Jerozolima/Część II/Kwiaty z Palestyny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Jerozolima
Wydawca Księgarnia H. Altenberga
Data wydania 1908
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Felicja Nossig
Tytuł orygin. Jerusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Indeks stron


Kwiaty z Palestyny.



Było to z końcem lutego; deszcze zimowe minęły i nadeszła wiosna. Ale była dopiero w początkach. Pęcze drzew figowych nie zaczęły jeszcze nabrzmiewać, ciemnobrunatne pnie winogradu nie wypuszczały jeszcze pędów i liści a wielkie pęki kwiecia pomarańczowego nie roztwarły się jeszcze.
Tylko drobne kwiatki polne miały odwagę zjawić się już o tak wczesnej porze.
Dokąd spojrzysz wszędzie pełno kwiatów. Wielkie ogniste anenony pokrywały kamieniste stoki, na wszystkich urwiskach skalnych kwitły błękitno-czerwonawę cyklamy, na równinach rosły wielkie goździki polne i stokrotki a w każdym wilgotnym krzaku pełno było krokusów i storczyków.
I jak w innych krajach ludzie wychodzą na zbieranie jagód, tak w Palestynie jest zwyczaj zbierania kwiatów. Z wszystkich klasztorów, z wszystkich zakładów misyonarskich wychodzą tłumnie na kwiatobranie. Ubodzy członkowie gminy żydowskiej, przejezdni turyści i syryjscy robotnicy spotykają się w dzikich dolinach skalnych, niosąc kosze na kwiaty. A wieczorem żniwiarze wracają ciężko obładowani anenonami i hyacentami, fiolkami i tulipanami, narcyzami i orchideami.
W licznych klasztorach i gospodach jerozolimskich stoją na podwórzu ogromne naczynia kamienne napełnione wodą, do których wkłada się kwiaty a w piwnicach i pokojach pilne ręce rozkładają kwiaty na wielkich arkuszach papieru i prasują je.
A gdy małe goździki polne i hyacenty są już należycie przyciśnięte i wysuszone, zestawia się je w wielkie i małe, brzydkie i piękne bukiety, które nalepia się na karty lub w małe albumy, dając na okładkach z drzewa oliwnego napisy: kwiaty z Jerozolimy.“
I niebawem wszystkie te „kwiaty Sionu,“.„kwiaty Hebronu,“ „kwiaty z góry Oliwnej“ i „kwiaty z Jerychou idą w świat daleki.
Sprzedaje się je po sklepach, wysyła w listach, rozdarowuje jako pamiątki i zamienia za jałmużnę. Małe te polne kwiatki — jedyne bogactwo ziemi świętej — doznają większego rozszerzenia po świecie, niżeli perły indyjskie lub jedwabie z Brussy.

∗             ∗
W pewien piękny poranek wiosenny panował wielki ruch w kolonii gordonistycznej: wszystko, co żyło wybierało się na kwiatobranie. Dzieci, którym dano cały dzień wakacyi, biegały pełnej radosnej swawoli, chcąc u każdego pożyczyć kosze do zbierania kwiatów. Kobiety wstały już o czwartej rano, aby sporządzić zapasy i były już w kuchni; w pełnej robocie przy rondlach i garnkach; Niektórzy z mężczyzn pakowali do kuferków chleb z masłem, flaszki z mlekiem i zimne mięsiwa. Inni znów brali do rąk fllaszki z wodą, lub kosze z naczyniem do herbaty. Nareszcie otworzono bramę i dzieci wybiegły naprzód, potem szli starsi w większych, i mniejszych grupach wedle ochoty. Nikt nie został w domu i wielki dom stał zupełnie pusty.

Bo Ingmar Manson był tego dnia bardzo szczęśliwy. Urządził się tak, że szedł z Gertrudą.
Gertruda zasunęła chustkę tak głęboko na czoło, że Bo widział tylko jej okrągły biały policzek i śmiał się z siebie samego, że czuł się tak szczęśliwym, chodząc obok Gertrudy, chociaż ani nie widział jej twarzy, ani nie śmiał do niej przemówić.

Za nim postępowała córka Ingmarów, Karina z swojemi siostrami. Śpiewały one pieśń poranną, którą zwykły były śpiewać z swą matką na ingmarowskim dworze, jeżeli rano siedziały przy kołowrotku. Bo poznał tę starą pieśń.

O piękny dniu, radości mego oka
Nieba w swej lasce zesłały cię nam“...

Tuż przed Boem szedł stary kapral Flet. Jak zwykle zgromadził wszystkie dzieci dokoła siebie, one czepiały się jego laski lub ciągnęły go za poły surduta. Bo, który pamiętał kaprala jeszcze z tych czasów, kiedy wszystkie dzieci przed nim uciekały, skoro go tylko ujrzały z daleka, myślał w duszy: „Nigdy przedtem nie widziałem go takim dumnym i sztywnym. Dumnym jest z tego, że go dzieci kochają i dlatego zapewne wąsy jego sterczą, jak szczeciny a nos jego jest jaszcze bardziej zakrzywiony, niż przedtem?“
W pośród gromady widział Bo także Hellguma, który >szedł, prowadząc jedną ręką żonę, a drugą swą piękną córeczkę, „Dziwna to rzecz“, pomyślał Bo, „Hellgum zeszedł zupełnie na drugi plan, odkąd przyłączyliśmy się do Amerykanów, bo też inaczej być nie mogło, ponieważ są to ludzie wybitni i mają dar wykładania słowa Bożego. Chciałbym wiedzieć, jak on to odczuwa, że ludzie podczas takiej wędrówki nie garnią się dokoła niego. Ale, że żona jego cieszy się, że ma go teraz całkiem dla siebie, to widać po jej zachowaniu się. Nigdy w życiu nie była tak szczęśliwą, jak teraz“.
Na czele pochodu szła piękna mis Young a obok niej szedł młody Anglik, który przed kilku laty przyłączył się do kolonii. Bo wiedział tak dobrze, jak i inni, że młodzieniec ten kochał Miss Young i że przyłączył się do kolonii tylko w nadziei ożenienia się z Miss Young. Podobał się on też widocznie i młodej dziewczynie, lecz Gordoniści nie chcieli ze względu na nią odstąpić od swej ostrej reguły, tak więc młodzi budzie spędzili już kilka lat w beznadziejnem czekaniu. Tego dnia szli razem ze sobą i rozmawiali ze sobą i byli wpatrzeni w siebie wzajemnie. Postępując tak lekko i zgrabnie na czele pochodu, wyglądali tak, jak gdyby mieli ochotę uciec w daleki świat, zostawić całą gromadę za sobą i żyć swem własnem życiem. Całkiem na końcu pochodu, Bo widział Gabriela. W kolonii był także jeden marynarz francuski, który należał tu od chwili jej założenia, teraz zaś był już stary i zniedołężniały. Gabriel ujął go pod ramię i pomagał mu wejść na strome stoki górskie, „Gabriel czyni to, myśląc o swym starym ojcu“, myślał Bo.
Z początku pochód poruszał się w prostym kierunku na wschód wśród dzikiej okolicy. Tu nie było jeszcze kwiatów. Z miejsc stromych ziemia całkiem zsunęła się ze skały, oko padało wszędzie na nagą żółtawo-szarą górę.
„To dziwne“, pomyślał Bo. „Nigdy nie widziałem nieba tak błękitnego, jak nad temi żółtemi wzgórzami. I pagórki te nie są brzydkie, mimo iż są łyse. Jeżeli widzę, jak pięknie są zaokrąglone przypominają mi się kopuły tutejszych kościołów i domów.
Po godzinie drogi, wędrowcy ujrzeli pierwszą dolinę pokrytą czerwonemi Anemonami. Jakaż to była radość i jakie wzruszenie! Wszyscy pobiegli wśród głośnych okrzyków i śmiechów na dół, by zrywać kwiaty. I zrywano z ogromnym zapałem Anemony, aż po chwili odkryto inną dolinę, pokrytą fiołkami, a potem trzecią, gdzie rosły wszystkie kwiaty wiosenne pospołu.
Z początku Szwedzi rwali kwiaty zbyt zapalczywie, poprostu wyrywali je. Lecz kilku Amerykanów zbliżyło się do nich i pokazało im, jak się to robić powinno. Należy wybierać starannie i brać tylko takie kwiaty, które nadają się do suszenia jest to robota, która wymaga wielkiej staranności.
Bo szedł obok Gertrudy i zrywał kwiaty. Raz wstał, aby wyprostować krzyże. Widział wtedy, że kilku starszych gospodarzy, którzy może od wielu lat nie spojrzeli na kwiatek, rwali dziś z równym zapałem, jak inni. Bo nie mógł powstrzymać się od śmiechu i nagle zwróciwszy się do Gertrudy rzekł:
„Myślę o tem, co też Chrystus rozumiał, gdy mówił: Jeżeli nie zawrócicie, nie zostaniecie napowrót dziećmi, nie będziecie mogli wejść do królestwa Bożego.“
Gertruda podniosła głowę i spojrzała na Boa. Było to całkiem niezwykłe, że przemówił wprost do niej: „To jest w istocie dziwne powiedzenie“, rzekła.
„Tak, rzekł Bo bardzo rozważnie i powoli, często zauważyłam, że dzieci są najgrzeczniejsze, kiedy w zabawie naśladują starszych. Nigdy niejesteśmy bezpieczniejsi przed nimi, niż kiedy zabiorą się do przeorania roli, którą sobie ogrodzili na gościńcu, kiedy napędzają gniadego lub trzaskają z bicza zrobionego z nitki, albo też, gdy robią w błocie ulicznem grządki patykiem. Są bardzo zadowolone i grzeczne, gdy spieszą się, aby uprzedzić sąsiada z siejbą, gdy biadają nad tem, że ziemia rolna taka jest ciężka do przeorania.
Z pochyloną głową Gertruda zrywał kwiaty, nic nie odpowiadając, nie rozumiała do czego zdążał Bo.
„Przypominam sobie dobrze“, ciągnął Bo dalej z tą samą powagą, „jak to ładnie było, gdy raz zbudowałem sobie stajnię z drewnianych klocków a z szyszek zrobiłem krowy. Codziennie rano i wieczór przynosiłem krowom świeżo skoszonego siana a czasami mówiłem, że nadeszła wiosna i że muszę moje krowy pędzić na paszę. Świstałem na brzozowej świstałce i wołałem przez całe podwórze: „gniada“ i „siwa“! Opowiadałem matce, ile mleka dają krowy i ile mógłbym dostać ze sprzedaży masła z mojego gospodarstwa. Uważałem na to aby mój „wół“ miał rogi dobrze osadzone i wołałem do wszystkich przechodni, żeby uważali, „bo wół bodzi“.
Gertruda nie rwała już tak zawzięcie. Słuchała, co Bo mówił: zaczęła się dziwie, że Bo mógł mieć takie same myśli i fantazye, jak te, który tak często roiły jej się w głowie.
„Ale najlepiej było przecie, jeżeli jako mali chłopcy bawiliśmy się w dorosłych ludzi, którzy schodzą, się w Radzie gminnej“, mówił Bo dalej. „Pamiętam, że siedziałem z moimi braćmi i kilku innymi malcami na kupie desek, która u nas w domu latami całemi leżała na podwórzu. Mówca uderzał drewnianą łyżką na deski, my zaś siedzieliśmy w wielkim skupieniu dokoła niego i radziliśmy, który z nas ma otrzymać wsparcie od gminy i jaki podatek należy wymierzyć temu lub owemu. Włożyliśmy wielki palec za pachę kamizelki i przemawialiśmy głosem zgrubiałym, jak gdybyśmy mieli kluski w ustach i nie mówiliśmy do siebie nigdy inaczej, niż panie burmistrzu, kantorze, przełożony lub wójcie“.
Bo przerwał i potarł czoło, jak gdyby miał teraz wypowiedzieć, co właściwie miał na myśli. Gertruda przestała zupełnie rwać kwiaty. Z głową trochę w tył pochyloną siedziała na ziemi i spoglądała na Boa, jakby oczekiwała, że powie coś całkiem nowego i szczególnego.
„Może być“, rzekł Bo, „że tak samo, jak dzieciom dobrze jest bawić się w dorosłych, tak i dla dorosłych może być korzystnem, ażeby czasami zamienili się w dzieci. Gdy widzę tych starych ludzi, którzy przyzwyczajeni są o tej porze roku pracować w lesie i męczyć się ze ścinaniem pni i wożeniem drzewa, zajętych tu taką dziecinną robotą, jak zrywanie kwiatów, zdaje mi się, iż jesteśmy na najlepszej drodze wskazanej nam przez Jezusa, t. j., że wracamy i zamieniamy się w dzieci.
Bo widział, że w oczach Gertrudy coś zajaśniało; zrozumiała teraz, co chciał powiedzieć i cieszyła się tą myślą.
„Mnie również zdaje się że odkąd tu jesteśmy, zamieniliśmy się w dzieci“, rzekła.
„Tak“, rzekł Bo, „o tyle przynajmniej byliśmy dziećmi, żeśmy musieli wszystkiego uczyć się na nowo. Nauczyliśmy się trzymać porządnie widelec i łyżkę i jeść potrawy, których nigdy przedtem nie kosztowaliśmy. I to także było po dziecinnemu, ze gdyśmy wychodzili z początku, musieliśmy mieć przewodnika ażebyśmy się nie pogubili, i że musiano nas przestrzegać przed niektórymi ludźmi, ze są niebezpieczni i przed pewnemi miejscami, gdzie wchodzić nie wolno“.
„Tak my Szwedzi, byliśmy doprawdy, jak małe dzieci, gdyż musieliśmy się nawet uczyć mówić, rzekła Gertruda. „Musieliśmy się pytać, jak się nazywa stół i krzesło, łóżko i szafa. A niezadługo zasiądziemy jeszcze na ławie szkolnej, aby nauczyć się czytać i pisać w nowym języku“.
Teraz oboje wysilają się, aby znaleźć nowe podobieństwa.
„Nauczyłem się tu nazwy ziół i drzew, zupełnie tak samo, jak mnie matka uczyła, gdy byłem mały“, rzekł Bo. „Umię teraz odróżniać brzoskwinię od moreli i drzewo figowe od oliwnego. Nauczyłem się także poznawać Turka po krótkiej katance, beduina po prążkowanym płaszczu, derwisza, po fezie, a żyda po pejsach nad uchem“.
„Tak“, rzekła Gertruda, „to tak samo, jak w dzieciństwie uczyliśmy się rozróżniać chłopów z Flopy i Gagnefu po ich sukmanach i kapeluszach.“
„Ale najbardziej dziecinnem jest to, że przestaliśmy się zupełnie starać się sami o siebie“, rzekł Bo, i że nie mamy własnych pieniędzy, lecz musimy po każdy grosz chodzić do innych. Ilekroć handlarz poleca mi pomarańcze lub winogrona, muszę myśleć o tem, co czułem, będąc dzieckiem, gdy przechodziłem na jarmarku obok budy z cukierkami, a nie miałem w kieszeni ani szeląga“.
„Jestem zupełnie pewna, żeśmy już z gruntu zmienieni“, rzekła Gertruda. „Gdybyśmy teraz wrócili do Szwecyi, ludzie by nas w domu nie poznali.“
„Trudno nam w istocie nie wierzyć, że nie jesteśmy znowu dziećmi, które przekopują pole kartoflane, nie większe od stołu i orzą je pługiem zrobionym z gałązki i mają małego osła i nie mają innych obowiązków, jak zrywanie kwiatów i trochę także uprawianie winogradu“.
Bo zamknął oczy, aby lepiej myśleć i Gertruda spostrzegła nagle, że był dziwnie podobny w tej chwili do Ingmara Ingmarsona; a cała twarz jego wyrażała mądrość i zastanowienie się.
„Ale widzisz, to nie jest jeszcze najważniejszą rzeczą“, zaczął znów mówić po chwili. „Najważniejszem jest to, że mamy teraz o ludziach dziecinne sądy i wierzymy, że wszyscy są dla nas życzliwi, chociaż niektórzy bardzo się srogo z nami obchodzą“.
„Tak, było to tak zapewne zawsze, że Chrystus miał głównie na myśli usposobienie ludzkie, gdy powiedział owe słowa“, rzekła Gertruda.
„Ale i nasze usposobienie zmieniło się“, przerwał Bo, „jestem tego pewny. Czy nie zauważyłaś że jeżeli teraz mamy jakieś ciężkie zmartwienie, nie dręczymy się niem przez całe dni lub tygodni, lecz pokonywamy je za kilka godzin?“
W tej chwili zawołano obojga, aby przyszli na śniadanie. Bo był z tego powodu bardzo niezadowolony; byłby mógł przez cały dzień chodzić z Gertrudą i rozmawiać z nią, nie odczuwając wcale głodu.
W każdym ruzie czuł się tego dnia tak spokojnym i zadowolonym, że myślał: „Koloniści mają z pewnością słuszność; ludzie mogą być szczęśliwi, jeżeli żyją tylko tak, jak my w pokoju i jedności. Jestem teraz zupełnie zadowolony, że jest tak, jak jest. Nie pragnę więcej, aby Gertruda była moją żoną i nie odczuwam już on ej dręczącej tęsknoty miłosnej, która mi przedtem sprawiała tyle cierpień, lecz jestem zupełnie, zaspokojony, że mogę ją widzieć codziennie, że mogę jej służyć i strzedz jej.“
Byłby chętnie powiedział Gertrudzie, że jest zupełnie zmieniony, i czuje się w tem, jakby dzieckiem. lecz był nieśmiałym i nie mógł znaleść odpowiednich wyrazów.
Przez całą drogę Bo zastanawiał się. Zdawało mu się, że koniecznie musi Gertrudzie powiedzieć tę myśl i uwiadomić ją o tem, że się zmienił, ażeby mogła w towarzystwie jego czuć się bezpieczną, i uważać go zupełnie jako brata.
Gdy słońce zachodziło, koloniści byli już z powrotem w domu. Bo usiadł pod starem drzewem przed domem, gdyż chciał być możliwie najdłużej na wolnem powietrzu. Gdy już wszyscy inni weszli do domu, przystąpiła doń Gertruda i zapytała go, czy nie wejdzie również do domu.
„Siedzę tu i myślę wciąż jeszcze o tem, cośmy dziś mówili“, rzekł Bo, „i zastanawiam się nad tem, coby było, gdyby Chrystus nadszedł tą drogą — co może często działo się. dawnymi czasy, gdy jeszcze kroczył tędy — i gdyby usiadł pod tem drzewem i rzekł do mnie: „Jeżeli nie nawrócicie się i nie będziecie, jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego.“
Bo mówił tonem macierzyńskim, jak gdyby myślał głośno. Gertruda stanęła przy nim i słuchała.
„Wtedy odpowiedziałbym mu tak: „Mistrzu, wspieramy się i pomagamy sobie nawzajem, nie żądając nagrody, tak, jak to dzieci czynią, a jeżeli się sprzeczamy, nie wynika stąd wieczna nienawiść, lecz przepraszamy i godzimy się znów, zanim słońce zajdzie. Czy nie widzisz więc Mistrzu, że jesteśmy zupełnie jak dzieci?“
I jak ci się zdaje, cóżby ci Chrystus odpowiedział?“ zapytała Gertruda łagodnym głosem.
„Nie odpowiedziałby mi wcale“, rzekł Bo. „Siedziałby spokojnie i powiedział raz jeszcze: „Musicie być jak dzieci, jeżeli chcecie wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś mówiłbym, jak przedtem: Mistrzu, kochamy wszystkich ludzi, tak, jak to zwykłe czynić dzieci. Nie robimy różnicy między żydami i Ormianami, między beduinami i turkami, między czarnymi i białymi. Kochamy uczonych i nieuczonych wysokich i niskich i dzielimy się mieniem naszem z chrześcianami i mahometanami. Czyż nie jesteśmy więc jak dzieci, o Mistrzu, i nie możemy wejść do Królestwa Twego?“
„I cóż Chrystus odpowiedziałby?“ zapytała znów Gertruda.
„Nie odpowiada nic“, rzekł Bo. „Siedzi dalej pod drzewem i mówi z cicha: Jeżeli nie będziecie jak dzieci, nie będziecie mogli wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś rozumię co ma na myśli i mówię: Mistrzu, i w tem jeszcze stałem się jakby dzieckiem, że nie czuję już takiej miłości w sercu, jak poprzednio, lecz ukochana moja jest dla mnie teraz towarzyszką i milą siostrą, z którą idę na błonia i zbieram kwiaty, czyż więc o Mistrzu, nie jestem...?“
Lecz nagle zamilkł, bo w chwili, gdy wymawiał te słowa, czuł, że kłamie. Było mu tak, jak gdyby Chrystus naprawdę stał przed nim i patrzył na dno jego duszy. I Bo mniemał, iż Jezus widział, jak miłość na nowo w nim powstała i chwyciła go w swe szpony, jak zwierz drapieżny, dlatego, iż się jej wyparł w obecności ukochanej.
I w gwałtownem wzburzeniu ukrył Bo twarz w swych dłoniach i wykrztusił słowa: „Nie Mistrzu, nie jestem jak dziecko i nie mogę wejść do Królestwa Twego. Może inni mogą, ale ja nie mogę zgasić ognia mej duszy i życia mego serca, bo kocham i płonę tak, jak dziecko płonąc nie może. Lecz jeżeli taką jest wola Twoja, o Mistrzu, to niechaj ogień ten pali mnie aż do końca życia, a ja nie będę szukał zadowolenia mej tęsknoty“.
Długo jeszcze siedział Bo pod drzewem, miłością swą pokonany i płakał. Gdy spojrzał potem, Gertruda go opuściła. Odeszła od niego tak cicho, że wcale tego nie słyszał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Felicja Nossig.