Jerozolima/Część II/W Gehennie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Jerozolima
Wydawca Księgarnia H. Altenberga
Data wydania 1908
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Felicja Nossig
Tytuł orygin. Jerusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Indeks stron


W Gehennnie.



Z drugiej strony murów jerozolimskich, na zachodnim stoku Sionu jeden z amerykańskich zakładów misyonarskich posiadał cmentarz, a Gordoniści dostali pozwolenie chowania tam swych zmarłych. Spoczywała ich tam już spora ilość, począwszy od małego Jacka Granier, który był chłopcem kajutowym na wielkim parowcu l’Univers? i umarł jako pierwszy z Gordonistów, aż do Edwarda Gordona, który umarł w tym roku na febrę, zaraz po powrocie z Ameryki.
Cmentarz ten był tak prosty i biedny, jak tylko można sobie było wyobrazić. Składał się z w małego czworobocznego » kawałka ziemi, otoczonego tak wysokim i grubym murem, jak gdyby dokoła twierdzy. Nie było tu ani drzew, ani zielonych wzgórzy, zrobiono tylko tyle, że wyrzucono kamienie i rumowisko, tak że ziemia była czysta i równa. Na grobach leżały płask e kamienie wapieniu, a obok niektórych stały zielone ławki i krzesła.
W rogu wschodnim, gdzie mógł być piękny widok na Morze Martwe i złocisto lśniącę Górę Moabit, gdyby go mur nie zasłaniał, mieli Szwedzi swoje groby. Leżało tu już wielu z nich, jak gdyby Bóg w niebiosach myślał, iż dość już uczynili dla niego, że opuścili swoją ojczyznę i nie żądał od nich więcej, aby ich przyjąć do swego królestwa.
Leżał tu kowal, Birger Larson i mały Eryk Ljunga Bjöirnsa i Gunhilda, córka burmistrza, oraz córka Ingmarów Brygita, która umarła wkrótce po owym wesołym dniu kwiatobrania.
Leżeli tam także Per Gunarson i Marta Eskilson, którzy jeszcze w Ameryce należeli do gminy Hellguma. Śmierć zebrała wśród nich obfite żniwo, i z niechęcią widzieli koloniści, że Szwedzi zajęli już zbyt wiele z ciasnego swego miejsca.
Tims Halfvor Halfvorson miał już także na tym cmentarzu kogoś z swej rodziny, najmłodsze z swoich dzieci, trzyletnią dzieweczkę. Kochał to dziecko nadewszystko i ono też ze wszystkich dzieci było do niego podobne. Halfvorowi zdawało się, że nigdy nie kochał jeszcze nikogo tak, jak tę córeczkę. Gdy umarła, nie mógł zapomnieć o niej ani na chwilę, cokolwiek czynił, myśli jego były zawsze przy niej.
Gdyby była umarła w Dalarne i leżała na ojczystem cmentarzu, może nie byłby tak wciąż o niej myślał, ale tu zdawało mu się, że córeczka jego czuje się zapewne samotną i opuszczoną na tym strasznym pustym cmentarzu. W nocy widział ją, jak siedzi płacząca i drżąca od zimna na swym małym grobie i skarży się, iż się lęka ciemności i tego nieznanego otoczenia.
Pewnego popołudnia Halfvor zeszedł do doliny Jozafata i narwał pełne garście czerwonych anemon, najpiękniejszych i najjaskrawszych, jakie mógł znaleźć, aby je położyć na grób. Idąc zieloną doliną mówił sam do siebie: „Ach gdyby moja dzieweczka leżała tu pod zieloną murawą i nie była przynajmniej ogrodzona tym straszliwym murem!“
Nienawidził był zawsze tego wysokiego muru dokoła miejsca pogrzebowego i ilekroć myślał o swem zmarłem dziecku, zdawało mu się, że zamknął swą dziecinę do ciemnego, zimnego domu i zostawił ją tam bez opieki i słyszał, iż maleństwo skarżyło się: „Zimno mi i lękam się! Ach tak mi zimno i lękam się!“
Halfvor opuścił dolinę i poszedł wązką ścieżką ciągnącą się dokoła muru, aż na górę Sionu. Cmentarz leżał trochę na zachód od bramy słońskiej, poniżej wielkiego ogrodu Armeńczyków.
Myśli Halfvora były wciąż przy dziecku. Szedł dobrze znaną drogą, nie podnosząc oczu z ziemi. Ale nagle zdawało mu się, jakby coś było zmienionego. Spojrzał w górę i ujrzał, że w małem oddaleniu od drogi, kilku ludzi było zajętych waleniem muru. Stanął i przypatrywał się im. Cóż to był za mur, który tu stał? Czy był to budynek, czy mur ochronny? Tam opodal powinien właściwie być cmentarz, lub czy może poszedł był fałszywą drogą?
Trwało to kilka minut, zanim się zorjentował i zrozumiał co się stało. Oto robotnicy pracowali nad zwaleniem wysokiego muru cmentarnego.
Halfvor perswadował sobie, że walą mur, aby rozszerzyć miejsce, lub otoczyć je parkanem i myślał, że będzie tam mniej wilgotno i chłodno, gdy mur się usunie. Mimoto opanował go silny niepokój, tak iż zaczął biedź. „Czy tylko nie zepsuli grobu!“ pomyślał. „Dziecko leży przy samym murze, czy tylko nic mu się nie stało!“
Bez tchu pnął się po gruzach, by dotrzeć do cmentarza. Nareszcie doszedł na miejsce, z którego roztaczał się przed nim widok cmentarza. Lecz w tej chwili uczuł, że serce jego nie jest w porządku. Przestało uderzać, potem uczuł kilka gwałtownych uderzeń i znów ustało. Zupełnie, jak zegar, którego mechanizm jest zniszczony.
Halfvor musiał usiąść na kamieniu, lecz teraz znów serce biło, jakby miało pęknąć. Po długiej chwili uspokoiło się i wróciło do zwykłego stanu, ale z trudem i po wielkim wysiłku, „Nie zginę jeszcze“, rzekł z cicha, „Przezwyciężę to jeszcze“.
Zebrał całą swą odwagę i raz jeszcze spojrzał na cmentarz. Wszystkie groby były otwarte, a trumny poznikały z nich. Na ziemi leżały porozrzucane czaszki i kości; zapewne powypadały ze spróchniałych trumien. Kamienie grobowe leżały w rogu cmentarza ułożone w kupę.
„O mój Boże, cóż oni zrobili ze zmarłymi!“. zawołał Halfvor.
Przystąpił do robotników i rzekł po szwedzku: „Goście zrobili z małą Małgosią?“ Nie był zupełnie przytomny i nie wiedział dobrze, co mówił. Potem przypomniał sobie, że mówił swoim językiem; przetarł sobie czoło i był trochę zmieszany.
Potem starał się uprzytomnić sobie, kim był właściwie. Nie był przecie dzieckiem, lecz rozumnym człowiekiem; gospodarzem, na którego niegdyś w domu wieś cała spoglądała z poważaniem; takiemu człowiekowi nie wypadało przecie tracić równowagę.
Przybrał więc sztywną, prostą postawę i zapytał robotników po angielsku, czy nie wiedzą dlaczego demoluje się ten cmentarz.
Robotnicy byli sami krajowcy, lecz jeden z nich umiał trochę po angielsku.
Człowiek ten opowiedział Halfvorowi, że Amerykanie sprzedali cmentarz Niemcom, którzy chcą tu zbudować szpital. Dlatego zmarłych powyrzucano z ziemi.
Halfvor milczał przez chwilę i rozmyślał o tem, co słyszał. Tak, więc tu miał być zbudowany szpital, właśnie tu! Czy to nie dziwne, że na tylu nagich wzgórzach dokoła nie mogli sobie znaleźć miejsca, tylko tu właśnie musieli ten dom budować. Byle tylko wrzuceni zmarli pewnej ciemnej nocy nie pociągnęli za dzwonek i nie zażądali by ich wpuszczono! „Chcemy, by nam oddano miejsce spoczynku“, powiedzą. I ustawią się długim szeregiem, Birger Larson i mały Eryk, Gunhilda, a całkiem na ostatku jego własna córeczka.
Halfvor pokonywał w sobie płacz, lecz zawsze jeszcze udawał, że go ta rzecz nic nie obchodzi. Miał minę obojętną, wysunął jedną nogę naprzód i bawił się bukietem, który trzymał w ręku.
„Ale cóż się stało ze zmarłymi?“ zapytał.
„Amerykanie byli tu i zabrali swoje trumny“, odrzekli robotnicy. „Wszystkich, którzy tu kogoś pochowali uwiadomiono, ażeby zabrali swe trumny.
Nagle ten, który mówił, przerwał i przypatrzył się Halfvorowi. „Czy jesteś może z wielkiego domu przed bramą Damaszku? zapytał. „Ci którzy tam mieszkają, nie zabrali ani jednego z swych zmarłych“.
„Nie otrzymaliśmy uwiadomienia“, rzekł Halfvor. Wciąż jeszcze wywijał kwiatami w powietrzu. Twarz jego była skamieniała i zawsze jeszcze starał się ukryć przed ludźmi obcymi, jakie męki przechodził.
„Ci których nie zabrano, leżą tam“, — rzekł robotnik, wskazując w dól. „Pokażę ci, gdzie leżą, abyście mogli je pochować“.
Człowiek poszedł naprzód, Halfvor zaś szedł za nim. Gdy przełazili przez zwalony mur, Halfvor podniósł kamień. Robotnik szedł spokojnie a Halfvor postępował za nim z kamieniem w ręku.
„Dziwne to, ze ten człowiek wcale się mnie nie boi“, rzekł Halfvor głośno po szwedzku, „że ma odwagę iść tuż przedemną. A przecie pomagał przy wyrzuceniu dziecka. Wyrzucił małą Małgosię na śmiecisko.
„Mała Małgosia, mała Małgosia“, mówił dalej, „śliczna moja dzieweczka powinna była leżeć w murowanej trumnie. A tu i w tym nędznym grobie nie dali jej spokoju!“
„Może właśnie ten człowiek wyrzucił ją z ziemi“, mruknął Halfvor, ważąc kamień w ręku. „Nigdy jeszcze nie czułem takiej ochoty rozbicia czegoś, jak tę oto ogoloną czaszkę pod tą czapką czerwoną.“
„Muszę ci powiedzieć, że to była mała Małgosia z ingmarowskiego dworu“, rzekł znów, prostując się „i właściwie powinna była leżeć obok Ingmara Wielkiego“. Pochodziła z takiej rodziny, że miała prawo spoczywać w grobie swym aż do sądnego dnia. Tu nie sprawiono jej nawet porządnej stypy i nie odprowadzono jej na cmentarz przy dźwięku dzwonów, ani tez ksiądz nie przemówił nad jej grobem. Ale mimoto nie miałeś prawa wyrzucać jej z grobu. A chociaż nie zachowałem się w obec niej tak, jak dobry ojciec powinien, to zrozumiesz przecie, że nie jestem tak złym, abym ścierpiał, by ją z grobu wyrzucono“.
Halfvor podniósł kamień, zmierzył i byłby z pewnością rzucił, gdyby człowiek w tej chwili nie był się zatrzymał i odwrócił.
„Tu leżą“, rzekł.
Między kupami śmiecia i gruzami był głęboki dół i tam wrzucono czarne trumny kolonistów. Uczyniono to bez wszelkiej ostrożności, rzucając nieoględnie, tak iż niektóre stare trumny porozbijały się, a trupy były w nich odkryte. Inne trumny upadły odwrotnie i z pod spróchniałych wiek sterczały długie zeschłe ręce, które, jak się zdawało, usiłowały pchnąć trumnę do właściwego położenia.
Gdy Halfvor spojrzał w jamę, wzrok robotnika spojrzał na jego rękę, która tak gorączkowo obejmowała kamień, że końce palców aż zbielały. Od ręki podniósł oczy na twarz Halfvora, i musiał ujrzeć w niej coś strasznego, gdyż wydał głośny okrzyk i szybko uciekł.
Ale Halfvor nie myślał już o nim, był zupełnie przytłoczony tem, co widział. Najstraszniejszą przytem rzeczą było, ze rozchodził się w powietrzu ostry zapach trupi, zwiastując z daleka, co się tu stało. Wysoko w powietrzu krążyły już dwa sępy i czekały tylko, by ciemności zapadły, ażeby rzucić się na trupy. Z daleka już słyszano szum, ogromnego roju czarnych i żółtych owadów, okrążających trumny. Kilka psów ulicznych zbiegło się tu, usiadło nad brzegiem jamy, spoglądając w dół.
Ze zgrozą przypomniał sobie Halfvor, że był u wyjścia doliny Hinnom, tuż przy owem miejscu, gdzie niegdyś płonął ogień Gehenny. „Zaiste, jest to Gehenna, tu mieszka Przerażenie!“ zawołał.
Lecz nie długo stał pogrążony w rozmyślaniach. Skoczył w jamę pomiędzy trupów. Szukał i szukał tak długo, aż znalazł trumnę małej Małgosi, a gdy ją znalazł, podniósł ją na barki i wyszedł z jamy.
„Nie będzie przynajmniej mogła powiedzieć, że ojciec jej zostawił ją przez noc na tem miejscu!“ zawołał.
„Drogie moje dziecię“, rzekł głosem poważnym i przekonywującym, jak gdyby chciał się usprawiedliwić przed zmarłą. „Droga, mała Małgosiu, nie wiedzieliśmy nic o tem. Nikt nie wiedział, że cię wyrzucono z ziemi. Wszyscy inni byli uwiadodomiemi o tem co się stać ma, tylko my nie. Nie uważają nas za ludzi i dlatego nie uważali za potrzebne uwiadomić nas“.
Gdy wyszedł z jamy, czuł ponownie, że z sercem jego coś nie było w porządku. Musiał znów usiąść i poczekać, aż przejdzie gwałtowny ból.
„Nie obawiaj się, moje dziecko“, mówił dalej. „To wnet przejdzie. Nie lękaj się, że nie będę mógł wynieść cię stąd“.
Zwolna wracały siły, i wziąwszy trumienkę na barki szedł ku Jerozolimie.
Gdy szedł wązką ścieżką wzdłuż muru, zdawało mu się, że wszystko inaczej wyglądało. Mury i rumowiska budziły w nim przerażenie, wyglądały tak groźnie i wrogo. Obcy kraj i obce miasto cieszyły się jego bólem.
„Nie gniewaj się na ojca twego, moje dziecię, nie gniewaj się, że przywiózł cię do tak nielitościwego kraju“, błagał. „Gdyby coś takiego było się stało w domu“ — ciągnął dalej, „płakałby las, i płakałyby góry, ale to jest kraina bez litości“.
Szedł coraz wolniej, aby nie natężać serca, które zdaje się nie miało już siły oprowadzania krwi po ciele.
Czuł się bezradnym i zrozpaczonym a przedewszystkiem ogarnęła go ogromna trwoga, że jest teraz tak daleko z domu, na obczyźnie, gdzie nikt nie będzie z nim miał litości.
Potem skręcił o róg i szedł teraz wzdłuż wschodniego muru. Pokryta grobami dolina Jozafata rozszerzała się przed nim w głębi.
„Tu więc ma się odbyć Sąd Ostateczny, i zmartwychwstaną zmarli“, pomyślał sobie.
„I cóż Bóg w dzień Sądu orzeknie o mnie, którym wywiódł swoich do Jerozolimy, do miasta śmierci?“ zapytał w duszy.
„I namówiłem do tego również moich sąsiadów i krewnych, że wybrali się do tej krainy Przerażenia. Oskarżą mnie przed Bogiem“.
Zdawało mu się, że słyszy, jak rodacy jego podnoszą głos przeciw niemu i wołają: Zaufaliśmy mu, a on powiódł nas do kraju, gdzie gardzą nami bardziej niż psami, i do miasta, które zabiło nas swem okrucieństwem“.
Halfvor usiłował jeszcze uwolnić się od tych myśli i nie zastanawiać się dłużej nad tem. Lecz było to dlań niemożliwem; poznał nagle wszystkie trudności i niebezpieczeństwa, które groziły jego towarzyszom. Myślał o srogiem ubóstwie, które wkrótce na nich zejdzie, gdyż nie przyjmowali zapłaty za swą pracę, myślał też o wrogim dla nich klimacie i o chorobach, które zniszczą im zdrowie; myślał również o surowych nakazach, jakie sami sobie nałożyli, skutkiem czego musieli sprowadzić na siebie rozkawałkowanie i upadek; czuł się śmiertelnie znużonym.
„Tak jak nie możemy uprawiać tej ziemi i pić tej wody, tak nie możemy żyć dłużej w tym kraju!“ zawołał.
Coraz mozolniej szedł dalej; był zupełnie wyczerpany i bezsilny.
Koloniści siedzieli już przy wieczerzy; wtem odezwało się ciche dzwonienie u bramy.
Gdy otworzyli, siedział Tims Halfvor na ziemi przed bramą; był bliskim końca. Przed nim stała trumna jego córeczki; wyjmował pojedyńcze kwiaty z wielkiego bukietu zwiędłych anemon i rzucał je na trumnę.
Ljung Björn otworzył był bramę; zdawało mu się, że Halfvor coś mówi do niego i schylił się, aby go zrozumieć.
Kilkakrotnie Halfvor rozpoczynał na nowo, zanim udało mu się wypowiedzieć wyraźnie słowa.
„Wyrzucili naszych zmarłych“, rzekł; leżą pod gołem niebem, tam w Gehennie. Musicie zabrać ich tej nocy“.
„Co mówisz?“ pytał Ljung Björn, nie rozumiejąc wcale, o co idzie.
Umierający zebrał ostatki swych sił i podniósł się.
„Wyrzucili z grobów naszych zmarłych, Björnie. Tej nocy muszą nasi ludzie zejść do Gehenny i zabrać ich“.
Powiedziawszy to, upadł na powrót i jęcząc siedział na ziemi.
„Jestem zupełnie bezsilnym Björnie; jest coś złego z mojem sercem“, rzekł z trudem. Lękałem się, że umrę, zanim wam to opowiem. Małą Małgosię przyniosłem do domu, ale innych nie mogłem zabrać.
Björn ukląkł przy nim na ziemi.
„Czy nie wejdziesz do domu, Hajfvorze?“ zapytał. Lecz Halfvor nie słyszał.
„Przyrzeknij mi Björnie, że mała Małgosia będzie należycie spoczywała w ziemi. Niechaj nie myśli, że ma złego ojca“.
„Tak, tak“, rzekł Björn, „ale może spróbujesz teraz wejść do domu?“
Głowa Halfvora opadała coraz niżej. „Postaraj się o to, aby leżała pod zieloną murawą“, szepnął.
„A mnie również pochowajcie pod zielonym pagórkiem“, dodał po chwili.
Björn widział, że Halfvor był ciężko chorym i pospieszył zażądać pomocy, aby go wnieść do domu. Gdy wrócił, Halfvor już nie żył.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Felicja Nossig.