Król naftowy/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część pierwsza
Rozdział Wymarsz do Tucsonu
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III
WYMARSZ DO TUCSONU

Podczas nieobecności Schmidta i pani Ebersbach, w obozie poczyniono zarządzenia do natychmiastowego wymarszu. Scout jechał na przodzie, a wraz z nim obaj młodzieńcy, których zachwycała konna jazda na czele samotnej karawany. Następnie jechały wozy, kierowane przez Dicka Stone’a i Willa Parkera. Sam jechał ztyłu z kantorem. Upatrzył w nim sobie towarzysza, gdyż sądził, że muzyk najlepiej go poinformuje o stosunkach, panujących wśród wychodźców. Musiały być nader dziwne, jeśli miał sądzić z tego, co dotychczas widział i słyszał. Ten oryginalny kantor, ta dostojna pani Rozalja Ebersbach, ten syn wodza indjańskiego, przybywający z Europy, ten młodzieniec, który wydawał się jego przyjacielem i wyodrębniał z pośród gromady, — kompanja, składająca się z takich osobistości, w każdym człowieku mogła wzbudzić ciekawość. Kantor, ku zadowoleniu Sama, natychmiast po wymarszu wdał się z nim w rozmowę, pytając:
— Nasza pani Rozalja poszła z wami do finderów. Chyba wypaliła orację? O, bo ona potrafi obracać językiem! Przemówiła do nioh?
— Ani słowa.
— Jestem zdumiony! Sądziłem, że obejdzie się z nimi całkiem fortissimo.
— Czyż włada angielskim?
— Zna tylko parę słów, które spamiętała po drodze.
— Jakże pan chce, aby się rozmówiła z tymi ludźmi, skoro rozumieją tylko po angielsku i hiszpańsku? Z dziesięciu lub dwunastu przyswojonych sobie wyrażeń nie skleisz długiego kazania. Poza tym miałem wrażenie, że ujrzawszy te dzikie oblicza, straciła odwagę i chęć do perory,
— Odwagę? Nie wierz w to! Pani Rozalia nie lęka się nikogo, choćby człowieka o najdzikszym wyglądzie. Ma jad na języku i przywykła do posłuchu.
— Zauważyłem. Wszyscy milczeliście, kiedy mi się przeciwstawiała.
— Tak, musieliśmy milczeć, aby nie ściągnąć na siebie gradobicia. Ale ceterum, dobre ma serce i, byleby tylko nie przerywać toku jej przemowy, można ją do rany przyłożyć. Oczywiście, kontrowersji nie znosi.
— To wielka wada, jeśli się nie mylę. Skoro nie zna się na czemś, powinna słuchać doświadczonych.
— O, pani Rozalja rozumie się na wszystkiem!
— Babskie gadanie! Cóż może wiedzieć o tutejszych stosunkach i postępowaniu, tutaj zaleconem? Jeśli się powtórzą takie sceny, jak dzisiejsza, możecie być przygotowani na niejedną i nie byle jaką przykrość.
— Pani Rozalja orjentuje się niebywale szybko. Wszak przyznała panu słuszność.
— Zdaje się, że i pan darzy ją największym szacunkiem, panie kantorze.
— Panie kantorze emeritus, jeśli mogę prosić! Doprawdy, tylko przez wzgląd na dokładność, gdyż wziąłem dymisję i nie sprawuję już urzędu. Tak, darzę ją szacunkiem, na jaki w zupełności zasługuje; jest dzielną i muzycznie wykształconą kobietą.
— Aha, muzycznie wykształconą, hihihihi! Czy i ona coś komponuje?
— Nie; ale gra.
— Na czem?
— Na ręcznej harmonji.
— Do pioruna, to co innego! Ręczna harmonja! Przedni instrument, jeśli się nie mylę. Tak, jeżeli gra na takiej harmonji, to zasługuje na szacunek. Nie słyszałem nigdy o damie, grającej na ręcznej harmonji.
— Ja też nie. Pani Rozalja jest wyjątkową kobietą. Zarobiła na harmonice niejednego pięknego talara.
— Ah, czy nie należała de orkiestry kobiecej?
— Nie, grywała do tańca.
— Brawo! Zdawało mi się, że pogardza pan tańcem?
— Owszem, ale tu zachodzą inne okoliczności. Pani Rozalja jest mianowicie z domu Morgenstern — —
— Wiem o tem.
— Poślubioną młynarzowi z pod Heimbergu — —
— Wdową po młynarzu — skinął z uśmiechem Sam Hawkens.
— Przy młynie był szynk z małą salą do tańca. Interes szedł z początku źle, dopóki ona się nim nie zajęła. Znowu oczywiste examplum potęgi muzyki. Żadnego syna Muzy, ani żadnej córy Muzy w potrzebie nie opuszcza. Pani Rozalja kupiła harmonję ręczną, grać się nauczyła i ściągnęła tem żądną tańca młodzież z całej okolicy. Ponieważ sama przygrywała do pląsów, więc nie potrzebowała muzykanta i uzbierała sobie piękny grosik, albowiem jedna runda dawała dwa fenigi od osoby. Mniej nie przyjmowała. Człowiek, wyróżniony przez Muzę, znać powinien swoją wartość. A więc nietylko tańczono, ale konsumowano i pito. Interes kwitł pysznie. Ergo, kiedy stary młynarz umarł, całe mienie pozostawił wdowie. Zasiadła więc na pełnym złota worku i była najbogatszą kobietą w wiosce. Sprzedała pomyślnie młyn i wkrótce została żoną naszego kowala.
— Który jest takim samym pantoflarzem, jak wy wszyscy!
— Czemu nie?
— Ale skądże zawędrowała do Ameryki?
— Ja jej nasunąłem tę świetną myśl.
— Pan? Hm! Przecież ta kobieta mogła zostać w ojczyźnie. Żyła w dostatku.
— Więc sądzi pan, że na obczyznę wyjeżdża się tylko w nędzy?
— Aleć zawsze powodem jest jakiś mus wewnętrzny, czy zewnętrzny.
— I tutaj był taki mus, mianowicie dążenie, stringendo do Nowego Świata. Kuźnia prosperowała kiepsko; pani Rozalji nic się już nie podobało w wiosce rodzinnej. Skoro usłyszała to wszystko, co mi naopowiadał Hobble-Frank, i dowiedziała się, że szukać zamierzam bohaterów swoich w Ameryce, nic już nie mogło jej powstrzymać od towarzyszenia mi do dalekiego kraju.
— Skąd pan ją zna, skoro pochodzisz z Klotzsche, a ona z Heimbergu? Czy obie te miejscowości leżą w sąsiedztwie?
— Nie. Heimberg leży w górach, Klotzsche zaś niedaleko Drezna. Ale ja sam z Heimbergu pochodzę; stale korespondowałem z ziomkami i często ich odwiedzałem. Mimo to nie narzucałbym się jej tak gwałtownie z myślą wyjazdu do Ameryki, gdyby nie nadarzyła się akurat sprawa Wolfa.
— Jaka sprawa?
— Nie wie pan jaszcza?
— Nie.
— Wolf, leśniczy z Heimbergu, ma w Ameryce brata bezdzietnego, posiadacza ogromnych lasów, olbrzymiej stadniny i, jak sądzę, nawet kopalni srebra. Ten bogacz prosił naszego Wolfa, żeby mu przysłał swego syna. Jeśli młodzieniec się spodoba, ustanowi go swym następcą i jedynym spadkobiercą. Leśniczy zapytał syna, studjującego wówczas w akademji leśniczej w Tharandt, a ten się chętnie zgodził wyjechać po zdaniu ostatecznych egzaminów.
— Czy to lekkomyślność, czy też oziębłość w stosunku do rodziców?
— Boże uchowaj! Ani trochę, raczej wprost przeciwnie. Leśniczy ma liczną rodzinę, a małą pensję. Ekspens, który ponosił dla wykształcenia starszego syna, takim dla niego był ciężarem, że uniemożliwiał należytą edukację pozostałych synów, zresztą bardzo zdolnych. Przez wzgląd na te ciężkie warunki Adolf z radością przyjął wezwanie stryja. Musiał wprawdzie opuścić ojczyznę i rodziców, ale obiecywał sobie, że, jako następca bogatego osadnika, będzie mógł wspierać rodzeństwo.
— Owszem, bardzo szlachetnie postąpił. Więc przyjął zaproszenie?
— Tak. Jedzie oto na czele karawany!
— Aha, to ten? Ten chłopak? Przecież w tak młodym wieku nie mógł ukończyć akademji leśniczej?
— A jednak ukończył, i to ze świetnemi atestatami. Jego wiedza znajdzie zastosowanie w rozległych dobrach stryja. Poza tem jeszcze jeden był powód, który go skłonił do szybkiego i chętnego wyjazdu do Ameryki. Tym powodem jest Szi-So.
— To wszak imię syna wodza?
— No tak. Zna pan, jak słyszałem, jego ojca. Czy wie pan, czemu stary wódz wysłał syna do Niemiec?
— Tak.
— Bardzo jestem rad z tego. Czy może mi pan to zagrać prima vista, czy też może to sekret?
— Nie widzę powodu, dla którego miałbym przed panem utaić to, co przynosi zaszczyt wodzowi i wynosi go ponad współplemieńców. Otóż za czasów jego młodości pewne plemię napadło na karawanę wychodźców. Wszyscy zostali wybici w pień, prócz jednej młodej dziewczyny Niemki. Wódz ją uratował, zawiózł do swego plemienia, aby wróciła do sił i zdrowia, poczem miano ją odstawić do najbliższego osiedla białych. Obchodzone się z nią delikatnie i żywiono wyśmienicie. Otóż krewni jaj byli zamordowani, znajomych nie miała; osiedle, dokąd miano ją odwieźć, było jej obce, spodobało się jej u Indjan, pokochała swego zbawcę — wodza Nitsas-Ini, Wielkiego Pioruna, została więc i poślubiła go. Nigdy tego nie żałowała i żyje z nim wyjątkowo szczęśliwie.
— Czy to być może! — rzekł kantor. — Czerwonoskóry i biała żona!
— Czerwonoskóry, mówi pan? To jakoś brzmi pogardliwie! Powiadam panu, Bóg jest Stwórcą i Ojcem wszystkich ludzi, kolor zaś twarzy nie jest kolorem duszy. Znałem Indjan, którzy mogliby zawstydzić tysiące i setki tysięcy białych Do takich należy Nitsas-Ini. Jego biała żona nie była wykształconą kobietą, lecz zwyczajną dziewczyną, ale jako Europejka przerastała pod każdym względem czerwone squaws i dziewczęta. Wkrótce stała się błogosławieństwem całego plemienia, wzorem dla wszystkich żon i córek. Zmieniła się atmosfera życia i wytworzyły inne formy. Jej mąż, wódz, był pierwszym i najgorliwszym uczniem. Nic nie miał przeciwko temu, że rozmawiała z dziećmi, któremi go obdarzyła, po niemiecku, że uczyła i kupiła im książki. Niebawem poznała Wonnetou, wielkiego Apacza; wraz z nim przybył Old Shatterhand, przyjaciel i obrońca wszystkich dobrej wiary czerwonoskórych. Z radością patrzyli na posiew białej squaw, na jej wpływ błogosławiony. Bawili też przez długi czas u Nawajów, później zaś często ich odwiedzali, aby utwierdzić i wykończyć dzieło tej szlachetnej kobiety. Nigdy już odtąd plemię Nawajów nie prowadziło wojny zaczepnej — chwytało za broń tylko w razie konieczności. Nawajowie są przyjaciółmi białych i dzięki temu władają swemi ojczystemi terenami. Zachowali swoje obrzędy, atoli, jeżeli chodzi o granice i podział własności, muszą się stosować do praw, a nie do zwyczaju. Posiadają własne pastwiska i olbrzymie lasy; ich bogactwo wzrasta z roku na rok. Biali squatterzy i łupieżcy ziemi, patrzący na ich posiadłości zawistnem okiem, nic nie mogą wskórać. Dzięki Old Shatterhandowi, rząd Stanów Zjednoczonych uważa obszary Nawajów nie za rezerwację indjańską, lecz za prywatną własność w uprawnionych rękach, broni zatem przed zakusami obcych przybyszów. Można nazwać ten obszar prawie cywilizowanym. Wielki Piorun był dosyć przewidujący, aby poznać, że na przyszłość nie starczy jego wiedzy, i że następca musi o wiele więcej umieć. Pod wpływem swej mądrej białej żony postanowił zatem wysłać swego pierworodnego do szkół bladych twarzy. Old Shatterhand bardzo żywo popierał ten pomysł. Jest Niemcem, rodakiem żony wodza, i oto oboje skłonili Nawaja, aby posłał syna do niemieckiego zakładu naukowego.
— Wiem, wiem już, — wtrącił kantor. — Znam ten zakład, gdyż Adolf Wolf uczył się tam, zanim wstąpił do akademji. Czemu Szi-So poszedł na leśnictwo?
— Ze względu na wielkie lasy, które znajdują się w posiadaniu jego plemienia. Jako następca wodza powinien posiadać wiedzę, któraby mu pozwoliła nietylko zachować odziedziczone bogactwu lasów, ale także je pomnażać. Wiadomo, że Stany Zjednoczone po macoszemu traktują gospodarstwo leśne, Szi-So powinien zatem ustrzec swoje plemię od szkód, wyrządzonych złą gospodarką. Ale pójdźmy dalej! Chciał mi pan powiedzieć, jaki był wpływ obu akademików na byłą młynarkę, panie kantorze?
— Tak, ale nadewszystko bądź pan łaskaw na przyszłość wziąć pod uwagę, że już swego urzędu nie piastuję, że więc przez wzgląd na dokładność powinien mnie pan tytułować panem kantorem emeritus. Nie chcę się stroić w piórka, które już dawno złożyłem, stałe zaś opuszczanie tego w najwyższym stopniu niezbędnego wyrazu wzbudza we mnie słuszną supozycję, że, przypisując mi dawne moje obowiązki kantora, wątpi pan o moim muzycznym talencie, a przecież tylko dlatego podałem się do emerytury! A zatem, Szi-So i Wolf często przyjeżdżali z Tharandtu do Heimbergu i odwiedzali młyn. A potem, kiedy młynarka wyszła za kowala, również i kuźnię. Dobrze się więc znali. Właśnie w owym czasie, gdy Hobble-Frank postanowił sprowadzić mnie do Ameryki i przedstawić bohaterów, Adolf otrzymał list od stryja, a Szi-So wezwanie do powrotu. Stryj Wolfa jest niebywale bogaty i, jak się wkrótce okazało, mieszka wpobliżu Nawajów. Fama o tem przebiegła natychmiast całą wioskę, składającą się przeważnie z biedoty, ergo z łatwością nakłoniłem kilkoro mieszkańców do towarzyszenia mi w tej podróży do Ameryki.
— Innemi słowy, skusił pan tych biednych ludzi! — rzekł z wyrzutem sam.
— Skusił? Co za dictum! Kantor emeritus, który po tysiąckroć na organach grał do nabożeństwa, zalicza się poniekąd do stanu duchownego, a zatem do takiego stanu, gdzie kusicieli szukać nie należy! Wiodłem, owszem, ale nie uwiodłem, gdyż wiozę ich ku szczęściu. Jestem pewny, że stryj Wolfa przyjmie ich bardzo dobrze. A pieniędzy do kupna ziemi, czy jakiegoś przedsiębiorstwa, też nie zbraknie.
— Sądziłem, że ci trzej są ubodzy.
— Tak, Schmidtowie, Strauchowie i Uhlmannowie nie mają żadnego majątku; ale Ebersbachowie, jak pan słyszał, są majętni, pani zaś Rozalja pożyczyła towarzyszom-wychodźcom pieniędzy. Widzi pan tedy, co to za dzielna kobieta! Mogła zostać w ojczyźnie, i tylko, z litości do tamtych trzech, z przyjaźni do mnie i z pociągu do dalekich krajów zdecydowała się wymaszerować. To ją zwłaszcza pociągało, że w Ameryce damy szczególnym się cieszą szacunkiem i względami.
— Ach tak, — uśmiechnął się Sam — a pani Rozalja Ebersbach, z domu Morgenstern, wdowa im młynarzu, jest przecież damą! Teraz zrozumiałem wiele niejasnych dotychczas okoliczności. Wszyscy zatem zamierzają osiedlić się u stryja Wolfa?
— Tak. Jeźeli jednak nie pozwoli, dalej pojadą.
— A pan? Co pan pocznie?
— Ja Odszukam Old Shatterhanda, Old Firehanda i Winnetou. Naturalnie, spotkam także Hobble-Franka.
— Już panu raz wspominałem, że, chociaż wyobrata pan sobie to spotkanie sielankowo, może się pan latami całemi uganiać po Dzikim Zachodzie, a nie zetknąć z żadnym z tych ludzi.
— Będę szukał, będę się dopytawał.
— Sądzi pan, że jesteś w niemieckiej wiosce lub miasteczku, gdzie poprostu wystarczy zapytać o pana Müllera, Meiera czy Schultza? Tutaj poszukiwani mogą dziesięćkrotnie ocierać się o pana, obozować tuż nieopodal, a nie poznasz ich wcale.
Oho! Ja już się domyślę, może pan być pewny! Dla twórcy tonów niema ciężkiego zadania. Kogo Muzy wyróżniły, tego wszystkie tony schodzą się w akordy. Poszukiwani bohaterzy skupią się dookoła mnie tak, jak wyszkoleni muzycy dokoła dyrygenta.
— Życzę tego panu! Teraz jednak powinieneś spocząć na wozie i uciąć sobie drzemkę.
— Drzemkę? Poco?
— Jutro prawdopodobnie nie będzie można spać. Będziemy musieli czuwać, bo finderzy zamierzają na nas napaść.
— Czy jest pan o tem przeświadczony, panie Hawkens?
— Tak. Pierwszy przechodzień, który nad ranem będzie mijał szynk, usłyszy krzyki zbójów i uwolni ich z więzów. A wówczas dosiądą koni i puszczą się w pościg.
— Do Tucsonu?
— Skądże! Nie pokażą się z pewnością w tem mieście. Okrążą Tucson i pojadą naszym tropem do miejsca, gdzie rozbijemy obóz. Odebrałem im amunicję, ale niewątpliwie zaopatrzą się w nową w San Xavier del Bac, aczkolwiek niewiele jej można tam dostać. A zatem, posłuchaj pan mojej rady i wsiadaj do wozu!
— Dziękuję! Nie będę spał.
— A to dlaczego?
— Najlepsze pomysły muzyczne wpadają mi do głowy właśnie podczas jazdy nocnej. Czynię studja do moich oper. Być może, odrazu w pierwszym akcie przepuszczę przez scenę taką karawanę, co przy świetle małego sierpa księżycowego sprawi wielkie wrażenie, tem bardziej że instrumenty naśladować będą trzaskanie z bicza, ryki wołów i turkot kół.
— Chciałbym być na premjerze — rzekł Sam poważnie. — Musi to sprawiać szczególną rozkosz estetyczną. A więc, czyń pan swoje studja i czuwaj, jeśli tak chcesz. Ale czyzawsze się pan tak rzuca to naprzód, to znów wtył? Przecież te wstrząsy strasznie wyczerpują!
— Stanowczo, ale, niestety, niema na to rady.
— Niema rady? Nie pojmuję! Jakto? Męczy pan siebie i marnuje konia.
— Muszę, najdroższy panie Samie. Komponuję stale i bez przerwy, nawet teraz, kiedy z panem rozmawiam. Melodje śpiewają mi w mózgu, muszę odmierzać ich takty. Poto istnieje wprawdzie nader czuły instrument, zwany metronomem, czyli miernikiem taktów. Ponieważ jednak nie mogę tego instrumentu wlec ze sobą po Dalekim Zachodzie, przeto wynalazłem wygodniejszy i praktyczniejszy metronom. Ten metronom polega na tem, że w prawidłowych interwałach to w jedną to w drugą stronę kiwam się w siodle. Wprawdzie, często szkapa, przypuszczając, że chcę zsiąść, zatrzymuje się w biegu, ale cóżto szkodzi? Skoro skończę kompozycję, napędzam ją znowu.
— Alę pozostaje pan przeto często wtyle!
— Owszem, to się zdarza.
— I może się bardzo źle skończyć.
— Nie sądzę, panie Samie!
— Jeśli pan pozostanie wtyle, w razie napadu czerwonej albo białej hołotki, nie zdołamy pana uratować.
— Na mnie nie napadnie żadna hołota; jestem od tego ubezpieczony.
— Bzdury!
— Nie mów pan o bzdurach, drogi panie Samie! Czy słyszał pan kiedy, aby jaka hołota napadła na znanego kompozytora?
— Nie, nie przypominam sobie.
— A widzi pan! Jako kompozytora wielkiej heroicznej opery i jako równoczesnego twórcę libretta otacza mnie szczególna opieka Muz. Przecież nie poto zsyłają na mnie natchnienie, aby wystawić na niebezpieczeństwo napadu i przedwczesnej śmierci, — zaprzepaścić na wieki moją wzniosłą aspirację. Czy szewc, skoro wykończy parę nowych butów, wstawi je następnie do pieca, aby spłonęły? A może pan sądzi, że Muzy są głupsze od roztropnego szewca?
— Nie mogę panu odpowiedzieć — nie rozmawiałem z żadną z tych pań. Ale nie mogę też jechać przy panu całą noc, ani nikogo zmuszać, aby pana nie spuszczał z oka; ponieważ jednak nie wolno wlec się, za karawaną, bo mamy za sobą wrogów, więc dla pewności przywiążemy pana.
— Przywiązać, panie Hawkens? Do czego? Może do konia?
— To niewiele się przyda, gdyż nie przeszkodzi koniowi się zatrzymywać. Nie, chcę pana przywiązać do ostatniego wozu.
— Sądzi pan, że mu się to uda?
— Bardzo nawet! Koń będzie musiał mknąć bez przerwy, mimo pana ruchów. Poza tem będzie pan samotny, i nikt ci nie zakłóci natchnienia.
— Słusznie, bardzo słusznie! To dobry pomysł — jestem panu ogromnie zobowiązany i chętnie służę bezpłatnym biletem na premjerę mojej opery. A może pan życzy sobie dwa bilety?
— Zastanowię się panie kantorze, jeśli przypadkowo — —
— Proszę, proszę bardzo, panie kantorze emeritus! Mogę panu przysiąc, że to tylko przez wzgląd na dokładność.
— Wiem, wiem! A ja pana zapewniam, że to tylko przez zapomnienie.
Sam wyciągnął rzemień z siodła i przymocował kantora do wozu, dzięki czemu nic już nie powstrzymywało nieustannego postępu, zarówno konia, jak i opery, a jeździec-kompozytor mógł się obejść bez ciągłej opieki. — —
Wozy toczyły się przez całą noc powolnym i ruchem wołów. Dopiero w dwie godziny po świcie podróżni ujrzeli przed sobą miasto, aczkolwiek odległość Tucsonu do San Xavier del Bac jest nieznaczna.
Widok tej stolicy nie był pocieszający. Już o tak wczesnej godzinie słońce prażyło chałupy, pokryte szlamem, i zwaliska murów. Wyjątkowo szkaradne kujoty oprowadzały karawanę, szczekając i wyjąc, a ludzie, otuleni w jaskrawe gałgany, wylegli przed drzwi i na skrzyżowania uliczek i krzywili szyderczo spalone słońcem twarze, skoro wymijał ich ostatni wóz, ciągnący za sobą pana emeritusa na koniu. Dobrotliwy kompozytor kiwał przyjaźnie głową, nie biorąc im za złe śmiechu. Zadowolony, że może się całkowicie zdać na swoją szkapę, nie przejmował się komizmem własnej sytuacji.
Za radą Sama zatrzymano się na równym, a raczej beznadziejnie ogołoconym placu, gdzie wkrótce zbiegła się sfora szczekających kundlów, czereda krzyczących dzieci i ciekawych opryszków, którzy dreptali koło wozów i szczególną uwagą darzyli „trójlistek“ oraz kantora.
Ponieważ wychodźcy przyswoili sobie zaledwie kilka wyrażeń angielskich, więc z konieczności Hawkens podjął się dowiedzieć, czy można w tem mieście dostać wody i paszy dla koni. Owszem, i siano i woda mogły się znaleźć, lecz w niepewnym stanie i po słonych cenach. Dziesięciu, dwudziestu próżniaków zaofiarowało się przywieźć żądane artykuły, byleby tą pracą, która przecież nie zasługiwała na miano pracy, zarobić garść centavos.
Niebawem Sam udał się do komendanta. Dowiedział się, że ów oficer wraz ze swym oddziałem wyjechał do Prescott i że prawie cała załoga wyruszyła w okolice Guadelupy, celem poskromienia powstających Mimbrenjów. Zaprowadzono tedy Sama do kapitana, który urzędował w zastępstwie komendanta. Ten dostojnik siedział właśnie przy rannej czekoladzie i czytał stary numer gazety, która tu w Tucsonie mogła być uważana za najnowszą. Na wchodzącego spojrzał niemal z wyrazem oszołomienia, ale twarz jego wypogodziła się szybko. Wybuchnął głośnym śmiechem, podniósł się i rzekł tonem nieskrywanej zarozumiałości:
— Człowieku, kim jesteś? Czego chcesz? Takiego Jack-pudding[1] chyba nigdy w życiu nie widziałem!
— Ani ja — odpowiedział Sam z tak wymownym gestem, że nie ulegało wątpliwości, kogo ma na myśli.
— On także? Co chciał przez to powiedzieć? Czy chciał mnie obrazić?
— Czy to obraza, kiedy panu potakuję? — odparł Sam spokojnie i poczciwie.
— Ach tak! W takim razie chwalę pana szlachetny samokrytycyzm. Powtarzam panu, jeszczem nigdy nie widział takiego arlekina, na jakiego pan wygląda. Przychodzi pan zapewne, aby prosić o pozwolenie na jakieś wesołe widowisko?
— A tak, tak, — roześmiał się Sam. — Odgadł pan, sir, i ma mi pan w tem pomóc, o ile się nie mylę.
— Pomóc? Czy uważa pan zastępcę komendanta, oficera armji Stanów Zjednoczonych, za takiego wesołka, jakim sam jesteś?
Sam, nie odpowiadając, znowu parsknął chichotem, następnie z zimną krwią przysunął krzesło i usiadł. Oficer już miał wybuchnąć gniewem, gdy Hawkens powściągnął go uprzejmem zapytaniem:
— Może słyszał pan o znanym Leaf of trefoil, kapitanie?
— Trójlistek? O jakim trójlistku mowa?
— O trzech myśliwych, o ile się nie mylę.
— Tak, znam ten trójlistek. Składa się z Dicka Stone, Willa Parkera i Sama Hawkensa, o którym mi opowiadano, że — —
— Pięknie, sir, pięknie! — przerwał westman. — A więc słyszał pan o tych trzech. Cieszy mnie, bardzo mnie cieszy! Wkrótce już dogadamy się do naszego wesołego przedstawienia i dowiemy również, kto jest pajacem. Czy wie pan, że Sam Hawkens podczas ostatniej wojny był scoutem?
— Tak, scoutem generała Granta. Dzięki wielkim zasługom, przemyślności wrodzonej i odwadze dobił się rangi kapitana. Ale co to ma wspólnego z panem?
— Wiele, bardzo wiele, sir, w każdym razie więcej, niż pan przypuszcza, gdyż wydaje mi się, że podówczas nie nosił pan jeszcze uniformu. — Otóż, trójlistek bawi obecnie tutaj.
— Tu? W Tucsonie?
Yes, sir. A Sam Hawkens, zasłużony kapitan armji Stanów Zjednoczonych, znajduje się jeszcze bliżej. W tej chwili siedzi w pokoju pana.
— Tu? W moim pokoju? — zawołał stropiony wojskowy, wytrzeszczonemi oczami wpatrując się w Sama, — W takim razie — w takim razie — pan jesteś — pan jesteś owym Hawkensem?
Yes, jestem nim, jeżeli się nie mylę.
Thunder-storm! Pan — Samem Hawkensem? Pan?
— Sądzę. Czemu nie?
— Ponieważ — ponieważ — ponieważ... — szeptał zakłopotany kapitan — ponieważ nie wygląda pan na to. Oficer nie nosiłby takiej odzieży!
— Nie wiem, dlaczego! Dlaczego właśnie oficer nie może ubierać się wedle swego gustu, sir? A to jest mój gust, gust Sama Hawkensa. Kto mi nie przyznaje dobrego smaku, proszę, niech nie przyznaje; nie mam nic przeciwko temu, póki milczy. Jeśli się jednak waży powiedzieć mi to w oczy, wówczas musi stanąć z bronią przy policzku, aby się dowiedzieć, czyja kula trafi dokładnie w serce przeciwnika!
Ton, jakim te słowa zostały wypowiedziane, wywarł głębokie wrażenie na oficerze. Czyniąc gest zaprzeczenia, odpowiedział grzecznie:
— To zbyteczne, sir, zupełnie zbyteczne! Dlaczego gentlemani, tem bardziej zaś koledzy, mają się zabijać bez powodu?
— Hm! Ponieważ pan poznał, że domniemany błazen jest gentlemanem i pana kolegą, więc oto moja ręka. Teraz zgodnie zastanówmy się nad wesołem przedstawieniem, w którem chce pan wziąć udział.
Ścisnęli sobie ręce, poczem Sam opowiedział o swem spotkaniu z dwunastoma jeźdźcami, których uważał za finderów. Kapitan słuchał z uwagą; wyraz zaciekawienia coraz wyraźniej malował się na jego twarzy. Wreszcie, skoro tylko Sam skończył, kapitan zerwał się na równe nogi i głosem podnieconym zawołał:
— Jeśli się pan tylko nie myli, Hawkens! Gdybyż to naprawdę byli finderzy! Co za połów!
Sam błysnął małemi oczkami i zapytał:
— Czy Sam Hawkens jest tak upośledzony, że przyjmuje za prawdę urojenia? To oni, powiadam panu, to oni!
— Ale dlaczego przyjechaliście do San Xavier del Bac, nie zabrawszy ich ze sobą? Byli przecież spętani i w waszej mocy!
— Czyż mogłem dowieść, że są złodziejami, mordercami i rabusiami, — że istotnie są finderami? Ten dowód chcę przez to uzyskać, że pozwolę im na nas napaść. Skoro ich wówczas schwytamy, będą straceni.
— Schwytać! A więc chce pan dopuścić do napadu?
Yes.
— W rzeczy samej?
— Naturalnie! A może pan mniema, że chcę tylko śnić o napadzie?
— To żart, a ja mówię poważnie! Nie mógłbym chyba lepiej zasłużyć na awans, niż chwytając tę występną szajkę teraz właśnie, kiedy zastępuję komendanta. Ale dopuścić do napadu, to znaczy narazić się na wielkie niebezpieczeństwo!
— Jeśli zostaniemy na miejscu — słusznie. Ale mały Sam Hawkens zniknie ze swymi towarzyszami!
— W takim razie niema mowy o napadzie!
— Czemu nie? Napadną na wozy, a że nas nie będzie, przeboleją stratę. Czyn pozostaje mimo to przestępstwem, karanem według praw tutejszych śmiercią.
Well! Ale jak chcecie ich schwytać bez walki, a zatem bez wystawienia się na niebezpieczeństwo?
— To się zobaczy, to się ułoży, sir, jeśli nas tylko zechcecie poprzeć. Siadajcie na koń, i towarzyszcie nam wraz z oddziałem jazdy!
— Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł pana posłuchać, lecz nie wolno mi opuszczać posterunku. Następnie, ponieważ mam tu mało ludzi, najwyżej mogę panu przydzielić porucznika i dwudziestu jeźdźców.
— To wystarczy, sir!
— Skoro pan tak twierdzi, zgoda; ale przedtem muszę wiedzieć, jak pan to wszystko sobie wyobraża. Czy jest pan pewny, że finderzy pojadą wślad za wami?
— Że pojadą, to tak pewne, jak ten mój stary kapelusz filcowy, hihihihi! Nie ośmielą się pokazać. w Tucsonie, lecz ominą miasto. Może się jednak zdarzyć, że jednego bandytę wyślą do miasta na zwiady. Przeto nikt więcej, prócz nas dwóch i ewentualnie porucznika, nie powinien znać planu. No, więc zakreślą łuk dookoła miasta. Natrafią znów na ślad naszych wozów i pojadą za nim prawie do samego naszego obozu. Oczywiście, zatrzymają się nieopodal i poczekają do zmroku. W nocy zaś nastąpi napad, jeśli się nie mylę.
— No, a wy? Nie zostaniecie przecież przy wozach, jak uprzednio sam pan powiedział?
— Będziemy się tego wystrzegali, hihihihi! Czy zna pan miejsce, gdzie droga do Guadelupy zbiega się z drogą z Babasaqui? I czy porucznik, którego chce pan nam przydzielić, zna tę drogę?
— Bywaliśmy tam niejednokrotnie.
Well, bardzo miło. Tam rozbijemy obóz; tam również znajdą wodę nasze zwierzęta. Pośle pan naprzód porucznika z oddziałem, ale musi się trzymać zdala od naszej drogi, aby nie wpaść w oczy finderom. My pojedziemy następnie i spotkamy się w umówionem miejscu. Skoro się ściemni, zapalimy wielkie jasne ognisko, aby finderzy mogli nas łatwo znaleźć. Opuścimy wozy i skryjemy się wpobliżu, aby tych łotrów, skoro się tylko ukradkiem zbliżą, uraczyć pięściami, powalić i wziąć w niewolę.
Kapitan w milczeniu chodził przez chwilę z kąta w kąt, wreszcie stanął przed Samem I rzekł:
— W pana interpretacji wszystko idzie jak z płatka. Finderzy wszakże nie napadną na was, nie posławszy uprzednio wywiadowcy pod wasz obóz.
— Nie zmieni to trybu naszego postępowania.
— W takim razie wywiadowca przekona się, że niema was w obozie!
— Opuścimy obóz dopiero po jego odejściu.
— W takim. wypadku musielibyście wiedzieć, kiedy podkradnie się pod obóz i kiedy cofnie!
— Będziemy wiedzieli, sir. Zdaje się, że uważa pan Sama Hawkensa za głupszego, niż jest w rzeczywistości, hihihihi! Jeśli finderzy mogą wysyłać swoich na zwiady, czemu my nie możemy? Powiadam wam, sir, że o wiele prędzej wyszpieguję tych drabów, niż oni mnie.
Oficer z powątpiewaniem potrząsnął głową i odpowiedział:
— Musielibyście ich szpiegować jeszcze za dnia. Słyszałem wiele, bardzo wiele o panu i jego towarzyszach; wiem zatem, jak chytrzy i śmiali jesteście, ale podchodzić tych opryszków w biały dzień — tu, gdzie niema lasu, tylko szczere pole? Poza tem jeszcze jedno: wy zapalicie wielkie ognisko, oni natomiast będą siedzieć po ciemku; zobaczą tedy wasz obóz już zdaleka, podczas gdy wy nie będziecie nawet wiedzieli, gdzie ich szukać.
— Tak pan sądzi? Istotnie? Sam Hawkens nie może wiedzieć, gdzie się ukryją ci gentlemani, hihihihi! Mógłby pan z równą słusznością powiedzieć, że moja głowa nie wie, gdzie nosi kapelusz! Proszę mi powiedzieć otwarcie, nie obwijając w bawełnę, czy chcesz się przyczynić do tego przedsięwzięcia, czy nie? Sami też damy im radę, ale wówczas będziemy musieli poczęstować drabów naszemi kulami. Ponieważ nie lubię krwi rozlewu, zwróciłem się do pana. Jeśli mi pan da do rozporządzenia dwudziestu ludzi, to znaczy czterdzieści rąk, wówczas dokonamy gołemi pięściami tego, co w przeciwnym wypadku sprawiłby tylko ołów i proch.
— Dobrze, przystaję, chciałbym jednak zasięgnąć zdania porucznika.
— Niech więc przyjdzie, sir! Sądzę, że nie nada innego kierunku lasce, którą chcę puścić wpław[2].
Kapitan przyprowadził porucznika. Po naradzie przyjęto plan Hawkensa. Obaj oficerowie byli bardzo ciekawi widoku Dicka Stone’a i Willa Parkera. Atoli Hawkens wyperswadował im, że tak wizyta u wozów, jak również wizyta obu wymienionych westmanów u nich zwróciłaby powszechną uwagę. Mógłby się o niej dowiedzieć szpieg finderów, poczem z nitki do kłębka Buttler domyśliłby się, że wychodźcy wezwali do pomocy garnizon Tucsonu. — Po omówieniu dalszych drugorzędnych szczegółów, Sam powrócił do towarzyszów bardzo zadowolony z rezultatów rozmowy z panem „kolegą“.  —   —   —



Przypisy

  1. Błazen.
  2. Wyrażenie trapperskie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.