Kondycja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Kondycja
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KONDYCJA


Pan Szeliga urwał nagle i przybrał minę zafrasowaną, czem, nawiasem mówiąc, wypaczył mocno zasadniczą linję swego stylu.
Był to doskonały typ ziemianina, jaskrawo podszytego sportsmenem. O ciemnej, opalonej od słońca cerze, o wyczernionym, do góry poddartym wąsie, o oku śmiałem, ostrem, a mocno przekrwionem, robił wrażenie zawołanego koniarza i pierwszorzędnego myśliwego. Całem swojem, nie pozbawionem znamiennych cech pańskości, zachowaniem się, wyszukanem ugrzecznieniem w słowach, przy lekceważącej wyniosłości tonu, zdradzał wybitną pewność siebie. Mógł mieć lat około pięćdziesięciu i zapewne przeszłość bogatą w przeżycia intensywne różnej natury, a ztąd tytuł niewątpliwy do wytrawnej swobody w stosunkach z ludźmi wszelkiego stanu. Dlatego też frasobliwość owa nie harmonizowała z całością postawy gentlemana i, z kolei, skrzywiła Mroczkowi linję jego dedukcji, niesłychanie dotychczas ścisłych i konsekwentnych.
Ludzie, których dla interesu sprowadza z sobą już nie zwykły przypadek, ale zwykły inserat kurjerkowy, usiłują przeniknąć się wzajemnie do dna duszy i z drobnych, powierzchownych postrzeżeń odgadnąć: „Z kim się ma właściwie przyjemność?“
Tak się mianowicie rzeczy miały w obecnym wypadku. Mroczek podał był do pism ogłoszenie: „Kandydat nauk fizyczno-matematycznych uniwersytetu Warszawskiego, doktór filozofji uniwersytetu w Heidelbergu, a ostatnio w Paryżu słuchacz nauk moralnych i politycznych, przyjmie na czas pewien kondycję w domu zamożnym.“ Adres i t. d.
Nazajutrz w kawalerskiem jego mieszkaniu na czwartaku zjawił się nieco zasapany pan Hjacynt Szeliga i oświadczył: że przychodzi z upoważnienia siostry swojej, dziedziczki Nieznania, która właśnie poszukuje dla syna nauczyciela z wyższemi kwalifikacjami; że on Hjacynt Szeliga, jako brat i, w pewnej mierze, administrator majątków wdowy, umocowany jest do zawarcia umowy w formie stanowczej, że pełnomocnictwa jego są jaknajdalej idące; że wobec tego warunki, jakie wspólnie zdecydują, strony obie obowiązywać będą ostatecznie.
Mroczek „przenika“ reflektanta właściwą sobie metodą, którą by nazwać można było — literacką. Przywoławszy do pomocy wszystkie teoretyczne wiadomości z zakresu psychologji, fizjognomiki, a nawet chiromancji, zdecydował, że przybysz zasługuje na pełne zaufanie. Chiromantyczne zwłaszcza dane wypadły na korzyść pana Szeligi nader stanowczo. Miał on rękę mała, kształtną, o palcach nie zbyt długich, ale prostych, cienko zakończonych i ozdobionych foremnymi paznogciami. Ręce takie oznaczają szlachetność, wspaniałomyślność charakteru i świadczą, że właściciel ich pozbawiony jest całkowicie instynktów zbrodniczych — drapieżności, chciwości i podstępu.
Zapewne mógł taki szlachcic sprzedawać sąsiadom konie z ukrytym felerem, lub podrobionym rejestrem, mógł łgać w żywy kamień niebywałe przygody myśliwskie, ale poza sferą tych tradycyjnie przyjętych licencji etycznych, jest to niewątpliwie człowiek lojalny i pełen dobrej wiary.
Takie jest wrażenie ogólne młodego kandydata na posadę guwernera w Nieznaniu. Zresztą wrażenie takie jest, poza wszystkiem, sprawą intuicji — wynikiem tych przesłonek pozaświadomych, nienazwanych naukowo, nieokreślonych słowami, czego Mroczek nie lekceważy, jako prawy bowiem filozof wierzy najmocniej, że granice poznania nie mieszczą się, niestety, całkowicie w zakresie uznanych systemów naukowych. Dość, że polegając na tem przekonaniu, ułożenie warunków zdał w zupełności na pana Szeligę.
Przyznać trzeba, iż nie żałował tego bynajmniej. Przedewszystkiem honorarjum, zaprojektowane przez wspaniałomyślnego pełnomocnika, przewyższało najśmielsze marzenia przyszłego pedagoga, i on sam prawdopodobnie poprostu nie odważyłby się głośno wymienić podobnie poważnej sumy, bodaj na żarty. Poza tem pan Szeliga, jako człowiek praktyczny, omówił w najdrobniejszych szczegółach wytyczne punkty wzajemnego stosunku, przyczem dość wyraźnie zaznaczył troskę o ułatwienie młodzieńcowi sytuacji w obcym domu. Niewątpliwie niepraktyczny filozof nie umiałby tego wszystkiego tak dokładnie przewidzieć i równie drobiazgowo uwzględnić.
Pełen uniesienia radosnego, wyciągnął dłoń dziękczynną.
— O, panie — rzekł tamten, dotykając trzema palcami wyciągniętej ręki. — O, panie, siostra moja jest wysoce inteligentna i potrafi ocenić siłę pedagogiczną, jaką szanowny pan przy tych kwalifikacjach... przy tych tytułach naukowych, osobą swoją przedstawia. Jednak... muszę pana uprzedzić, że dom jest, że tak powiem, osobliwy...
Tu właśnie zjawiło się owo frasobliwe zmieszanie. Rzekłbyś, imponujący spokój i pewność siebie opuściły nagle pana Szeligę, a on sam załamał się fatalnie w swem jestestwie. Twarz jego przybrała śmieszny, prawie dziecinny wyraz zalęknienia, skoro stanął wobec jakiejś kwestji drażliwej, czy wstydliwej. Oczy rozszerzyły się nadmiernie, usta złożył, jak do gwizdania.
— Zresztą... zresztą — jąkał się — nie jestem upoważniony... są pewne tajemnice rodzinne... powiedziałbym... tragizm rodzinny... Zresztą — ciągnął dalej — jest pan młody, zapewne odważny... Proszę pana, niech pan zobaczy... spróbuje...
Wydobył z pugilaresa banknot storublowy.
— Służę małą zaliczką... na koszty podróży.
Właściwie mówiąc, wzmianka o osobliwości domu, czy o tragizmie rodzinnym, podnieciła tylko ciekawość literacką Mroczka i jeszcze bardziej czyniła pożądaną tę „kondycję“ bajeczną, którą dostawał bez wszelkich słówek łaskawych, bez pełnych gorzkiej dobrotliwości listów rekomendacyjnych, bez protekcji i poleceń.
Był zachwycony. Nie mniej przecież wśród znajomych w Warszawie starał się zdobyć bliższe szczegóły o osobliwym dworze w Nieznaniu. Nikt tam jednak nie słyszał nawet o miejscowości, oddalonej od kolei, jak objaśniał pan Szeliga, o opętanych mil pięć, i to nie wszędzie po dobrej szosie. Dopiero w wagonie, kiedy nuda podróży rozwiązała języki przygodnych towarzyszów, jeden z obecnych, dowiedziawszy się o charakterze wyprawy Mroczka, rzucił pod nosem jakby do siebie:
— Winszuję.
Było w tem coś z syku węża.
Mroczek zwrócił się do jegomości z właściwą sobie prostotą:
— Proszę pana, odczułem w pańskiem odezwaniu się akcent złośliwy. Czy nie zechciałby mi pan wytłumaczyć — dlaczego?
— Jakto — zaśmiał się tamten — jakto? To pan nic nie wie o dziedziczce z Nieznania?
— Nie.
— Winszuję.
— Dziękuję. Chciałbym jednak poznać przyczynę powinszowali.
Jegomość zrobił minę sfinksa.
— Proszę pana — zaczął tonem już zgoła innym — mam szczęście, czy nieszczęście sąsiadować z Nieznaniem i właśnie mnie mianowicie nie wypada uświadamiać pana o tem, co się dzieje w domu, w którym ma pan przyjąć obowiązek. W każdym razie mogę pana zapewnić, że dom jest co najmniej osobliwy.
Mroczek nie rozumiał motywów, które nie pozwalają temu panu na otwarte nazwanierzeczy po imieniu, choć pozwala on sobie na pełne znaczenia insynuacje.
Nie nalegał jednak. Stanął nadąsany w oknie i wpatrywał się uparcie w noc, czarną w tej chwili, jak smoła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dniało już dobrze, kiedy wysiadł z pociągu. Przed dworcem, jak zapowiedział pan Szeliga, czekały konie z Nieznania — czwórka tęgich karych wałachów, zaprzężonych do małego wolanta, który też, niby czterech czarnych djabłów, porwały z kopyta, jak piórko, i niosły wichrem po białej szosie.
Szalona jazda przy orzeźwiających powiewach pięknego czerwcowego poranka do rytmu końskiego kłusa dostroiła tok dumań przyszłego pedagoga. Biegły one raźnie, ochoczo, wesoło do jakiegoś, odtworzonego w marzeniach, prastarego dworca modrzewiowego, pełnego prastarych pamiątek, pełnego cudownie przechowanych zabytków dawno minionej przeszłości, pełnego dawnych, dobrych tradycji, związanych ze wsią polską i z życiem dworu wiejskiego. Pan Szeliga w rozmowie zdążył nawiasowo nadmienić, że majątek w rękach rodziny pozostaje od lat stu kilkudziesięciu, że mieszkała tam ich prababka, pani starościna Nieznańska, i ona to właśnie założyła rezydencję, która w niezmienionych prawie kształtach do dnia dzisiejszego dotrwała. O prababce tej obiecywał prawnuk później wiele niezmiernie ciekawych szczegółów opowiedzieć, była to bowiem postać swego czasu znana nietylko w okolicy, ale na całą Polskę. Obecna właścicielka Nieznania ma ją wielu rysymi charakteru przypominać.
— Odezwały się w siostrze mojej atawistycznie — opowiadał pan Szeliga — pewne właściwości szczególne, które cechowały tę naszą prababkę, pochodzącą, nawiasem mówiąc, z wielkiego, książęcego rodu.
Z przesłanek tych Mroczek odmalował sobie w fantazji wizerunek dostojnej matrony, otoczonej patryarchalnie gronem dzieci, domowników, kuzynów i kuzynek, wśród których oczami wyobraźni widział już prześliczne dziewczę — uroczą wiochnę, hożą i rumianą, o płowej czuprynie i oczach chabrowych.
Starał się zasięgnąć informacji od stangreta, ale ten rozmowny wogóle nie był, a na pytania, tyczące zwłaszcza stosunków nieznańskich, odpowiadał wymijająco.
Za to w miasteczku, gdzie chwilę popasano, gdzie wreszcie stangret załatwiał jakieś sprawunki, żydzi cmokali w palce i zachwalali dziedziczkę Nieznania.
— Panie, na sumienie, złoty interes, brylantowy interes! Jak pan ma interes z naszą panią, to pan będzie pan.
Po przyjeździe na miejsce, zaledwie zdążył ogarnąć się po podróży, poproszono go na śniadanie. Zastał wszystkich przy rannej kawie. Pan Szeliga ujął przybyłego pod rękę i zaczęła się ceremonja wzajemnych przedstawień.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dwa tygodnie ubiegły, a nauczyciel nic osobliwego nie dostrzegł, choć, zdaje się, zdążył poznać dostatecznie panujące w pałacu stosunki. Co prawda, panią domu zgoła inaczej sobie w wyobraźni przedstawiał, niż ukazała to rzeczywistość. Nie znalazł w niej nic z poważnego dostojeństwa dawnej matrony; owszem, była to osóbka na wskroś dzisiejsza, przytem mała, drobna, fertyczna i niesłychanie ruchliwa. Dzięki może swej drobnej postawie, wyglądała nadzwyczaj młodo i sprawiała wrażenie raczej panny na wydaniu, niż matki dorosłych dzieci. Istotnie, prócz chłopca szesnastoletniego, miała pani Marta córkę — pannę dorosłą, która skończyła pensję w Warszawie.
Opiece Mroczka powierzono chłopca, który był trochę niedorozwinięty fizycznie i zlekka umysłowo upośledzony. Edukacja wymagała zatem szczególniejszej staranności i najdoskonalszych metod pedagogicznych. Przy omawianiu tej sprawy nauczyciel miał możność stwierdzić, że zapewnienia pana Szeligi co do wysokiej inteligencji jego siostry nie były bynajmniej przesadzone. Pani Marta mówiła o wychowaniu z ogromną znajomością przedmiotu, wykazując przytem erudycję wcale niepospolitą.
Okoliczność ta niezmiernie ułatwiała sytuację. Porozumiewali się łatwo i swobodnie, jak zwykle ludzie, stojący na tym samym poziomie intelektualnym. Przyjemnie też ułożyły się stosunki z panem Szeligą, który właściwie, jak się wyjaśniło, straciwszy dawno już własny majątek, był poprostu rezydentem u siostry.
Niezależnie od edukacji chłopca, Mroczek miał jeszcze obowiązek uzupełnić wykształcenie panny Nuny. Nie wymagano już wprawdzie lekcji systematycznych, ale luźnych z zakresu literatury i historji sztuki pogadanek, które nauczyciel mógł prowadzić, wzorem perypatetyków, nawet wśród przechadzek wieczornych po parku.
Mroczek w duchu przyznaje, że pogawędki te sprawiają mu zadowolenia więcej, niż zajęcia pedagogiczne, że z coraz większą niecierpliwością wyczekuje chwili, kiedy po uciążliwej, wyczerpującej pracy nad Ignasiem, będzie mógł mówić o rzeczach wzniosłych i pięknych z piękną dziewczyną w cienistych szpalerach prześlicznego parku. Bo panna Nuna wprawdzie nie ma płowej czupryny i chabrowych oczu, lecz jest silną brunetką o ciemnych, piwnych oczach, nie mniej przecież...
No, nie trzeba zaraz wnosić, że poważny pedagogus zakochał się na zabój w swojej uczennicy, to prawda wszakże, że ona właśnie pobyt w Nieznaniu czyni mu niewymownie ponętnym i pełnym uroku.
Tymczasem miał grom wybuchnąć.
Dzień był parny i duszny. W powietrzu już od południa zanosiło się na burzę. Towarzystwo, — a było kilka osób z sąsiedztwa — siedziało przy podwieczorku na werandzie. Pani Marta była jakaś niespokojna i zdenerwowana. Kilka razy zapytywała z wyraźnem rozdrażnieniem:
— Paweł nie wrócił?
Paweł był to lokaj — drab ogromny, o arcyniesympatycznej powierzchowności, którego też Mroczek od pierwszego wejrzenia nie znosił.
— Paweł nie wrócił? — padło jeszcze raz wśród rozmowy.
W tej chwili drab zjawia się na werandzie i sunie ku dziedziczce z jakimś pakiecikiem w ręku.
— Gdzieś był?
— W mieście, proszę jaśnie pani.
— Tak długo?
— Nie mam przecie skrzydeł, proszę jaśnie pani.
Po odpowiedzi tej rozległy się dwa zamaszyste klapnięcia. Paweł dostał od dziedziczki dwa tęgie policzki.
— Idź precz!
Nastąpiła chwila ogólnej konsternacji, niebawem jednak rozmowa towarzyska potoczyła się swobodnie, jakby nic osobliwego nie zaszło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieczorem do pokoju Mroczka wchodzi pan Szeliga z olbrzymią pliką papierów pod pachą.
— Widziałeś pan?
— Tak.
— To jest fatalne, to jest tragiczne, to jest nasza tajemnica rodzinna, to jest ten punkt wstydliwy, o którym z panem nie mówiłem, który jednak obecnie poznać musisz gruntownie, ażeby wyrobić sobie należyty sąd o istocie zjawiska... Siostra moja przy całej swej inteligencji, wytworności, wspaniałomyślności, dobroci, obdarzona jest dziedzicznie, jakby małem zboczeniem psychicznem: od czasu do czasu odczuwa niepochamowaną, nieprzezwyciężoną niczem potrzebę... bicia.
Tak — ciągnął dalej — jest to jakby przekleństwo rodowe. Ma to po swojej prababce, starościnie Nieznańskiej. Przyniosłem szanownemu panu niektóre stare akta. Są niesłychanie ciekawe ze stanowiska psychologicznego i historycznego. Skłonność do bicia... nietylko służby, pani starościna zdradzała w bardzo wczesnej młodości, stąd niektóre sprawy o pobicie sięgają jeszcze czasów Rzeczypospolitej.
Potem, po rozbiorach, kiedy Nieznań znalazł się pod panowaniem Austrji, jest cały szereg procesów w sądach austrjackich, wreszcie wyroki sądów Królestwa kongresowego. Niepospolita kobieta żyła lat przeszło sto dziesięć. Myślę — kończył — że pana papiery te zainteresują.
Istotnie Mroczkowi aż oczy zaświeciły, skoro wziął stare, pożółkłe, szpargały do ręki.
Tamten tymczasem mówił dalej:
— Siostra moja wzięła atawistycznie skłonności prababki. Tam wynikało to może z temperamentu, może z wychowania; tu już jest poprostu manją, wypadkiem psychopatycznym. Czuję się w każdym razie w obowiązku moralnym uprzedzić szanownego pana...
— Jak to więc i...
Pan Szeliga rozłożył ręce.
— Hm... Nigdy przewidzieć niepodobna. Skoro zgodziliśmy się, że mamy do czynienia z objawem chorobliwym... Tak... Ludzie wyzyskują tę manję. Ten łajdak Paweł umyślnie siostrę prowokuje, ażeby wyłudzać podarki... Inni także. Niedawno parobek za jednego kuksa dostał maciorę z prosiętami. Wogóle opłaca się to doskonale. Oczywiście, co się szanownego pana tycze, to nie możemy wymagać... konie są zawsze do dyspozycji...
Pedagog rzucił papiery z furją.
— Co to ma znaczyć?
— Proszę pana. Musimy oszczędzić siostrze naszej ewentualnej przykrości. Sądy mogłyby stanu rzeczy nie uwzględniać. Pan rozumie... Dziś nikogo bić nie wolno, nawet zamożnym dziedziczkom... Dziś, pan wie, prawa w tej mierze są bezwzględne... Musi zatem stanąć coś w rodzaju dobrowolnej umowy...
— Proszę o konie — przerwał gwałtownie Mroczek — proszę o konie, natychmiast!
Ach, panno Nuno!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.