Kabuliwala

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Kabuliwala
Pochodzenie Głodne kamienie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Narodowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Tytuł orygin. কাবুলিওয়ালা
The Cabuliwallah
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
KABULIWALA[1]



Moja mała, pięcioletnia córeczka nie może żyć bez paplania. Jestem głęboko przekonany, że w całem swojem życiu ani minuty nie strwoniła na milczenie. Matka się o to nieraz gniewa i chciałaby jej szczebiotaniu koniec położyć, ale ja nie. Dla mnie widok Mini milczącej jest nienaturalny i długo znieść go nie mogę. To też zwykle bardzo żywo z sobą rozmawiamy.

Naprzykład pewnego dnia, kiedy byłem w połowie siedemnastego rozdziału swej nowej powieści. Mini wśliznęła się ukradkiem do mego pokoju i, wziąwszy mnie za rękę, oświadczyła mi:
— Ojcze, odźwierny Ranulajal mówi na wronę, że to kruk! Ale on się na tem nie zna, prawda?
Zanim mogłem jej wytłumaczyć rozmaitość zwyczajów wyrażania się, już żeglowała po wodach innych tematów:
— Co na to powiesz, ojcze? Bhola mówi, że na niebie w chmurach jest słoń i ten słoń wyrzuca wodę ze swej trąby i wtedy deszcz pada!
Zaś gdy ja w zamyśleniu szukałem stosownej Odpowiedzi, ona wystrzeliła nowem pytaniem:
— Słuchaj, ojcze, czy matka jest twoją krewną?
— Jest siostrą mej duszy — szepnąłem mimo woli, a potem zrobiłem poważną minę i rzekłem:
— A teraz idź i baw się z Bholą, Mini! Ja jestem zajęty!
Okno mego pokoju wychodzi na ulicę. Mała usiadła mi u nóg na ziemi koło mego biurka i bawiła się pocichutku, bębniąc sobie po kolankach. Ja pracowałem pilnie nad swym siedemnastym rozdziałem, w którym bohater, Protap Singh, właśnie trzyma w ramionach bohaterkę i zamierza uciec z nią, wyskakując przez okno trzeciego piętra, gdy naraz Mini przestała się bawić, podbiegła do okna i zawołała:
— Kabuliwala! Kabuliwala!
Istotnie, ulicą szedł powoli Kabuliwala. Ubrany by w przestronne suknie swego narodu z wielkim turbanem; na plecach niósł worek, a w rękach miał skrzynki z owocami.
Nie wiem, co się mojej córeczce stało, ale naraz zaczęła go głośno wołać.
— Ach! — pomyślałem sobie — Ten mi tu teraz wejdzie i ja nigdy tego siedemnastego rozdziału nie skończę!
W tej chwili Kabuliwala się obejrzał i ujrzał dziecko. Jak tylko Mini to zauważyła, zlękła się nagle i uciekła do matki. Miała widać przesądne wyobrażenie, że ten wysoki mężczyzna niesie może w swym worku na plecach dwoje czy troje dzieci takich jak ona. A tymczasem handlarz minął już bramę i powitał mnie z uśmiechem na twarzy.
Mimo, iż sytuacja, w jakiej znajdowała się moja bohaterka i mój bohater była istotnie niebezpieczna, uczułem się zmuszony do pozostawienia ich na chwilę własnemu losowi i kupienia czegoś od tego człowieka, którego przecie do domu za wołano. Parę drobiazgów od niego kupiłem, a przy tej sposobności wywiązała się też między nami pogawędka o Abdurrahmanie, Rosjanach, Anglikach i policji granicznej.
Na odchodnem zapytał:
— A gdzie ta mała dziewczynka, proszę pana?
Przyszedłszy do przekonania, że Mini należałoby z jej niedorzecznego strachu wyleczyć, kazałem ją zawołać.
Stanęła przy mojem krześle i przyglądała się Kabuliwali z jego workiem. Częstował ją orzechami i winogronami, jednakże jej nieufność z tego powodu jeszcze wzrosła. Mini nie dała się niczem skusić, a tylko tem mocniej trzymała się mnie.
Takie było ich pierwsze spotkanie.
Jednakże pewnego poranka, zaledwie parę dni później, wychodząc z domu. zauważyłem ku swemu niezmiernemu zdumieniu rzecz zupełnie nieoczekiwaną. Oto Mini siedziała na ławce przed domom i śmiejąc się gawędziła z Kabuliwalą, który siedział u jej stóp. Zdawało się, że — wyjąwszy oczywiście ojca — moja córeczka w życiu swem nie miała uważniejszego słuchacza. A już koniec jej malutkiego sari pełen by migdałów i rodzynków, któremi obdarzył ją gość.
— Poco jej tyle tego dajesz! — zapytałem i podałem mu pół rupji.
Kabuliwala wziął pieniądz bez wahania i wsunął go do kieszeni.
Niestety, kiedy za godzinę wróciłem, pokazało się, że pieniążek wywołał dwa razy większą awanturę, niż by wart. Albowiem Kabuliwala dał go Mini, a gdy matka ujrzała w jej rękach świecącą monetę, natychmiast wpadła na nią.
— Skąd masz te pół rupji?
— Kabuliwala mi ją dał! — odpowiedziała Mini ucieszona.
— Kabuliwala! — wykrzyknęła matka z przerażeniem — O Mini, jakże mogłaś ją przyjąć od niego!
W tej chwili nadszedłem ja i uratowałem ją od grożącego jej niebezpieczeństwa. A potem zacząłem ją badać.
Pokazało się, że oboje nie pierwszy raz mieli ze sobą schadzkę. Kabuliwala przezwyciężył lęk dziecka, uciekłszy się do sprytnego przekupstwa orzechami i migdałami, tak, że oboje byli już w jak najlepszej przyjaźni.
Wymyślali najrozmaitsze wesołe historje, które ich nadzwyczaj bawiły. Mini, która z całą swą malutką godnością siedziała naprzeciw niego, z góry patrząc na olbrzyma, aż kurczyła buzię ze śmiechu, pytając:
— O, Kabuliwala, Kabuliwala! Co tam masz w tym swoim worku.
Zaś on odpowiadał nosowym tonem górala:
— Słonia!
Nie jest to bynajmniej tak okropnie śmieszne, ale oni oboje bawili się tym dowcipem nadzwyczajnie. Zaś dla mnie było zawsze coś dziwnie pociągającego w tej dziecinnej rozmowie z dojrzałym człowiekiem.
Zaś Kabuliwala, który przecie też nie chciał pozostać w tyle, pytał:
— A ty, mała, kiedy przeniesiesz się do domu swego teścia?
Otóż większość małych dziewuszek bengalskich od najmłodszych lat słyszy o domu swego teścia, my jednak, rodzice trochę nowocześni, nie opowiadaliśmy dziecku o tych rzeczach, wobec czego Mini musiała się czuć tem pytaniem trochę zakłopotana. Nie chcąc jednak dać tego po sobie poznać, odpowiedziała dowcipnie:
— A czy ty tam idziesz?
Jest rzeczą znaną, że wśród ludzi tego rodzaju, co Kabuliwala, słowo „Dom teścia“ ma dwojakie znaczenie. Jest to eufemizm, oznaczający więzienie jako miejsce, w którem się jest dobrze zaopatrzonym, a nie musi się za nic płacić. W tym sensie zrozumiał też zacny handlarz pytanie mej córeczki.
— O! — wykrzyknął, grożąc pięścią niewidzialnemu policjantowi — Już ja memu teściowi dobrze kurtę skroję!
Mini, wyobrażając sobie biednego krewnego Kabuliwali w tej sytuacji, wybuchnęła głośnym śmiechem, w czem jej srogi przyjaciel zawtórował.
Zabawy te odbywały się przeważnie rano, jesienią, w tej porze roku, kiedy za dawnych czasów królowie wyruszali na podboje, zaś ja, który się nigdy ze swego ciasnego kąta w Kalkucie nie ruszałem, wysyłałem ducha swego „na wander“ po całym świecie. Jak tylko usłyszałem nazwę jakiegoś obcego kraju, serce moje niemal się wyrywało do niego, zaś na widok cudzoziemca na ulicy zaczynałem natychmiast snuć całą sieć marzeń — góry, przesmyki w dolinach, lasy jego dalekiej ojczyzny, wśród nich jego chata i wolne, niezależne życie dalekiego pustkowia. Może obrazy obcych krajów malują się w mej fantazji tak jaskrawo i żywo dlatego, że wiodę żywot właściwie zupełnie roślinny, do tego stopnia, iż gdyby mi kazano wyjechać w podróż, miałbym wrażenie, że piorun we mnie strzelił. W obecności tego Kabuliwali czułem się natychmiast przeniesiony w kraj leżący u stóp gołych, skalistych grzbietów górskich, między któremi wiją się ciasne, jakby wydrążone w głazach ścieżki. I widziałem schodzące w niziny łańcuchy obładowanych towarami wielbłądów i grupy kupców w turbanach, a uzbrojonych w dziwaczną, starodawną broń palną i dzidy. Widziałem — lecz wtedy stawała przedemną matka Mini, błagając mnie, „abym się miał na ostrożności przed tym człowiekiem.“
Matka Mini jest, niestety, kobietą bardzo bojaźliwą. Jak tylko usłyszy jakiś szmer na ulicy lub zobaczy ludzi, idących w kierunku naszego domu, zaczyna się odrazu bać, zaczyna sobie w swej trwodze odrazu wyobrażać, że to muszą być złodzieje, pijacy, węże, może tygrysy, malarja, gąsienice lub też marynarze angielscy. Nawet po doświadczeniach wielu lat nie może trwogi swej przezwyciężyć. Kabuliwali niedowierzała w najwyższym stopniu i prosiła mnie wciąż, abym na niego bacznie uważał.
Próbowałem z całą miłością obrócić w śmiech jej obawy, ona jednak traktowała tę sprawę zupełnie poważnie i pytała mnie uroczyście:
— Czy nie zdarzało się nigdy, że dzieci kradziono? Czy nie jest prawdą, że w Kabulu istnieje niewolnictwo? Czy zupełnie nie można sobie wyobrazić, że ten ogromny chłop mógłby uprowadzić takie malutkie dziecko?
Odpowiadałem, że, choćby to nie było niemożliwe, jest w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Oczywiście, to jej nie wystarczało i obawy jej trwały w dalszym ciągu, ponieważ jednak nie miała żadnej określonej przyczyny, nie wypadało jej zabronić Kabuliwali wstępu do domu i ten poufały stosunek rozwijał się w dalszym ciągu.
Raz na rok, w połowie stycznia, zwykł był Rahmun, Kabuliwala, wracać do swej ojczyzny i kiedy się ta pora zbliżała, Kabuliwala miał mnóstwo do roboty z bieganiem od domu do domu i ściąganiem swych wierzytelności. Jednakże mimo wszystko miał tego roku czas na odwiedzanie Mini. Ktoś, przyglądający się temu wszystkiemu z boku, mógłby przypuszczać, że oni się chyba między sobą spiknęli, bo jeśli Kabuliwala nie mógł przyjść rano, z pewnością zjawiał się wieczorem.
Ja sam wzdrygałem się czasami, natknąwszy się niespodziewanie w kącie jakiegoś ciemnego pokoju na tego ogromnego mężczyznę w przestronnem ubraniu i obwieszonego workami i skrzyniami, kiedy jednak widziałem, jak Mini wybiegała wesoło do niego ze swem „Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!“ i jak ci, tak różniący się między sobą wiekiem przyjaciele, znowu zaczynali się śmiać i żartować ze sobą, uspokajałem się natychmiast.
Pewnego poranku, parę dni przed zamierzonym powrotem Rahmuna do kraju, siedziałem w swej pracowni nad korektami. Chłodno było. Pęk promieni słonecznych padał przez okno na moje nogi i ta odrobina ciepła sprawiała mi przyjemność. Dochodziła ósma i wcześni przechodnie chronili głowy od zimna. Naraz usłyszałem na ulicy jakiś zgiełk, a wyjrzawszy z okna, ujrzałem prowadzonego przez dwuch policjantów Rahmuna, związanego i otoczonego gromadą ciekawych pauprów. Na ubraniu Kabuliwali widać było plamy krwi, a jeden z policjantów niósł nóż. Wybiegłem przed dom, zacząłem wołać i pytać, co to wszystko ma znaczyć. Częścią od tych ludzi, częścią od drugich dowiedziałem się, że ktoś z sąsiedztwa był handlarzowi winien za szal rampurski, później jednak kupna tego się wyparł i że, podczas kłótni, jaka z tego powodu powstała, Rahmun go pchnął nożem. W podnieceniu zaczął teraz jeniec w straszny sposób na swego nieprzyjaciela wymyślać, gdy naraz, na werandzie mego domu znalazła się moja mała Mini ze zwykłym swym okrzykiem:
— Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!
Rahmun natychmiast zwrócił się do niej rozpromieniony. Tym razem nie miał na plecach worka, dlatego nie mógł już rozprawiać z nią o słoniu. Wobec tego ona przeszła do drugiego pytania:
— Czy idziesz do domu swego teścia?
Rahmun roześmiał się i rzekł:
— Tak jest, mała, żebyś wiedziała, idę do domu teścia.
Zaś widząc, że ten żart nie zrobił na dziecku wrażenia, podniósł w górę swe skrępowane ręce.
— Och! — wykrzyknął. — Dałbym ja staremu teściowi porządnie w skórę, gdyby mi rąk nie związano.
Skazano go za morderstwo na kilkanaście lat więzienia.
Czas mijał, przestano o nim myśleć. Pracowaliśmy jak zwykle na swem zwykłem miejscu, rzadko tylko albo i wcale już nawet nie wspominając górala, kiedyś wolnego a dziś spędzającego swe lata w więzieniu. Ze wstydem muszę wyznać, że także moja lekkomyślna Mini zapomniała o swym przyjacielu. Nowe znajomości wypełniły jej życie. W miarę, jak zaczynała dorastać, obcowała coraz więcej z dziewczętami, spędzając z niemi tyle czasu, że nigdy już nie przychodziła, jak dawniej, do pokoju ojca. Prawie że nie mówiliśmy z sobą.
Minęły lata. Była znowu jesień a my poczyniliśmy właśnie przygotowania do wesela naszej Mini. Miało się ono odbyć podczas świąt Pudża. W czasie, kiedy Durga powraca na Kailas, miało do domu swego małżonka odejść światło domu naszego, pogrążając go w ciemnościach.
Był pogodny poranek. Powietrze było po deszczu jakby wymyte do czysta, a promienie słoneczne były jakby ze szczerego złota. Świeciły tak jasno, że użyczały blasku piękności nawet brudnym, ceglanym murom naszych kalkuckich ulic. Już wczesnym rankiem zabrzmiały dudy weselne, a każdy ich ton szarpał mem sercem. Żałosna melodja Bhairawi powiększała jeszcze mój ból z powodu czekającego mnie rozstania. Dziś wieczór miała moja Mini wyjść za mąż.
Od wczesnego ranka dom pełen był zgiełku i niepokoju. Na dziedzińcu trzeba było na żerdziach bambusowych rozpiąć baldachim. W każdym pokoju, na każdej werandzie zawieszano z wielkim brzękiem świeczniki. Końca nie miało ciągłe latanie i pośpiech. Siedziałem właśnie w swej pracowni, przeglądając rachunki, gdy ktoś wszedł z niskim pokłonem i stanął przede mną. Był to Kabuliwala Rahmun. Zrazu nie poznałem go, Nie miał swego worka, jego długie włosy były krótko ostrzyżona, nie było też już na jego twarzy właściwego mu wyrazu siły. Poznałem go jednak, gdy tylko się uśmiechnął.
— Kiedy przyszedłeś, Rahmun? — spytałem go.
— Wczoraj wieczorem wypuszczono mnie z więzienia — odpowiedział.
Przykro zabrzmiały mi w uszach te słowa. Dotychczas nie rozmawiałem był jeszcze z nikim, kto zranił swego bliźniego, i serce skurczyło się we mnie, kiedy sobie to przypomniałem, bo teraz zrozumiałem że dzień zacząłby się pod lepszą wróżbą, gdyby on był nie przyszedł.
— U nas jest dziś w domu święto — odezwałem się — skutkiem czego jestem bardzo zajęty. Czy nie mógłbyś przyjść kiedyindziej?
Natychmiast zwrócił się ku wyjściu, ale u drzwi zawahał się i rzekł:
— Czy nie mógłbym choć na chwilę zobaczyć małej?

` Wyobrażał sobie, że Mini wciąż jeszcze jest taką samą, jak była, że natychmiast wybiegnie do niego z okrzykiem: „Oh, Kabuliwala! Kabuliwala!“, myślał też pewnie, jak to oni będą się znów śmiać i żartować, jak za dawnych czasów, a nawet przyniósł na pamiątkę tych minionych dni starannie zawiniętą w papier garść migdałów, rodzynków i winogron, wyproszonych zapewne u któregoś z rodaków, bo on sam nie miał już nic do darowania.
Rzekłem znowu:
— Święto jest w domu. Nie będziesz się mógł z nikim zobaczyć.
Wyraz wielkiego rozczarowania rozlał się po jego twarzy. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby zastanawiając się nad czemś, potem powiedział „Do widzenia“ i wyszedł.
Było mi go tak żal, że chciałem go przecie zawołać, gdy naraz on sam wrócił. Podszedł do mnie, podał mi swój podarunek i rzekł:
— Przyniosłem malutkiej tych parę drobiazgów. Czy zechce je pan dać jej ode mnie?
Wziąłem torebkę i chciałem mu zapłacić, ale on chwycił mnie za rękę, mówiąc:
— Bardzo pan jest dobry, drogi panie! Niech pan o mnie nie zapomina, ale niech pan zostawi pieniądze. Pan ma córeczkę, ja w domu mam też takie maleństwo. O niej myślę, przynosząc pańskiej córeczce owoce — a nie, żeby przytem coś zarobić.
To rzekłszy, sięgnął do kieszeni swej luźnej szaty i wyjął mały, brudny skrawek papieru. Rozwinąwszy go bardzo starannie, rozłożył go obu dłońmi na mem biurku. Na papierze widać było odcisk małej rączki. Nie fotografję. Nie rysunek. Odcisk zasmarowanej atramentem rączki, którą położono płasko na papierze. Ten ślad swej córeczki on z roku na rok nosił na sercu, odkąd przyjechał do Kalkutty, aby handlować na ulicach swoim towarem.
Łzy stanęły mi w oczach. Zapomniałem, że to tylko biedny Kabuliwala, podczas gdy ja — ależ nie, czyż ja byłem czemś więcej od niego? I on był ojcem.
Ten odcisk rączki jego małej Garvati w dalekiej, górskiej ojczyźnie przypomniał mi moją własną małą Mini.
Natychmiast posłałem kogoś do apartamentów wewnętrznych i kazałem zawołać Mini. Robiono mi najrozmaitsze trudności, ale ja nie zważałem na nie. Wreszcie zjawiła się Mini w czerwonej jedwabnej sukni ślubnej, z namalowanym na czole sandałową pastą znakiem, ubrana jak panna młoda, i stanęła zawstydzona przede mną.
Pojawienie się jej zmieszało trochę Kabuliwalę. Nie wiedział, w jaki sposób odświeżyć dawną znajomość. Wreszcie zapytał z uśmiechem:
— Mała, więc idziesz do domu swego teścia?
Ale Mini rozumiała już znaczenie słowa „teść“ i nie mogła mu odpowiedzieć, jak za dawnych czasów. Za całą odpowiedź zarumieniła się tylko i stała tak przed nim, oblubienica spłoniona ze spuszczoną twarzą.
Mimowoli przyszedł mi na myśl dzień, w którym Kabuliwali spotkał się pierwszy raz z moją Mini i zrobiło mi się dziwnie smutno. Kiedy odeszła, westchnął Rahmun głęboko i usiadł na podłodze. Prawdopodobnie przyszło mu na myśl, że przez ten czas i jego córka musiała już dorosnąć i że teraz trzeba będzie nanowo zdobywać jej przyjaźń — w każdym zaś razie nie zastanie jej taką, jaką ją znał kiedyś. A prócz tego — mało to rzeczy mogło się zdarzyć w przeciągu tylu lat?
Zabrzmiały dudy weselne, a łagodne słońce jesienne zalało nas swem światłem. Ale Rahmun siedział wciąż jeszcze na podłodze, zapatrzony w duchu w nagie grzbiety Afganistanu.
Wyjąłem banknot i podałem mu go, mówiąc:
— Wracaj do swej córki, Rahmunie, i oby radość waszego spotkania się przyniosła szczęście memu dziecku.
Prawda, skutkiem tego podarunku trzeba było uroczystości weselne poniekąd okroić. Musiała odpaść iluminacja oraz muzyka wojskowa, co bardzo popsuło humor moim paniom. Zato mnie ucztę weselną znacznie radośniejszą robiła myśl. że w dalekim kraju tak długo nieobecny ojciec połączy się znowu ze swem jedynem dzieckiem.


Przypisy

  1. Handlarz owoców w Kabulu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumacza: Jerzy Bandrowski.