Haluśka, część II — Teodor

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Haluśka, część II — Teodor
Pochodzenie Pisklęta
Data wydania 1910
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


HALUŚKA
CZĘŚĆ II.: TEODOR
I.
Zdeptane dzieciątko.

Odkąd Halunia dowiedziała się o Teodorze, poprostu w główce jej się rozjaśniło. Wie już teraz, kto wsunął skałkę w poręcz od schodów, żeby podrapała jej rączkę, wie, kto przesolił tak zupę, że nikt jej przełknąć nie mógł, choć Baranna zaklinała się na wszystkie świętości, że soli nie nasypała, „ani tyle, co za paznokiećby wlazło“ i wie, kto to zrobił taką niezgodę u wujciów, że ciociusia już nie jest teraz Marjanowa, tylko Karolowa.
Kiedy jej o tym napomknęła Baranusia, Halunia pędem pobiegła do mamy:
— To ciocia Inia ma telaz dwa męze, mamuńko?
— Ależ nie, co znowu, jednego tylko. Że też Baranna musi zawsze wygadać się z czymś niepotrzebnym. Ciocia Inia rozeszła się z wujciem Marjanem, to znaczy, że przestała być jego żoną, i pojechała od niego i dopiero potym wyszła drugi raz za mąż...
— Pojechała od niego? — Halunia szeroko roztworzyła oczy. Nie wiedziała, że to tak można.
— To... to wujcio Maljan był źli, mamuńko?
— Zły? ach nie, nie był zły, tylko... jakże to Haluni wytłumaczyć? Widzi Halunia, wujcio i ciocia nie zgadzali się ze sobą i bardzo byli nieszczęśliwi, więc dla tego. Jak Halunia wyrośnie i pozna świat i ludzi, przekona się, że w życiu jest nieraz inaczej, niżby się chciało. Teraz Haluś jest jeszcze za maleńki i o takich rzeczach nawet myśleć nie powinien, ale kiedyś zrozumie, że tak jest dla nich obydwojga lepiej. — I mamuńka dodała bardzo cicho:
— Co innego, gdyby mieli dzieci.
Halunia patrzyła na mamę badawczo. Właśnie, że już teraz rozumiała każde słowo doskonale, tylko jej się to jakoś pomieścić w główce nie chciało.
Spuściła oczy i z wielkim zajęciem zaczęła zaplatać frendzie maminego szala. W uszach jej zadźwięczał wesoły śmiech cioci Ini, zadzwoniły zabaweczki przy jej pasku, zapachniała jasna suknia i włosy cioci, czarne, miękkie i takie długie, że Halunia cała nakryć się niemi mogła. Ciocia nazywała Halunię swoim bączkiem złotym i przysłała jej czerwony kufer z sukienkami i Krzysią. Krzysia już nie jest teraz ładna, nawet oczy wpadły jej do środka i Halunia nie bardzo lubi się nią bawić, ale kufer jeszcze pachnie ciocią Inią... Halunia z zakłopotaniem podrapała się w karczek, było jej jakoś przykro, bo zaraz po cioci przypomniała jej się „pani sucka Migdalowa“ i ciemna stajnia z bocianem na dachu i białe „tlusie“, wyskakujące z pod podłogi, i wujcio, co miał takie „duze colo az do kolnieza“, gładkie i ciepłe, jak te bułeczki, które niania piecze dla tatusia w sobotę. Ładne mi „lepiej“... a kto teraz czesze i kąpie małe Migdalątka, co się tak śmiesznie toczyły za Halunią na krzywych nóżkach, kto smaży konfitury, kto wujciowi nalewa herbatę, wujciowi, co Halunię tak kochał, że zawsze sam jej dawał do ręki porcelanowe Chińczyki z salonu?
— Pewnie kuchalka — ścisnęło coś w gardle Halunię. Zrobiło jej się jeszcze przykrzej.
— A jaby tak nie źłobilam! — wykrzyknęła nagle i odetchnęła głęboko.
— Bo zeby ja śwego męza mialam, to choćby ź nim nie zgodzilam i tak by nie pojechalam, tylko by Migdalki cesalam i by ź nim Chińcykami bawiłam, a zeby mnie mój staly mąz umalnął — głos Haluni zadrżał ze wzruszenia — to by nowego nie chcialam, by na globek chodzilam, by jemu kwiatki nosilam, i by plakalam, dlugo, baldzo dlugo, cale zycie, moze dwanaście dni!
I na myśl o tych łzach, któreby musiała wylać jako wdowa, robi się Haluśce tak smutno, że czymprędzej chwyta pod ręce ogromną Bronkę-Beatryczę i kręci się, kręci w kółko jak rozszalały, różnokolorowy bąk.
Lalka wytrzeszcza szklane oczy, opatrzone w czarne i grube, jak pędzelki, „belwi“ i mruga niemi z łoskotem, prędko, coraz prędzej, póki podłoga i ściany z szumem nie rozsuną się na wszystkie strony i Halunia nie padnie buzią na kanapę, wołając:
— Oklęt plynie! oklęt plynie! oklęt plynie!
Od ciężkich zmartwień, najdalej ucieka się na okręcie!
Rozmowa z mamą tak silnie utkwiła w pamięci Haluni, że zaraz nazajutrz skłoniła ją do zrobienia ogólnego przeglądu ludzików. Ludziki żyły przeważnie w stadłach małżeńskich, a ze słów mamuńki wywnioskowała Halunia, że jeżeli w małżeństwie niema dzieci, to robi się niezgoda, i mąż i żona są nieszczęśliwi. Tatusiowi i mamusi to dobrze, że dostali Halunię na zawsze. Niechby tak u nich się zrobiła niezgoda, to mamuńka zmartwiłaby się chyba, a Halunia dopiero jak! Tatuśko także, tylko-by tak nie pokazywał po sobie. Tatusie zawsze tak nie pokazują.
No, z murzynem i murzynką niema kłopotu. Mają swoje murzyniątko tak, jak tatuś i mama Halunię; Piękna Tup-Tup i Patataj dostali niedawno dwanaście dziewczynek i dwunastu synków, wyciętych z kartonu przez mamę. Jeszcze tylko wąsaty ułan i panienka...
Że też Haluni nigdy na myśl nie przyszło postarać się dla nich o jakie dziecko. Kto wie, może z niezgody zgubił wąsaty ułan kapelusz ze wszystkiemi włosami, a panienka zawsze głową na jeden bok trzęsie. Niechby tak teraz panienka „ożeniła się z innym ułanem“, toby wąsatemu było smutno dopiero. Wujciowi się przynajmniej została suczka pani Migdałowa i małe, grube szczeniątka, a wąsaty ułan coby miał? nic.
Nie tracąc czasu, Halunia owija głowę w długi mamin woal i przerzuciwszy dwa końce przez ramionka, trzepie woalem jak skrzydełkami, śpiewając:

Psylecial sobie aniołek z nieba
i dzieci niesie komu potseba.

Przefrunąwszy kilka razy dokoła pokoju, przykuca nad podłogą i wiodąc za rączkę niewidzialne, takie malutkie, najmniejsze dzieciąteczko, posuwa się zwolna ku lalusinemu domkowi, gdzie wąsaty ułan i panienka oczekują z niecierpliwością pojawienia się aniołka.
Trzeba nieszczęścia, że w tej samej chwili Baranna, ukończywszy myć okno w sypialni, zesunęła się w tył ciężko i niezgrabnie stąpnęła na podłogę, tuż koło wyciągniętej rączki Haluni.
Wtedy rozległ się krzyk przeraźliwy:
— Lozdeptalaś! nianiusiu, lozdeptalaś!
I Halunia rzuciła się na ziemię i zaniosła się gwałtownym płaczem.
Przerażona Baranna, przekonana, że przydeptała rączkę Haluni, zaczęła ją ściskać i przepraszać, ale Halunia wydarła się z jej objęć:
— Loźdeptalaś! dziecko loźdeptalaś!
Taka była rozpacz w głosie Haluni, że Baranna zrozumiała, że idzie tu o rzecz ważniejszą, niż zwykłe potrącenie. Niespokojnie rozejrzała się po podłodze. W głowę zachodziła, coby takiego rozdeptać mogła. Ale nie dostrzegłszy nawet śladu niczego, spróbowała Haluśkę wybadać podstępem:
— Nie płacz Haluś, nie płacz, oj nie płacz, bo mi serce pęknie... Ino przestań płakać i powiedz, com ja ci zepsuła, a już ja ci to wrócę, żebym tak skonała, wrócę!
— A jak ty jego wlóciś, kiedy ty jego loz-deptalaś! — załkała Halunia i unióssłzy z nad podłogi mokrą od łez buzię, wpiła w poczciwą twarz Baranny wielkie, rozognione oczy:
— A cego ty jego lozdeptalaś, kiedy to nie byla kalalucha! — krzyknęła groźnie i zalała się nowym potokiem łez.
Ach nie, to nie był karaluch. To było cudne małe dzieciąteczko, jeszcze mniejsze od murzyniątka, takie, jak muszka. I było różowe, jak Bobuś, i miało skrzydełka złote, i wąsaty ułan i panienka byliby się ucieszyli. A teraz co będą mieli? nic.
Baranna się zafrasowała. Czuła, że wyrządziła Haluni jakąś wielką krzywdę, i napróżno szukała sposobu naprawienia swojej winy. Zaczęła się domyślać, że bezwiednie przerwała Haluni jedną z tych zabaw, których ona, Baranna, nigdy zrozumieć nie mogła. To też czerwona, dobroduszna jej twarz wyrażała prawdziwe unieszczęśliwienie. Sapała i poprawiała się na siedzeniu, bo od płaczu Haluni zaczęło ją już „mglić w dołku“.
— Oj Haluś, Haluś! a gdzieżbym ja miała sumienie dziecko rozdeptywać, a czy to ja Herod żydowski? czy to ja się z dziećmi obchodzić nie umiem? A tożem troje rodzonych pochowała!
Tu Baranna chytrze pociągnęła nosem, chlipnęła i zasłoniwszy fartuchem jedno oko, drugim zerkała na Halunię, żeby się upewnić, że trafiła na drogę właściwą. Ale Halunia tak czuła zwykle na wspomnienie Baranusiowych dzieci, tym razem nawet główki nie odwróciła. Prawda, że dzieci Baranny pomarły, ale ich przecież nikt nie rozdeptał, tylko w ślicznych trumienkach pojechały prosto do nieba. I niania się tam z niemi spotka, a wąsaty ułan i panienka, choćby poszli do nieba, i tak tam swojego dzidziusia nie znajdą, bo z niego „nić nie źoś — ta — lo!!!“
Baranusi teraz wstyd, i dla tego się wypiera, a to nie jest ładnie. Już lepiej, żeby powiedziała „nie chciący“. Nibyto Halunia nie widziała, jak niania nogą deptała, nogą!
— A ćo to, to twoja noga, nie była twoja noga? — rzuciła nagle niańce drwiące zapytanie z nad podłogi.
— Oj nie, moja Haluś! niech skonam, nie moja — jęknęła Baranna z tak szczerym akcentem w głosie i z taką siłą buchnęła się w piersi, że Halunia raptownie siadła na podłodze.
— No to kogo? — spytała zdumiona. — Ktoś przecież musiał być winien rozdeptania biednego dzieciątka.
Ale zanim Baranna zebrała się na odpowiedź, Halunia klasnęła w rączki:
— Moze Teodola?
Łzy przestały płynąć, jak zaczarowane.
Naturalnie, że Teodora.




II.
A Bożuńka ćo?

Od tego dnia Teodor zaczął się pojawiać coraz częściej.
I już mu nie wystarczało obrywanie nóżek i rączek lalusiom i dziurawienie piłek Halusiowych, doszło do tego, że wlazł w Kitę i zadusił szarego gołąbka (gdzieżby Kita sama, Kita, co ma takie serce, że jak myszkę złapie, to kładzie przy nogach mamy „i miauka, czy można zjeść?“) a nawet... ale to trzeba opowiedzieć od początku:
Było to tego dnia, kiedy przyjechał wujcio Okrąglaczek, żeby „popukać“ Halunię i mamę. Było już po pukaniu, a mama nalewała kawę, a wujcio opowiadał Haluni, jak to raz w szpitalu cieszyły się dzieci, kiedy im wujcio sprowadził szopkę. Tylko jedna malutka dziewczynka siedziała smutna i skarżyła się dzieciom, że nie może widzieć szopki, bo jest ślepą.
— Ślepa, wujciu? — wykrzyknęła Halunia. Była pewna, że ślepemi mogą być tylko lalki, którym, jak Krzysi, oczy wpadną do środka, i małe psiątka dopóki im się oczka nie otworzą — a dla czego wujcio jemu ocków nie naplawil?
— Bo się nie da, bączku. Choroba jest nieuleczalna. A szkoda, bo dziwnie ładne i dobre dziecko — mówił wujcio, nawijając długi wąs na palec i spoglądając bokiem na jego wyciągnięty koniec.
— Panie doktorze — rzekła mamuńka i podsunąwszy wujciowi cukierniczkę, obejrzała się na Halunię, która wielkiemi kawałkami chleba, zapychanemi w buzię, usiłowała zdławić wzruszenie ściskające ją za gardło.
— A, a... Bożuńka ćo, wujciu? — wykrztusiła z trudem, podnosząc na doktora zalane łzami oczy.
Wujcio popatrzył na Halunię, poruszył się nerwowo na krześle, odchrząknął i tak jakoś niefortunnie postawił na spodku filiżankę, że się przechyliła i kawa całą strugą rozlała się na podłogę. Wujcio zerwał się i usiadł na drugą stronę stołu i zaraz zrobiło się dużo śmiechu i wrzawy, bo zanim Baranna nadbiegła ze ścierką, Wisła z jednej a Kita z drugiej strony, łym, łym, językami tak doskonale wylizały kawę, że Baranna wcale już podłogi wycierać nie potrzebowała. Nikt już potym nie nawiązał przerwanej rozmowy, wujcio i mama oglądali nuty, a Halunia bawiła się w lalusinym domku.
Najpierw wyciągnęła z pod Bronki-Beatryczy, czerwony kufer od cioci Ini i obróciwszy go dnem do góry, wysypała na ziemię całą garderobę laluś. Potym zaczęła przekładać wszystkie lalki jedną po drugiej, a odnalazłszy Krzysię, potrzęsła nią kilka razy, nasłuchując kołatania się oczu, zapadłych w głąb czaszki. Puste oczodoły lalki napełniały ją dzisiaj szczególniejszą tkliwością. Pocałowała Krzysię raz i drugi, przygładziła potarganą perukę i pobiegła do mamy. Tu wspiąwszy się na palce, długo coś mamie szeptała do ucha. Mama się uśmiechnęła i skinęła głową, a Halunia zawróciła do lalusinego domku, i szybko zaczęła nakładać na Krzysię wszystkie sukienki, jedną po drugiej; jedną nóżkę obuła nawet w buciczek ze skórki złoconej, drugi był już oddawna zgubiony. A kiedy usłyszała, że wujcio żegna się z mamą, jak kulka wtoczyła się do przedpokoju.
— To dla tego dziecka, wujciu — rzekła, podając doktorowi lalkę — zeby on byl telaz mama Krzysi — głos Haluni zarwał się na sekundę; wydało jej się, że Krzysię kocha najwięcej ze wszystkich laluś, bo... bo Krzysia jest od cioci Ini — ona śama chciala — dodała z nagłą determinacją — a jakby dziecko pytalo, jakie ocka, niech wujciunio powie, nima ocków, żeby dziećkowi nie bylo smutno! — i Halunia z całej siły przycisnęła się do policzka wujcia.
Doktorowi zadrgały wąsy. Przytulił Halunię do piersi, potym zwolna rozplótł rączki opasujące jego szyję, pocałował najpierw jedną, potym drugą, wcisnął lalkę w kieszeń od paltota, postawił Halunię na ziemi, obejrzał się za czapką i nie rzekszy ani słowa — wyszedł.
Tego wieczora Halunia długo zasnąć nie mogła, bo zaraz po wyjeździe wujcia burza wiosenna zerwała się nad Zielonym Dworkiem.
Wichura szaleje, drzewa szumią i gną się ku ziemi z żałosnym jękiem, strugi deszczu nieustannie biją o szyby okienne.
Przez otwarte drzwi salonu strumień światła zalewa białe łóżeczko Haluni, a z pod wysmukłych, delikatnych palców mamy płynie melodja, która tyle razy kołysała Halunię do snu. Nie płacz Haluś, nie płacz, nie płacz, nie żałuj! Nie płacz Haluś, nie płacz, nie płacz, nie ża-a-łuj...</poem> I Halunia już nie płacze. Nie płacze, choć ją jeszcze bardzo oczy pieką i choć jej się przypominają same smutne rzeczy. To o tatuśku, że mieszka aż w Krakowie i pewnie znowu spóźni się na obiad w niedzielę, to o Krzysi, że jej się jeden buciczek zgubił, a kto wie, czy ciocia Inia przyszle Haluni nową lalkę na imieniny, to o Boźuńce, która tam czeka i czeka w niebie.
— A jak ja jesce pomyślę — ze juz moze migdalątka o mnie zapomnialy — zrywa się ostatnie łkanie w piersi Halusi, ale już żadna łza popłynąć nie chce.
A fortepjan śpiewa dalej:

Uśnij Haluś uśnij, aniołek cię uśpi,
Mama cię utuli w malowanej luli...

Nie, nie, już niech lepiej mamuśka nie namawia. Halunia przecież nie może zasnąć, bo musi jeszcze dużo powiedzieć Boźuńce. Chciała przedtym przy paciorku, ale nie mogła, bo zaraz nadleciał Teodor, i zrobił taki wielki wiatr, że aż drzewa zaczęły się kiwać, i paciorki dziecinne pomieszały się ze sobą i już nie mogły polecieć do nieba. I rozsypały się na ziemię, jak te paciorki z różańca Baranusi, które Halunia pomagała jej zbierać wczoraj, i płynęły po wodzie, która z szumem płynęła po dwuch stronach ścieżki i pękały, jak banieczki mydlane, bo Teodor je tłukł! tłukł! tłukł! A wszystko z takiej wielkiej złości, żeby biedny dzidziuś nie mógł widzieć szopki. Jak to Halunia zobaczyła, rozpłakała się i nie chciała już się modlić dalej, a mamuśka myślała, że Halunia boi się burzy. Ale Halunia nie dla tego, tylko dla tego, że jej się tak bardzo zrobiło żal... I tych paciorków potłuczonych i tych drzew biednych, co się tak boją, a uciec nie mogą „bo śom do ziemi psyklejone“ i Boźuńki, co chodzi tam od jednej „gwiazdkowej dziulki“ do drugiej i skarży się aniołkom, że żadnego paciorka dziś nie dostał i „się maltwi“, że Halunia nic mu o dzidziusiu bez oczków nie powiedziała.
— A jak ja miałam powiedzieć, kiedy Teodol był taki niegzecny — nowemi łzami nabrzmiewają oczy Haluni.

Uśnij Haluś, uśnij, siwe oczka stuśnij,
siwe siwiusieńkie, małe malusieńkie...

spływały tony fortepjanu cichą serdeczną pieszczotą, i Haluni robi się tak ciepło koło serduszka, jakby mama tuliła ją w ramionach i pocałunkami zamykała jej spłakane oczęta.
Tylko, że Halunia dzisiaj nie zaśnie, roztwiera paluszkami powieki i myśli, że będzie je tak długo trzymać, aż Teodor się zmęczy i na dworze zrobi się cicho. Wtedy Halunia prędko powie Boźuńce o dzidziusiu, i Boźuńka ubierze się w śliczną sukienkę i buciczki ze złota. I wyjdzie na dwór... i zobaczy, że Teodor zrobił takie wielkie błoto, i powie: „na lącki“. A „pani Cęstochowska, co jest mama Boźuńki“ weźmie Boźuńkę na ręce, żeby się śliczne buciczki nie powalały, no i że Boźuńka jest malutka, mniejsza od Haluni. Idą... idą... idą... aż tu „światełko“: puk, puk do okienka. A wujcio: Kto tam? A Boźuńka: „plosę nowe ocka dla dzidziusia!“ A wujcio się ucieszy i weźmie, a Boźuńka zaraz: „o jaka ślicna lalka!“ i się zapyta: od kogo?
A wujcio chrząknie, i będzie szukał czapki, a czapka będzie na głowie, i pocałuje Boźuńkę mocno, najpierw w jedną, potym w drugą rączkę:
— Na ćo tak, wujciu? — poziewa Halunia i przymyka oczka, ot tak sobie tylko, bo spać to się jej nie chce, zupełnie nie chce.
— Bo tak, bo tak, bo tak — odpowiada wujcio głosem zegara i kiwa nogą naprzód i w tył i znowu naprzód i w tył...
— Uśnij Haluś uśnij, pan Jezus cię uśpi... — coraz ciszej, coraz senniej nuci fortepjan.
— Jemu, to się już śpać nie chce — majaczy się Haluni, — a źegal, to nigdy śpać nie idzie — i nagle wydziera się z jej piersi serdeczne westchnienie nad niedolą zegara, który nigdy się spać nie kładzie, tylko zawsze tak chodzi i chodzi, i chodzi.
I z tym westchnieniem na rozchylonych usteczkach zasypia.




III.
Czary Teodora.

Rzecz dziwna, że choć Teodor dokucza nietylko Haluni, ale starszym także, starsi nie tak dobrze poznają się na jego psotach. Nawet mamuńka, choć przecie taka mądra, a nie może zrozumieć, że to Teodor wypalił dziurę w obrusie i zarzucił kluczyki od spiżarni, tak że Baranna musiała szafę otworzyć siekierą. I tłumaczy Haluni, że obrus spaliła niania przez nieuwagę, a kluczyki to niby Halunia, kiedy bawiła się w pociąg. Takie niedowiarstwo zasmuciło bardzo Halunię, i odtąd przestała wtajemniczać mamę we wszystkie spostrzeżenia, czynione nad Teodorem, poprzestając na zwierzaniu się Barannie, która ku ogromnej jej radości bardzo boi się Teodora. Bo też Halunia nie żałuje barw jaskrawych, mimiki i giestykulacji, kiedy po raz setny opowiada Barannie, jaki to Teodor ma brzuch ogromny, jakie rogi czerwone i jak umie całe gruszki łykać na jeden kęs. Baranna zawsze wtedy trzęsie się (oczywiście ze strachu) i zasłania twarz rękami. No, bo jest się i czego bać!
Jeszcze chętniej rozmawia Halunia z wujciem Adasiem. Bo wujcio nietylko słucha uważnie i w odpowiednich momentach głową kręci z podziwu, ale zawsze doda jeszcze coś ciekawego od siebie. Tamtego tygodnia n. p. nauczył Halunię jednego zaklęcia, którym możnaby odczarować Teodora. Zaklęcie jest bardzo łatwe, i Halunia nauczyła się go odrazu. Oto, jeżeli się ma podejrzenie, że Teodor jest gdzieś w pobliżu, należy pogrozić palcem i powiedzieć: — Teo-dor!... Teo-dor!... Wtedy Teodor siedzi cichutko, jak trusia, bo wie, że jest poznany i wie, że gdyby w takiej chwili coś zbroił — tu wujcio głos zniżył — to tego samego dnia jeszcze o godzinie dwunastej w nocy skończyłoby się jego panowanie. W coby nie był zamieniony, tymby musiał pozostać na zawsze. W lwa, to lwem, w pchłę, to pchłą, a w korek od butelki, ha! to korkiem od butelki, — zakończył wujcio i uroczyście podniósł palec w górę.
Słowa wujcia zabrzmiały w uszach Haluśki, jak ostrzeżenie karzącej sprawiedliwości. „Lwa, to lwa, pchla, to pchla, a kolek butelkowy, kolek butelkowy“ — kiwała w zamyśleniu nóżką, zwieszoną z fotela, niepewna, czegoby należało życzyć Teodorowi.
— A źeby w aniolka? — zapytała po chwili, bo jakoś tamte przemiany nie zupełnie trafiały jej do przekonania.
— Ha! To byłby aniołkiem! — roześmiał się wujcio.
Halunia się ucieszyła. Wiedziała już teraz, co należy zrobić. Najpierw poprosi Teodora, żeby się dał odczarować, a potym mu zaproponuje, żeby się zamienił w aniołka. W aniołka mu będzie przecież dużo przyjemniej niż w lwa, albo korek. No o pchle to się nawet nie mówi, bo jeszczeby go Wisła wygryzła i zjadła...
— Teodol, Teodol... — wywoływała go po cichu i zaglądała pod fotele, kanapę i dywan, usiłując odgadnąć, gdzie przebywa czarownik.
Ale Teodor nie domyślał się zapewne, że Halunia jest dla niego tak przychylnie usposobiona i na złość ukrywał się tak dobrze, że Halunia nigdzie go dojrzeć nie mogła. Halunia jednak nie dawała za wygranę, całemi dniami biegała po pokojach i machała rączką, usiłując zrzucić Teodorowi czapkę niewidkę z głowy, i bawiła się doskonale aż do dnia, w którym z czworga szczeniąt, które aniołek przyniósł Wiśle do pudła pod schodami, dwoje w tajemniczy sposób utonęło w sadzawce.
Naturalnie ani mama, ani Baranna nie wiedziały, w jaki sposób to się stać mogło, ale Halunia domyśliła się odrazu. I od tego dnia zrobiła się jakaś nieswoja. Zaczęła grymasić i popłakiwać bez żadnego powodu, bladła, jeżeli kto głośniej odezwał się albo stuknął drzwiami, to znowu przerywała najweselszą zabawę i stała nieruchoma, śledząc niespokojnie muchę głośniej od innych brzęczącą pod sufitem, albo firankę, poruszaną lekkim podmuchem wiatru. Halunia przeczuwała, że czarownik kryje się gdzieś w pobliżu, i dreszcze przerażenia przebiegały ją na myśl, coby to było, gdyby tak niespodzianie wyskoczył na nią i porwał ją, jak psięta, albo co gorsza, zjadł ją na jeden kęs!
A jeszcze dziś rano powiedziała niania, że Halunia jest smaczna, jak jabłuszko.
Za nic w świecie Halunia nie zostałaby się sama, i jeśli mama wstanie, żeby pójść do drugiego pokoju, Halunia chwyta się jej kurczowo, prosząc lękliwie:
— Juś ty to źlób dla mnie, nie chodź...
— Co jest temu dziecku? — skarży się mama tatusikowi, opowiadając mu o zmianach, jakie zauważyła w Haluni.
— Deszcz pada — lakonicznie odpowiada tatuśko, i rzuciwszy okiem na wesołą, różową buzię córeczki, nie dowierza obawom mamy, uważając je za wytwór przeczulonej macierzyńskiej wyobraźni.
Bo tylko w czasie przelotnych odwiedzin ojca, zmora lęku, czająca się na Halunię z każdego kąta, z za każdego przedmiotu, nie śmie wypełznąć i kryje się głęboko przed widokiem silnych ramion tatuśka, przed stanowczym brzmieniem jego głosu i energicznemi krokami, przemierzającemi pokój.
Ale z odjazdem ojca kończy się spokój Haluni, i znowu popłakuje i kaprysi „niewiadomo czego“.
Aż dnia jednego, w sypialni, rozległ się krzyk przeraźliwy. Jednemi drzwiami wpadła mama, drugiemi Baranna. Halunia stała pośrodku pokoju i jedną rączką wciskała między stulone kolanka fałdki błękitnej sukienki, drugą oganiała się przed czymś niewidzialnym, krzycząc przeraźliwie:
— Teodol! Teodol!
Mama porwała ją na ręce. Długą chwilę Halunia nie mogła ochłonąć z przerażenia. Wreszcie zdołała wyjąkać, że zobaczyła „molę“, ale choć ją zaraz poznała i wołała „Teodol“, ona sobie nic z tego nie robiła, tylko leciała prosto na nią, żeby zjeść ją całą z sukienką nową i białym fartuszeczkiem.
Halunia mole uważała za najżarłoczniejsze stworzenia pod słońcem, i nawet w zwykłych warunkach bała się ich bardzo.
Baranna, śledząca pilnie w kierunku wyciągniętej rączki Haluni, dostrzegła rzeczywiście złoty, drobniuchny pyłek, trzepiący się na ciemnym tle portjery. Ledwie jednak zamierzyła się nań fartuchem, Halunia z krzykiem ponownym chwyciła za rękę mamy.
— Nie daj zabijać! Mamuńko, nie daj zabijać!
— Oj jaka też to Halunia — żachnęła się Baranna, opuszczając rękę przed stanowczym skinieniem mamuńki. Baranna także żywiła serdeczną niechęć do moli, a już do zaczarowanych w szczególności.
Ale dopiero, kiedy mama własnoręcznie otworzyła okno i z zachowaniem wszelkich ostrożności zdmuchnęła mola na dwór, Halunia klasnęła w rączki i zaśmiała się radośnie. I jakby ją nagle opuściły wszystkie lęki i troski, przez cały wieczór bawiła się doskonale. Od czasu do czasu tylko stawała przed zegarem ściennym, przyglądając się uważnie ruchowi wahadła i wskazówek.
I znowu za chwilę przybiegła do matki z zapytaniem, jak to zegar pokazuje łapkami, że się zrobiła dwunasta.
A kiedy mamuńka nastawiła wskazówki na żądaną godzinę, Halunia objęła ją za szyję.
— Ty mnie zbudź, jak będzie dwunaśta — szepnęła matce do ucha.
— Cóż to Haluś myśli z Kitą myszki łapać? — roześmiała się mamuńka.
Halunia popatrzyła na mamę pociemniałemi z radości oczami, zawahała się przez chwilę i zesunąwszy się z jej kolan, z wesołym śmieszkiem uciekła do drugiego pokoju. Niech sobie mamuńka myśli, że myszki... aż tu Halunia w nocy ma aniołka gotowego! Już niech się mama nie boi, Halunia przypilnuje, żeby ani w lwa, ani pchłę. Co to za szczęście jednak, że go Halunia poznała!




IV.
Tajemnicza paczka.
Mama nie zbudziła w nocy Haluni, a dzień następny zalał pokoje Zielonego dworku taką powodzią słonecznego blasku, jaskółki, gnieżdżące się u okna salonu, tak donośnie świegotały o powrocie pogody i wiosny, że Haluńka zapomniała o wszystkim i tylko drżała z niecierpliwości, chcąc jak najprędzej wyrwać się do ogrodu. Ledwie Baranna raz i drugi przesunęła szczotką po jej główce, Halunia, jak rybka, trzepnęła się w jej dłoni i co tchu pomknęła na dwór. Oszalała radością przebiegała ścieżki, na których chwasty rozsiadły się wygodnie, jak małe ogródki dla laluś, otrząsała ze śmiechem srebrną, perlistą rosę, opadającą ciężkiemi kroplami na nadstawione rączki i buzię, to znowu wcisnąwszy nosek między pręty ogrodzenia, patrzyła z zachwytem na daleki zielony ugór z porykującemi krowami i cielątkami i małą Karolę Janowej, wybijającą bosemi nogami wesołe hołupce i wyśpiewującą cieniutkim dyszkantem:

Ka-sie-niu, wołki mas
obiecałaś słodkiej buzi, daj zaraz!

Pod kasztanami czekała na Halunię radość nowa. Drzewa, pokryte świeżą, młodą zielenią, aż huczały od chrabąszczy, obijających się z szumem o gałęzie i spadających wprost do nadstawionego fartuszka Haluni.

Właśnie Halunia, wybrawszy „pana i panią“, rozpoczęła z niemi żmudną naukę chodzenia na dwuch nóżkach, kiedy od domu dobiegł ją głos mamuńki.
Mama stała w drzwiach ganku i unosiła w górę dość dużą opieczętowaną paczkę.
Halunia porzuciła chrabąszcze.
— To dla mnie, to dla mnie, mamuńciu? — krzyknęła, wyciągając ku matce obie rączki.
Boże, co za cudowny dzień! Po długich tygodniach deszczu prawdziwa wiosna, z ptaszkami, chrabąszczami i słoneczkiem, a teraz znowu prezent.
— Cy od wujciów, cy od tatuśka? Cy od cioci Ini? — zdziera Halunia sznurki, które oszczędna Baranna starannie wpierw porozluźniała zębami.
— Spokojniej, Haluś, spokojniej — napomina mama, widząc, że małe rączki drą nerwowo bibułki, owijające jakiś przedmiot kształtu dużego jaja.
Z pod czerwonego papieru wysuwa się żółty, dalej różowy, zielony, znowu żółty i tak bez końca.
— Ki djabeł! — mruczy Baranna mocno zaciekawiona i raz po raz schyla się po strzępy, wylatujące z pod paluszków Haluni, która spocona z wysiłku i niecierpliwości coraz gwałtowniej ciśnie do piersi tajemnicze zawiniątko.
Cały stół jest już papierami zasłany, a jajo nie o wiele zmniejszyło swoją objętość.
— Maś! — wybucha wkońcu Halunia i giestem pełnym zniechęcenia podaje matce paczkę, ale w ruchu tym jajo wysuwa się z jej rączek i z przytłumionym piskiem toczy się w stronę pieca.
— Pisknęlo! Ucieka! — krzyczy Halunia i podniósłszy pakiet, cała zamienia się w słuch i wzrok, śledząc szybkie ruchy maminych palców, odwijających jeden papier za drugim.
— Moze myska? Moze kanalek? Moze lybka zlota? — szepcze bez tchu, przekonana, że to „coś“, skryte w głębi tajemniczego jaja, musi być „zywe“, skoro tak wyraźnie dało znać o swojej obecności.
Paczka jest już rozmiarów zwyczajnej szklanki.
— A-a-a! — wyrywa się z trojga ust, kiedy z pod ostatniej bibułki ukazuje się niewielki potworek z gutaperki, o ogromnej murzyńskiej głowie, wybałuszonych oczach i otwartych szeroko ustach, z czerwonemi, wywiniętemi wargami. Nad króciutkiemi nóżkami w żółtych pantalonach unosi się potężny brzuch, upięty w czerwony frak i białą kamizelkę.
— Też pomysł!... — wzrusza niechętnie ramionami mamuńka, podając zabawkę Haluni, która śpiesznie wyciąga rączki.
— Mnie się on baldzo podoba, mnie się on baldzo podoba, mamuńko, taki clowiecek, ach, taki clowiecek — wzdycha z zachwytem, ale raptem puszcza go z rąk i cofa się przelękła, bo pajac, pchnięty znienacka w brzuch palcem zaciekawionej Baranny, wysuwa z przeraźliwym piskiem język i dwa czerwone rogi i chlup!... wciąga je w siebie z powrotem.
— O Matko Kalwaryjska! A toć to chyba Teodor! — wybucha śmiechem Baranna, pochylając się nad pajacykiem, który, odbiwszy się, jak piłka od podłogi, rozciągnął się u stóp Haluni, wybałuszając na nią gały wielkich, okrągłych oczu.
— Pokaz, pokaz! — przypada Halunia i długą chwilę przygląda się pajacowi w milczeniu. — To jest Teodol — przytakuje wkońcu główką z głębokim przekonaniem. — To jest Teodol — powtarza z naciskiem, przenosząc wzrok na mamę. — No teraz to już chyba i mamuńka wierzy, że to jest „plawdziwa plawda“.
— Pokaż-że mi to straszydło, dzitusiu — uśmiecha się mama i rozbawiona poważnym wyrazem twarzy Haluni, naciska pajacyka. Ledwie jednak pajacyk wrzasnął po swojemu i wysunął język i rogi, Halunia oblała się rumieńcem.
— Nie ciśnij! — krzyknęła gniewnie i wyrwawszy z rąk matki zabawkę, podreptała do ogrodu. Śpieszno jej było pokazać Teodora chrabąszczom i... była na mamę serdecznie urażona.




V.
Boźuńkowy aniołek.

Baranusia ma jednakże niedobre serce.
Tyle razy jej mówiła Halunia, że Teodor już nie jest złym czarownikiem, tylko „najgzecniejsym z najgzecniejsych“, a Baranusia zawsze swoje. Lampa się stłukła w salonie — „Teodor!“ Wylała Halunia atrament na maminym stoliku — „Teodor“, aż Halunia musiała pobiec do mamy i powiedzieć całą prawdę. I o lampie, że ją stłukła Baranusia, i o tym atramencie. Dobrze jeszcze, że mamuńka uwierzyła Haluni, a nie Barannie.
Niania się za to bardzo obraziła i jeszcze więcej teraz dokucza Teodorowi. Wczoraj przy Janowej z mlekiem zaczęła opowiadać, jakie to dawniej Teodor stroił psie figle, choć Haluśka prosiła, żeby nie, bo Teodor patrzył na nią tak żałośnie „swojemi ocusiami okrąglemi“, jakby się chciał poskarżyć, że mu niania taki wielki wstyd robi. Pisnął nawet cichutko i wysunął język. O, nie cały, nie, sam koniuszek tylko, żeby Halunia zobaczyła, jaki jest czerwony. Bo na buzi, to on nie może pokazać, że się wstydzi, bo jego buziuńka jest czarna.
Dziś Baranna była jeszcze gorsza. Dała wprawdzie Haluni srebrny papier z czekolady, ale kiedy Halunia wyrwała się przypadkiem, że chce nim wyścielić domek dla Teodora, niania wyśmiała ją, że pracuje dla takiego djabła rogatego (mówiła: djabla) i powiedziała, że za całe podziękowanie Teodor taki ozór na Halunię wywali i takiego narobi wrzasku, że aże z domu uciekać przyjdzie.
Halunia zakipiała z oburzenia. Tupnęła nóżką, krzyknęła, że to nieprawda, bo Teodor na nią nigdy nie krzyczy, tylko na nianię, co ma dla niego takie niedobre serce, a gdy Baranna zaśmiała się niedowierzająco, Halunia zatkała uszy i uciekła z kuchni, mocno zatrzaskując drzwi za sobą.
— Brzydula — szepnęła w kierunku dziurki od klucza, i choć Baranna nie mogła dosłyszeć tego epitetu, Haluni zrobiło się troszkę lżej.
Ale żal do niańki nurtował ją dalej. Słowa Baranny poruszyły w sercu Haluni najdrażliwszą strunę. Ach, gdyby tak Halunia mogła porwać Teodora i uścisnąć go przed Baranną mocno z całej siły, tak jak tatuśka, tak jak wujcia Adama, tak mocno, żeby aż Halunię w główce zabolało, tak mocno, żeby Barannie było zazdrość, że Halunia więcej kocha Teodora, aniżeli ją. Gdyby mogła przekonać Baranusię, że Teodor ją także kocha i cieszy się, kiedy go całuje Halusia!
Ale Halusia tego nie może zrobić i tak jej przykro, że aż jej się płakać chce z żałości. Bo choć Halunia nie przyznałaby się do tego nigdy, wie jednak, że Baranna powiedziała prawdę...
Faktem jest, że choć Haluśka kocha Teodora tak, jak żadną inną zabawkę, choć oddaje mu wszystkie najpiękniejsze mebelki i sukienki laluś, choć nie zasnęłaby, nie ułożywszy go wpierw przy sobie w łóżeczku, choć Teodor podoba jej się tak dalece, że któregoś dnia zagadnęła mamuńkę, czy chciałaby mieć synka, „ale źupelnie, źupelnie takiego“, ona dotychczas Teodorowi nie spodobała się jeszcze. Bo niech go Halunia przy zabawie, rozbieraniu i ubieraniu bodaj leciutko pociśnie, odrazu...
Halunia tuli go wtedy do siebie, prosząc:
— Teodolku, nie wyśtawiaj jęzia, nie wyśtawiaj, ja psecieź niechcący, ja naplawdę niechcący!
Gdzieżby Halunia naumyślnie. Wie przecież, że Teodor nie lubi, żeby go za brzuszek cisnęli. Ale Teodor powinien zrozumieć, że co innego „na złość“, jak Baranusia, a co innego z miłości.
Ale Teodor tego nie rozumie i trzepie ze złością językiem i rogami, a twarz mu się wtedy tak wykrzywia, że Halunię strach zbiera, żeby się znowu nie zamienił w czarownika. Na szczęście gniew jego mija natychmiast, a skoro wciągnie w siebie język i rogi, to zaraz robi się tak miły, zabawny i grzeczny, że Halunia nacieszyć się nim nie może.
I teraz ledwie Halunia obejrzała się i zobaczyła pajaca, stojącego przed talerzykiem pełnym ryżu z bitą śmietaną, z łyżeczką, opartą o ramię — zasępiona jej buzia rozjaśniła się odrazu; zadowolona, że Teodor, zajęty leguminą, nie zauważy jej nieobecności, objęła spojrzeniem, pełnym uwielbienia, „calny lebek okląglutki, male glubiuchne nóżki i ten bzusek kochany, psyjemny“; poprawiła mu na głowie czepeczek Krzysi i w podskokach wybiegła pod lipę, rosnącą nieopodal domu.
Bawiąc się dziś zrana pod lipą, odkryła Halunia dość dużą dziuplę, prawie zupełnie zasłoniętą młodemi pędami lipy, wyrastającemi z jednego z jej korzeni.
W pierwszej chwili Halunia zlękła się trochę i wyczekiwała z bijącym sercem, czy z czarnego otworu nie wyskoczy na nią jaki smok straszny, albo krasnoludek, pilnujący zaklętych skarbów, ale kiedy nikt się nie ukazał, nabrała odwagi i zagłębiła rączkę w otwór dziupli. Stanowczo dziupla była zaczarowana. Halunia wyczuła pod rączką perły i drogie kamienie, zamienione w trociny, poczwarki i resztki zeschłego chrabąszcza, wypłoszyła nawet dwa pająki, zapewne służbę pałacową, która teraz w pośpiechu uciekła na drzewo. Wtedy przyszło Haluni na myśl, że z dziupli tej możnaby zrobić śliczny pałacyk dla Teodora. Sprowadzona mamuńka przyznała, że pomysł jest bardzo dobry i pozwoliła nawet użyć do przyozdobienia dziupli części ozdób, pozostałych z choinki. Uszczęśliwiona Halunia zabrała się do roboty. Trociny, zaścielające dno dziupli, ubiła mocno kamieniem i przykryła miękkim dywanem z zielonego mchu, a ściany wyłożyła owym srebrnym papierem, z takim trudem zdobytym na Baranusi.
Teraz podkuliwszy pod siebie nóżki, nawleka na długą nitkę płatki kwietne, obrywane z wielkich kiści bzu, leżących dookoła na trawie. Są to girlandy z prawdziwych pereł i drogich kamieni, które zastąpią pajęczyny, wymiecione z pałacu Teodora. Z ustek Haluni, raz po raz wydziera się westchnienie zachwytu. Wydaje się sama sobie jakąś zaczarowaną wróżką, takim upojeniem napełnia ją rozgwar ptaków i pszczół, brzęczących tajemniczo w koronie lipy, ciepło rozgrzanego słońcem powietrza i ten cud girlandy, wykwitający z pod jej paluszków.
I marzy się Haluni, że kiedy Teodor zobaczy ten cudowny domek, to zrozumie, jak bardzo go kocha Halunia, a wtedy i on ją pokocha także i nie będzie na nią krzyczał i nie będzie wystawiał języka i rogów, tylko zupełnie się poprawi, i na zawsze z nią pozostanie, bo mu z Haluśką będzie najprzyjemniej, i będzie Halusin mężuś i Halusin synuś kochany.
Tymczasem z ganku raz i drugi wychyliła się czerwona twarz Baranny, i rozpaczliwy giest rąk przywołał mamuńkę do domu. Domyślając się, że zaszło jedno z tych nieszczęść, które należy ukryć przed Halunią, mama złożyła robotę i zwolna skierowała się ku domowi.
Kiedy jednak Baranna, sapiąc ze wzruszenia, wtajemniczyła ją w to, co zaszło przed chwilą, mamuńka ręce opuściła bezwładnie.
— Powiadam pani, trzasło pod nogą, kie z armaty, ażem zakrzykła: o Jezu! Małom wszyćkich szklanek nie zruciła z tacy. Postawiłam, patrzę się i jaże mnie w dołku sparło... Rany Boskie! A toć to Teodor.... — mówiła Baranna przerywanym głosem, oglądając się ku drzwiom ogrodowym.
— Oj, co też to będzie, kie się Halunia dowie! — wyrwał się na zakończenie piskliwy wykrzyk z jej krtani, i Baranna chlipnęła płaczem, zasłaniając fartuchem oczy.
— Tylko ciszej, moja Baranno, proszę ciszej — powtarzała bezradnie mamuńka — gdzież on jest? — dodała, upewniwszy się, że drzwi są zamknięte na klucz.
— Oj jest, jest! Sapie se ino cichuśko, ale nijakiej siły w chudziaku niema — szeptała przez łzy Baranna, i wydobywszy z przepaścistej kieszeni pajaca, ścisnęła go przed samą twarzą nachylonej mamuńki. Teodor milczał, z głowy jego i ust otwartych zwieszały się strzępy czerwonej, poszarpanej gutaperki.
— Prawda — powiedziała mamuńka i z kolei nacisnęła potworka. Ale żaden głos nie wydobył się z małej piersi, opiętej w czerwony frak i białą kamizelkę. Strzępy czerwone chybnęły się tylko lekko. Krzyk protestu, który wstrząsnął potężnym ciałem Baranny, był łabędzim śpiewem Teodora.
Mama obejrzała go dokładnie, a widząc, że pajac w żaden sposób naprawić się nie da, odesłała Barannę do kuchni, nakazując milczenie przed Halunią, a potym nożyczkami odcięła porwany język i rogi, odniosła Teodora do Halusinego domku i powróciła do ogrodu. Halunia klęczała jak wpierw przed dziuplą i wiążąc kolorowe papierki na pędach lipy — mówiła coś do siebie, ani przeczuwając, z jak ściśniętym sercem mamuńka dobiera w myśli słów, mających uwiadomić Halunię o nieszczęściu, jakie dotknęło jej ulubieńca. Przytym niecierpliwiła mamę Baranna, która jak zbrodniarz, powracający zwykle na miejsce dokonanego czynu, raz po raz ukazywała zapłakaną twarz w oknie jadalni, co wreszcie mogło zwrócić uwagę Haluni.
A pałac Teodora był już gotów. Ściany jego lśniły od złota i srebra, u wejścia kołysała się gwiazda, jak czarodziejska lampa Aladyna. Krzew ustrojony w papierki kolorowe, łańcuchy bzu i świeże kwiaty, wyglądał prawie, jak choinka. Halunia z wielkiej uciechy obtańcowywała lipę, zawrotnym „taniuszczkiem“ — nigdy nie spodziewała się, że to będzie takie cudne.
Podbiegła do mamy, i ciągnąc ją ku lipie, pytała:
— Powiedź, śpodoba jemu? Śpodoba?
— No myślę — odparła mamuńka i chwaląc dobry gust i pomysłowość Haluni, próbowała ją zachęcić do zrobienia jeszcze płotu, altanki i mnóstwa rzeczy, które Haluni wydały się zgoła niepotrzebne.
— To już źlób śobie śama — skinęła łaskawie rączką i pędem pobiegła po Teodora.
— Haluniu! — zawołała mama, ale kiedy Halunia zatrzymała się na ścieżce, machnęła ręką, na znak, że jej niczego już nie trzeba. Nie miała siły powiedzieć Haluni, że Teodor jest zepsuty.
I lepiej, że nie powiedziała.
Halunia już wpadła do jadalni. Teodora tutaj nie było. Widocznie Baranna uprzątnęła go, zbierając naczynie ze stołu. Z brzuszkiem wydętym i ustami szeroko otwartemi leżał na łóżku Bronki-Beatryczy i dziwił się zapewne, że Halunia tak długo zostawiła go dziś samego.
Halunia przypadła do łóżka lalki; oczy jej promieniały szczęściem, usteczka drżały uśmiechem. Radość, która za jej pośrednictwem miała za chwilkę stać się udziałem Teodora, tamowała jej oddech w piersiach, i nawet onieśmielała troszkę. Poprostu Halunia nie wiedziała, jak mu to powiedzieć.
— Teodolku! — wykrzyknęła tylko i w dziecinnym uniesieniu pierwszym gwałtownym odruchem chwyciła pajaca w rączki i z całej siły przycisnęła do ust...
Ale nagłe przypomnienie oblało różową twarzyczkę Haluni jeszcze krwawszym rumieńcem.
Jeżeli go uraziła?! Z bijącym sercem czekała na wrzask, którym zwykle manifestował Teodor gniew z powodu nieostrożnego pociśnięcia jego osoby. Wszystko przepadło! Już Teodor nie uwierzy w Halusine kochanie i będzie myślał, że ona, jak inni... na złość!
Zwolna, odwracając w bok oczy, odchyliła go Haluśka troszeczkę, potym więcej jeszcze, póki pod paluszkami nie wyczuła, że wzdęta, jak balon, figurka, wróciła do zwykłej objętości.
I... i Teodor nie wrzasnął. Sapnął tylko cichutko, jakby mu było bardzo, bardzo przyjemnie.
Oczy Haluni rozwarły się w zdumieniu, prawie tak, jak oczy Teodora. Nie dowierzając sobie samej, po raz drugi poniosła go do ust i ucałowała najpierw lekko, tak żeby nie urazić, a potym mocniej i jeszcze mocniej... I nic... ani języka, ani rogów. Tylko za każdym pocałunkiem lekkie, ciche westchnienie, jakby Teodorowi było bardzo, bardzo przyjemnie.
— Spodobalam! — błysnęło w główce Haluni nagłe olśnienie i przytuliwszy do siebie pajaca, zaczęła go ściskać i całować, krzycząc na cały dom:
— Poplawil! Mamuńko! Poplawil!
I rozpłakała się z radości.

Kiedy Baranna dowiedziała się o poprawie Teodora, rozpłakała się także. Przycisnęła Halunię do piersi i gładząc ją po włoskach szeptała przez łzy, że „tylko skrzydełek brak, a byłby już cały aniołek z nieba“. Halunia się zdziwiła. Jej i bez skrzydełek Teodor wydawał się tak śliczny i miły, „jak najplawdziwsy boźuńkowy aniolek“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.