brzegów morskich. Step, tu i owdzie, przechodzi w pustynię zupełnie nieurodzajną; miejscami sól występuje na powierzchnię gruntu. W Stanie Utach znajdują się wielkie zbiorniki słonéj wody (Salt L. i Utah L.). Również często napotykamy je i w Nevadzie, jak np. Tahoe, Pyramid i Humbold L. L.
Mianowicie południe Utach i Nevady, prawie zupełnie jest bezwodne; dopiéro w Arizonie i New-Mexyco znajdujemy mniéj więcéj, liczne dopływy Colorado River i Green River. Step téż tu piękniejszy, obfitszy w trawę, miejscami w drzewa, chociaż w ogóle ustępuje jednak stepom położonym na wschód Rocky Mountains i ciągnącym się aż do Missouri i Mississipi, t. j. stepom Nebraski, Kanzas, indian Territory i Texasu.
Obecność dwóch wyżéj wymienionych rzek, i stosunkowo wielka ilość ich dopływów, sprawiają że wschodnie te stepy, jakkolwiek i one nie mają dostatecznéj ilości wody, są jednak wilgotniejsze od zachodnich i w ogóle nadzwyczaj urodzajne. Cuda opowiadają o żyzności ziemi w Nebrasce, Kanzas, Indian Territory i Texasie. Z tém wszystkiém są to ziemie prawie jeszcze puste, zamieszkałe tylko przez rozmaite pokolenia indyan i wszelkiego rodzaju dzikie zwierzęta.
Miejscami w międzyrzeczach mają się na nich znajdować olbrzymie lasy, na całéj jednak długości linii kolei żelaznéj tak w stepach wschodnich, to jest z téj strony gór, jak w zachodnich, z tamtéj strony gór leżących, nie widziałem literalnie ani jednego drzewa, prócz zasadzonych w małéj zresztą ilości koło stacyj kolejowych.
Wszędzie step i step, porosły tylko rodzajem wrzosów, burzanami i jakąś szyszkowatą rośliną, któréj szyszki do naszego szaleju podobne. Widok w ogóle uroczysty, ale nadzwyczaj smutny. Prawda że pierwszy raz widziałem owe stepy w połowie marca, to jest w czasie, kiedy wszystko na nich jeszcze zdrętwiałe jest snem zimowym. Stepy Jowy, Nebraski, Wyomingu, Utah i Nevady, jakkolwiek położone pod 42° szerokości północnéj, t. j. mniéj więcéj na równoleżniku Portugalii, Hiszpanii i południowych Włoch, zimę jednak mają długą i ostrą. Czytelnikom zapewne wiadomo jest, że pod tąż samą szerokością w Europie ciepléj jest niż gdziekolwiek indziéj; ale istnieje i inna ważniejsza jeszcze przyczyna, dla któréj wymienione stepy mają klimat tak ostry: oto wysokość ich położenia nad poziom morza. Wspomniałem już, że poczynając od systemu wielkich jezior, a ściśle biorąc od Mississipi, płaskowzgórze wznosi się ciągle tak że w Wyomingu i Utah dochodzi kilkunastu tysięcy stóp nad poziom morza, to jest do linii wiecznych śniegów. Z tém wszystkiém, wznoszenie się owo tak jest nieznaczne i łagodne, że podróżnik znalazłszy się na wysokości Mont-Blanc lub Gotarda, nie spostrzegł nawet, że jechał pod górę. Pozornie pociąg pędzi ciągle po równinie, i dopiero zaspy śniegowe i tak zwane śnieżne domy, to jest ogromne drewniane galerye, wśród których idzie kolej, ukazują na rzeczywisty stan rzeczy.
Nebraska położona jest wprawdzie znacznie niżéj, ale i w niéj, a szczególniéj na zachodnim jéj krańcu, zima trwa do połowy kwietnia. Latem za to upały dochodzą tu do stu kilkunastu stopni Fahrenheita. Promienie słoneczne, padając prawie prostopadle na step niepokryty cieniem drzew, rozpalają go jak piec hutniczy. Trawy, osty, burzany i bodziaki schną jak pieprz, i opadłszy na ziemię, wikłają się ze sobą w jedno zbite, wyżółkłe podścielisko. Mniejsze rzeki, czyli tak zwane kryki, a nawet i większe (river) wysychają zupełnie, liście wierzbiny czernieją, skręcają się koło własnych grzbietów i dają się pokruszyć w ręku. Najmniejszy wiatr nie ochładza rozpalonego powietrza; niebo bezchmurne, siwe jakieś, zdaje się oddychać płomienistym oddechem na ziemię; grunt stepowy pęka. Wówczasto stepy stają tak puste i milczące, jak sama śmierć. W żółtém podścielisku nie dostrzeżesz ani motyla, ani żadnego owadu; na wytężonéj kopule nieba nie waży się na skrzydłach ptastwo, dziki zwierz zaś cały dzień spoczywa w legowisku.
Nawet jaguar i puma, czyli płowy lew stepów, rzadko odważają się krążyć w godzinach południowych, w których upał dochodzi największéj siły. Wielkie szare niedźwiedzie, najstraszniejsze rozbójniki stepowe, udają się w góry, gdzie śnieg nigdy nie topnieje, lub wloką się leniwo za śladami bizonów, szukających schronienia w korytach rzek, których upał nie zdołał wysuszyć zupełnie. Męczący wpływ upału znać i na bizonach. Ogromne łby ich, z kudłami nabitemi na kilka cali grubo kurzem, gliną i poplątanemi roślinami stepów, schylają się co chwila, bodąc rogami twardy grunt stepowy, jakby w poszukiwaniu wody; wielkie stare samce, przewodniki stad, ryją z niecierpliwością racicami ziemię, lub podnosząc chrapliwe nozdrza, wietrzą na wszystkie strony, czy czasem w rozpalonym powietrzu nie poczują chłodnego powiewu wilgoci, idącego z rzek i jezior. Oczy ich błędne i zaszłe krwią, oraz powywieszane języki, znamionują wściekłość i pragnienie.
Wieczorem dopiéro, gdy wielki czerwony krąg słoneczny stacza się za krańce widnokręgu, rozpoczyna się na stepach życie nocne. Tu i owdzie słychać złowrogie gardłowe wrzaski kaguarów, czasem ozwie się ryk szarego niedźwiedzia, po którym na chwilę milknie wszystko; a potém znów powiew wiatru przyniesie lękliwe skomlenia kujotów czyli małych wilków stepowych, idących w ślad za wielkiemi rozbójnikami, i żyjących z resztek ich biesiad.
Największy jednak ruch panuje koło rzeki i jezior, których woda mimo upałów nie wysycha. Ukrywszy się w pobrzeżnéj trzcinie lub sitowiu, można jak na dłoni widzieć całe menażerye wszelkiego rodzaju zwierząt. W czerwonych promieniach zachodzącego słońca rysują się z dziwną dokładnością ogromne czarne sylwety bizonów, biegnących truchtem po wysokim stepie ku wodzie, i nurzających się w niéj z lubością razem ze łbami; tu i owdzie, w lekkich i wdzięcznych podskokach zbliżają się stada malowniczych antylop, za niemi chyłkiem ciągną drapieżcy; czasem zaś rozchyla się trawa i krzaki, i wśród zarośli ukażą się na chwilę zdobne w pióra głowy indyan. Siedząc prawie w kuczki na koniach, zbrojni w dziryty, czerwoni wojownicy obejmują pałającemi oczyma ów świat zwierzęcy, który za chwilę ma stać się ich łupem.
W godzinach jednak upału, kiedy wszystko na stepie milczy i zasypia, i gdy nawet indyanin chroni się pod cień wigwamu, jedna tylko istota odważa się narazić głowę na promienie słoneczne, a tą istotą jest biały człowiek. Nieraz w porze największego żaru, wśród atmosfery przepełnionéj subtelnym pyłem, zobaczysz wielkie wozy, zwane tu okrętami preryi, zaprzężone w trzy, cztery, a nawet i w sześć par mułów. Karawana taka dzwoni i brzęczy zdaleka, nad każdém bowiem chomontem zawieszają po cztery dzwonki, których odgłos zachęca pociągowe zwierzęta i dodaje im siły. Wierzchy wozów pokryte pasiastém płótném, w wozach zaś siedzą kobiety, dzieci, leżą sprzęty domowe; za karawaną skwaterowie, często murzyni lub metysi, dopędzają stadka krów i owiec, trzaskając z długich biczów, wykrzykując: „ho! ho!“ lub przeklinając upał i siebie wzajemnie. Obok każdego zaprzęgu idzie zwolna, ze sztućcem przez plecy „traweller,“ ubrany we flanelową koszulę i obszerne, zasłaniające go od słońca „sombrero.“
Co to za ludzie? to osadnicy ciągnący na „Daleki Zachód“ wraz z żonami, dziećmi i całym dobytkiem. Sami często nie wiedzą dokąd jadą. Czasem umieją wskazać Stan lub okolicę. „Jedziemy do Kanzas, Kolorado, lub Nebraski (mówią), albo téż w głuchy step. Jak znajdziemy ziemię, trochę drzewa i wodę to i osiądziem.
Nie potrzebuję mówić, jak dalece niebezpieczna jest taka podróż. Wprawdzie kilkunastu ludzi dobrze uzbrojonych i odważnych, niepotrzebuje się obawiać całych setek Siouxów, Pawnisów lub Uronów, jeżeli tylko pilnuje się dobrze i nie da uchwycić się w zasadzkę. Indyanin nie napada nigdy, jeżeli wie, że małe stosunkowo łupy i małą ilość skalpów przyszłoby mu wielką stratą opłacić. Zresztą w obec dzisiejszego stanu rzeczy i wobec solidarności, z jaką jedni biali mszczą się za drugich, czerwoni wojownicy, jeżeli nie bronią swych siedzib, nie bardzo śmią nastawać na życie nawet pojedyńczych podróżników, ale natomiast kradną i łupią ich jak mogą.
Szczególniéj konie i muły stanowią łatwą dla nich zdobycz, kradną je z taką zręcznością, że wędrowcy stepowi dzień i noc czuwać muszą nad swoim dobytkiem; jeżeli zaś osiądą w pustyni w pobliżu wigwamów, czuwanie owo nie kończy się nigdy. Nowy osadnik zapowiada wprawdzie zwykle, że każdego indyanina, którego ujrzy w takim a takim promieniu od swéj fermy, zastrzeli jak psa, niepytając czy winien, czy nie winien; ale i to nie pomaga wiele, i trzeba ustawicznie strzedz się od napadów, od kradzieży, a nawet i od pożarów; indyanie bowiem częstokroć palą zboża białych, przez prostą chęć szkodzenia. Takie stosunki istnieją szczególniéj w Indyan-Terrytory, która to ziemia, oddana czerwonym, zaludnia się teraz, mimo zakazów rządowych, coraz obficiéj białymi osadnikami.
Największém jednak niebezpieczeństwem takiéj podróży wozami przez stepy są zdarzające się częstokroć w lecie pożary stepów. Czasami indyanie wzniecają je umyślnie, często zaś wynikają one z zaniedbanych ognisk podróżnych, albo wprost powstają ze zbytecznego żaru słońca. Nic bardziéj nieprawdopodobnego do wiary, jak szybkość z jaką płomień biegnie, gnany powiewem wiatru po preryi. Suche podścielisko trawy zwanéj: blue grass, pali się jak siarka. Płomień zaledwo zrodzony z iskry w jedném miejscu, chwyta łakomie szyszki ostów, potrząsa liściami burzanów, pożera żywiczne dziewanny, przeskakuje puste przestrzenie, rozrzuca złote iskry na wszystkie strony, huczy i pędzi jak gdyby ze wściekłością, szaleje i dogania uciekające napróżno zwierzęta, które nawpół zduszone dymem i żarem, padają z wywieszonemi językami jeszcze przedtém, nim płomień zdołał je objąć i pójść daléj po ich zwęglonych trupach. Biada podróżnikowi, który nocą dostrzegłszy na krańcu horyzontu czerwony pasek światła, niby świtanie zorzy, nie zapali natychmiast stepu przed sobą i nie schroni się na świeżo wypalone gorące jeszcze przestrzenie. Jeśli spostrzeże się zapóźno, nim skrzesze ognia, hucząca czerwona fala przyleci niby na skrzydłach i niemasz już wtedy dlań ratunku, bo choćby płomień go nie spalił, udusi go dym, żar i brak powietrza.
Ten jednak łatwy sposób ratunku, polegający na zapaleniu stepu przed sobą, ma swoją złą stronę: oto wznieca nowy pożar, a raczéj rozszerza go do nieskończoności, skutkiem tego płomień obejmuje niezmierzone przestrzenie. Nic smutniejszego nad widok takiéj spalonéj preryi. Step zmienia się jakby w jeden pokład popiołu i węgla, martwota pada na niego absolutna, a gorące i tak promienie słońca, operując na czarny grunt, wzniecają taki żar, że poprostu niepodobna w nim oddychać.
Z drugiéj jednak strony, pożary użyzniają stepy do wysokiego stopnia. Wiosną, po deszczach zimowych, gdy wilgotna ziemia zieleni się pierwszą runią, na przestrzeniach spalonych porasta najbujniéj i najobficiéj. Nieraz pokazywano mi już późniéj takie całe pasy, któremi poprzedzającego lata przeszedł ogień, i istotnie odróżnić je łatwo po zieloności ciemniejszéj i trawach, w których człowiekowi siedzącemu na koniu, widać tylko głowę i ramiona.
Nie sposób wypowiedzieć, ani opisać całego uroku, jaki stepy mają na wiosnę, gdy słońce potopi śniegi, ziemia przesiąknie nadmiarem wilgoci, wszystkie strumienie (kryki) wystąpią ze swoich łożysk i zalawszy, płytko ale szeroko, ogromne przestrzenie, przeświecają rzeźwą wiosenną wodą wśród traw i zarośli. Wszystko wówczas wzrasta prawie w oczach, strzela pękami i rozkwita. Step wydaje się, jak jeden stubarwny dywan. Więc najprzód wszystkie szlaki, któremi przechodziły wozy, porastają ślicznym kwiatem barwy złotawo-żółtéj, który tam tylko wyrasta, gdzie ziemia była stratowana kopytami i gdzie padł na nią nawóz zwierzęcy. Szlaki te, niby złote wstęgi, wiją się po całym stepie: to rozchodzą się, to kołują, to znowu krzyżują ze sobą, i wreszcie nikną w oddali. Gdzieniegdzie step porasta jakby bylicą wysoką, cienką, o kwiatkach srebrnych i drobnych jak perełki, które to podobieństwo powiększają jeszcze kropelki przezroczystéj żywicy, zwieszające się na nich ku ziemi; w inném miejscu tuż obok białych barw, błękitnieją wielkie dzwonki stepowe, koloru naszego habru; daléj gatunki rozchodników i rosiczek, mienią się i pstrzą, to żółto, to czerwono; miejscami całe przestrzenie zajmują dzikie tulipany. Tam znów szczególne kwiatki, podobne do dzbanuszków i zawierające świeżą wodę, a raczéj rosę nocną, pochylają gościnnie ku podróżnikowi pełne naczyńka. Nakoniec, mnóstwo kwiatów, o barwie jednakiéj lub nakrapianych, mnóstwo powoi mieni się i plącze wśród traw, wikła się ze sobą, tłoczy się, wyrasta, jedno na drugiém kwitnie, cieszy się, kocha, szaleje, słowem: prawdziwy potop roślinności znanéj i nieznanéj, tysiącznych nazw i gatunków. Wszystko to dochodzi do takiéj wysokości, że w téj zielonéj i pstréj fali z głową schować się można. Tysiączne wonie, to miodowe, to upajające, jakby lilii i heliotropów, to znów mocne i korzenne, uderzają o powonienie. Dzielny orzeźwiający zapach trawy, to góruje nad innemi, to znów ustępuje pola oddechom kwiatów.
W kwiatach i nad kwiatami, w trawie i nad trawą porusza się i roi cały odrębny świat zwierzęcy. Czasem ujrzysz, jak trawa poczyna poruszać się szybko wązkim szlakiem, aż nagle ukaże się groźny łeb bizuna lub śliczna główka antylopy o wielkich smutnych oczach i promiennych rogach, a ukazawszy się na chwilę zniknie znowu, jakoby w topieli. Pod nogami smyrgają ustawicznie pieski ziemne, i małe szkódne skrzeczki, zwane tu goframi. Czasem gdzie trawa mniejsza, siądzie na tylnych łapach młody zajączek, wytrzeszczy oczy, nastawi uszy, i poruszywszy groźnie wąsami, chowa się, jak gdyby przekonany, że już dostatecznie przeraził wędrowca; nakoniec, od chwili do chwili usłyszysz złowrogie, suche kołatanie dzwonków grzechotnika, który wijąc groźnie ogonem, ucieka jednak coprędzéj, wiedząc, że gdziekolwiek człowiek go ujrzy, tam zabija go bez miłosierdzia.
Znajdują się miejsca na stepie, które można nawet widzieć i z pociągu, gdzie owe pieski ziemne pozakładały sobie całe obozowiska. Są to szeregi kopców, tuż przy sobie stojących, z otworami wiodącemi do dość obszernych jam pod ziemią. Między kopcami kręcą się ustawicznie mali ich mieszkańcy, to gryząc się, to swawoląc, to znosząc trawę lub korzonki. Niektóre siedzą na tylnych łapkach w samych otworach, i poważnie przypatrują się wszystkiemu, co dzieje się w obozie, zupełnie jak wiejskie gosposie stojące we drzwiach chaty. Trochę zdala od obozu stoją straże baczące „ne puid respublica detrimenti capiat,“ słowem: wszystko jak gdyby w porządném i uorganizowaném społeczeństwie ludzkiém.
Obozów takich widziałem już bardzo wiele, ale dlatego właśnie nie radzę zbliżać się do nich niebacznie podróżnemu. Już o kilkadziesiąt kroków, można dostrzedz leżące na słońcu jakieś ciemne, wydłużone ciała, poruszające się od czasu do czasu leniwo. Ni mniéj ni więcéj, jak tylko są to grzechotniki, których w każdém obozowisku jest nieprzebrane mnóstwo. Napozór, groźni ci sąsiedzi zdają się żyć w najlepszéj zgodzie z małymi republikanami; niektórzy jednak ludzie bywalcy w stepach mówili mi, iż węże jedzą małych republikanów, ci zaś nie umiejąc sobie poradzić, muszą ich cierpieć, uważając zapewne przytém za swych kapłanów lub bogów.
Wiosną stepy zaludniają się także wielką ilością ptastwa, które przylatuje tu z okolic lesistych, trzyma się jednak głównie w pobliżu rzek zarośniętych wierzbiną. Na szczerym stepie jednak, raz wraz spotkać można małe, szare sowy, siedzące z zamkniętemi pod nadmiarem światła oczyma, i jakoby ogłupiałe pośród dziennego blasku. Żywią się one myszami, szczurami i owemi goframi; dla tego szczególnie w miejscach już zamieszkałych są bardzo szanowane. Prócz sów, w powietrzu pławią się na rozpostartych skrzydłach wielkie orły i mniejsze jastrzębie, kobusy i sokoły. Z głową zwieszoną na dół i oczyma utkwionemi w step, wiszą one czasem po całych kwadransach nieruchomo nad trawą, a ponieważ słońce rzuca ich cień na ziemię, zdaje się więc, jakby się we własny cień wpatrywały.
Nieraz także, i w Kalifornii, już widywałem z daleka wielkie czarne i świecące się ptaki z głową czerwoną, zupełnie, zwłaszcza z pewnéj odległości, podobne do naszych indyczek. Z początku brałem je nawet za dzikie indyki, i dopiéro postrzeliwszy jednego, przekonałem się, że są to sępy, tak zwane scierwniki. Głowa ich goła, wydaje się z daleka jakby zdobna w indycze korale. Żywią się padliną i oczyszczają tak stepy, jak i okolice już zaludnione od wyziewów zgnilizny.
Jednakże, daleko jeszcze liczniejszy od drapieżnych, jest ród śpiewaków. W godzinach rannych, cały step grzmi gwizdaniem, śpiewem, świegotem, słowem: jednym ogromnym koncertem tych samouczków-artystów. W ogóle jednak ptaki tutejsze inaczej śpiewają od naszych. Wielki np. skowronek kalifornijski, dochodzący rozmiarów naszéj przepiórki, zdobny wydłużonym dziobem i złotą piersią, nie śpiewa tak jak nasz długo i melodyjnie, ale siadłszy gdziekolwiek, gwizdnie raz i drugi, jakby na psa, i już kontent. Inne śpiewają i czyrykają dość wdzięcznie, najpiękniéj jednak ze wszystkich, tak zwany podrzeźniacz, albo jeszcze inaczéj drozd żartowniś.
Jestto szczególny ptaszek! Trzymają go wszędzie w klatkach, dlatego mogłem mu się dowoli i zblizka przypatrzeć. Wzrostu naszego skowronka, nie odznacza się wcale świetném upierzeniem; cały jest szary, z małemi tylko białemi lusterkami na szkrzydłach. Ma on jednak inne talenta, które zastępują znikomą piękność zewnętrzną. Oto, nietylko śpiewa nadzwyczaj wdzięcznie, ale naśladuje wszystkie głosy, jakie gdziekolwiek usłyszy.
Słysząc miauczenie kota, natychmiast poczyna miauczeć jak kot; słysząc szczekanie psa, zaczyna szczekać jak pies. Co więcéj chowany w domu, nawet kaszle i chrząka naśladując w tém ludzi.
Raz bawiąc już w Kalifornii, zaszedłem do jednego znajomego farmera, i spostrzegłszy klatkę z przedrzeźniaczem, wiszącą nadedrzwiami, stanąłem przed nią i począłem mruczeć. Ptaszek natychmiast spuścił się z wyższego prętka na niższe, wychylił główkę przez pręty przekrzywił ją trochę, przymknął jedno czarne jak paciorek oko i zdawał się słuchać uważnie. Po chwili jakby już pojął o co chodzi, wskoczył na wyższy pręt, nadął się, i usłyszałem najdokładniejsze w świecie mruczenie, które trwało dopóty, dopóki ptak idąc moim przykładem, nie zaczął się śmiać z kolei tak serdecznie, jak gdyby usłyszał coś najdowcipniejszego.
Zwykły śpiew jego, dość do słowiczego podobny, nie tak jednak donośny, dźwięczny i słodki. Na stepach przelatuje ustawicznie z jednéj rośliny na drugą, kołysze się na ostach i śpiewa, albo téż draźni się po swojemu ze zwierzętami i z innemi ptakami, naśladując ich głosy.
Ale całe to życie stepowe, barwne i gwarne trwa dosyć krótko: z chwilą gdy następują upały, wszystko odlatuje lub chowa się w pobrzeżu zarośla i milknie aż do następnéj wiosny; potém przychodzi jeszcze jesień, równie prawie piękna choć równie krótka jak wiosna, a po jesieni znowu milczenie śmierci obejmuje całą krainę; w powietrzu roją się płatki śniegowe; step drętwieje i obumiera, i chyba tylko suche osty zaszeleszczą czasem pod tchnieniem wiatru lub lokomotywa pędząca na zachód, gwałtownym i zziajanym oddechem przerwie na chwilą panującą ciszę.
Wyjątek od powyższego prawidła stanowią oczywiście, stepy Stanów południowych, które, jak np. w Indyan-Territory, mają wieczystą wiosnę, albo prawie ciągłe upały, jak w dolnym Texasie. Natomiast w Stanach posuniętych bardziéj na północ, na szczytach Rocky-Mauntains, panuje wieczna zima i śniegi leżą nawet w lato. Nebraska ma klimat pośredni, pory roku nader wybitne, zimę ostrą, w lecie zaś wielkie upały.
Kraina ta, jakkolwiek jeszcze zupełnie pusta, ma jednak wielką przyszłość przed sobą. Przedsiębiercy amerykanie dziś już myślą o zakładaniu w niéj ogromnych gospodarstw hodowlanych, nakształt takich, jakie istnieją w stepach południowéj Ameryki, w Argentynie, w Paragwaju i Uragwaju. Dziś koléj rozdaje ziemię leżącą tuż nawet koło stacyi za bezcen i na dziesięcioletnią wypłatę, daléj zaś od linii, można osiadać nie pytając się nikogo, ani téż nie płacąc nikomu.

III.

Dnia 11 marca przybyłem wreszcie do Sydney, wielkiéj stacyi leżącéj jeszcze w Nebrasce, ale już na zachodnim jéj krańcu. Dworzec kolejowy przybrany jest w Sydney głowami bizunów zastrzelonych z pociągu; stacya bowiem leży na szlaku, którym te zwierzęta w pewnych miesiącach roku ciągną całemi dziesiątkami tysięcy na południe. Niedaleko Sydney pociąg przechodzi przez okolicę antylop, których istotnie takie jest mnóstwo że łatwo dostrzedz je z okien wagonów. Prócz antylop, mieszkają tu także indyanie Pawnis, którzy przyjeżdżają czasem na stacye kolejowe dla wymiany skór i kupna rozmaitych drobiazgów.
Step podnosi się ciągle. Jesteśmy już na kilka tysiący stóp nad poziomem morza, jakkolwiek prawie nigdzie nie można dostrzedz, żeby pociąg szedł pod górę. Na stepie śnieg i mróz. W wagonach palą znowu na gwałt w piecach; wszystko zdradza blizkość Rocky-Mountains.
Tegoż samego dnia, wieczorem przybywszy do Pine-Bluffs. Jest to granica Nebraski i Wyominga. Charakter krajobrazu zmienia się zupełnie, i ze stepowego przechodzi w górzysty. Pociąg biegnie zawsze jeszcze równiną, ale po obu stronach widać góry z wierzchołkami pokrytemi śniegiem, lub skały, spiętrzone nieraz w nader fantastyczne kształty przypominające ruiny zamków nad Renem. Okolica dzika i ponura. Z wagonów widzimy znowu antylopy i obozowiska piesków ziemnych. Zbliżamy się do Cheyenne, stacyi we Wyomingu, ale przed przybyciem do niéj przejeżdżamy przez pierwszy „śnieżny dom,“ ciągnący się na kilka wiorst długości. Owe „śnieżne domy“ są to niezmiernie długie galerye pokryte dachem i strzegące linii kolejowéj od zasp śniegowych. Tyle słyszałem o nich opowiadań i podziwiań, że doznaję zupełnego rozczarowania. Prawda, że galerye owe są bardzo długie, ale za to zbite w najprostszy sposób z desek i z belek: belki pospajane bretnalami, w dachu mnóstwo dziur: słowem, całość budowana tak, jak u nas budowano przed kilkudziesięciu laty chałupy. Budowa taka może być zresztą zupełnie wystarczającą, ale w żadnym razie nie zasługuje na to, ażeby ją za ósmy cud świata uważać.
Wyjechawszy ze śnieżnego domu, mamy przed sobą wspaniały widok. Na prawo od pociągu widać jak na dłoni Czarne góry (Black Hills), do których przez Omaha i Sioux-City pojechało tylu ludzi. Jestto osobna grupa, stojąca na równinie oddzielnie od innych pasm, tak jak nasze Tatry. Wśród krajobrazu przypruszonego śniegiem, i na tle ołowianego nieba góry te istotnie wydają się czarne jak noc, a przytém mroczne jakieś, tajemnicze i groźne. Tylko wierzchołki najwyższych szczytów pokryte są śniegiem, zresztą czarna ich barwa nie ma nawet śladu tego błękitnego odcienia, który miewają zwykle góry. W téj chwili są one świadkami strasznych dramatów rozegrywanych między czerwonoskórymi a białymi[1].
Przybywamy wreszcie do Cheyenne. Cała ludność stacyi jest zgorączkowana i wzburzona. Jedni przez drugich opowiadają nam, że wczoraj miała miejsce bitwa górników ze Siouxami, w któréj górnicy ponieśli porażkę; stracili ośmiu zabitych i kilkunastu rannych a prócz tego wszystkie konie, woły i zapasy żywności. Prawdopodobném jest, że nim przez Omaha i Sioux-City dostawią nowe zapasy, zapanuje między nimi głód i nędza, przez Cheyenne bowiem zapasy iść nie mogą, bo jakkolwiek ztąd do Czarnych gór najbliżéj, ale droga niedostępna.
W Cheyenne pociąg zatrzymuje się kwadrans. Przez kilka minut słuchałem opowiadań o walce, potém zaś podziwiałem wielkiego szarego niedźwiedzia gryzzli, który, zaawanturowawszy się zbyt blizko stacyi, został zabity przez jéj mieszkańców, a raczéj rozstrzelany ze wszystkich rajfli, jakie tylko się znalazły. Jestto potwór mający przeszło stopę szerokości we łbie, tak zaś ogromny, że gdy postawiono go na zadnie łapy, ludzie zwykłego wzrostu dochodzili mu do ramion. W ogóle, w pobliżu Cheyenne, ma się znajdować ich bardzo wiele.
Cheyenne leży już bezpośrednio w systemie Rocky Mountains; wysokość jéj wynosi 6,041 stóp nad poziom morza, czyli prawie tyleż ile naszéj Łomnicy. Daléj, poza stacyą śnieżne domy ciągną się prawie bez przerwy, śniegi wszędzie ogromne. Małe przystanki: Hazard, Otto, Granite-Canon i Bufor, leżą coraz wyżéj. Nakoniec dojeżdżamy do stacyi Cherman najwyższego wzniesienia na całéj linii, leżącego na 9,000 stóp nad poziom morza.
Nic smutniejszego nad widok téj stacyi. Na łyséj, niewielkiéj płaszczyznie stoi dom z dachem grubo pokrytym zaspami; powietrze rzadkie i tak przenikające, że mimo futer drżymy od zimna. Śnieg pada tu prawie ciągle, wicher wyje i kręci tumanami śniegowych płatków; w niektórych miejscach sterczą nagie czarne skały, z których dziś wiatr zwiał śniegi, a jutro nowych naniesie. Nie rozumiem jak ludzie mogą żyć i mieszkać stale w tych miejscach, w których piersiom poprostu braknie oddechu, w uszach dzwoni, a osobom słabszym krew pokazuje się ustami.
Dnia 11 marca poczynamy zwolna spuszczać się na dół, ale i z téj strony gór, spadek nadzwyczaj jest nieznaczny. Zawsze jeszcze znajdujemy się na kilka tysięcy stóp nad poziomem morza. Jestto już koniec Wyomingu. W południe tegoż dnia przybywamy do Green-River, która niedaleko ztąd w górach bierze początek. Okolica wszędzie skalista, skały zaś przybierają tak fantastyczne kształty, że jestto najciekawsza niemal część drogi. Niektóre podobne są do obelisków, inne do piramid; tam znów stoi zamek: przysiągłbyś, że wzniesiony ręką ludzką, bo nie brak mu ani wież, blanków strzelniczych, ani nawet obwodowego muru. Ale oto znów zmiana, i skały zniżają się i jak okiem dojrzysz, tworzą mury, długie, proste, a tak regularne, jak gdyby budowane pod linię i cyrkiel.
W Utah, niedaleko od stacyi Echo, znajdują się jednak najosobliwsze formacye. Jest tu tak zwana Dyabla Brama i Dyabla Ścieżka. Obie zresztą podobne do siebie zupełnie, a różniące się tylko wielkością. Są to skały, idące pod górę dwoma grzbietami, zupełnie równoległe, i tworzące przez to głębokie korytarze, tak dzikie i demoniczne, że istotnie dyabeł nie mógłby sobie nigdzie na świecie znaleźć odpowiedniejszego pomieszkania.
Nakoniec, przejechawszy jeszcze jedno ramię rzeki, a może tylko dopływ Green-River, przybyliśmy do Ogden, stacyi a zarazem i miasta w Utah. Niedaleko od Ogden, ale w bok od wielkiéj linii, leży Słone jezioro i Salt-Lake-City, stolica Mormonów. Na nieszczęście, na parę godzin przed nami przyszedł telegram, że droga jest zasypana śniegiem, i że na drugi dzień dopiéro będzie wolna. Niezrażony tém, chciałem doczekać owego drugiego dnia aby koniecznie zwiedzić to osobliwsze miasto, gdy tymczasem nadeszły nowe telegramy, grożące, że za parę dni, i na wielkiéj linii komunikacya może być na długo przecięta, ponieważ niepamiętne śniegi spadają ciągle w górach. Nie było więc rady. Śpiesząc się do San-Francisco musiałem wyrzec się odwiedzin u Mormonów, obiecawszy sobie tylko, że z powrotem zatrzymam się między niemi, choćby kilka dni.
Tymczasem pokazało się, że byłbym lepiéj zrobił, zatrzymawszy się odrazu w Ogden, zaledwie bowiem posunęliśmy się o jeden dzień drogi, do małéj i nędznéj stacyi Tuano, na któréj zwykle pociąg zatrzymuje się trzy minuty, przyszła wiadomość, że dalsza droga nie jest do przebycia, śniegi bowiem na przestrzeni kilku mil zasypały ją na kilkanaście łokci grubo.
— Co będziem robić? — pytali mnie moi towarzysze.
— Krótka rada. Wróćmy do Ogden, a ztamtąd do Salt-Lake-City.
Uradowani tym pomysłem, idziemy do kassy i pytamy: kiedy pociąg odchodzi do Ogden.
— Ztąd pociąg nie odchodzi. Do Ogden idzie tylko wielki pociąg wychodzący z San-Francisco do New-Yorku — odpowiada kassyer.
— A kiedyż przyjdzie pociąg z San-Francisco?
— Gdy droga będzie wolna.
Pospuszczaliśmy głowy. Trzeba było zostać i czekać zmiłowania Bożego w Tuano. Trudno sobie wyobrazić coś nudniejszego jak owo Tuano! Jestto pięć czy sześć chałup skleconych z desek i stojących na śniegu. Siedzieć tam, kiedy ma się przed sobą uroczą Kalifornię, równało się śmierci. A tymczasem nikt nam nie mógł powiedzieć jak długo musimy pokutować. Może tydzień, może dwa dni, może dziesięć. Oto była odpowiedź.
Słyszeliśmy wprawdzie, że sześć lokomotyw przyszło od strony San-Francisco, cztery przybyłe z Ogden sami widzieliśmy przechodzące przez Tuano. Wszystkie one uzbrojone w ogromne pługi, poszły rozbijać zaspy śniegowe, ale mogło się i to także zdarzyć, że co maszyny oczyszczą, to śnieg zasypie na nowo.
Z nudów pierwszego dnia strzelaliśmy ze cztery godziny z rewolwerów; nad wieczorem pożyczywszy rajfli od mieszkańców stacyi, udaliśmy się na polowanie, powiedziano nam bowiem, że w poblizkich górach są niedźwiedzie. Z owego polowania wróciliśmy późną nocą, niewidziawszy ani śladu niedźwiedzia, zmęczeni natomiast i przeziębli, bo nieraz przyszło nam zapadać w śnieg po szyję.
W ten sposób upłynął dzień, porobiliśmy znajomości w naszym sleeping-karze, w którym jechało arcydystyngowane jakieś towarzystwo. Trudnoż-bo i nie zrobić znajomości, żyjąc z kim, mieszkając i sypiając w jednym wagonie. Ale znajomości te nie były zbyt ponętne, najmłodsza bowiem z „ladies,“ mogła liczyć mniéj więcéj czterdziestkę, nie biorąc w rachunek podlotków.
Amerykanie poczęli się urządzać, jak gdybyśmy mieli już na zawsze tu pozostać. Jakoż zanosiło się na wcale niekrótką kwarantannę. Dzień upływał za dniem, a każdego wieczora kładliśmy się z myślą: jutro może już obudzimy się w Nevadzie.
I budziliśmy się... w Tuano.
Wkrótce wielka zażyłość zapanowała między mieszkańcami naszego wagonu. Razem chodziliśmy na obiad, wieczorem pijali herbatę w wagonie, i potém do godziny zwykle jedenastéj, śpiewaliśmy chórem narodowy amerykański „Georgia-marsh,“ potém murzyn Charles urządzał łóżka i szliśmy spać.
We dnie program również był postanowiony. Rano: strzelanie z rewolwerów; nagroda dam: pomarańcza. Udało mi się pozyskać ją zaraz drugiego dnia. Po strzelaniu spacer koło wagonów i turniéj damski, polegający na chodzeniu po szynach. Dama, która najdłużéj utrzyma się na szynie i przejdzie największy kawał drogi, otrzymuje nagrodę gentlemanów: pomarańczę.
Trzeba było widziéć nasze ladies, jak podkasawszy sukienki, szły ze sobą o lepsze i obsuwały się co kilka kroków na ziemię.
Nakoniec czwartego dnia, ktoś puścił wieczorem wieść, że w nocy pojedziemy. Z radości zaimprowizowaliśmy pick-nick, który odbył się bardzo uroczyście u piekarza; potém, pełni najlepszéj nadziei, położyliśmy się spać i nazajutrz rankiem rozbudzili się... w Tuano.
Tym razem upadliśmy już na duchu, bo groziło nam jeszcze i inne niebezpieczeństwo. Oto w Tuano kończyły się zapasy żywności. Był jeszcze dostatek sucharów, cukru, kawy, herbaty i kalifornijskich jabłek, ale mięsa poczęło już brakować, przyjść zaś z Ogden nie mogło, bo i od Ogden droga była zasypana.
Na szczęście, tegoż dnia wieczorem przyszła już pewna, bo telegraficzna wiadomość, że lokomotywy z pługami rozbiły nakoniec śniegi, i że za chwilę będą w Tuano.
Nigdy nie zapomnę téj chwili, gdy nadeszły. Był już wieczór, i wieczór ciemny bardzo, tylko odblask od śniegów rozpraszał ciemność. Nagle usłyszeliśmy zdala lokomotywy, a wkrótce ujrzeliśmy je w pomroce. Byłto raczéj cały pociąg, złożony tylko z maszyn. Pierwsza z nich uzbrojona olbrzymim pługiem, cała obsypana śniegiem, nosiła na sobie wyraźne znamiona ciężkiéj pracy. Zbliżały się, bijąc we dzwony, hucząc, gwiżdżąc, sypiąc snopami iskier z kominów i buchając kłębami dymu. Ten gwar, bicie we dzwony, szum pary i odgłos gwizdania, dziwnie majestatyczne sprawiały wrażenie. Zdawało się, że czarne te potwory święcą w ten sposób tryumf, że są to głosy radości po trudnéj walce i zwycięztwie; zdawało się, że lokomotywy zmęczone są i zziajane, wściekłe jeszcze po walce, ale pijane własną siłą i radosne. Sądziłbyś, że żyją i czują, a owe odgłosy tryumfu powiększały jeszcze złudzenie. Jakaś nieopisana potęga biła od tego czarnego korowodu maszyn i kominów, który przesunąwszy się koło nas nakształt szeregu olbrzymich, powracających jak gdyby z ruji zwierząt, nikł i topniał zwolna w ciemnościach, jak nocne olbrzymie widziadło.
Gwar tylko, huk i bicie we dzwony, dochodziły długo jeszcze naszych uszu z ciemnéj oddali, potém wagony nasze zadrgały, potém uderzyły o siebie i posunęły się zwolna naprzód.
Wkrótce byliśmy już w Nevadzie, którą jechaliśmy jeszcze cały dzień i noc następną.
Gdyby Gustaw Doré urodził się w Ameryce, powiedziałbym, że wzory do swych krajobrazów piekła brał z okolic, które przebywaliśmy teraz. Nic tak nie przygniata duszy ciężarem, nic tak nie przejmuje zwątpieniem i zniechęceniem, jak te szeregi nagich czarnych skał, otaczających równinę, przez którą przechodzi pociąg. Wyobrażam sobie, że tak muszą wyglądać umarłe pola księżyca. Bo téż istotnie, wszystko tu jest umarłe. Roślinności ani znaku, ani jednego nigdzie żywego stworzenia, skały zdają się trupami skał, płaszczyzna jednym wielkim cmentarzem. Chwilami nawet przychodzi na myśl, że cała ta kraina śpi jakimś martwym letargicznym snem, że to kraina zaklęta i przeklęta przez złego ducha. Jedziesz i jedziesz cały dzień, a krajobraz nie zmienia się wcale; wiecznie ta płaszczyzna, chłodna, zdrętwiała, otwiera się przed tobą w nieskończoność, a po bokach ciągle takież same uśpione albo martwe góry. Do zniechęcenia przybywa jeszcze uczucie nudy, i zdaje ci się, że i ciebie sen ogarnie także, że uśnie wszystko, i czekać będzie przebudzenia wieki całe, w głębokiéj i nieprzerwanéj ciszy.
Nawet nazwy w téj dziwnéj krainie smutne są jakieś i złowrogie. Oto na prawo od pociągu, te posępne góry nazywają się Batle Mountains, czyli Górami bitwy. A i ta cała płaszczyzna, to ciągłe pole walk, które niedawno jeszcze toczyły się między białymi a indyanami. Do wszystkich miejsc przywiązane jakieś smutne wspomnienia. „Tu wyrżnęli całą karawanę pionierów“ — mówi ci świadomy miejscowości podróżnik. Tam znów zginęło odrazu do dwustu indyan, tam zaduszono ich dymem w pieczarach. A to co znowu? mogiła, naokół grobu czarne sztachety i krzyż z napisem: „Jenny.“
Kto to była ta Jenny? Jakaś biedna dziewczyna! Nazwisko jéj stoi wypisane także na krzyżu, ale uleciało mi już z pamięci. Zdarzyło się przed kilkunastu laty, kiedy jeszcze nie istniała koléj, że śnieg zasypał w tém miejscu karawanę podróżnych. Wszyscy upadli na duchu; dzieci i kobiety pochorowały się na tyfus: głód doszedł do najwyższego stopnia: wówczasto Jenny, chodząc od namiotu do namiotu, pielęgnowała chorych i krzepiła upadłych. W nocy rozpalała ogniska, we dnie wygrzebywała mech z pod śniegu i gotowała go na pokarm; słowem: była aniołem opiekuńczym obozu. Ale potém upadła pod brzemieniem: rozchorowała się sama i umarła — inni ocaleli, bo ratunek nadszedł tego samego dnia jeszcze, w którym skonała Jenny. Wdzięczni pionierowie usypali jéj mogiłę i postawili na niéj krzyż. Dziś stoi on koło samego nasypu kolei, tak że z wagonu można przeczytać na nim napis.
Oto jest historya Jenny. Przejeżdżaliśmy koło jéj grobu w południe, wieczorem zaś przybyliśmy do wielkich słonawych jezior, leżących już na zachodnim krańcu Nevady. Jedno z nich nosi nazwę Humbold-Lake, drugie Pyramid, trzecie Tahoe, czwarte Walker. W blizkości ich brzegów, grunt pokryty jest wszędzie solą i prawie zupełnie pozbawiony roślinności. Krajobraz nie różni się wiele od poprzedniego, wody te bowiem szare, nieruchome, mało przezroczyste, wydają się również jak gdyby ujęte snem zaklętym.
Zima widocznie tu także długa i ostra: miejscami śnieg leżał na płaszczyznie; wierzchołki gór całkowicie były nim ubielone; ustawicznie przytém dął ostry i przenikliwy wicher, który wnikał nawet do wagonów, migotając płomieniami lamp. Wyszedłszy na chwilę na platformę, wróciłem zziębnięty i zniechęcony do najwyższego stopnia. Jeżeli i Kalifornia podobna jest do Nevady, myślałem sobie, po cóż do niéj pędzę przez całe dnie i noce, czyż po to, aby ujrzawszy ją jutro, marznąć, zniechęcić się i rozczarować, tak jak dzisiaj?
Z tą myślą strudzony na ciele i umyśle, udałem się na spoczynek. W nocy marzyło mi się, że jeszcze stoimy w Tuano, dlatego budziłem się co chwila: nakoniec gdy pierwsze promienie słońca zajrzały przez zielone firanki sleeping-karu, ubrałem się i wyszedłem przed wagon.
Z początku zdawało mi się, że śnię jeszcze. Nevada wraz ze swemi dantejskiemi widokami, z zimą i mroźnym wichrem znikła; byłem w lasach, w ślicznych rozrosłych na górach sosnowych lasach, wesołych, wonnych i jak gdyby uśmiechniętych w różanych promieniach poranku. Ciepły wiosenny oddech oblewał łagodnie moją twarz. Nademną rozpościerało się błękitne niebo; tysiące strumieni szemrało po górach; w lasach brzmiał świergot ptastwa; boki czerwonéj skały, wśród któréj szedł pociąg, pokryte były kwieciem, połyskującem rosą nocną: słowem wszędzie wiosna, i przebudzenie, i życie, i wesele.
Byliśmy w Kalifornii.
Pociąg spuszczał się szybko po zachodnich stromych stokach Sierra-Nevada. Wkrótce, co żyło wyległo na platformy wagonów, na wszystkich twarzach znać było radość i zachwyt. Ludzie uśmiechali się naturze, natura ludziom. Okolica stawała się coraz wdzięczniejszą. Nigdzie nie widziałem dotąd takiego bogactwa barw i takiéj zarazem ich harmonii. Niebo błękitne jak we Włoszech, ciemno-zielone lasy, jaśniejsze doliny porosłe trawą, czerwone skały — wszystko to mieni się i gra w słonecznych blaskach jak tęcza. W głębokich przepaścistych wąwozach, nad samym brzegiem których przechodzi linia kolei, szumiały obfite wody wiosenne. Tu i owdzie widać było długie, drewniane śluzy, ciągnące się całemi milami, w których przemywają złoto. Grupy chińczyków o czarnych długich warkoczach, uwijały się koło śluz, sypiąc w nie złotodajny piasek i ziemię. W dolinach, na ciemném tle lasów, bielały białe domki farmerów, stada krów i owiec malowniczo rozrzucone po pochyłościach gór, pasły się wśród trawy i kwiatów; czasem mignął jeździec siedzący na wysokiém siodle z lassem okręconém w około kuli, i znikał w skrętach lesistéj drogi.
W miarę jak spuszczaliśmy się na dół, kraj stawał się coraz piękniejszy i coraz widoczniéj południowy; przed domkami, stojącemi tuż przy linii, widać było ogromne kaktusy i inne rozwinięte już i okryte powodzią kwiatów drzewa; mnóstwo nieznanych mi wielkich roślin wiło się naokoło drogi, lub czepiało się śluz, pokrywając je miejscami prawie zupełnie. Nakoniec góry znikły, a natomiast wjechaliśmy w łąki, porosłe tu i owdzie ogromnemi dębami. Niektóre z tych łąk stały pod wodą, inne tak były okryte przez tulipany, że prawie nie widać było trawy. Nad wodami unosiło się tysiące dzikich kaczek, cyranek i nurków. Na polach ogrodzonych wszędzie płotami, widziałem całe stada zajęcy, które uciekały w podskokach za zbliżeniem się pociągu lub téż chowały się w trawę, wystawiwszy z niéj tylko uszy i wąsy; różnobarwne ptastwo przelatywało z drzewa na drzewo, napełniając radosnym gwarem powietrze.
O godzinie jedenastéj w południe przybyliśmy do Sacramento, stolicy Kalifornii. Na dworcu czekały całe tłumy ludzi, pragnące widzieć pociąg, który niedawno wydostał się z niewoli śniegowéj. W tłumie tym kręciło się mnóstwo chińczyków o przypłaszczonych nosach i długich sięgających ziemi warkoczach, zakończonych splotami czarnego jedwabiu. Wyszedłszy z wagonu przypatrywałem im się z ciekawością, która zdawała się ich bawić, uśmiechali się bowiem, poznając zapewne we mnie cudzoziemca, który ich poraz pierwszy w życiu widział.
Po kwadransie przestanku, ruszyliśmy daléj. Droga szła przez parę minut, tuż prawie nad brzegiem złotodajnéj Sacramento-River, która z wiosną bogata w wodę, toczyła poważnie swe czerwone fale, zalewając brzegi, a nawet i domki stojące niedaleko brzegów. Po chwili jednak rzeka znikła nam z oczu, a natomiast po obu stronach drogi, ukazały się niewielkie wzgórza, pokryte kwiatami i zielonością. Kraj stawał się coraz ludniejszy, fermy coraz gęstsze, a kultura coraz staranniejszą. Chwilami zdawało mi się że jestem w Saksonii lub Belgii, ale gorące promienie słoneczne, widok roślin, które w tamtych krajach za egzotyczne uchodzą, wywodził mnie natychmiast z błędu.
Nakoniec po kilku lub więcéj godzinach drogi, na krańcu widnokręgu błysnęły błękitne fale morskie. Sądziłem, że to już Ocean Spokojny, była to jednak tylko jedna odnoga, nad którą leży San-Francisco i jego przedmieście Oacland, które minęliśmy nie zatrzymując się wcale. Pociąg pędził daléj jak szalony, i łatwo wystawić sobie moje zdziwienie, gdy wyjrzawszy oknem, ujrzałem po obu stronach wagonów fale morskie, dzikie kaczki i mewy, słowem, gdy ujrzałem się wraz z pociągiem poprostu na morzu, a raczéj na długim z półtoréj lub dwie mile drewnianym moście, którego końca nie mogłem nawet dojrzeć z platformy. Wyznaję, że ten sposób podróży wydał mi się cokolwiek zanadto amerykański, zwłaszcza, że nie wiedziałem jak długo przyjdzie nam tak podróżować. Nakoniec jednak w połowie zatoki, most skończył się i pociąg stanął: podróż nasza również była skończona. Pozostawało tylko wsiąść na parowiec i przebyć drugą połowę zatoki, na przeciwległym brzegu któréj, we mgle morskiéj szarzało widne już dla oka San-Francisco.
Opis tego miasta, jak również i opis całéj Kalifornii, odkładam do następnych listów.

Pisałem w południowéj Kalifornii, w górach Sierra-Madre.







Przypisy

  1. W chwili, w któréj to piszę (druga połowa lipca), w Czarnych górach i ich pobliżu, wojna wre już na dobre, nie między górnikami i indyanami, ale już między rządem Stanów Zjednoczonych i temiż. Wedle ostatnich depesz, wojska pod wodzą generała Custer, poniosły dotkliwą klęskę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.