Pisklęta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Pisklęta
Podtytuł Nowele
Data wydania 1910
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ZOFJA ROGOSZÓWNA
PISKLĘTA
NOWELE
Spółka Nakładowa Książka-logo.jpg
SPÓŁKA NAKŁADOWA „KSIĄŻKA“ KRAKÓW
SKŁADY GŁÓWNE: WARSZAWA, G. CENTNERSZWER I SKA; LWÓW,
H. ALTENBERG; NEW-YORK, THE POLISH BOOK IMPORTING Co
CZCIONKAMI DRUKARNI LUDOWEJ W KRAKOWIE ULICA FILIPA 11


Przedruki, nieuprawnione przez autora, wzbronione. Wszelkie prawa autorskie co do tłumaczeń i przeróbek zastrzeżone.


Najdroższej matce i siostrom
pisklęta moje
— oddaję.
JURECZEK


Idzie, idzie, idzie Juruś. Białe, ciepłe nóżki podnoszą białe kolanka, a kolanka podnoszą Jurusia.
Ani nóżkom, ani kolankom nie jest ciężko, bo kula, wewnątrz której znajduje się Juruś, jest tak urządzona, że wszystko w niej jest łatwe i bardzo przyjemne. Wnętrze kuli jest zmienne: słodkie — smakiem wypitego mleczka, dźwięczne — dźwiękami głosów tatusia i babci, pachnące — wonią kwiatów, w które Juruś wsuwał usteczka i mówił: „a-a-a!“ i ciekawe, jak kwokanie kury z kurczątkami. Wszystko w kuli jest żywe, wszystko mieni się złoto-bronzową barwą nowych buciczków Jurusia. Czasem na jedno mgnienie oka wszystko niknie, tęczowe ściany kuli mętnieją i odsuwają się gdzieś daleko — daleko — wtedy Jurusia ogarnia nagły lęk, jakby go wniesiono do obcego, nieznanego pokoju, ale dość mu wtedy poruszyć rączką, a już czuje pod paluszkami gładziutką buzię mamy, i choć Juruś nie wie, czy mama jest przy nim, za nim, czy w nim samym może, ta zupełna pewność maminej obecności powraca Jurusiowi radosne uczucie ufności i spokoju. Już, już mgliste ściany kuli przybierają barwę jasnych oczu, które z uśmiechem patrzą na Jurusia, i twarzy różowej, w której jeszcze różowsze usta szepcą:
— Juruś kochany, kochana dziecinka...
A Juruś idzie, idzie, idzie. Tak, tak, kolanka się podnoszą i ciągną do góry nóżki, a nóżki podnoszą Jurusia.
— Kho, kho, kho-kho, kho, kho-o-o-o — — —
— Kureczki... kureczki — wołają na Jurusia — kureczki chcą zobaczyć nowe buciczki od babci.
I zaraz tatuś robi się z dużego mały i ręka jego zaczyna rzucać kurkom bułeczkę — pod nóżkami Jurusia zielono, a w główkę tak ciepło, ciepło, że się aż w górze roztwiera parasolka babci. A jedna kurka taka wielka i woła: gul! gul! gul! — i szyjka jej się dąsa i czerwieni się, jak garnuszek, z którego Juruś pije mleczko.
— Phu!... — napuszyła się kurka i — szur... — zaszeleściła skrzydłami po trawie.
I niema nic, ani kurki z czerwoną szyjką, ani parasolki z babcią... Tylko nóżki podnoszą kolanka, a kolanka niosą Jurusia, i Juruś idzie, idzie, idzie... sam.
Aż tu przed Jureczkiem ukazuje się broda i wąsy koloru Jurusiowych buciczków od babci. Za brodą i za wąsami mówi głos tatusia:
— Juruś sam idzie? Sam idzie Jureczek?
Juruś nagle spostrzega, że dzieje się rzecz dziwna i niepojęta. Juruś sam idzie, sam zupełnie idzie, chociaż nikt go za rączkę nie trzyma. Idzie sam, jak mama, jak tatuś, jak doktor-konsyljarz, jak kurki. Uczucie dumy wzbiera w Jurusiu i stawia nóżki, stawia, stawia.
A wnętrze kuli ogarnia zdumienie.
— Aj-aj-aj! — mówi mama i tak się dziwi, że aż rękę przykłada do głowy — Juruś sam idzie! aj-aj-aj!
— Juruś sam idzie — powtarza piesek i kiwa łebkiem, kiwa, kiwa. — Sam idzie — beczy baranek i ucieka na nóżkach, które się tak kręcą, kręcą, że baranek biegnie prędko, jak wózeczek Jurusia. — Sam idzie — mruczy babci głosem parasolka, zła, że Jureczek nie wziął jej ze sobą na spacer. — Sam idzie — szepcą miękko pod nóżkami Jurusia wielkie kwiaty, wysuwające się z dywanu, i żółtemi i czerwonemi oczkami mrugają na Jurusia.
Jurusiowi coraz weselej. Ech! ech! ech! — śmieje się radośnie i chciałby nóżki postawić jeszcze lepiej, jeszcze wyżej, tak wysoko, jak wronka co frrr... do lasu poleciała!
I natychmiast czuje Juruś, że znane dłonie chwytają go pod paszki i już widzi własne buciczki, migające gdzieś na dole... i Jurusia ogarnia czarodziejski wir, w którym wszystko zatacza barwne, świetlane kręgi... Juruś leci, leci, ciepły wiew muska mu buzię, a w uszka wpadają dźwięki maminego śpiewu:

Koło, ko-ło młyń-skie...
Za-a cztery ryń-skie...

A nóżki podnoszą kolanka, a kolanka podnoszą Jurusia, i Juruś idzie, idzie, idzie — sam...

Nagły trzask drzwiami, stuk wazy, stawianej na stole i brzęk noży i widelców, rzucanych na stół z pośpiechem.
W świat czarodziejski Jurusia wpada ten brzęk, stuk, hałas i rozdziera promienną, tęczową zasłonę snu.
Próżno, próżno pajęcza tkanina usiłuje jeszcze zawrzeć się nad Jurusiem... Przez jej wątłe, poszarpane strzępy, wdziera się natrętnie gwar osób wchodzących do jadalni i głośne odsuwanie krzeseł...
Już, już, dociera do uszków Jurusia.
Główka bokiem wtulona w poduszeczkę drgnęła, z pod tłuściutkiej, zaróżowionej od snu buzi, wymyka się drobna rączka z odciśniętemi na niej ząbkami białej koszulki Jurusia...
Rączka opada bezwładnie na brzeg łóżeczka.
Mocno stulone ciemne rzęsy Jurusia zatrzepotały się raz po raz, jak skrzydełka motyla, uwięzionego na szybie okiennej. Juruś wysuwa drugą rączkę z pod kołderki, i chcąc odegnać jakąś woń niemiłą, dochodzącą go z kuchni, całą piąstkę pakuje sobie w oczka.
Powieki się rozwierają, i w oczka wciska się brutalnie szeroka smuga gorącego światła, płynącego przez uchylone drzwi jadalni. Jurusiowi jest dziwnie nieswojo. Blaski, wonie, dźwięki nacierają nań ze wszystkich stron, odurzają go i wprawiają w stan dziwnego odrętwienia. Juruś nie wie, gdzie jest i czy jest wogóle. Czuje, że nóżki jego ciągle idą — a tu leżą i nie ruszają się wcale... Jakieś mgliste przypomnienie, że pod rączką było coś, coś, z czym Jurusiowi było dobrze i pewnie.
I chcąc odszukać to „coś“, Juruś porusza rączką, ale paluszki jego zamiast dotknąć ciepłej, gładziutkiej buzi mamy, natrafiają na brzeg zimny żelaznego łóżeczka. Juruś nagle pojmuje, że opuściło go coś najbliższego, coś koniecznego, coś, co było, a czego niema, coś, co jedynie mogło uwolnić Jurusia od tego mdłego, nieznośnego uczucia niepokoju.
I usteczka Jurusia zginają się żałośnie:
— Mama! mama! — woła z płaczem.
Tak codziennie żegna Juruś płaczem swój tęczowy, promienny świat snu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Juruś się zbudził!
Mama zrywa się od stołu i biegnie do drugiego pokoju.
Kwilenie Jurusia ustaje natychmiast. Słychać tylko pocałunki i radosne:
— Wyspał się Juruś? wyspała się dziecinka?
I w drzwiach jadalni ukazuje się mama z Jurusiem na rękach. Juruś musi być ciężki, zupełnie ciężki, bo twarzyczka mamy jest jeszcze różowsza, niż przed chwilą, a cała drobna jej postać w tył się pochyliła. Ale mama zdaje się nie czuć tego ciężaru, bo śmieje się do Jurusia, a w oczach jej błękitnych zapalają się radosne migotliwe gwiazdki srebrne.
— A jest Jureczek!
— Serwus, Jurku!
— Jaki dziś Juruś różowy!
Kilka par rąk wyciąga się ku Jurusiowi, ale Juruś instynktownie cofa rączkę i wierzchem przyciska ją do białej sukienki. Na długich, chmurnie zmrużonych rzęsach drży maleńka łezka, w której odbija się blask słoneczny, zapalający żółto-krwawą łuną sosnowe ściany jadalni. Jurusia drażni ten blask i te głosy mówiące wszystkie naraz, które brzmią tak twardo, tak przenikliwie, i to sięganie po rączkę, której Juruś dać nie chce i to, że Juruś czuje się jakiś inny... zupełnie inny... Juruś pamięta, że sam umiał nóżki stawiać i furrr!... latał za wronkami w powietrze, i nie wie, czemu teraz czuje się taki słaby i bezwładny, że z lękiem puszcza szyję maminą w chwili, gdy mama sadza go na wysokim krzesełku z poręczkami.
I zaledwie mama oddala się w stronę drzwi, Jurusia znowu ogarnia uczucie obcości i smutku, i choć w rozmowie i na twarzach osób otaczających stół, zaczyna zwolna odróżniać wyrazy i uśmiechy, wyłącznie przeznaczone dla siebie, czółko jego jest ciągle lekko nad brewkami zmarszczone, a w ogromnych, ciemno-stalowych oczach błąka się wyraz jakby jakiegoś natężenia pierzchającej myśli. To przecież nie łatwo zrozumieć, jak to z jednego Jurusia zrobiło się dwuch Jurusiów i znowu z dwuch Jurusiów jeden Juruś.
— Juruś da rączkę tatusiowi?
Tak mówią do Jurusia wąsy i broda, a za brodą i za wąsami — głos znajomy...
Juruś zwolna odwraca główkę i nie spuszcza z oczu twarzy tatusia...
Potym nagłym, pewnym ruchem poznania kładzie rączkę na wyciągniętej dłoni ojca, drugą podnosi do główki okrytej ciemnym puchem włosków, zwijających się w miękkich pęczkach ku górze.
Pociera główkę mocno raz i drugi.
I gdzieś z głębi malutkiego brzuszka wydobywa się ciężkie westchnienie.
Tak, Juruś westchnął.
A cały stół wybucha śmiechem.
Juruś jest tak pocieszny z tym wyrazem troski w maleńkiej twarzyczce — której jeden boczek jest koloru zarumienionej morelki — a drugi biały, jak najdelikatniejsza porcelana, z tym ruchem rączki, którym stara się odegnać złudę senną i ściągnąć istotę swoją do świata rzeczywistego, że nikt od śmiechu wstrzymać się nie może.
Tylko Juruś się nie śmieje. Podniósł brewki i patrzy po wszystkich twarzach — jakby chciał zapytać: co właściwie stało się tak zabawnego?
Stopniowo jednak twarzyczka jego zaczyna wyrażać zaciekawienie. W śmiechu, rozlegającym się w jadalni, tętnią jakieś znane Jurusiowi dźwięki... Coś jakby krzykliwe pianie kogucika i dzwonki baranków, zaganianych do obórki przez kulawego Bukieta, i miłe nadewszystko krakanie wronki, trzepiącej się na jedynym drzewie przed oknem.
Więc, kiedy wszyscy śmiać się przestali, Juruś zażądał:
— A — a!...
— Czego Juruś chce?
Nie rozumieją. Dziesięć zapytań:
— Może chlebka?
— Czy nalać wody Jurusiowi?
— Zaraz Juruś dostanie kaszki...
Napróżno Juruś potrząsa główką i z niechęcią odsuwa rączkami podsuwane mu przedmioty. Próżno, zniecierpliwiony niedomyślnością ludzką, usiłuje w jasnych słowach sformułować swoje życzenia. Z jego maleńkich, odętych gniewnie ustek wybiega ciągle jeden tylko wyraz:
— Ma-ma — ma-ma — ma-ma...
Nikt nie rozumie... nawet mama. Z miną stroskaną podsuwa Jurusiowi talerzyk, powtarzając z przekonaniem:
— Ależ to kaszka, Jureczku, kaszka...
Wtedy Juruś opiera się mocno na poręczkach krzesełka, marszczy nosek w mnóstwo drobnych fałdeczków, przymruża oczka, wysuwa bródkę i założywszy cztery dolne ząbki za cztery górne, przechyla w tył główkę:
— Ech! ech! ech! — daje hasło do śmiechu.
Wszyscy niepewnie spoglądają na Jurusia — jeszcze nie wiedzą, o co mu właściwie idzie.
— Ech! ech! ech! — po raz drugi wzywa pobudka Jurusia.
I nagle zrozumieli wszyscy, i wybucha jedna niepowstrzymana kaskada śmiechu.
— Ha! ha! ha! — rozlegają się donośne, jak szczekanie Bukieta i beczenie baranków, poważne basy konsyljarza-doktora i tatusia.
— Ha! ha! ha! Jureczku! ha! ha! ha! — dźwięczy, jak dzwonek srebrzysty, głos mamusi.
— He! he! he! a to ci bąk ucieszny — skrzypi, jak koło przy studni, śmiech starej kucharki, która z półmiskiem w ręku aż przysiadła na krześle koło kredensu.
A Juruś się nie śmieje. Obie rączki położył na stole i z wysokości swego krzesełka patrzy poważnemi oczkami na każdego ze śmiejących się, po kolei.




Juncie.
JAKĄ SOBIE JĘDRUŚ „TIUTKĘ“ ZNALAZŁ


Jędruś jest malutki, ma rumianą, często zamorusaną buzię. Brzuszek ma wystający, oczka niebieskie, któremi ciekawie po świecie się rozgląda. Jasne, jak len, włoski, raz na niedzielę gruntownie myte przez Jagnę, leżą posłuszne, jak przylepione do główki, ale na codzień... pożal się Boże! kręcą i zwijają, w niesfornych loczkach opadają na tłusty, opalony karczek, na wietrze wciskają się do oczków i buzi.
— Wojtek, trzaby wziąć Jendrka do miasta — mówi Jagna do męża.
— Bez co?
— Żeby mu tę głowinę ostrzygli.
— A jużci.
I na tym się kończy. Kto tam ma czas myśleć długo o czuprynie Jędrusia, kiedy tyle roboty w domu i w polu, a od miesiąca kwili w kolebeczce maleńka Marysia.
Od przyjścia na świat Marysi dużo zmian zaszło w życiu Jędrusia. Choć Jędruś nie ma dwuch lat jeszcze i nie bardzo rozumie, co i dla czego się dzieje, przecież odrazu zauważył, że jego siostrzyczka zajęła w domu to miejsce, które dotychczas podzielnie do niego należało. Z początku Jędruś starał się krzykiem dochodzić praw swoich. Krzyczał, kiedy mama układała Marysię w jego kolebeczce, krzyczał, widząc, że mama bierze Marysię na ręce i idzie w pole zanieść tatusiowi jedzenie, a jemu każe siedzieć przy Burce w izbie; że jednak na krzyk jego matka odpowiadała stale:
— Cicho, Jendruś! bo dostaniesz!
Jędruś przestawał płakać, nie ze strachu, bo mama jakoś groźby nigdy nie spełniała, ale dla tego, że oddawna już spostrzegł, że, kiedy nikogo, prócz Burki, niema w izbie, to płakać się nie opłaci.
Teraz już przywykł do tego, że wszyscy daleko mniej nim się zajmują, niż dawniej, kiedy Marysi jeszcze nie było w chacie, zdaje się, że mu się to nawet podoba. Nie napiera się już, żeby go mama brała na ręce, zato coraz częściej i coraz odważniej próbuje stawać na własnych nóżkach. Z początku, co się podniósł, bęc! i już znowu siedzi na ziemi, aż któregoś dnia wpadł na doskonały pomysł. Obiema rączkami złapał Burkę za szyję i uwieszony na niej, przebierał co sił nóżkami. Tak przeszedł się kilka razy po izbie i od tej chwili zrozumiał, że najlepiej zawsze chodzić, trzymając się czegoś, co się rusza. Jeżeli Burki nie było przy nim, chwytał się nogi taty i uczepiony z całej siły, próbował maszerować razem z tatą, potym równie pomocną okazała się spódnica mamy, i ani się Jędruś spostrzegł, kiedy nauczył się chodzić doskonale.
Mama i tato cieszyli się bardzo jego postępami, a kiedy już o własnych siłach przeszedł od skrzyni, malowanej w czerwone kwiaty, aż do samego pieca, tata porwał go raz na ręce i podrzucił w górę tak wysoko, że włoski Jędrusia dosięgły prawie pułapu izby.
— Tęgi chłopak, Jagna! niedługo patrzeć, gęsi nam paść będzie! — wykrzyknął, stawiając rozradowanego Jędrusia na ziemi.
Jędruś zaznajomił się już z całą izbą. Właził pod łóżko, gdzie na garstce słomy Burka dawała ssać „ciuciom“, i pod piec, skąd wysuwał się, zamorusany jak kominiarz; dotarł nawet do koszyka, ukrytego między piecem a nieckami, w którym stara kwoka wygrzewała pod skrzydłami malutkie kaczątka. Jędruś wyciągnął rączkę i powiedział „pa-a“ kwoce, prosząc, żeby mu jedną „tiutkę“ dała, ale kwoka tak się nastroszyła i tak groźnie gdaknęła, że Jędruś czymprędzej uciekł. Żółciutkie kaczątka tak mu się jednak podobały, że nie przestał myśleć o nich; gdy w parę godzin później kwoka oddaliła się na drugi koniec izby, a dwoje kaczątek chlapało się w wodzie, którą im w czerep gliniany z rozbitego garnka nalała Jagna, Jędruś zamachnął się i wprawdzie upadł na brzuszek, ale kaczątko złapał. Bojąc się, żeby mu go kwoka nie odebrała, z trudnością wgramolił się na pierzynę leżącą na łóżku i tu dopiero zaczął kaczątko całować i dusić w tłustych swych rączkach.
Byłby je napewno uśmiercił, gdyby nie Jagna, która, usłyszawszy pisk, podbiegła do łóżka i mimo protestów Jędrusia, odebrała mu nawpół tylko żywe kaczątko i nawet surowo go złajała, zakazując, żeby nigdy więcej nie śmiał łapać „tiutek“.
Bardzo się to Jędrusiowi nie podobało. Niczym tak dobrze się nie bawił, jak „tiutkami“, a „tiutką“ było dla niego każde żywe, małe i ruszające się stworzenie. Rozróżniał „tiutkę-kicię “, o miękkim, czarnym futerku i „tiutki-ciucie“ — dzieci Burki, z któremi przewracał się po podłodze. To też na słowa mamy rozpłakał się serdecznie, potym zesunął się z łóżka i odstąpiwszy aż na środek izby, machnął kilkakrotnie rączką, wołając „be! be!“ Nie wiadomo jednak, czy chciał okazać niechęć mamie, że mu zabawkę odebrała, czy kaczątku, że nie poznało się na jego pieszczotach.
Niedługo potym Jędruś po raz pierwszy sam odważył się wyjść na podwórko. A było to tak:
Mama, wychodząc w pole z Marysią na rękach, jak zwykle posadziła Jędrusia na łóżku, w rączkę wetknęła mu wózek, zrobiony przez tatusia, i Burce kazała pilnować dziecka. Jędruś chciał iść za mamą, krzyczał i płakał, ale łąka była za daleko i mama poszła sama, zamknąwszy drzwi za sobą. Jędruś przestał płakać natychmiast, pobiegł do drzwi i wszelkiemi sposobami próbował je otworzyć. Bił najpierw jedną piąstką, potym obiema, wsadził nawet paluszek w dziurkę od sęka — wszystko napróżno! Jędruś już wiedział, że chcąc drzwi otworzyć, trzeba nacisnąć klamkę z góry; cóż, kiedy klamka tak wysoko, a Jędruś taki malutki! Znudził się wkońcu i powrócił do wózka i Burki. Ale i z Burki niewielka była pociecha, liznęła wprawdzie Jędrusia po zapłakanej buzi, co chwila jednak odbiegała od niego, węsząc niespokojnie po wszystkich kątach. Dwoje szczeniąt toczyło się po izbie, Burka szukała trzeciego. Nagle doleciał ją przytłumiony pisk. Burka nastawiła uszy... Pisk dochodził ją z za drzwi zamkniętych. Widocznie psiątko dostało się do sieni, i tu je przypadkiem zostawiła Jagna. Burka zaskomliła żałośnie, siadła na tylnych łapach pod drzwiami, niespokojnie myrdając ogonem. Obejrzała się raz i drugi na Jędrusia, szczeknęła, a z za drzwi odpowiedziało jej szczeniątko. Burka nie wytrzymała. Raz jeszcze przypadła do Jędrusia, polizała go znowu zamaszyście, powąchała szczeniątka, obiegła dwa razy izbę dookoła, wkońcu dała susa do drzwi, przedniemi łapami skoczyła na klamkę, drzwi z trzaskiem się otworzyły, i Burka dopadła swego szczeniątka, które, nie mogąc się wygrzebać z za beczki z kapustą, piszczało żałośnie.
Ach, jakie serdeczne było powitanie! Burka, skomląc w najtkliwszy sposób, lizała psiątko po główce, grzbiecie i brzuszku. Potym ostrożnie wzięła je w mordę i odniosła do izby, gdzie je w najdalszym kącie pod łóżkiem złożyła. Upewniwszy się, że żadne niebezpieczeństwo dziatwie już nie grozi — wylazła z pod łóżka, ażeby wrócić do Jędrusia. Ale Jędrusia już w izbie nie było. Ujrzawszy drzwi otwarte, przypomniał sobie mamę, czymprędzej rzucił wózek, którym się bawił, dźwignął się z ziemi i za chwileczkę był już w sieni.
— Ma-ma! — zawołał głośno, ale nikt mu nie odpowiedział.
Wtedy Jędruś poszedł jeszcze dalej. Przeszedł sionkę i zatrzymał się przed wysokim progiem otwartych na oścież drzwi, które wiodły na podwórze.
Rączkami oparł się o próg i rozejrzał się po świecie.
— Ma-ma! — zawołał po raz drugi.
Ale, że i tym razem tylko kaczki zakwakały nad sadzawką, Jędruś zrozumiał, że mama musi być bardzo daleko, skoro na wołanie dziecka nie przychodzi. Przestał wołać — ale do izby nie wrócił. Przeciwnie oparł się mocniej jeszcze rączkami o próg, który mu sięgał prawie po brzuszek, przełożył najpierw jedną nóżkę, potym drugą i czerwony jak burak, z wysilenia, ze zdziwieniem zobaczył, że już jest na podwórzu.
W tej chwili nadbiegła Burka. Dopiero teraz sobie przypomniała, że gospodyni kazała jej pilnować dziecka. Jak przedtym do swego szczeniątka, tak teraz przypadła do Jędrusia, polizała go najpierw, a potym raz i drugi zlekka pociągnęła za koszulinę i skomląc dawała mu do zrozumienia, że koniecznie powinien wrócić do izby. Z gospodynią niema żartów! gotowi obydwoje dostać bicie za to, że bez pozwolenia wyszli z chałupy, a Burka to już z pewnością. Wszystko to Burka tłumaczyła po swojemu Jędrusiowi, ale chłopczyna uradowany, że słońce tak ciepło grzeje i że mu się pierwsza samodzielna wyprawa tak doskonale udaje, ani myślał słuchać Burki, a nawet objął ją za szyję i ciągnąc co sił w stronę sadu — wołał: — Chodź! chodź!
Cóż miała robić Burka? Niechby Jędruś był nawet taki, jak Marysia, spróbowałaby może wziąć go za karczek i pomimo jego woli odnieść do izby. Ale Jędruś był już duży, miał mocne nóżki i rączki i potrafiłby się obronić przed przemocą. Biednej Burce nie pozostawało nic innego, jak zwiesiwszy smutnie ogon w poczuciu spełnionej winy, podążyć za Jędrusiem do sadu.
Jędruś biegł naprzód, podnosząc niepewnie bose swe nożęta, aż dopadł do gruszy, pod którą mama zwykle układała do snu Marysię w kolebce. I tu nie było nikogo; za to wiaterek muskał rozgrzaną buzię Jędrusia, rozwiewał mu włoski i koszulinę. Słoneczko przeciskało się przez zielone liście drzew owocowych i złotemi płatkami znaczyło murawę. Jędruś „bęcnął“ na miękką trawkę, a Burka zaraz ułożyła się obok niego. O dużo, dużo przyjemniej było tutaj, niż w dusznej, ciemnej izbie. Wszystko się dziś Jędrusiowi wydawało jakieś inne, większe, nieznane, może dla tego, że po raz pierwszy sam zaszedł tak daleko. Niedługo pozostał pod gruszą. Ledwo odsapnął troszeczkę, już znowu zerwał się i biegł od drzewa do drzewa, ze śmiechem chwytał się rączkami pni chropawych, padał i podnosił się — a krok w krok biegła za nim Burka. Tak przebiegli sad, gdy naraz Burka nastawiła uszy, szczeknęła, z wyciągniętą mordą skoczyła ku ścieżce, odskoczyła znowu. Jędruś, biegnący tuż za Burką, zobaczył, że środkiem ścieżki coś sunie powolutku:
— Tiutka! — krzyknął radośnie, wyciągając obie rączki.
Tiutka była szara, miała cztery nogi. Dwie tylne, wolno, niezgrabnie wlokła za sobą. Patrzyła na Jędrusia wyłupiastemi oczami i wcale przed nim nie uciekała. Burka poszczekiwała niespokojnie, parokrotnie przyskakiwała do „tiutki“, jakby ją chciała ze ścieżki usunąć.
— Nie luś! — zawołał Jędruś, uszczęśliwiony, że wreszcie znalazł „tiutkę“, która przed nim nie ucieka i której mu nie odbierze ani kwoka, ani mama.
— Tiutka ciacia — wymówił pieszczotliwie, po czym przysiadł na ścieżce, obiema rączkami złapał „tiutkę“ i wsadziwszy ją sobie do koszulki, której brzeg mocno w rączkach przytrzymał, co sił zawrócił do domu. Burka pognała za nim. Z wielkim trudem przedostał się Jędruś do izby i zasiadł w kątku, nie przestając ani na chwilę tulić do siebie zdobytej „tiutki“.
Tak był nią zajęty, że nie zwrócił prawie uwagi na wejście taty i mamy z Marysią. Zato Burka powitała oboje gospodarzy radosnym szczekaniem, łaszeniem się, myrdaniem ogona, jakby pragnęła odwrócić ich uwagę od otwartych drzwi. Jagna zaniepokoiła się w pierwszej chwili, myśląc, że Jędruś wyszedł z izby, ujrzawszy go jednak siedzącego niezwykle spokojnie w kąciku, odepchnęła łaszącą się Burkę, ułożyła Marysię w kolebce i zakrzątnęła się po izbie, ażeby podać obiad.
Wojciech rozsiadł się wygodnie na ławie, ręce oparł o stół i czekał, aż żona wyleje kwaśne mleko na miskę.
— Jendruś, a pódź ino do tatusia, będziemy jeść — zawołał na małego.
Jędruś ani się ruszył.
— Wojtek, zaźryj ino, pewnikiem Jendruś chycił kaczątko i zadusi, jak tamto, com je wczoraj ledwo odratowała.
Jędruś usłyszał słowa mamy i mocniej przycisnął do siebie swój skarb:
— Ne! tiutka moja! — krzyknął płaczliwie.
— Ej, Jendruś, oddaj tiutkę po dobremu, bo dostaniesz — zagroziła matka, stawiając miskę na stole.
— No chodź, Jendruś, chodź, pokaż tiutkę tatusiowi — pokojowo przemówił Wojciech.
Jędruś spojrzał na matkę, potym na ojca i widocznie do tatusia poczuł więcej zaufania, bo mocno w koszulinie przytrzymując swoją zdobycz, okrążył Jagnę zdaleka i podszedł do Wojciecha.
— Tiutka moja — rzekł, niespokojnemi oczkami patrząc na tatusia.
— Twoja, twoja, synusiu, pokaż ją ino tatusiowi — odparł Wojciech i rozchylił koszulkę dziecka.
Hyc! hyc! i pod same nogi Jagny wyskoczyła ogromna ropucha.
— Jezusie najsłodszy! — wrzasnęła kobieta, odskakując na środek izby.
— A to ci se piękną tiutkę znalazł — zaśmiał się serdecznie Wojciech.
— Wojtek, zabier ją! Zabier na łopatę i ciśnij do pola! patrzeć na to szkaradztwo nie mogę! — wołała Jagna, bojąc się zbliżyć do stołu, przy którym rozsiadła się ropucha. — Jendruś, nie rusz, to be! — krzyknęła tak gwałtownie, że Jędruś, który się już wysunął, ażeby „tiutkę“ swoją odebrać, cofnął się i szeroko rozwartemi oczkami patrzył na mamę, nie mogąc zrozumieć, co jej się nagle stało.
— Tiutka ciacia! — zapewniał, rozkładając rączki.
— O jakież to głupie dziecko! — jęknęła matka — i ropucha dobra mu do zabawy.
Wyniósł Wojciech łopatę z komory: co ropuchę weźmie na nią — ropucha hyc! i już jest znowu na ziemi. Jagna darła się w niebogłosy za każdym poruszeniem ropuchy, która, jakby na złość, zawsze spadała jej pod nogi. Burka szczekała niespokojnie, a Jędruś, któremu nadzwyczaj podobał się żółty brzuszek „tiutki“, nakrapiany ciemnemi plamkami, śmiał się i klaskał w rączki, uradowany, że jego „tiutka“ takie wywołuje wrażenie.
Po parokrotnych bezowocnych próbach, udało się wreszcie Wojciechowi utrzymać ropuchę na łopacie i wynieść ją na dwór.
Jędruś pobiegł za nim:
— Moja tiutka! — zawołał nagle zaniepokojony. Bo może tato nie wie, że to jest „tiutka“ Jendrusia, którą Jendruś sam znalazł i sam sobie przyniósł ze sadu.
Ale tato szedł naprzód i zatrzymał się dopiero przy sadzawce, która miała wodę ciemną i cuchnącą i nazywała się „gnojówką“.
— Moja tiutka! — powtórzył Jędruś i rozpaczliwie uczepił się tatowego buta.
— Tiutka be! — odpowiedział, śmiejąc się tato i chlup! rzucił ropuchę do gnojówki.
Wtedy Jędruś nagle zrozumiał, że już mu „tiutki“ nie oddadzą, i w poczuciu wyrządzonej sobie krzywdy rozpłakał się żałośnie.
Zato Jagna była uszczęśliwiona, że pozbyła się nieproszonego gościa. Napróżno jednak łamała sobie głowę, skąd ropucha mogła się wziąć w izbie. To pewna, że ani Jędruś, ani Burka nie dopomogli jej do rozwiązania zagadki.




JAKI „ODPUST“ ZROBIŁ JĘDRUŚ MAMIE, A JAKI MAMA JĘDRUSIOWI


Siedzi Jędruś na przyzbie chaty i bardzo jest zadowolony. Ledwie dziś oczka otworzył, zmiarkował odrazu, że wszystko w chałupie dzieje się inaczej, niż codziennie. Czuje Jędruś, że jest dzisiaj ważną osobą, daleko ważniejszą od Marysi, na którą mama ledwie że zwraca uwagę. Bo i jakże? Marysia leży sobie w kolebeczce, jak zwykle, nawet muchy siadają na nią, a mama nic ich nie odgania, tylko Jędrusia myje, czesze i opowiada mu, jak to Jędruś pójdzie z tatusiem i mamą daleko het! — do kościoła na odpust. Jędruś nie wszystko rozumie, ale skacze w maminych rękach i woła radośnie: — het! puśt! puśt! — domyślając się, że będzie to coś bardzo przyjemnego.
Ile razy mama włoży Jędrusiowi niebieską sukieneczkę w białe kwiatki, a pończoszki i buciki na nóżki, tyle razy Jędruś nie potrzebuje wcale chodzić, bo to tato, to mama naprzemian go niosą na rękach. U taty jest lepiej, choć czasem wąsy ukłują buzię Jędrusia, jak szpileczkami, ale zato tato trzyma mocno, tak że Jędruś może nawet ruszać się i skakać na jego ramieniu. Potym niesie go mama; u mamy jest znowu bardzo ciepło, a chustka wełniana tak mocno pachnie ziołami, że Jędruś, kołysany miarowym ruchem maminych ramion, wspiera główkę na jej piersi i budzi się dopiero, kiedy go mama postawi na ziemi i, ocierając pot z czoła, mówi:
— Zbudź się, Jendruś, już kościół.
I znowu tata bierze go na ręce i wnosi do dużej, dużej izby. Jędruś patrzy i widzi przed sobą i wszędzie dookoła same głowy, głowy, aż mu się we własnej głowinie mieszać zaczyna — aż tu mama mówi do niego po cichu:
— Przeżegnaj się, Jendruś, to Bozia.
Więc kładzie Jędruś rączkę na czubek główki i mówi „imi ocia“, potym na brzuszek „sina“, na ramieniu „dusia“, jeszcze na drugim „fisiento“ i wkońcu „ament“. Mama uśmiecha się do niego, a baby wkoło szepczą, że Jędruś jest bardzo grzeczny i mądry, chociaż taki maleńki; potym patrzy Jędruś na płomyki świec migocących gdzieś daleko, słyszy, jak grają organy, słyszy, jak tata śpiewa grubo, grubo, a mama cieniutko, cieniutko, a potym wszystko zlewa się w jeden chaos: śpiewu, dzwonienia dzwonków, buczenia organów i mocnej woni kadzidła, którym oszołomiony Jędruś zasypia znowu i budzi się dopiero w domu.
Wszystko to Jędruś bardzo lubi. Więc kiedy go mama posadziła na przyzbie i powiedziała: „Grzej se Jendruś główkę do słoneczka, żeby ci włoski uschły, a nie odchodź nikaj, póki sie mama nie wróci, bo dostaniesz!“ — Jędruś wyprostował się w swojej niebieskiej sukieneczce i spojrzał z zadowoleniem na swoje nóżki w białych pończoszkach i buciczkach nowych.
Potym popatrzył za mamą, która miała dzisiaj aż pięć spódnic nakrochmalonych na sobie i była taka szeroka, że ledwie w drzwi chaty zmieścić się mogła. Mama weszła do izby, wyniosła Marysię i oddała ją sąsiadce, która obiecała przypilnować dziecka. Potym znikła w obórce, a Jędruś patrzał za Burką, która, biegnąc za sąsiadką, niespokojnie szczekała, nie mogąc zrozumieć, jakim prawem osoba obca gospodarskie dziecko niesie do swojej chałupy.
Nieruchome siedzenie prędko się jednak sprzykrzyło Jędrusiowi. Oglądnął się, czy mamy blizko niema, potym spuścił jedną nóżkę — drugą, i szybkim ruchem zesunął się na ziemię. Teraz dopiero poczuł, że buciczki nie są przyjemnym wynalazkiem. Nóżki się w nich krzywiły i ani rusz nie chciały iść tak, jak chciał Jędruś. Stawia Jędruś nóżkę prosto, nóżka wygina się do środka i bęc! już jest Jędruś na ziemi. Raz i drugi się przewrócił, ale po paru próbach doszedł aż do kaczek, wygrzewających się na słońcu, na brzegu sadzawki. Na widok Jędrusia wszystkie kaczki wrzasnęły jednogłośnie: „kwa! kwa! kwa!“ — a Jędruś się przeląkł i nawrócił w drugą stronę. Nagle stanął.
— Chodź, chodź — zawołał ktoś wyraźnie na niego.
Słucha Jędruś, ogląda się, nikogo nie widzi.
— Chodź, chodź — woła znowu głos jakiś, jakgdyby z sadzawki.
Przykucnął Jędruś na brzegu, rączkami oparł się o kolanka i patrzy w brunatną wodę, chce dojrzeć, kto go tak ciągle woła.
A z wody wychyla się łebek z wyłupiastemi oczkami i szeroko rozwiera gardziel.
— Ko-a! Ko-a! — woła na Jędrusia.
Patrzy Jędruś i nagle przypomina sobie „tiutkę“.
— Moja tiutka! Ciacia tiutka! — woła z radością. — Dobra tiutka! Nie zapomniała Jędrusia, choć ją tato wrzucił do gnojówki, i woła teraz, żeby Jędruś przyszedł się z nią bawić.
— Ko-a — skrzeknęła znowu „tiutka“ i podpłynęła tuż, tuż, do samego brzegu.
Jędruś zapomniał o wszystkim. O sukience i buciczkach nowych, o odpuście i zakazie mamy — chciał tylko zaraz, koniecznie, ale tak koniecznie mieć znowu swoją „tiutkę“. W mig zesunął się z brzegu: chlup i już był w wodzie...
Szczęściem, Jagna, wracająca z obórki z pełnym skopkiem udojonego świeżo mleka, dostrzegła niebieską, wykrochmaloną sukienkę synka, unoszącą się nad wodą, jak balon.
— Rany Boskie! — krzyknęła i cisnąwszy skopek na ziemię, jak stała, rzuciła się ku sadzawce.
Woda nie była głęboka. Jagnie nie sięgała nawet do pasa, dość jej jednak było, ażeby utopić dwuletnie dziecko, to też, kiedy Jagna, chwyciwszy Jędrusia w ramiona dostrzegła jego zsiniałą twarzyczkę i zamknięte oczka, serce zatłukło się w niej z przerażenia na myśl, że przybyła za późno.
Napół przytomna, wpadła do izby, wylała mu z buzi cuchnącą wodę, położyła na ławie i porwawszy ścierkę, wiszącą nad kominem, jak nie zacznie go wycierać do sucha! — w jednej chwili ciałko dziecka przybrało barwę różową, Jędruś otworzył oczka i zawołał: „Ma-ma!“
— Mama! Mama, robaczku mój najsłodszy! — krzyknęła Jagna i, porwawszy w objęcia odratowane dziecko, zaczęła je ściskać i całować, a wkońcu z radości w taki płacz uderzyła, że aż Wojciech wyszedł z komory, chcąc się dowiedzieć, co się stało.
Na progu stanął i spojrzał. Cała izba zalana była gnojówką, a Jagna, szlochając, tuliła w objęciach golutkiego Jędrusia.
Popatrzył Wojciech i pokiwał głową.
— W gnojówkę wleciał? — zapytał po chwili.
— J-j-jużci — odpowiedziała żona i, nagle ujrzawszy męża gotowego do drogi, w odświętnej sukmanie białej, z książką do nabożeństwa w ręku, przypomniała sobie odpust.
Spojrzała po sobie i teraz dopiero spostrzegła, że ze wszystkich pięciu spódnic, które z takim trudem prała i prasowała, przygotowując je na odpust, ciekną strugi brunatnej wody, że sukienka i buciczki Jędrusia zniszczone są na nic, i zapłakała jeszcze rzewniej.
— Oj Jędruś, zrobiłeś ty mamie odpust, zrobiłeś!
Zafrasował się Wojciech i poskrobał w głowę. Żal mu było zostawić żonę w domu, że jednak święto było wielkie, a odpust raz do roku tylko, westchnąwszy, sięgnął po czapkę, wiszącą na gwoździu, ozdobioną dużą różą z paciorek — i wyszedł.
Jagna, płacząc ciągle, odprowadziła go do wrót. Wojciech zatrzymał się jeszcze.
— Trzaby, Jagna, dać Jędrkowi naukę — rzekł.
— Jużci, wiem, że trza.
Zaparła wrota i powróciła do izby, ocierając oczy rękawem koszuli.
Tu spojrzała na Jędrusia i uspokoiwszy się, że przymusowa kąpiel w gnojówce nie pozostawiła żadnych śladów na różowej buzi synusia, z westchnieniem przebrała się w codzienną, dobrze już zniszczoną spódnicę i fartuch, nalała wody na balję i wzięła się do prania spódnic, fartucha i sukienki.
Jagna prała i prała, raz wraz spoglądając na Jędrusia. Wypraną bieliznę rozwiesiła na płocie, podniosła porzucony skopek, z którego mleko szeroką strugą rozlało się po podwórku, a potym poszła do sąsiadki, ażeby odebrać Marysię.
Jędruś tymczasem biegał po izbie, jakby nigdy nic; uszczęśliwiony, że się pozbył sukienki, koszulki i bucików, czuł się swobodny, jak nigdy, i cała izba rozbrzmiewała jego śmiechem. Gramolił się na łóżko i zjeżdżał po pierzynie na dół, tarzał się po ziemi z Burką, wtulając mokrą, rozwichrzoną główkę w jej miękkie kudły.
Jagna nie wracała dobrą chwilę. Musiała opowiedzieć sąsiadce całe zajście...
Jeszcze raz spłakała się nad zniszczoną przyodziewą, a kiedy, powracając do chaty, usłyszała odległy dzwon kościelny, wzywający „naród“ na sumę, serce jej ścisnęło się takim żalem, że musiała mu dać jakieś ujście. Szybko ułożyła Marysię w kolebce i zwróciła się do Jędrusia:
— Jędruś, pódź ino haw — zawołała, i wziąwszy małego naguska na ręce, zaniosła go nad sadzawkę. Tu się zatrzymała i, przyklęknąwszy, postawiła Jędrusia na ziemi.
— Widzisz Jędruś — rzekła — mówiła ci mama, żebyś się nie ruszał z chałupy, bo dostaniesz. Nie słuchałeś mamy i wleciałeś do gnojówki. Tak ci mama musi teraz dotrzymać, co ci obiecała. Zapamiętasz se?
Ale zanim Jędruś zdążył kiwnąć główką na znak, że zapamięta, obie nóżki jego znalazły się w powietrzu, a buzia na szorstkim fartuchu mamy...
...I dostał Jędruś taką „naukę“, że aż ją echo w podwórku rozniosło.
Dostał za to, że nie posłuchał mamy, i za to, że wpadł do gnojówki. Dostał za mamin przestrach, za zniszczoną sukienkę i buciczki, dostał za skopek wylanego mleka, dostał za pięć spodnic maminych i za to, że zamiast pójść na odpust, mama w takie wielkie święto prać w izbie musiała.
Rozkrzyczał się Jędruś w niebogłosy, a mama, odniósłszy go do izby, powiedziała jeszcze:
— Nie krzycz, Jędruś, nie krzycz, a ciesz się, że tato poszedł do kościoła, boby ci jeszcze poprawił.
Oj, żeby Jędruś umiał mówić, powiedziałby mamie, że już dostał tak dobrze, że i poprawiać nie potrzeba. I powiedziałby mamie, że gdyby tata Jędrusiowi nie byli „tiutki“ odebrali, nie byłby jej Jędruś szukał w gnojówce.
Ale Jędruś nie umiał jeszcze powiedzieć tego wszystkiego i tylko płakał coraz rzewniej i coraz żałośniej.
Jagna krzątała się po izbie i nadrabiała miną, wkońcu jednak serce jej zmiękło. Podbiegła do łóżka i wzięła Jędrusia na ręce.
— Cicho, cicho, syneczku — mówiła, całując go po zapłakanej buzi i tuląc go do piersi. — Nie ukrzywdziła cię mama, ino ci dała naukę, żebyś se na zawsze zapamiętał, że nad gnojówkę ci chodzić nie wolno. Nie drzyj się Jędruś, nie drzyj, bo za tylachną szkodę, nie tak by cię sprać wypadło. Ino że mama ma wyrozumienie, że tę głowinę masz młodą, to i pomyślenia w niej nijakiego. Nie płacz, synusiu, nie płacz, bo choć cię mama dzisiaj wybiła, to i tak swego Jędrusia kocha.
Całowała go i tuliła, aż Jędruś zmęczony krzykiem i płaczem oparł głowinę na jej piersi, rączkami objął maminą szyję i, ukołysany jej pieszczotami, zwolna się uciszył i zasnął.
Wtedy Jagna ostrożnie zaniosła go na łóżko i okryła starannie pierzyną. Potym ze skrzyni malowanej w kwiaty wyjęła dużą książkę do nabożeństwa i, ukląkszy przed oknem, z którego dojrzeć można było kościółek z wieżyczką, zbudowany daleko, na wzgórzu — pocałowała książkę pobożnie i półgłosem zaczęła odczytywać modlitwy, w takt kiwając głową.




JAK SIĘ TO JĘDRUŚ OPIEKOWAŁ MARYSIĄ


Ciężkie czasy nastały teraz dla Burki. Gospodarz i gospodyni całe dni spędzali przy sianie, a że łąka była dość daleko od chałupy, bali się na tak długo zostawiać dzieci same. Brał więc Wojciech grabie na jedno, a Jędrusia na drugie ramię, Jagna dzbanek z wodą i Marysię w poduszeczce i płachcie i dalejże na łąkę! Ach, cieszył się Jędruś, cieszył, aż skakał z radości na ramieniu tatusia, zapominając o Burce, którą zostawiono w domu dla pilnowania gospodarstwa. Biedna Burka, widząc zbierających się gospodarzy, jak opętana biegała po całym podwórku: raz wraz chwytała w mordę któreś szczenię, pragnąc z całą dziatwą podążyć za gospodarzami, a właściwie za Jędrusiem i Marysią, do których najsilniejszą czuła przynależność. Ale szczenięta były za ciężkie, więc Burka skomliła żałośnie nad niemi i znowu biegła do wrót, nie mogąc się rozstać z Jędrusiem. Jędruś wychylał z za pleców ojca rumianą, roześmianą buzię, machał na nią rączką i wołał: Bulta! ciucia! chodź! chodź! — nie rozumiejąc, jaką walkę słowa jego wywołują w sercu Burki. Na głos Jędrusia, Burka zrywała się i, porzuciwszy dzieci, biegła dobry kawałek za Wojciechem, usiłując jęzorem liznąć bosą nóżkę Jędrusia. Kiedy jednak odprowadziła gromadkę do pagórka, z którego zbiegłszy traciła z oczu obejście Wojciechów, nagle się zawracała i podkuliwszy ogon, co sił zmiatała ku chałupie. Biedne jej serce było teraz w ustawicznym rozdwojeniu, między uczuciem dla szczeniąt i dzieci. Powróciwszy, spełniała codzienne swoje czynności: karmiła swoje małe, zaganiała kury i kaczki na podwórko, ujrzawszy, że ktoś obcy przechodzi po za płotem, otaczającym obejście Wojciechów, szybko, sobie znaną tylko dziurą wypadała na drogę i zjeżywszy skórę na karku, ujadała, aż jej ślina z mordy ciekła, a białe zęby błyskały ze złości... Wszystko to jednak nie zagłuszało w niej niepokoju o Jędrusia i Marysię, których het tam gospodyni na rozścielonej płachcie ułożyła.
Wybrała Jagna miejsce w chłódku, położyła obok Marysi flaszeczkę z mlekiem. Róg płachty naciągnęła na główkę, żeby jej słonko nie obudziło. Jędrusiowi poprawiła na główce kapelusik, podwinęła mu koszulinę i związała w duży węzeł na plecach. Potym posadziła go koło Marysi, mówiąc:
— Siedź se tu Jendruś i pilnuj Marysi, a nie odchodź nikaj, bo cię wowo zje. Naści chlebusia, pojesz se, jak ci się papać zechce, a jakby cię jaka ciucia ujeść chciała, wołaj za mamą i krzycz, to cię mama usłyszy.
Jędruś szeroko rozwiera oczka, stara się zrozumieć każde mamine słowo. Nie napiera się iść za mamą, będzie pilnował Marysi.
— Lisia mala — mówi.
— Tak, synusiu, mała, ale ty już duży jesteś, nie dasz Marysi zrobić krzywdy, co?
— Ne das — odpowiada Jędruś i energiczne fałdeczki występują na jego czoło.
Jagna wstaje, ciężko jej odejść od tego drobiazgu, niech Bóg zachowa, jaki pies wściekły albo i żmija wypełznąć może...
— Da se to radę taka kruszyna? — myśli, z niepokojem patrząc na dzieci.
Szkoda, że nie może ich wziąć na łąkę. Ale łąka mokra i cienia nad nią ani odrobiny... A tu niema czasu na rozrzewnienia. Trzeba iść, bo już i Wojciech, zgrabiwszy kawałek łąki, woła na nią zdaleka.
Wzdycha Jagna i idzie, ale odwraca się jeszcze, żeby rzucić okiem na płachtę białą z siedzącemi na niej dziećmi, wtuloną w zieloną miedzę, wijącą się między łanami srebrzącej się w słońcu pszenicy.
— Jendruś, nie bedziesz się bał? — pyta jeszcze.
— Ne bedzies — odpowiada jej malutki.
Uśmiecha się Jagna i duma wzbiera w jej sercu, że zuch wyrośnie z chłopaka. Ale po chwili znowu troska występuje na jej czoło.
— Oj, Wojtek, nie uchowa się nam Jendruś, bo jest do krzty niebojący.
— Będzie, jak Bóg da — odpowiada Wojciech, kiwając poważnie głową i spogląda w niebo, śledząc białe baranki, posuwające się od zachodu.
— Śpieszwa się Jagna, żebyśwa dziś siano zwieźli, bo na jutro będzie deszcz — mówi, poczym milkną oboje i tylko grabie migają w ich rękach.
Siedzi Jędruś przy Marysi i patrzy za mamą. Miga czerwona spódnica mamina, szeleści, ocierając się o zielone kłoski, a teraz doszła do końca ścieżyny i już niema... Chciałby Jędruś biec za mamą, ale przypomina sobie, że ma pilnować Marysi, która już zaczyna kwilić w poduszeczce.
Jędruś wie, że ma uważać, żeby Marysi jaka „ciucia nie ujadła“, ale ciuci żadnej niema, a Marysia płacze i płacze. Bierze Jędruś za sznurki, owijające poduszeczkę i dalej-że kołysać Marysię, raz w tył, raz naprzód.
— A-a-a — mówi — a-a-a...
Oj nie podoba się to kołysanie Marysi — nie! Płacze coraz lepiej, a Jędruś aż się zasapał przy tej robocie.
Nagle spostrzega flaszeczkę, leżącą tuż obok na płachcie. Puszcza poduszkę, bierze flaszczynę i pcha ją do buzi małej.
Doskonała myśl! Marysia, mając buzię zatkaną, krzyczeć nie może i ssie tak, że aż oczka zamyka.
Rad z siebie Jędruś. Je Marysia, poje i on sobie. Wyciąga rączkę po chleb razowy, który mu zostawiła mama, gryzie raz i drugi, ale spostrzega prędko, że chlebuś mu jakoś nie smakuje. Właściwie to Jędrusiowi jeść się nie chce, ale bardzo chce mu się pić. Jeszczeby nie? Gorąco takie i namordował się tym kołysaniem...
Porzuca chleb na płachtę i biegnie do dzbanka, który stoi niedaleko w cieniu, gruby, brzuchaty, pełen wody, a taki wielki, że Jędrusiowi aż po bródkę sięga. Zajrzał Jędruś do środka, czy jest w „dźbantu odia“. Jest — więc przysuwa usta do brzegu dzbanka i próbuje pić. Ale! ani kropelka wody nie wpłynęła do buzi. Źle. Ciągnie Jędruś ku sobie szyję dzbanka obydwiema rączkami, ale dzbanek ciężki, niełatwo go z miejsca ruszyć. Kiwnął się raz i drugi — wreszcie „chlup!“ i nalał Jędrusiowi pełną buzię wody. Zmoczył mu i koszulinę i brzuszek, dość jednak, że się Jędruś napił, a dzbanek puszczony zakołysał się i stanął w miejscu, jak przedtym. Jędruś otarł buzię i cieszy się, że mu się chłodniej zrobiło i że mu się już pić nie chce.
Teraz idzie Jędruś na spacer. Co zrobi parę kroków naprzód, to ogląda się i znowu na płachtę wraca; ale, że żadne wowo nie wypada, żeby zjeść Jędrusia, więc stopniowo się ośmiela. Już wysunął się z miedzy i stanął na otwartej łące. Patrzy Jędruś i widzi daleką, zieloną przestrzeń i tyle kopic siana, a takich „duzich“, że za każdą dziesięciu Jędrusiów schowaćby się mogło. Próżno jednak wytęża oczęta, ani tatusia, ani spódnicy maminej... Markotno się robi Jędrusiowi; zasępił się, nawija na paluszek brzeg podwiniętej koszuliny... Rozpłakałby się może, ale wtym dolatuje go znajoma nuta śpiewanej gdzieś daleko piosenki:

Oj jedzie mój Jaś, jedzie,
ma siwego ko-ni-sia,
a przy lewym boku, a przy lewym boku
błyszczy mu się sza-bli-sia —
błyszczy mu się sza-bli-sia!

Zasłuchał się Jędruś: nie widzi mamy, ale wie, że to mama śpiewa i śpiewa dla Jędrusia, więc uspokaja się odrazu i nic już się nie boi, choć jest sam, zupełnie sam, na takiej dużej, dużej łące.
— Koi! koi — zajęczał kulik, szybujący nad łąką wysoko, wysoko. Jędruś zadziera główkę do góry, ale nie może dojrzeć ptaka, bo nagle promienie słoneczne, dostawszy się pod jego kapelusik, zakręciły mu w nosku i „a pcich! a pcich!“ — kichnął Jędruś raz i drugi. Bz! bz! — zabrzęczała mucha, przelatując tuż, tuż koło uszka Jędrusia. Gzi-zi-zi-ź—ź-ź-ź — grają w zbożu świerszcze, a jeden hyc! i skoczył Jędrusiowi na rączkę.
Podoba się Jędrusiowi ten mały gość, skoczył w górę i znowu siadł na nóżce Jędrusia, a co go Jędruś chce złapać, hyc! i już jest z powrotem. Śmieje się Jędruś i stara się rączką nakryć owad drobny, wypatruje go w trawie i naraz haps! i już go trzyma.
Aż przysiadł Jędruś z wielkiej uciechy. Mocno trzyma świerszcza w zamkniętej piąstce i duma, co z nim zrobić. Nareszcie zrywa się i biegnie do dzbanka.
— Maś, pij! — woła i rzuca świerszcza do wody.
Ale żal Jędrusiowi, że tylko jedna tiutka uraczy się wodą na taki upał. Rozpoczyna więc uciążliwe polowanie na świerszcze. Pot mu obficie zrosił czoło, przewraca się i podnosi... Buzię ma koloru piwonji, ale każdą schwyconą tiutkę wita wybuchem radosnego śmiechu, każdą odnosi i wrzuca do dzbanka. Niech się wszystkie napiją!
A słonko grzeje coraz mocniej, a przewlekła nuta śpiewanej przez mamę piosenki oddala się coraz bardziej.
Jędruś taki zajęty świerszczami, że dawno zapomniał o jedzeniu, mamie i Marysi. Ale Marysia, która zdążyła tym czasem wyssać z flaszczyny mleko do ostatniej kropli, a nawet wyspać się porządnie — znowu płaczem przypomina mu o swojej obecności.
Usłyszał ją Jędruś i z końca ścieżki co tchu przybiegł do płachty. Wie już teraz, czym odrazu można uspokoić Marysię. Jak poprzednio, podnosi flaszeczkę, którą Marysia zasnąwszy wypuściła z bezwładnej rączyny, i jak poprzednio wtyka ją do otwartej buzi. Jędruś dobrze widzi, że mleka we flaszeczce niema, toteż ciekaw bardzo, jak to Marysia będzie piła. Przykucnął na płachcie i patrzy. Marysia, poczuwszy w buzi smoczek odrazu przymknęła oczka i ssie, a ssie! Malutka jak pięść twarzyczka, kurczy się z wysiłku, drobne usteczka ciągną z całej siły — wszystko napróżno! ani jednej kropelki mleka. Marysia poznaje wkońcu, że wszelki trud jest nadaremny, bo w buzi równie sucho, jak było przedtym, zniecierpliwiona krzywi buzię w mnóstwo drobnych fałdeczek, flaszeczka się zesuwa i Marysia uderza w płacz.
Zafrasował się Jędruś. Rozumie, że Marysia chce mleka, a mleka niema. Zabawia ją, jak umie, znowu chce huśtać i w tym celu sam kładzie się na brzuszek i ciągnie powijak to na tę, to na tamtą stronę, nic nie pomaga. Naraz oczka jego padają na dzbanek gliniany, w którym przed chwilą taki bal sprawił świerszczom. Zapatrzył się Jędruś, a potym szybko oparł się na rączkach i pochylił się nad Marysią:
— Cieś odi? — woła i patrzy uważnie w skrzywioną buzię siostrzyczki.
Ale! dogada się to człowiek z takim dzieckiem, co ino krzyczeć a krzyczeć potrafi.
— Cieś odi? — pyta Jędruś po raz drugi, a nie otrzymawszy i teraz odpowiedzi, podnosi się i drepcze do dzbanka. Złapał obiema rączkami ucho i ciągnie, co ma sił. Zadygotał dzbanek, kiwnął się, chlupnął wodą na bose nóżki Jędrusia, ale — ruszył się!
Jędruś z wysiłku wysunął różowy języczek, nie puszcza dzbanka, tylko ciągnie a ciągnie. Zawadza mu trawa, zawadza płachta, która kurczy się i zwija między nóżkami jego i dzbankiem, ale i tak nie dadzą Jędrusiowi rady. Dzbanek jest już o krok, już o pół kroku od Marysi. Jędrusiowi tchu zabrakło ze zmęczenia. Dzbanek stoi już tak blizko, że wystarczy go tylko popchnąć troszeczkę, żeby Marysia mogła się napić, ile tylko zechce.
— Maś odi! — woła z tryumfem Jędruś i obiema rączkami popycha dzbanek tak mocno, że dzbanek się wywraca pierwszy, a Jędruś za nim drugi.
Szczęściem brzeg padającego dzbanka trafia w poduszeczkę, a nie w główkę Marysi. Krzyk Marysi urywa się nagle, bo woda zalewa ją całą z noskiem, oczkami i poduszeczką. Jędruś dźwiga się i rad, że nareszcie postawił na swoim, przysuwa się do Marysi:
— Dobla? — pyta, cały rozpromieniony.
Ale Marysia, jak przedtym, nic mu nie odpowiada, krztusi się tylko strasznie, aż jej twarzyczka zesiniała, oczka na wierzch wyszły, a malutkie paluszki u obu rączek rozpaczliwie otwierają się i zamykają.
Nigdy jeszcze Jędruś takiej Marysi nie widział. Przypatruje jej się ciekawie, ale nagle twarzyczka jego przybiera wyraz przestrachu. Na widok strumienia wody płynącego z dzbanka i przelewającego się po Marysinej buzi, błysnęło mu jakieś niejasne przypomnienie — może własnego topienia się w gnojówce, może klapsów maminych — dość, że Jędruś instynktownie łapie dzbanek oburącz i pociąga ku sobie tak gwałtownie, że sam traci równowagę, pada na wznak, dzbanek uderza go w czoło i, wypuszczony z rąk Jędrusia, kładzie się obok niego na trawie.
Dopieroż to się zaczął lament w miedzy. Ledwie Marysia zaczerpnęła troszkę powietrza w płucka, jak nie zacznie krzyczeć! — mało jej gardziołko nie pęknie. Krzyczy, że ją zalała woda, krzyczy, że świerszcze wyswobodzone z kąpieli skaczą po jej buzi, krzyczy, że ją słońce pali swemi promieniami, i krzyczy, że komar gryzie ją w lewą piąstkę, a nikt mu tego nie broni.
Na drugim końcu płachty zanosi się od płaczu Jędruś. — Mama! mama! — woła, łkając i rączką trzyma się za czoło, na którym od uderzenia dzbanka wyskoczył guz potężny. — Mama! mama! — powtarza, ale nikt na ratunek dziecka nie przychodzi. Jędruś przytula główkę do zielonej trawy i płacze, płacze... Taki się czuje maleńki, taki biedny i słabiutki... Chciał Marysi dać „odi“, a Marysia krzyczy mu teraz, a „dźbanet“ skoczył na Jędrusia i zrobił mu „bubę“ na główce. Oj, niechże mama nadejdzie i pożałuje synusia...
Raptem z żałośnym płaczem dzieci zmieszał się głos trzeci, ale inny jakiś, radosny. Nim Jędruś zdołał rozewrzeć zapłakane oczęta, kudłate ciało przypadło do niego, wilgotna, dobrze mu znana morda sapnęła nad nim z uciechą i mokry jęzor raz i drugi przejechał mu po buzi.
— Bulta! oj Bulta! — zaszlochał Jędruś i pochwyciwszy sukę za szyję, zaczął ją całować i tulić się do niej i przerywanym przez łzy głosikiem zaczął się skarżyć na „Lisię, odię i dźbanet“.
A Burka aż poszczekuje z wielkiej żałości nad niedolą gospodarskich dzieci i liże naprzemian to Jędrusia, to Marysię, która poczuwszy przy sobie żywą i życzliwą istotę, powoli się uspokoiła i zamknęła oczka.
Jędruś przyczołgał się do Burki. Rączkami objął ją za szyję i, całując z całej siły w zakurzone kudły na karku, szepnął serdecznie:
— Dobla Bulta! ciacia Bulta! moja ciucia!
Burka dyszy ze zmęczenia, z wywieszonego jęzora skapuje jej ślina, ale myrda ogonem z uciechy i nastawiwszy uszy, pilnuje gospodarskich dzieci.
Jędruś oparł głowinę na jej grzbiecie. Najpierw odetchnął z ulgą, potym raz i drugi grzebnął tłustą nóżką, do której się dobrać chciała jakaś natrętna mucha i nareszcie — zasnął.
A słoneczko sunie i sunie po niebie i het praży golutkie nóżki Jędrusia, suszy mokrą płachtę i popoduszeczkę Marysi i wciska się między szare kudły Burki.
Burce zwolna zaciężyły powieki, pysk się zawarł, myrdanie ogonem ustało...
I tak spali sobie wszystko troje, aż dzwon kościelny wydzwonił godzinę południa i Wojciech z Jagną, ukończywszy grabienie siana, przyszli zabrać dzieci na obiad.




JAKĄ NAUKĘ DAŁ TIUTCE JĘDRUŚ


— Mama, papu!
To były pierwsze słowa, które wypowiedział Jędruś, przebudziwszy się na ramieniu tatusia. „Papu!“ przypominał przez całą drogą, „papu!“ wołał, drepcąc za Jagną po podwórku i izbie, i nie mógł pojąć, że wobec tak ważnego faktu, jak ten, że Jędruś jest głodny, wszyscy się tak obojętnie zachowują. Mama daje trawę Łysuli, Burka wlazła pod łóżko do „ciuciek“, a tato wcale nawet do izby nie wszedł, tylko najpierw siwki napoił przy studni, a teraz wyciąga wóz ze stodoły. Kiedyindziej ucieszyłby się Jędruś, widząc wóz na podwórku, bo domyśliłby się, że pojedzie z tatusiem „hetta“ w pole i machać będzie długim biczyskiem; ale teraz pamięta tylko o tym, że „papu“ jeszcze niema, a obiad dawno mu się już należy. Wsunął się za mamą do obórki — ale nie po to, żeby jak codziennie przyglądać się z zajęciem, jak to mleko z dójek Łysuli tryska do skopka, trzymanego przez mamę — nie! Jędruś chce dziś tylko, żeby mama jak najprędzej skończyła robotę i nareszcie dała „papu“ Jędrusiowi. Buzia jego rozjaśniła się dopiero, kiedy mama wszedłszy do izby, zdjęła miskę z półki.
Jędruś czuje już słodki smak mleka w buzi i tak mu się dziwnie robi jasno i radośnie, że, uzbrojony w łyżkę drewnianą, przypada do mamy, obejmuje ją rączkami za nogę poniżej kolana, i całując ją tkliwie w spodnicę, powtarza:
— Moja mama! — Moja mama!
A na to mama:
— Twoja, Jędruś, twoja, ale widzi mi się, że dzisiaj Jędrusiowi nie da obiadu.
Jędruś puszcza maminą nogę, radośne jego uniesienie pierzcha... Nie dowierzając własnym uszom, zadziera w górę głowinę i wlepia w mamę zaniepokojone oczy:
— Dia, dia — mówi, kiwając główką.
— A nie da, Jędruś! Nie da! — śmieje się mama, wysypując krupy z garnka na miskę.
Tego już za wiele. Jędruś głodny, czeka od rana na „papu“, a teraz mu nie dają! Jędruś odwraca się od mamy, kąciki ustek jego opadają na dół i choć mama woła za nim, Jędruś chwyta się rączkami ścian i, rzewnie płacząc, wybiega na dwór.
— Wróć się, Jędruś! Już ci mama dają — woła Jagna, której teraz zrobiło się przykro, że żart jej Jędruś wziął tak bardzo do serca.
Ale że Jędruś nie wraca, Jagna rada nie rada bierze miskę ze stołu i idzie go szukać. Znajduje go aż pod gruszą w sadzie, zanoszącego się od płaczu. Jakże? Obiecywali mu, obiecywali, a kiedy miska była już na stole i Jędruś nawet łyżkę trzymał w garści, powiedzieli, że nie dadzą... Jędruś tak się na mamę obraził, że nie dał sobie obetrzeć noska i wyrywał się, kiedy go mama całowała. Z trudem posadziła go Jagna na trawie, między rozstawione szeroko nóżki wsunęła mu miskę i, wetknąwszy w rączkę łyżkę, rzekła:
— Nie becz, Jendruś, ino papaj, a nie samo mliko, ale i krupy.
Dąsał się jeszcze Jędruś i, choć na widok miski odrazu mu się odechciało płakać, buczał jeszcze i buczał, dopóki mama nie znikła w drzwiach chałupy. Ale jak tylko stracił mamę z oczu, jak się nie weźmie do jadła! Mleko nie mleko, krupy nie krupy nikły w buzi Jędrusia. Jadł Jędruś nie gorzej od niejednego parobczaka, ale bo i niejeden parobczak nie napracował się tyle, co Jędruś dzisiaj. Nie kołysał to Marysi, nie napoił to tiutiek? Będzie jadł, bo mu się jeść chce, będzie jadł, bo mu się obiad należy, będzie jadł, póki nie zje wszystkiego. Dzwoni Jędruś łyżką drewnianą o brzeg miski, sapie i je, aż mu rzęsisty pot wystąpił na czoło.
— Doble! Doble! — powtarza, ale nie zjadł jeszcze i trzeciej części, a już mu i mleko i krupy mniej smakować zaczęły. Już nie broni muchom siadać na misce, a nawet ujrzawszy ptaszka, który z gałązki trzepnął ogonkiem w stronę Jędrusia, nabrał pełną łyżkę mleka i chlusnął na trawę. „Maś, papaj!“ — zawołał głośno, ale głupi ptaszek przestraszył się i zamiast zjeść, co mu Jędruś dał, frunął na drugie drzewo. Znowu sięgnął Jędruś do miski, gdy wtym o jego nóżkę otarło się coś chłodnego.
— A! A! — wykrzyknął Jędruś i z wielkiego podziwu zamiast łyżkę włożyć do ust, machnął nią i mleko wylał sobie na brzuszek.
Tuż koło Jędrusia przesunęło się coś długiego, zwinnego i świecącego w promieniach słonecznych, jak paciorki na maminej szyi.
— A! — powtórzył Jędruś w zachwycie i z oczu nie spuszcza dziwnego stworzenia, które, zwabione zapachem mleka, podpełzło tuż, tuż, prawie do samej miski.
— Tiutka — nie tiutka — kręci główką Jędruś. — Oci ma, lucha się — tiutka — zawyrokował wreszcie, tylko jakaś taka inna od wszystkich tiutiek, które widział dotychczas. Taka długa i cienka, jak bat tatusia.
Uniósł się Jędruś troszkę, ażeby lepiej zobaczyć tiutkę, a przy tym poruszeniu miska pochyliła się na stronę tiutki. Trawa zaszeleściła i tiutka znikła z oczu Jędrusia.
— Chodź, chodź — zaprasza ją Jędruś i czeka chwilkę, ale, że tiutka nie wraca, zaczyna na nowo jeść kaszę z mlekiem.
Ledwie jednak przełknął dwie czy trzy łyżki, tiutka ukazuje się po przeciwnej stronie miski.
— Cieś papać? Papaj! — mówi Jędruś i widzi z radością, że tiutka podnosi płaski świecący łebek, wyciąga się do góry, wygina się i nareszcie spuszcza pyszczek do miski.
Jędrusiowi dech zaparło z radości, buzię otworzył i patrzy. Tiutka z początku ślizga pyszczek po brzegu miski, aż natrafia na mleko! Zaczyna pić!
Ach, jak się Jędruś ucieszył. „Papaj, papaj“ — powtarza z czułością i wyciąga rączkę ponad miskę, chcąc pogłaskać świecącą łuskę tiutki. Nie zdążył jednak spełnić swego zamiaru, bo tiutka, poczuwszy zakołysanie się miski, wyciągnęła szyję, podniosła łebek i, patrząc na Jędrusia czarnemi, przenikliwemi oczkami, syknęła złowrogo, wysuwając z pyszczka rozdwojony języczek.
Przestraszył się Jędruś, cofnął rączkę, a tiutka spokojnie dalej pić zaczyna.
Nachmurzył się Jędruś — i spojrzał na tiutkę nieufnie. Dał tiutce swego „mlika“, dał swoich „klup“, a tiutka chciała go „ujeść“. Na złość tiutce sięga łyżką do miski i zaczyna jeść prędko, prędko, żeby dla tiutki nic się nie zostało.
Ale tiutka nic sobie z tego nie robi; wpuściła pyszczek do miski i ciągnie, a ciągnie mleko.
Przypomniał sobie Jędruś mamine słowa:
— Nie papaj siamo mliko! Papaj klupy — krzyknął i patrzy, czy go też tiutka usłucha.
Gdzie tam! Tiutka nie boi się go wcale, mleko pije, a krupy het zostawia.
Tego Jędrusiowi za dużo! Jak nie odwinie piąstką z łyżką:
— Nie papaj siamo mliko! Papaj klupy! Klupy! — wrzasnął czerwony z gniewu i bęc! bęc! bęc! tiutkę po łbie i grzbiecie.
— Jezusie! — rozległ się nad główką Jędrusia okrzyk przerażenia Jagny, która nadeszła zobaczyć, czy Jędruś skończył jeść obiad, i zanim Jędruś zrozumiał, co się dzieje, mama go porwała pod paszki, uniosła z ziemi i jak piorun wpadła do izby.
— Wojtek! Leć ino pod gruszę, wąż się zakradł do Jędrusiowego mlika, ubij go, bo nam dzieci urzeknie — krzyknęła tak gwałtownie, że Wojciech, jak siedział, porwał się i wybiegł na dwór.
Próżno jednak przetrząsnął trawę i krzaki; wąż, skarcony dłonią Jędrusia, dał takiego nura, że ani śladu po nim nie zostało.
Wrócił Wojciech do izby, gdzie Jagna jeszcze nie ochłonęła z przerażenia.
— Zwidziało ci się — rzekł, stawiając z powrotem w kącie siekierę, którą miał zamiar zabić węża.
— Jakże? Zwidziało! — wykrzyknęła oburzona Jagna — nie mam to oczu? Pił z Jędrusiowej miski, aże go Jędruś po łbie wymłócił łyżką. Prawda, Jędruś, że wąż pił twoje mliko?
— Nie ąś, tiutka — poprawił mamę Jędruś.




HALUŚKA
CZĘŚĆ I.
I.
Ludziki.

Zwinna, jak żywe srebro, a kolorowa, jak bańka mydlana, w chłopskiej czerwonej sukience, malowanej w złote kłosy, biegnie na ratunek osie, ściganej morderczemi uderzeniami ścierki.
— Nianiusiu, osi nie tseba źabijać, ośa dobla! — woła, chwytając grubą Barannę za fartuch.
A widząc, że niańka niedowierzająco jakoś patrzy —
— Nianiusiu, ośa naplawdę dobla, ośa psecie mlećko daje — poucza przekonywującym, pewnym siebie głosikiem.
Otulona w puszyste futerko i kapturek toczy się, jak kłębuszek białej bawełny, przez nasiąkłe wilgocią trawniki, poprzedzana wesołym ujadaniem wielkiej kudłatej Wisły.
Przypada do nikłej zielonej trawki, wyskubując białe kwiatki o złotych serduszkach i z trudem ściska w piąstce „śtoklotkowy bukiet dla mamuńki“.
To znowu ciągnie Barannę, ku ogrodowej sadzawce, nad którą rosochate topole nadwiślańskie szeleszczą resztą zeschłych od jesieni liści.
Śledzi z natężeniem kamień, kiedy rzucony dłonią niańki przedziera senną powierzchnię wody i zapada z pluskiem w jej głąb, i patrzy na fale, które w słońcu zataczają kręgi i uciekają dalej, coraz dalej rozpryskując się na mniejsze, coraz mniejsze, wygięte w łuk, z gwiazdką płonącą w miejsce strzały. Słucha, gdy dobijają do brzegu, z cichym, tajemniczym, wesołym pluskiem:
— Nianiusiu, woda się śmieje! — woła, klaszcząc w rączki z radości.
I już biegnie dalej, dojrzawszy motylka-cytrynkę, który, niepewnie poruszając skrzydełkami, usiłuje stawić opór wiosennemu podmuchowi wiatru:
— Balanusiu! pomalańcka źywa lata — dziwi się, zatulając rączkami buzię.
A gdy zmęczony motylek niespodziewanie przylgnął do białego jej futerka, Haluśka przystaje cała zaróżowiona ze wzruszenia i jak rybka porusza usteczkami, bojąc się głębszym westchnieniem spłoszyć maleńkiego gościa.
— Nianiusiu! ja się jemu śpodobałam — szepcze, podnosząc ku niańce szafirowe oczy, które w tej chwili zdają się prawie czarne, tak ich źrenice rozszerzają się, ilekroć Haluśka jest czymś przejęta.
Motylek siedział skulony, nabierając sił do dalszego lotu, ale kiedy od sadu wionął subtelny zapach kwiatów jabłoni, zaściełających białym kobiercem stopy drzew owocowych, rozłożył raz i drugi skrzydełka i frunął dalej.
Haluśka się zdziwiła. Była pewna, że motylek zostanie z nią na zawsze. Chwilkę stała bez ruchu, nadstawiając motylkowi futrzane swe ramionko, aż nareszcie zrezygnowana machnęła rączką:
— Pomalańćka poleciała do swoich dzieci, cio?
Z pewnością do swoich dzieci. Bo dla czegóżby inaczej nie została z Halunią? Wie przecież, że Halunia nie zrobiłaby jej nic złego. Pokazałaby tylko mamie i puściła. Ale motylek się boi, że jego „małe motylątka plakają w gniaźdecku“, i dlatego tak prędko macha skrzydełkami. Każda mama boi się o swoje dzieci. Mama boi się o Halunię, a Halunia boi się o lalusie.
I zanim Baranna ma czas się obejrzeć, Haluśka się zawraca i pędzi ku domowi:
— Ja się tu źalaź wlócę! — krzyczy, jak może najgłośniej, ale że wiatr tłumi jej wołanie, zaniepokojona Baranna podkasuje spódnicę i biegnie za nią, gubiąc, w rozmiękłym błocie ścieżki, rozklapane kalosze.
— Ja się tylko popatsę, cy lalusie nie placom — krzyczy Halunia, odwracając różową, jak jabłuszko, buzię, i goni co sił ku Zielonemu Dworkowi, gdzie w drzwiach, wiodących do ogrodu, leży na otomanie mamuńka.
W nogach pani, z podkulonemi wdzięcznie łapkami, wgłębiła się w dołek ciemnego pleda duża, bura Kita. Niekiedy odmyka szparki stulonych niby dobrodusznie powiek i przelotnym spojrzeniem obrzuca parę jaskółek, trzepiącą się w zgiełkliwej radości nad gniazdkiem, ulepionym pod okapem dachu, to znowu mruży je rozkosznie pod delikatną pieszczotą długich, wysmukłych palców, przesuwających się zwolna po jej miękkim, pręgowatym, przepojonym słońcem, futerku.
— Przyjemnie trzeszczy? co? — pomrukuje z cicha, podnosząc ku leżącej pani tępy, nabrzmiały sytością i dobrobytem, pyszczek. Raptem uszka Kity się nastawiają, czarnym koniuszkiem ogona zaczyna machać w prawo i lewo z niezadowoleniem, pazurki w wyciągniętych łapkach wsuwają się i wysuwają niespokojnie.
Od strony sadu dolatuje odgłos szczekania psa i radosnego dziecięcego śmiechu.
Kita wstaje zwolna na cztery łapki, wygina grzbiet i ogon w kabłąk i zjeżywszy futerko, patrzy wystraszonemi, zielonemi oczami w biały punkcik, toczący się z głębi ogrodu, potym gwałtownym ruchem otrząsa z siebie resztę ociężałości sennej i rozwarłszy pyszczek w szerokim ziewnięciu protestu, jednym susem kryje się pod fotel, zanim Halunia wygramoli się na schodki ganku z głośnym wołaniem:
— Płakali? płakali, mamuńko?
Zgrzana, spocona, przypada do otomany i rzuciwszy na kolana matki, zmięty i gorący od długiego trzymania w piąstce „bukiet śtoklotkowy“, wyciąga szybko, jedną po drugiej, wszystkie lalki, które, odchodząc, powtykała w boki otomany, mamuńce na pociechę. Upewniwszy się, że lalusie są grzeczne i zdrowe, ściska naprzemian to dzieci, to mamę i opowiada jednym tchem o ślicznych kuleczkach, takich, jak chlebki dla laluś „cio Balanna nie dala źbielać, bo mówiła, źe to się po źająćkach źośtalo, mamuńka wie?“, o Wiśle, co do wody „skocyla“, a potym „tsęsla się, jak fontanna“ i o sroczce, co jeszcze „na wlonkę nie wylosla“, a już kiwała ogonkiem do Krakowa, żeby tatuśko prędzej przyjechał.
Kita, ukryta pod fotelem, spogląda niechętnie na żywą giestykulację małych rączek, zrzucających z pośpiechem białe futerko i kapturek, to znowu pocierających karczek z desperacji, że „mamuńka musi tak ciągle lezeć, lezeć i lezeć!“ Kita zna dobrze te krótkie różowe paluszki, które nieraz, przychwyciwszy ją znienacka, niemiłosiernie duszą do piersi, poczym następuje niezliczona ilość pocałunków, składanych w bure futerko i przeplatanych okrzykami:
— Moja! moja! moja! Kita! Kita! Kita!
Kita mruży oczy, wsuwa łebek w piękną kokardę z czerwonej wstążki, i duma nad szczególniejszym upodobaniem swojej pani do tego hałaśliwego i krzykliwego stworzenia. Kitę dziwi to niezmiernie, jak przy takim ściskaniu i tarmoszeniu pani jej może mieć tak rozjaśnioną minę, jakby ją wielka przyjemność spotkała.
— Musi mieć skórę dużo twardszą od mojej — pomrukuje z cicha, gładząc bury nosek to jedną, to drugą łapką i czeka niecierpliwie, żeby tupot nóżek oddalił się jak najbardziej od jej kryjówki.
Kita nadewszystko lubi spokój.
Na szczęście Kity, ledwie Halunia wyzwoliła się z krępującego ją okrycia, porwała lalki pod pachę i już biegnie w podskokach do sypialnego pokoju, gdzie w kącie między oknem a łóżkiem mamy, jest „lalusin domek“.
Ale po drodze potyka się o małego pajacyka z blachy, leżącego na dywanie.
Masz tobie! niema czasu myśleć o lalusiach, trzeba je jakbądź złożyć na łóżku największej z laluś, ogromnej „Blonki-Beatlicy“ i zająć się „ludzikami“, które, choć są mniejsze od najmniejszej z laluś Halusi, nie są jednak jej dziećmi, „bo śom już duźe“.
Każdy przyzna, że trudno uznać za dziecko murzynka z wielką rozczochraną czupryną i fartuszeczkiem zamiast „majtadalków“, który ma swoją własną żonę murzynkę i swoje dziecko-murzyniątko, w worku na plecach matki. Albo „wąsatego ułana“ i żonę jego „panienkę“ zamieszkałych w pudełku od zapałek, albo Piękną Tup-Tup wciętą w pasie „jak dama jaka“ i dzielnego rycerza Patataja, na białym koniku na biegunach. O nie! to nie są dzieci, to są ludziki — ludziki, posiadające swój własny kraj na nizkim stoliku pod oknem, i żyjące własnym, odrębnym życiem. Z lalusiami schodzą się ludziki tylko na balach i chrzcinach, do których stolik ludzikowy jest koniecznie potrzebny.
Haluśka, pochłonięta najzupełniej obowiązkami macierzyńskiemi, rzadko poświęca im chwilę czasu, ale zdarza się, że tak błahy na pozór przypadek, jak potknięcie się Haluni na Patataju, leżącym na dywanie, zmienia nagle ludziki w bohaterów, przeżywających różne straszne koleje, a Haluśkę w Opatrzność dbającą, żeby wszystko skończyło się, jak najlepiej. Wtedy pod jednym spojrzeniem Halusi, pokój, stół, krzesła zamieniają się w bardzo wielki las, dywan w „duzią wodę“, a otwarty piec, znudzony bezczynnością, sam się prosi, żeby go użyto jako ciemnej trochę, ale suchej i bezpiecznej jaskini.
Wszystko zawsze zaczyna się od Pięknej Tup-Tup. Tup-Tup jest wprawdzie dwa razy większa od swego narzeczonego Patataja, ale oboje są zrobieni z blachy i dla tego zapewne kochają się tak serdecznie. Piękna Tup-Tup mieszka w pośrodku ludzikowego kraju, w domku, uszytym z trzech kart przez mamuńkę. Domek jest otoczony wielkim „blądźącym laśem“. Wyobrażeniem tego lasu są dwa drzewka, wyjęte z Arki Noego, przypominające zielony naparstek, nadziany na patyczek, przyklejony do żółtego krążka. Za tym lasem daleko, daleko, czasem w fałdach portjery, a czasem aż na drugim oknie, mieszka rycerz Patataj, który przyjeżdża do Pięknej Tup-Tup na białym koniku na biegunach. (Co niedziela, jak tatuś!) Ale zdarza się, że „dzielny lycez Patataj, jedzie śobie w inny klaj“ het, daleko, aż do stołowego pokoju. Wtedy Piękna Tup-Tup chodzi i chodzi naokoło domku z kart:

i maltwi się i śmuci,
ze już lycez nie wlóci
i baldźo maltwi i ślocha,
ze juz lycez Patataj nić biednej Tup-Tup
nie kocha!

Zupełnie tak, jak Baranna, kiedy jej mąż pojechał do innych krajów. Tup-Tup się boi, że rycerz Patataj nie wróci tak samo, jak mąż Baranny, bo nie wie, że rycerz już jedzie do niej, tylko jest jeszcze daleko — daleko... I Tup-Tup płacze, i tak jej smutno, że aż idzie naprzeciw. Tup, tup, tup, tup, tuptają jej nóżki. Jedna stoi na ziemi, druga w powietrzu, trzecia i czwarta już się ukazują z pod blaszanej sukienki. (Wszystkich nóżek jest sześć, i jak Tup-Tup zacznie się bać jeszcze więcej, to będą biegły tak prędko, jak radełko od maszyny mamy). Idzie, idzie, idzie, aż doszła do dywanu i pyta bardzo grzecznie:

Powiedz, plosę, pani zeko,
cy Patataj jeśt daleko?

A dywan odpowiada grubym głosem, jakim zwykle przemawiają czarownice w bajkach, układanych przez Baranusię:

A cego ty mnie źbudziłaś,
kiedy ja się jeśce nie wyśpalam,
i choćby wiedzialam, toby tobie
nić nie powiedzialam!

Wtedy Piękna Tup-Tup zaczyna płakać, ale to tak płakać, że wodzie robi się przykro i mówi, że ona tylko żartowała, a naprawdę to rycerz Patataj jest niedaleko

źa siódmą gólą
źa siódmą źeką...

Tup-Tup ślicznie dziękuje i idzie dalej „i się ziabląkuje“, bo wielki las jest naokoło. Tup-Tup boi się bardzo, bo „puhace puhają i kluki klukają“ i dzikie zwierzęta ryczą. Tup-Tup nie wie, że zwierzęta są zamknięte w Arce Noego i nic nikomu złego nie robią, bo są „śwojśkie“, tak, jak Wisła i Kita, i tylko się tak śmieją do murzyniątka, które się z niemi bawi. Tup-Tup myśli, że zwierzęta są ciągle jeszcze dzikie i że najpierw ją zjedzą, a potym zjedzą Patataja — rycerza i konika białego. Uhu! ryczą zwierzęta, a Tup-Tup biegnie naprzód z wyciągniętemu do góry rękami (dawniej miała w nich parasol, ale się urwał) i woła:

Gwaltu! lety! aj! aj! aj!
gdzie mój lycez Patataj?!

Tu następuje króciutka przerwa, bo Haluśka musi wyprowadzić z pieca „wąśatego ulana“ i „panienkę“. Czasem są to krasnoludki, czasem „takie źli źbóje, ćo się poplawili i juź potym byli doble“. Zbójcy uspakajają Piękną Tup-Tup, że jak się tylko skończy noc, to rycerz się znajdzie. Ale Piękna Tup-Tup nie chce im wierzyć, bo nie wie, że oni są już „doble“ i o mało, mało a jużby się utopiła, bo tak jest ciemno, „źe aź śtlach“. Ale wtedy Halunia czymprędzej zamienia się w słoneczko, które wybiega z nieba, przeciąga się rozkosznie, mruga oczkami, a potym raz po raz przysiada nad podłogą, ogrzewając las, wodę i ludziki brzegiem czerwonej sukienki, malowanej w złote kłosy. I tak, jak mówili zbójcy, zaraz z drugiego pokoju:

Tlu-tu! tu! tlu! tu! tu! tu!

tląbi lycez Patataj:
Tup-Tup moja, buzi daj!

Ach, co za radość! Piękna Tup-Tup i Patataj padają sobie w objęcia i tak się mocno całują, że aż zaniepokojona Kita zaczyna gonić po pokoju z zadartym w górę ogonem.
Ale niezawsze losy Pięknej Tup-Tup układają się tak pomyślnie. Czasem zabawa się urywa. Halusia coś mówi do siebie półgłosem, wzdycha, splata i rozplata rączki. Może zapomniała, co ma być dalej, a może chciałaby wymyśleć coś nowego. Biegnie wtedy po radę do mamuńki.
Tak się jakoś składa, że ile razy Halunia bawi się „ź ludzikami“, w saloniku jest za zimno i mama się musi położyć na swoim łóżku w sypialni. Haluni nie przeszkadza to najzupełniej, owszem, woli nawet, żeby ktoś był w pokoju, byleby tylko wcale nie uważał na to, co mówią i robią ludziki. Bo ludziki bardzo nie lubią, żeby się kto do nich wtrącał. Zaraz im się wszystko myli, i już potym nie wiedzą, jak się bawić dalej. Ale mamuńka może zostać, bo tak jest zawsze zajęta robotą albo czytaniem, że nigdy nie wie, co się dokoła niej dzieje. A potym znowu Halunia jest tak zajęta, że także nie wie, co się z mamą dzieje. Nie widzi też, że mamuńka lekko pochyliła się naprzód, śledząc każdy giest, każde drgnienie głosu i wyobraźni ruchliwej maleńkiej postaci. Usta mamy to zginają się w przelotnym uśmiechu, to poruszają się, jakby mama chciała coś powiedzieć. Ale nie mówi nic, patrzy tylko i słucha, ale tak jakoś, jakby miała przed sobą nie swoją, lecz inną jakąś Haluśkę.
A kiedy Halunia pada przed Piękną Tup-Tup na kolana i błaga przejmującym, przerywanym łzami głosikiem:

Klólewno!
nie top się tak gwałtownie,
bo ciebie śkoda
źośtawić
umal — nię — tą —
na źawśe!...

Mamuńka wlepia oczy w zmienioną twarzyczkę Haluśki i patrzy na nią z takim zalęknieniem, jakby dopiero teraz spostrzegła, jak wielkie Pięknej Tup-Tup grozi niebezpieczeństwo.
A potym oddycha głęboko i, oparłszy głowę o poduszki, wolno, mechanicznie nawija nitkę jedwabiu na szydełko.
Ale niech Halunia tak, jak w tej chwili, przybiegnie do łóżka mamy z zapytaniem:
— Powiedź, a ćoby było, źeby Patataja wilki zjadły?
Mamuńka milczy przez chwilę, a potym odpowiada z tym słodkim uśmiechem, po którym Halunia od razu poznaje, że mama nawet nie słyszała jej zapytania:
— O co ci chodzi, Haluśko?
Trudno, starsi niezawsze mogą się zajmować zabawami dzieci.




II.
Tatuśko.

Starsi wogóle bywają czasem dziwni. Naprzykład — tatuśko.
Tatuśko mieszka na codzień w tamtym domu w Krakowie, w którym przedtym, kiedy mamuńka była zdrowa, mieszkała i Halunia także. Tatuś ma tam swoją „placiownię“ i lepi w niej takie duże, duże lalusie z gliny. Lalusie te są brudne i nie można się niemi wcale bawić, Haluni nawet nie bardzo się podobają, tylko nikomu o tym nie mówi, bo... bo Halunia nie wszystko starszym mówi.
Do Zielonego Dworku przyjeżdża tatuś raz tylko w niedzielę. Ogromnie miło jest czekać na tatusia. Już od soboty po całym domu rozchodzi się zapach pieczonej baby z rodzenkami, w kuchni prasuje Baranna Halusine sukienki, a także swoją czerwoną spódnicę i fartuch w niebieskie kwiaty. Halusia myje lalki i wyciera naczynie drewniane. Wszystko na tatusia przyjęcie.
W niedzielę rano jest jeszcze przyjemniej. Halunia raz po raz biegnie do dużej szafy z lustrem i przygląda się z zajęciem tej drugiej Haluni, którą tu może obejrzeć od trzewiczków i pończoszek, aż po włoski rozplecione na „lwią gzywę“, unoszące się dokoła głowy, jak lekki puchowy obłok. Haluśka z lustra ma na sobie duży koronkowy kołnierz i króciutką, ledwie do kolan sięgającą sukienkę z ciemnego aksamitu, przewiązaną nizko skórzanym paskiem. Minkę ma bardzo uroczystą, rączki trzyma daleko od siebie i naprzemian to się uśmiecha, to krzywi buzię, żeby się przekonać, czy jest Halusią naprawdę. Bo mamunia powiedziała, że Haluśka wygląda na chłopczyka, i Haluśka jest bardzo ciekawa, czy jak ją tatuś zobaczy, nie pomyśli, że z Haluśki się zrobił synek. Halusia sama siebie poznać nie może, a cóż dopiero tatuś, który jej od niedzieli nie widział i wcale nie wie nawet, że mamunia uszyła Haluśce nową sukienkę z aksamitu.
Tylko, że z tatuśkiem, to się nigdy nic nie wie. Powie „przyjadę“, a jak się wszystko przygotuje, to nie przyjedzie, a innym razem, kiedy powie „napewno nie“ i nic się nie przygotuje, to właśnie przyjedzie i jeszcze dużo wujciów przywiezie ze sobą. Wtedy jest bardzo wesoło i przyjemnie, ale byłoby jeszcze przyjemniej, żeby wszystko było przygotowane.
Mamuńka tak samo mówi.
Ale czasem tatuś przyjedzie i od rana jest w domu, a Haluni się zdaje, że jakby go nie było. Wtedy jest bardzo przykro, bo Halunia tak się cieszyła, tak czekała przybycia tatuśka, a tatuś tylko mamuńkę pieści, z mamuńką rozmawia i o takich rzeczach, które zupełnie nie zajmują Haluni. Albo chodzi po pokoju, marszczy czoło, rysuje papierosem jakieś figury w powietrzu, uśmiecha się sam do siebie, i patrzy w podłogę, a o Haluni, to jakby zapomniał. A niech mu Halunia zabiegnie drogę, żeby pokazać klamki ślicznie wyczyszczone przez Baranusię, albo „jaśkólątka“ piszczące w gniazdku nad oknem salonu, tatuś odsuwa ją ręką i mówi: „zaraz, zaraz... “
Ładne mi „zaraz“, kiedy Haluśka tak długo już czeka, że aż jej się płakać chce, a potym zrobi się noc, i tatuśko pojedzie.
Ale zato kiedyindziej, ledwie tatuśko się zjawi, odrazu zaczyna się dokazywanie. Tatuś mówi, że się musi rozruszać, i skacze przez krzesła, albo bierze Halunię „na barana“ i goni z nią przez wszystkie pokoje „naokoło świata“. Potym wykręca Haluni rączki naprzód i wtył „żeby byłam plośta“ czasem przytym da klapsa, albo uszczypnie, a Halunia aż się zanosi od śmiechu. Nie, żeby Haluni nie bolało, owszem nieraz łzy nawet zabłysną w jej oczkach, ale wtedy śmieje się jeszcze głośniej, bo boi się bardzo, żeby tatuś nie powiedział pogardliwie:
— Ładnie! nie wiedziałem, że mam córkę z masła!
Zresztą Halunia wie, że to z żartów, a z żartów, to choćby trochę bolało — i tak jest przyjemnie.
Czasem znowu tatusia chwytają się figielki.
Biegnie Haluśka przez pokój, a tatuś porywa ją wpół i dmucha we włoski, że całą buzię jej zasłaniają.
— Ja nie lampa, nie dmusiaj! — prosi Halunia, usiłując wysunąć się z opasujących ją dłoni.
A tatuś swoje.
— Nie dmusiaj, bo źgaśnę! — krzyczy Halunia już na dobre przerażona i rzuca się w ramiona ojca, szukając na jego piersi ochrony dla własnej kruchości.
Wtedy to już tatuś przestaje. Naturalnie sam się boi, żeby mu Halunia nie zgasła.
Zdarza się, że tatusik wyprawi Haluśkę do kuchni, a ledwie Halunia wróci, odrazu poznaje, że tatusik musiał coś zbroić. Bo tatuś niby to czyta gazetę, a raz po raz zerka na Haluśkę, a wkońcu pyta:
— A cóż tam lalki twoje zdrowe?
Oho! Już Halunia wie, co to znaczy. Biegnie do lalusinego domku i wraca za chwileczkę, czerwona z oburzenia.
— Tatuśku! Na ćo ty Blonće-Beatlicy dałeś papielośa?
A tatuś jakby nigdy nic:
— Proszę!? To twoje lalki palą papierosy?
I najspokojniej czyta dalej gazetę.
Tatuś jedne lalki lubi, a drugich nie lubi. Bronce-Beatryczy daje zawsze psztyczka w nos i mówi, że jest „paluba“, a Bobusia to nawet ochrzcić nie chciał, tylko odwrócił się z odrazą i rzekł:
— A któryż to z wujków obdarzył cię taką pokraką?
Halunia się bardzo rozżaliła. Bobusia dostała od wujcia doktora „Okląglaćka“ i lubiła go najbardziej ze wszystkich laluś, bo był różowy i tłuściutki, jak te śliczne prosiątka u Janowej, co mleko przynosi, i można go było kąpać, jak prawdziwe dziecko. Bobuś miał niebieskie „majtadalki“, takie same, jak jego oczka i płakał zawsze „i źle! i źle! i źle“ (źupelnie, jak ja, kiedy bylam mala) — toteż Halunia pojąć nie mogła, czemu się tatusiowi nie podoba.
Potym jej to wytłumaczyła Baranusia. Powiedziała Haluni, że inne jest serce „matczyńskie“, a inne „ojcowe“ i że „niechtóre mężczyzny som takie“, że nie lubią małych dzieci. Właśnie taki jest tatuś. Kiedy Halunia się urodziła, także mówił „pokraka“, że Barannę „jakby nożem w serce źgnęło“. „Dobrze, że choć pani nie słyszała, boby się była zapłakała biedajstwo“ — dodała, kiwając głową ze współczuciem.
Halunia się uspokoiła. Była już pewna teraz, że jak Bobuś wyrośnie, to się tatusikowi spodoba. Halunia się mu przecież teraz podoba, o! i jak jeszcze. Uważa jednak, że tymczasem lepiej tatusiowi nie nasuwać Bobusia na oczy; dla tego każdej niedzieli chowa go pod poduszkę mamuśki. Na szczęście Bobuś jest z „cieluidu“, więc choć się mama na nim położy, to i tak mu nic nie zrobi.
Wkrótce jakoś razem z Bobusiem zaczął się ukrywać pod poduszką i mały golasek z czekolady. Bo z golaskiem to była cała awantura. Któregoś dnia Halunia, wbiegszy do jadalni, zobaczyła tatusia przyglądającego się golaskowi z zajęciem.
Halunia chwyciła go za rękaw.
— Ty mi nie źjedź golaśka! — zawołała, widząc, że tatuś tak jakoś patrzy na golaska, jakby się namyślał, czy zacząć go jeść od góry, czy od dołu.
Tatusik błysnął z za szkieł rozswawolonemi oczami:
— No, a jak zjem, to co?
— Kiedy to jest moje dziecko! — broniła Halusia, wdrapując się na krzesło. Ale ręka tatusia podnosiła się zawsze wyżej, niż rączki Halusi sięgnąć mogły.
— Twoje dziecko? — oburzył się tatuś i wolną ręką łechtał Halusię to w szyjkę, to w brzuszek. — Twoje dziecko? No, no, ktoby się spodziewał, że moja córka będzie miała takie czarne dziecko, fe!
Halunia wybuchnęła śmiechem. Prawda, przecież golasek był cały czarny. Ładne dziecko, takie jak kominiarz i z czekolady do tego. Ostatecznie, można go nawet dać zjeść tatusiowi, bo i tak, jak Halunia wyrośnie, to dostanie inne, prawdziwe dzieci.
— Ale jak ja będę miala śwoje biale dziecko, to ty nie źjeś tamtego mojego dziecka — wołała ze śmiechem, nibyto oganiając się przed ręką tatusia, a właściwie podsuwając się coraz bliżej, bo zabawa zaczynała być bardzo wesoła.
— Nie zjem? — zaśmiał się tatuśko. — Ależ zjem, zjem, Haluniu, i z apetytem do tego!
— Źjeś? — Halunia cofnęła się o krok i z niepewnym uśmieszkiem patrzyła na ojca. Chyba, że tatusik nie wie, co mówi, bo przecież prawdziwych dzieci się nie je i zresztą niania mówiła, że jak Halunia będzie miała dzieci, to tatuś będzie ich dziadek... tak, dziadek...
— A jak ty jego źjeś, kiedy ty nie będzieś miał wtedy źębów? — pytała, opierając poważnie bródkę, na krawędzi stołu. Halunia przypominała sobie z całą dokładnością, że ten dziadek, co przychodził do kuchni w Krakowie, nigdy nie chciał jeść mięsa, bo mówił „nima źębów“, a potym — umarł.
— Co? Już nie będę miał zębów? — zdziwił się tatuś. — Ha, to będę musiał tak zrobić... — tu tatuś zawrócił oczami, otworzył „japkę“, jak mógł najszerzej i przełknął ślinę, aż mu coś w gardle zabulgotało. — Mniam, mnia, mniam, połknę jak pigułeczkę i już!
— A jak ty jego polknieś, kiedy ty już wtedy będzieś umalnięty?! — krzyknęła Halunia, przebierając nóżkami ze zniecierpliwienia. Strach, jak tatusikowi trudno coś wytłumaczyć.
Tatuś przestał się śmiać. Zrobiło się zupełnie cicho.
— No, a ty co? — rzekł wkońcu i popatrzył na Haluśkę, jakby ją pierwszy raz widział przed sobą.
— Ja ćo? Ja będę wtedy gośpodynia i będę miala śwego męża i będę miala śwoje dziećko — odpowiedziała Haluśka i założyła wtył rączki.
— A potym?
— Potym, ja będę stala i umalnę, a moje dziećko będzie gośpodynia i będzie mialo śwego męża i będzie mialo śwoje dziećko — jednym tchem mówiła Halunia, trochę zdziwiona, że tatuśko wypytuje ją o takie znane rzeczy i taką ma dziwną minę, jakby mu się zupełnie jeść golaska odechciało.




III.
Baranusia.

Śmierć jako następstwo starości i braku zębów jest wprawdzie zjawiskiem zupełnie naturalnym, jednakowoż Halunia nie lubi pogrzebów.
Zdarza się, że kiedy bawi się przed domem, dosłyszy zdaleka żałosny, jękliwy śpiew...
Biegnie wtedy pod otwarte okno i woła przyciszonym głosem:
— Mamuśko! Pogzeba!
I przyciśnięta do muru, zatulając rączkami buzię, patrzy z pod zesuniętych brewek na przesuwającą się wolno wzdłuż sztachet gromadę zawodzących smutnie bab i chłopów, patrzy na człowieka, niosącego czarny krzyż, i żałobne, trzepiące się na wietrze chorągwie.
I patrzy na trumnę, leżącą na wozie, a w szafirowych jej oczach przebija się wyraz zaciekawienia i niepokoju.
— Jak ja nie lubię takiej pogzeby — rzekła raz, kiedy już kondukt pogrzebowy znikł na zakręcie drogi.
— Bo się nie wie, cy umalnęło stale, cy mlode — dodała, podnosząc ku matce zasępioną twarzyczkę.
— Czyż to nie wszystko jedno, Halusiu? — zapytała zdziwiona mamuśka.
Halusia potrząsnęła główką.
— Nie jedno, mamuśko — odparła stanowczo — bo śtale, ćo nazylo, nazylo i umalnęło, to jego już nie śkoda, a młode, ćo nie nazylo, to jego więksa śkoda!
Dla tego to Haluni tak bardzo żal Baranusiowych dzieci.
Baranusia miała troje dzieci. Najpierw tego Józusia, co się urodził, kiedy niania „oźeniła źa śwojego męźa“, ale potym, jak mąż Baranny wyjechał do innych krajów i już nie wrócił więcej, to Józuś zaczął chorować i umarł. Niania mówi, że Józuś to zrobił z dobrego serca, bo to było takie mądre dziecko, że odrazu zmiarkował, że jak ojciec nie przysyła pieniędzy, to matka „choćby do krzty zarobiła kulasy“, to i tak nie da rady zapracować na dwoje. Popłakiwał też sobie Józuś, popłakiwał, aż raz zesiniało niebożątko, zipnęło z raz, abo i ze dwa może i poleciało do nieba!...
Tu Baranna zazwyczaj energicznie wyciera nos i oczy fartuchem, ale za moment już się uśmiecha dobrodusznie:
— Tyla mi się po moim łajdusie ostało — mówi wesoło, pokazując nie bez dumy olejodruk, wiszący na ścianie.
Niania najczęściej mówi o swoim mężu „lajduś“, choć on był szewcem i nazywał się Baran, Michał Baran.
Halunia ma naturalnie bardzo za złe mężowi Baranny, że od niej pojechał, ile razy jednak rzuci okiem na kolorowy obraz w złoconej ramie, wiszący nad łóżkiem niańki, serduszko jej wzbiera uczuciem szczerego zachwytu. Mąż Baranny ubrany jest w mundur cesarski i czerwone pantalony, siedzi na białym koniu, który w szalonym pędzie przeskakuje przez ziejącą ogniem armatę. W ręku ma świecący pałasz, na piersi dużo orderów i złotych krzyżów. Najmniej ładna jest twarz męża Baranny, taka sobie mała, niemalowana, jak na wszystkich fotografjach. Ale cały obraz jest śliczny i podoba się wszystkim, nawet Janowej z mlekiem. Tatusik tylko się zawsze z niego śmieje i mówi, że głowa męża Baranny odcięta jest od fotografji i przyklejona do obrazu zamiast głowy cesarza. I mówi Halusi, że tu powinna być inna głowa, robiona z profilu, nie z przodu, z jednym okiem i jednym uchem. Halunia nic na to tatusikowi nie odpowiada, ale wie dobrze, co ma o tym myśleć. Tatusikowi się ten obraz widać bardzo podoba, i chciałby go mieć dla siebie, a wie, że Baranusia-by mu go nie dała, więc mówi tak dla tego. Każdy ma przecież dwa uszka i dwa oka, a tatusik-by chciał, żeby mąż Baranny miał tylko jedno. Naturalnie dla tego, żeby nie poznali, że tatusiowi się tak chce tego obrazka. Ale Halunia poznała doskonale.
O tamtych dzieciach Baranusi wie Halunia tylko tyle, że także pomarły. O nich jakoś nianiusia nigdy nic nie opowiada, tylko zawsze o tym pierwszym Józusiu. A kiedy Halunia pyta: dla czego? — niania odpowiada, że nie miała dla nich serca, bo nie były do Józusia podobne. Za to ma serce dla Haluni i zawsze jej na wszystko pozwala, i co sobotę piecze dla laluś okrągłe chlebki, takie twarde, że nawet Wisła zgryźć ich nie może. A wszystko dla tego, że Halunia jest podobna do tego Józusia. Józuś miał takuteńki nosek i dołeczki na rączkach i nóżkach, i takie oczka, i „paznokcie“ i wszystko, że jak niania zacznie wyliczać, to aż mama się niecierpliwi, a Halusi odrazu się w główce mąci... Bo Halunia wtedy nie wie, czy ona jest naprawdę Halunią...
Tatuś to także tego nie wie, bo niedawno powiedział do Baranusi:
— No, jak wszystko mieli jednakowe, to chyba Halunia jest waszym synkiem, co moja Baranno?
I roześmiał się.
— E-e, panu to ta zawsze w głowie, co nie potrza — parsknęła w fartuch Baranna i uciekła do kuchni.
Halunia przypatrywała się im z niepokojem. Nie mogła zrozumieć, z czego się tatuś i niania śmieją. Jej już nieraz przychodziło na myśl, czy Boziuńka, widząc, że Józuś tak ciągle choruje, nie zabrała go do nieba do naprawy, tak jak Bronkę-Beatryczę, kiedy się jej nóżka urwała, a potym aniołek odniósł ją w ślicznej sukience pod choinkę. Może i Józusia naprawiła Boziuńka i kazała odnieść drugi raz dla Baranusi, a aniołek się pomylił i zamiast do kuchni, odniósł Józusia do pokoju, a tatuś i mamuśka go zobaczyli i pomyśleli, że to jest całkiem nowe dziecko i że to dla nich, i bardzo się ucieszyli, i tak się zrobiła Halusia. Haluni się wtedy serduszko kurczy boleśnie, bo przecież wolałaby o wiele być prawdziwą córeczką tatusia i mamy, a nie taką, naprawioną z Józusia.
Byłoby jej lżej, gdyby mogła zwierzyć się komu z tych dręczących ją wątpliwości, ale im bardziej pragnie poznać prawdę, tym trudniej jej się zdobyć na zapytanie.
Nareszcie dnia jednego zagadnęła mamuńkę:
— Powiedź, ćy jak mnie przynióśl aniolek, to ja byłam w kośulce, ćy w majtadalkach?
Mamuńka się uśmiechnęła, pocałowała Haluśkę w czoło i powiedziała, że Halunia urodziła się zupełnie golutka.
A Halunia westchnęła ciężko.
Teraz to już nic nie wiedziała.
Widać, że taką rzecz może wiedzieć tylko — Boziuńka.




IV.
Boziuńka.

Boziuńki Halusia tak bardzo dobrze nie pamięta, tak jak nie pamięta cioci Ini. Ciocię widziała ostatni raz, jak miała dwa lata, a Boziuńkę jeszcze przedtym w niebie. Ale i ciocię Inię i Boziuńkę zna Haluśka doskonale z „fotoglafji“ i wie, że zarówno Boziuńka, jak i ciocia Inia, bardzo Halusię kochają, bo nieraz przysyłają Haluni śliczne zabawki. Od Boziuńki przynosi je aniołek, a od cioci Ini kulawy Antek z poczty. Jeżeli Halunia chce ciocię o co prosić, to mamuśka musi list napisać, a Boziuńce wystarczy powiedzieć; Boziuńka odrazu słyszy. Tylko, że niezawsze może zaraz zrobić, o co ją Halunia prosi, bo z Halunią mówi do Boziuni bardzo dużo innych jeszcze dzieci, więc żeby było po „śplawiedliwości“, Boziuńka musi wszystko robić „po kolei“.
Żeby paciorek poleciał prosto, prosto do nieba, należy go odmawiać przy oknie. Każdego wieczora opiera Halunia obie rączki na framudze okiennej i wspinając się na paluszki, patrzy ku niebu, czy świecą na nim „gwiaźdkowe dziulki“, które porobiła Boziuńka, żeby lepiej słyszeć, co dzieci mówią do niej.
„Ojcze nasz“ trzepie prędko z roztargnieniem, gubiąc i przekręcając słowa. Wzdycha przytym ciężko, jak Baranna przy odmawianiu różańca, i raz po raz rozplata rączki, żeby nacisnąć któryś z bąbelków, które się porobiły na framudze okiennej. Czasem się tak uda, że z takiego bąbelka wyjdzie troszeczkę zielonego lakieru.
Ale przy „daj Boziu źdlowie“, ruchliwa twarzyczka Haluni zaczyna nabierać skupienia. Teraz, to jest prawdziwe mówienie do Boziuńki, a nie takie „pokusenie“ i „winowajćom“, z których Halunia nic a nic nie rozumie.
— Daj Boziuniu źdlowie tatusikowi i mamuńce i cioci Ini i Balanusi i wujciom...
— i Wisełce i Kicie...
— i pani Migdalowej — succe i Migdalątkom...
— i wsystkim doblym ludziom...
Któregoś dnia dodała po chwili namysłu:
— i wsystkim niedoblym ludziom...
Baranna, zaściełająca właśnie łóżko mamuńki, dosłyszała słowa Halusi.
— A co też to Halunię napadło, żeby prosić Pana Boga o zdrowie dla złych ludzi? — wykrzyknęła zdumiona.
— A jakby im Boziuńka źdlowia nie dala, to jakby oni poplawili, nianiu? — odparła spokojnie Halusia.
— O rany! Jakie to mądre! — westchnęła Baranna, przybijając poduszkę ręką.
Czasem prosi Halusia, żeby Boziuńka dała zajączkowi mniejsze uszka, bo z długiemi jemu niedobrze biegać, a czasem, żeby jej przyprowadziła „malutkie źbójciowe dziecko“.
Dla dzieci „źbójciowych i źlodziejowych“ czuje Halunia bezmierne współczucie.
Takie są małe, chude i obdarte. Bardzo często płaczą, bo nic nie mają tylko buzie brudne i włoski poczochrane. I dla tego chodzą po cudzych domach i wszystko ludziom zabierają. Ale jak tylko sobie co wezmą, zaraz ludzie na nich krzyczą i wołają policjanta, a policjant im wszystko odbiera. I nikt ich nie kocha, tylko jedna Halunia. Bo Halunia wie, że one muszą zabierać, kiedy tak nic, zupełnie nic nie mają.
— Źeby do mnie psyslo takie źbójciowe dziecko, i mnie chcialo ćo wziąć, to jaby jemu wsyśtko dalam, jaby mu śukienki śwoje dalam, jaby źabawki śwoje dalam, jaby śćotećkę do źębów dalam, to juzby źbójciątko wsyśtko mialo i by się ciesylo i by bylo doble... — marzy Halunia, kiedy po skończonej modlitwie mama układa ją w łóżeczku.
Nagle fika nóżką, zrzuca kołderkę i jednym susem skoczywszy na kolana mamy, gołemi ramionkami owija jej szyję:
— I by mnie nie źabilo!... — szepce mamuńce tajemniczo do ucha. Haluśka wie, że dla mamy toby było wielkie zmartwienie.
I przycisnąwszy się mocniej do piersi matki:
— Powiedź, co ladniejśe, ląćki cy nóźki? — pyta figlarnie, ocierając się jak kot o maminą twarz.
Mamuńka się śmieje. Wie, że teraz po kolei trzeba wycałować buzię, rączki i nóżki. Wszystko to jest śliczne, cieplutkie, różowe, ale takie rozpieszczone, że bez pocałowania ani rusz nie zechce zasnąć pod kołderką:
— Śpij teraz z Boziuńką!
Halusia śmieje się w kułaczek. Z Boziuńką! Boziuńce już Halunia dawno kazała iść spać. Małe dzieci zawsze najpierw spać idą, a Boziuńką jest malutka, mniejsza od Haluni. I już oddawna śpi w łóżeczku, które jej Halunia przygotowała w fałdce koszulki nocnej.
— Śpaj, śpaj Boziuńko — mówi półgłosem, nakrywając medalik rączką.
I usypia bardzo zadowolona. Cieszy się, że ma śliczne rączki i nóżki, bo kiedy wyrośnie duża i ładna, to będzie tatusiowa „modelka“. „Modelki“ to są takie panie, które pomagają tatusiowi lepić lalusie z gliny...
A Halunia strasznie lubi mięsić i dusić rączkami miękką, „jak blotko“, glinę.




V.
Wujciowie.

W skład najbliższej rodziny Halusi wchodzą jeszcze — wujciowie.
Halunia wie wprawdzie, że nie są to jej „klewniaki“, jak ciocia Inia „i te dziadzie i babcie, ćo pomalnęli“, ale uważa ich za swoją wyłączną własność, tak jak lalusie, Wisłę i Kitę, bo wie, że wujciowie przepadają wprost za nią. Wujciów tych ma bez liku i żyje z niemi na serdecznej, koleżeńskiej stopie. Odwiedziny każdego z nich powinny dostarczyć zarówno im, jak Halusi, pewnej sumy przyjemnych wrażeń. Halunia jest przekonana, że wujciowie przychodzą głównie dla niej, toteż o ile zbyt długo rozmawiają z mamą czy tatuśkiem, mówi im wprost:
— Wujciu, jak maś bawić, to baw źalaź, bo potym, jak psyjdzie inny wujcio, to już nie będę miała ćaśu.
Najlepiej się bawić z każdym wujciem zosobna, bo kiedy się ich zejdzie kilku, to zaraz któryś powiada: „nie słuchaj, Haluś, tamtego wujcia, ja ci coś lepszego wymyślę“, i zabawa nie idzie wcale.
Albo zaczynają się kłócić. Zabierają Halusine zabawki, i jeden wujcio mówi:
— Wiesz, to mój słoń!
A drugi mu go wydziera:
— Nieprawda! bo mój!
Halunia patrzy na wujciów zdumiona. Wie doskonale, że słoń jest jej, bo przysłał go jej jeden dziadzio ze Lwowa. I nie może zrozumieć, dla czego wujciowie mówią, że słoń jest ich. Usiłuje im to nawet delikatnie wytłumaczyć:
— Wujciu, śloń psecie jeśt mój śloń, śloń jesce w Klakowie byl mój śloń, śloń zawśe byl mój śloń!...
Ale wujcio Romcio, jakby nie słyszał słów Haluśki, owija słonia połą surduta i przejeżdża nim pod nosem namarszczonego groźnie wujka Bola:
— A słoń jest mój, bo ja go do domu zabiorę.
Halunia zrywa się z podłogi i biegnie do mamy. Rozżalona pyta, dla czego wujciowie mówią, że słoń jest ich, kiedy słoń jest przecie jej i „dla cego śom takie niegzecne?“
Mama się pochyla, poprawia czerwoną kokardkę, którą włoski Haluni są z jednego boku podwiązane, i szepce do ucha:
— Wstyd, wstyd, Haluś, wujciowie się tak ślicznie z tobą bawią, a ty nie znasz się na żartach i obrażasz się o byle co...
Haluśka nie podziela zdania mamy. Żeby mama była mała, toby rozumiała, że taka zabawa to nie jest śliczna zabawa, „to jeśt źadna źabawa“. Ale mama jest duża, i wujciowie są duzi... I Halunia wraca do wujciów, mrucząc pod noskiem, z nadąsaną minką.
— Z temi ludziami, to wiecny klopot i klopot!...
Czasem szczególniej dotkliwie czuje Halunia odrębność swoją od ogółu dorosłych ludzi. Na szczęście harmonja między wujciami i Halunią naprawia się natychmiast, i za chwilę już pokój rozbrzmiewa takim zgiełkiem, śmiechem i wrzawą, że aż szyby w oknach drżą z radości i śmieją się dźwięcznym, urywanym śmieszkiem:
— Gdzie ty, kumo? — woła wujcio Bolo i goni panią żabę, która czołga się zwinnie między nogami ludzi, krzeseł i fortepjanu. Wujcio chce zapędzić panią żabę do swojego stawu i daje wielkie susy przez salon, przyczym długie włosy spadają mu na twarz jak u tego Stasia-Brzyduły, „ćo mial gzywa, śtlach polywa, a paźnokcie, na dwa lokcie!“
Jeszcze milszą jest „Jaskółeczka“. Wujcio Roman chwyta rękami za poły angleza i fur... lata od ściany do ściany. Jaskółeczkę chce pożreć straszny krokodyl. Ham, ham, kłapie zębami, a jaskółeczka trzepoce się i trzepoce w wielkim strachu. Nareszcie pada na dywan, ledwie żywa ze zmęczenia, i chowając główkę pod skrzydełko, błaga słodkim głosikiem:
— Krokodylu! daruj mi życie, ja mam żonę i dzieci!
Na to krokodyl, który z radosnym krzykiem dopadł jaskółeczki i miał ją zacząć jeść, wzrusza się nagle i objąwszy ją za szyję, szepce do ucha, żeby wujcio się nic nie bał, bo jaskółeczce wszystko się tylko „śnilo“, a naprawdę dywan to jest gniazdko, a krokodyl — mama jaskółeczki. Można sobie wyobrazić, jak się jaskółeczka cieszy.
Na odpoczynek wujcio doktor Okrąglaczek rusza uszami i skórą na głowie. Umie także puszczać dym przez nos, jak lokomotywa, albo zwija usta w świński ryjek i poh! poh! poh! latają po pokoju lekkie, białe pierścioneczki z dymu, które Halunia ze śmiechem usiłuje nawlec na paluszek.
Do niespodzianek nadają się najlepiej wujcio Kazik i Fiutek (co go tatuś naźywa „nalwanego“). Halunia zamyka się z niemi w drugim pokoju i tu odbywają się tajemnicze przygotowania, przerywane złowrogiemi pomrukami, klaskaniem w rączki i wybuchami śmiechu. Wujcio Fiut powraca za chwilę i oznajmia tubalnym głosem, że Halunia poszła na spacer, i że to wielka szkoda, bo właśnie przyszedł cygan z niedźwiedziem i małpą i pyta się, czy można wejść. — Dawać cygana! dawać małpę! — wołają wszyscy, wujcio uderza kilka taktów marsza na fortepjanie — po kilkakrotnych bezowocnych próbach klamka odskakuje, i w drzwiach zjawia się cygan, wiodąc na sznurku niedźwiedzia. Cygan ma na sobie tę samą, co wpierw, krakowską sukienkę malowaną w barwne kwiaty, tylko na znak męzkości brzeg jej tylny zawinął ku przodowi i przepiął na brzuszku agrafką, tak, że zamieniła się w rodzaj bufiastych spodenek. Do pół twarzyczki spada mu wielki kapelusz malarski, którego skrzydła opierają się aż o ramiona. Pewien, że w tym przebraniu nikt nie domyśli się, kim on jest naprawdę, cygan wytrzeszcza oczy i ściąga usteczka, nawołując niedźwiedzia: uhu! uhu!
Poczciwy niedźwiedź z doczepionym do guzika od surduta długim futrzanym kołnierzem mamuńki, wlecze się potulnie na czterech łapach, pomrukując niechętnie, kiedy wujciowie nacierają nań zbyt blizko, łechcąc go, klepiąc i dopytując cygana o małpę.
— Oni śom oba laźem — woła cygan, odganiając wujciów od niedźwiedzia, poczym przywiązuje go do krzesła, uderza rączką w niewidzialne tamburino i zaczyna dziki cygański „taniuszczek“. Du — i — du! du — i — du, oj — la! oj — la! du — i — du — zawodzi, śpiesznie fikając co sił nóżkami. Du — i — du, du — i — du! — zachęca niedźwiedzia do tańca. Niedźwiedź namyśla się przez chwilę, wkońcu przednią łapą poprawia szkła na nosie, dźwiga się ciężko, podnosi najpierw jedną tylną łapę, potym drugą i zwolna kręci się w kółko, naśladując niezgrabnie szybkie ruchy nóżek cygana, a ryczy przytym tak strasznie, że sam cygan blednie ze strachu i kurczowo chwyta się ręki mamy, a z kuchni wybiega Baranusia, żeby się dowiedzieć, co się stało.
A ledwie niedźwiedź dojrzy Barannę, jednym susem wskakuje na krzesło i przemienia się w śmieszną małpkę, która do wszystkich szczerzy ząbki, stroi najpocieszniejsze miny, Barannę ciągnie za fartuch, wkońcu porywa ze stołu jabłko i bojąc się, żeby go jej nie odebrali, wygraża pięścią i zaczyna jeść prędko, prędko, a łupki rzuca poza siebie.
Wszyscy goście zanoszą się od śmiechu, a Baranna ręce podnosi do góry:
— O matko! a toćby przysiągł, że małpa prawdziwa! — woła zgorszona.
Okrzyk ten budzi Halunię z niemej kontemplacji, w jakiej pogrążona naśladowała bezwiednie wszystkie grymasy i ruchy małpy.
— To nie malpa, nianiusiu, to wujcio Kazio!
I nie mogąc dłużej utrzymać swego incognito:
— A ja bylam ćygan! — dodaje, spoglądając na wszystkich pociemniałemi z radości oczkami, i aż piąstki zaciska z radości, że jej się tak doskonale u dało zwieść wujciów.
Niema jednak takiej zabawy, którejby Halunia nie oddała za bajki wujcia Adasia.
Właściwie to tylko mamuńka nazywa to „bajki“, bo wujcio i Halunia bardzo dobrze wiedzą, że to jest „najplawdziwśa plawda“. To o krasnoludkach, przychodzących do lalusinego domku w nocy i wywijających z lalusiami obertasa, to o Kicie, którą wujcio spotkał na balu, przebraną za śliczną panienkę, w błękitnej jedwabnej sukni i białych, długich rękawiczkach. Wujcio z początku Kity nie poznał i tańczył z nią przez całą noc, ale kiedy przypadkiem nastąpił na tren jedwabnej sukni, pęc! i coś go mocno zadrapało w rękę. Patrzy wujcio, a tu panience błyszczą ze złości oczy, zupełnie, jak Kicie, kiedy chce dać Wiśle w papę. Aha! pomyślał wujcio, i już tylko patrzył, czy z rękawiczek nie wysuwają się pazurki. A później, to jeszcze ją lepiej poznał. Było błoto, wujcio panienkę odprowadza do powozu, aż tu z pod sukni wymyka się — ogon, prawdziwy koci ogon! Szkoda, że furman zaciął konie, bo byłby wujcio wziął zaraz Kicię pod pachę i odniósł Halusi, tak, jak była przebrana. Halunia także żałuje bardzo, że nie widziała Kici w tej ślicznej jedwabnej sukni.
Nic się jednak Haluni tak nie podoba, jak ostatnia bajka o czarowniku.
Chodzi sobie taki pan po świecie, gruby, czarny z ogromnym brzuchem i z malutkiemi nóżkami. Na głowie ma czerwone rogi, których się bardzo wstydzi, i dla tego przykrywa je czapką niewidką. Przez cały dzień myśli nad tym, jakby ludziom dokuczyć, bo jest bardzo, bardzo złośliwy. Przemienia się w co mu się żywnie podoba, albo chowa się w czapkę niewidkę. Wejdzie wtedy do pokoju (apetyt ma okrutny), przysunie sobie pudełko z cukierkami — tu wujcio sięgnął dłonią, pokazując plastycznie, jak to Teodor zabiera się do roboty. Haluśka zobaczyła z podziwem, że rumiane policzki wujcia nadymają się, jak balon, a bomby czekoladowe znikają z pudełka z zatrważającą szybkością. Ale to drobiazg wobec tego, że czarownik umie całe gruszki zjadać na jeden kęs. I znowu ujrzała Halunia, jak wujcio, porwawszy za ogonek dużą gruszkę smażoną w cukrze, całą wpakował w usta i nie otwierając ich więcej, zgryzł gruszkę i połknął. Halunia niespokojnie poruszyła się na jego kolanach. Czuła, że dostaje gęsiej skórki na myśl o takiej żarłoczności czarownika.
Na razie nie można było wypytać wujcia o więcej szczegółów, bo tatuśko odwołał go do szachów, ale Halunia nie przestała myśleć o tym, co usłyszała przed chwilą, i tylko czekała, żeby partja skończyła się jak najprędzej. Ale kwadranse mijały za kwadransami, a wujcio i tatuś ciągle jeszcze nie wstawali od stolika. Halunia podsuwała się kilkakrotnie, dając wujciowi różne znaki to rączkami, to oczami, ale wujcio nie zwrócił na nią uwagi.
Wkońcu, nie mogąc dłużej pohamować ciekawości, przytuliła się do jego ramienia:
— Wujciu, jak ja Haluśka, to on jak?
— Jak on? — powtórzył wujcio i zapatrzył się w rękę tatuśka, nieruchomo zawieszoną nad szachownicą — jak on, powiadasz?
Nastała długa chwila milczenia; Halunia czekała, żeby wujcio sobie przypomniał, ale kiedy cisza się przeciągała, mocniej oparła się o jego ramię.
— Jak ja Haluśka, to calownik, wujciu, jak?
— Czarownik? aha! czarownik — syknął wujcio, widząc, że niebezpieczna wieża szachuje mu króla — gadajże Oskar, jak się nazywa czarownik?
— Kapistran! — uśmiechnął się tatuśko i zadowolony z pociągnięcia, strzepnął popiół z wygasłego cygara o brzeg szachownicy.
— Tatuśku!... — oburzyła się Halunia. Była najgłębiej przekonana, że tatuś nawet wyobrażenia nie ma o imieniu czarownika.
— No, no, nie Kapistran, nie Kapistran — uspokoił ją wujcio — już-bo, jak ty Oskar z czym się wyrwiesz... gdzieżby tam Kapistran... Czarownik, moja Haluniu... — tu wujcio szybkim ruchem przyciągnął Halunię do siebie i odgarnąwszy włoski, szepnął w samo ucho: — czarownik nazywa się Teodor!
— Teodol! — wykrzyknęła Halunia i aż rączki złożyła z radości.
Nareszcie dowiedziała się prawdy!




HALUŚKA
CZĘŚĆ II.: TEODOR
I.
Zdeptane dzieciątko.

Odkąd Halunia dowiedziała się o Teodorze, poprostu w główce jej się rozjaśniło. Wie już teraz, kto wsunął skałkę w poręcz od schodów, żeby podrapała jej rączkę, wie, kto przesolił tak zupę, że nikt jej przełknąć nie mógł, choć Baranna zaklinała się na wszystkie świętości, że soli nie nasypała, „ani tyle, co za paznokiećby wlazło“ i wie, kto to zrobił taką niezgodę u wujciów, że ciociusia już nie jest teraz Marjanowa, tylko Karolowa.
Kiedy jej o tym napomknęła Baranusia, Halunia pędem pobiegła do mamy:
— To ciocia Inia ma telaz dwa męze, mamuńko?
— Ależ nie, co znowu, jednego tylko. Że też Baranna musi zawsze wygadać się z czymś niepotrzebnym. Ciocia Inia rozeszła się z wujciem Marjanem, to znaczy, że przestała być jego żoną, i pojechała od niego i dopiero potym wyszła drugi raz za mąż...
— Pojechała od niego? — Halunia szeroko roztworzyła oczy. Nie wiedziała, że to tak można.
— To... to wujcio Maljan był źli, mamuńko?
— Zły? ach nie, nie był zły, tylko... jakże to Haluni wytłumaczyć? Widzi Halunia, wujcio i ciocia nie zgadzali się ze sobą i bardzo byli nieszczęśliwi, więc dla tego. Jak Halunia wyrośnie i pozna świat i ludzi, przekona się, że w życiu jest nieraz inaczej, niżby się chciało. Teraz Haluś jest jeszcze za maleńki i o takich rzeczach nawet myśleć nie powinien, ale kiedyś zrozumie, że tak jest dla nich obydwojga lepiej. — I mamuńka dodała bardzo cicho:
— Co innego, gdyby mieli dzieci.
Halunia patrzyła na mamę badawczo. Właśnie, że już teraz rozumiała każde słowo doskonale, tylko jej się to jakoś pomieścić w główce nie chciało.
Spuściła oczy i z wielkim zajęciem zaczęła zaplatać frendzie maminego szala. W uszach jej zadźwięczał wesoły śmiech cioci Ini, zadzwoniły zabaweczki przy jej pasku, zapachniała jasna suknia i włosy cioci, czarne, miękkie i takie długie, że Halunia cała nakryć się niemi mogła. Ciocia nazywała Halunię swoim bączkiem złotym i przysłała jej czerwony kufer z sukienkami i Krzysią. Krzysia już nie jest teraz ładna, nawet oczy wpadły jej do środka i Halunia nie bardzo lubi się nią bawić, ale kufer jeszcze pachnie ciocią Inią... Halunia z zakłopotaniem podrapała się w karczek, było jej jakoś przykro, bo zaraz po cioci przypomniała jej się „pani sucka Migdalowa“ i ciemna stajnia z bocianem na dachu i białe „tlusie“, wyskakujące z pod podłogi, i wujcio, co miał takie „duze colo az do kolnieza“, gładkie i ciepłe, jak te bułeczki, które niania piecze dla tatusia w sobotę. Ładne mi „lepiej“... a kto teraz czesze i kąpie małe Migdalątka, co się tak śmiesznie toczyły za Halunią na krzywych nóżkach, kto smaży konfitury, kto wujciowi nalewa herbatę, wujciowi, co Halunię tak kochał, że zawsze sam jej dawał do ręki porcelanowe Chińczyki z salonu?
— Pewnie kuchalka — ścisnęło coś w gardle Halunię. Zrobiło jej się jeszcze przykrzej.
— A jaby tak nie źłobilam! — wykrzyknęła nagle i odetchnęła głęboko.
— Bo zeby ja śwego męza mialam, to choćby ź nim nie zgodzilam i tak by nie pojechalam, tylko by Migdalki cesalam i by ź nim Chińcykami bawiłam, a zeby mnie mój staly mąz umalnął — głos Haluni zadrżał ze wzruszenia — to by nowego nie chcialam, by na globek chodzilam, by jemu kwiatki nosilam, i by plakalam, dlugo, baldzo dlugo, cale zycie, moze dwanaście dni!
I na myśl o tych łzach, któreby musiała wylać jako wdowa, robi się Haluśce tak smutno, że czymprędzej chwyta pod ręce ogromną Bronkę-Beatryczę i kręci się, kręci w kółko jak rozszalały, różnokolorowy bąk.
Lalka wytrzeszcza szklane oczy, opatrzone w czarne i grube, jak pędzelki, „belwi“ i mruga niemi z łoskotem, prędko, coraz prędzej, póki podłoga i ściany z szumem nie rozsuną się na wszystkie strony i Halunia nie padnie buzią na kanapę, wołając:
— Oklęt plynie! oklęt plynie! oklęt plynie!
Od ciężkich zmartwień, najdalej ucieka się na okręcie!
Rozmowa z mamą tak silnie utkwiła w pamięci Haluni, że zaraz nazajutrz skłoniła ją do zrobienia ogólnego przeglądu ludzików. Ludziki żyły przeważnie w stadłach małżeńskich, a ze słów mamuńki wywnioskowała Halunia, że jeżeli w małżeństwie niema dzieci, to robi się niezgoda, i mąż i żona są nieszczęśliwi. Tatusiowi i mamusi to dobrze, że dostali Halunię na zawsze. Niechby tak u nich się zrobiła niezgoda, to mamuńka zmartwiłaby się chyba, a Halunia dopiero jak! Tatuśko także, tylko-by tak nie pokazywał po sobie. Tatusie zawsze tak nie pokazują.
No, z murzynem i murzynką niema kłopotu. Mają swoje murzyniątko tak, jak tatuś i mama Halunię; Piękna Tup-Tup i Patataj dostali niedawno dwanaście dziewczynek i dwunastu synków, wyciętych z kartonu przez mamę. Jeszcze tylko wąsaty ułan i panienka...
Że też Haluni nigdy na myśl nie przyszło postarać się dla nich o jakie dziecko. Kto wie, może z niezgody zgubił wąsaty ułan kapelusz ze wszystkiemi włosami, a panienka zawsze głową na jeden bok trzęsie. Niechby tak teraz panienka „ożeniła się z innym ułanem“, toby wąsatemu było smutno dopiero. Wujciowi się przynajmniej została suczka pani Migdałowa i małe, grube szczeniątka, a wąsaty ułan coby miał? nic.
Nie tracąc czasu, Halunia owija głowę w długi mamin woal i przerzuciwszy dwa końce przez ramionka, trzepie woalem jak skrzydełkami, śpiewając:

Psylecial sobie aniołek z nieba
i dzieci niesie komu potseba.

Przefrunąwszy kilka razy dokoła pokoju, przykuca nad podłogą i wiodąc za rączkę niewidzialne, takie malutkie, najmniejsze dzieciąteczko, posuwa się zwolna ku lalusinemu domkowi, gdzie wąsaty ułan i panienka oczekują z niecierpliwością pojawienia się aniołka.
Trzeba nieszczęścia, że w tej samej chwili Baranna, ukończywszy myć okno w sypialni, zesunęła się w tył ciężko i niezgrabnie stąpnęła na podłogę, tuż koło wyciągniętej rączki Haluni.
Wtedy rozległ się krzyk przeraźliwy:
— Lozdeptalaś! nianiusiu, lozdeptalaś!
I Halunia rzuciła się na ziemię i zaniosła się gwałtownym płaczem.
Przerażona Baranna, przekonana, że przydeptała rączkę Haluni, zaczęła ją ściskać i przepraszać, ale Halunia wydarła się z jej objęć:
— Loźdeptalaś! dziecko loźdeptalaś!
Taka była rozpacz w głosie Haluni, że Baranna zrozumiała, że idzie tu o rzecz ważniejszą, niż zwykłe potrącenie. Niespokojnie rozejrzała się po podłodze. W głowę zachodziła, coby takiego rozdeptać mogła. Ale nie dostrzegłszy nawet śladu niczego, spróbowała Haluśkę wybadać podstępem:
— Nie płacz Haluś, nie płacz, oj nie płacz, bo mi serce pęknie... Ino przestań płakać i powiedz, com ja ci zepsuła, a już ja ci to wrócę, żebym tak skonała, wrócę!
— A jak ty jego wlóciś, kiedy ty jego loz-deptalaś! — załkała Halunia i unióssłzy z nad podłogi mokrą od łez buzię, wpiła w poczciwą twarz Baranny wielkie, rozognione oczy:
— A cego ty jego lozdeptalaś, kiedy to nie byla kalalucha! — krzyknęła groźnie i zalała się nowym potokiem łez.
Ach nie, to nie był karaluch. To było cudne małe dzieciąteczko, jeszcze mniejsze od murzyniątka, takie, jak muszka. I było różowe, jak Bobuś, i miało skrzydełka złote, i wąsaty ułan i panienka byliby się ucieszyli. A teraz co będą mieli? nic.
Baranna się zafrasowała. Czuła, że wyrządziła Haluni jakąś wielką krzywdę, i napróżno szukała sposobu naprawienia swojej winy. Zaczęła się domyślać, że bezwiednie przerwała Haluni jedną z tych zabaw, których ona, Baranna, nigdy zrozumieć nie mogła. To też czerwona, dobroduszna jej twarz wyrażała prawdziwe unieszczęśliwienie. Sapała i poprawiała się na siedzeniu, bo od płaczu Haluni zaczęło ją już „mglić w dołku“.
— Oj Haluś, Haluś! a gdzieżbym ja miała sumienie dziecko rozdeptywać, a czy to ja Herod żydowski? czy to ja się z dziećmi obchodzić nie umiem? A tożem troje rodzonych pochowała!
Tu Baranna chytrze pociągnęła nosem, chlipnęła i zasłoniwszy fartuchem jedno oko, drugim zerkała na Halunię, żeby się upewnić, że trafiła na drogę właściwą. Ale Halunia tak czuła zwykle na wspomnienie Baranusiowych dzieci, tym razem nawet główki nie odwróciła. Prawda, że dzieci Baranny pomarły, ale ich przecież nikt nie rozdeptał, tylko w ślicznych trumienkach pojechały prosto do nieba. I niania się tam z niemi spotka, a wąsaty ułan i panienka, choćby poszli do nieba, i tak tam swojego dzidziusia nie znajdą, bo z niego „nić nie źoś — ta — lo!!!“
Baranusi teraz wstyd, i dla tego się wypiera, a to nie jest ładnie. Już lepiej, żeby powiedziała „nie chciący“. Nibyto Halunia nie widziała, jak niania nogą deptała, nogą!
— A ćo to, to twoja noga, nie była twoja noga? — rzuciła nagle niańce drwiące zapytanie z nad podłogi.
— Oj nie, moja Haluś! niech skonam, nie moja — jęknęła Baranna z tak szczerym akcentem w głosie i z taką siłą buchnęła się w piersi, że Halunia raptownie siadła na podłodze.
— No to kogo? — spytała zdumiona. — Ktoś przecież musiał być winien rozdeptania biednego dzieciątka.
Ale zanim Baranna zebrała się na odpowiedź, Halunia klasnęła w rączki:
— Moze Teodola?
Łzy przestały płynąć, jak zaczarowane.
Naturalnie, że Teodora.




II.
A Bożuńka ćo?

Od tego dnia Teodor zaczął się pojawiać coraz częściej.
I już mu nie wystarczało obrywanie nóżek i rączek lalusiom i dziurawienie piłek Halusiowych, doszło do tego, że wlazł w Kitę i zadusił szarego gołąbka (gdzieżby Kita sama, Kita, co ma takie serce, że jak myszkę złapie, to kładzie przy nogach mamy „i miauka, czy można zjeść?“) a nawet... ale to trzeba opowiedzieć od początku:
Było to tego dnia, kiedy przyjechał wujcio Okrąglaczek, żeby „popukać“ Halunię i mamę. Było już po pukaniu, a mama nalewała kawę, a wujcio opowiadał Haluni, jak to raz w szpitalu cieszyły się dzieci, kiedy im wujcio sprowadził szopkę. Tylko jedna malutka dziewczynka siedziała smutna i skarżyła się dzieciom, że nie może widzieć szopki, bo jest ślepą.
— Ślepa, wujciu? — wykrzyknęła Halunia. Była pewna, że ślepemi mogą być tylko lalki, którym, jak Krzysi, oczy wpadną do środka, i małe psiątka dopóki im się oczka nie otworzą — a dla czego wujcio jemu ocków nie naplawil?
— Bo się nie da, bączku. Choroba jest nieuleczalna. A szkoda, bo dziwnie ładne i dobre dziecko — mówił wujcio, nawijając długi wąs na palec i spoglądając bokiem na jego wyciągnięty koniec.
— Panie doktorze — rzekła mamuńka i podsunąwszy wujciowi cukierniczkę, obejrzała się na Halunię, która wielkiemi kawałkami chleba, zapychanemi w buzię, usiłowała zdławić wzruszenie ściskające ją za gardło.
— A, a... Bożuńka ćo, wujciu? — wykrztusiła z trudem, podnosząc na doktora zalane łzami oczy.
Wujcio popatrzył na Halunię, poruszył się nerwowo na krześle, odchrząknął i tak jakoś niefortunnie postawił na spodku filiżankę, że się przechyliła i kawa całą strugą rozlała się na podłogę. Wujcio zerwał się i usiadł na drugą stronę stołu i zaraz zrobiło się dużo śmiechu i wrzawy, bo zanim Baranna nadbiegła ze ścierką, Wisła z jednej a Kita z drugiej strony, łym, łym, językami tak doskonale wylizały kawę, że Baranna wcale już podłogi wycierać nie potrzebowała. Nikt już potym nie nawiązał przerwanej rozmowy, wujcio i mama oglądali nuty, a Halunia bawiła się w lalusinym domku.
Najpierw wyciągnęła z pod Bronki-Beatryczy, czerwony kufer od cioci Ini i obróciwszy go dnem do góry, wysypała na ziemię całą garderobę laluś. Potym zaczęła przekładać wszystkie lalki jedną po drugiej, a odnalazłszy Krzysię, potrzęsła nią kilka razy, nasłuchując kołatania się oczu, zapadłych w głąb czaszki. Puste oczodoły lalki napełniały ją dzisiaj szczególniejszą tkliwością. Pocałowała Krzysię raz i drugi, przygładziła potarganą perukę i pobiegła do mamy. Tu wspiąwszy się na palce, długo coś mamie szeptała do ucha. Mama się uśmiechnęła i skinęła głową, a Halunia zawróciła do lalusinego domku, i szybko zaczęła nakładać na Krzysię wszystkie sukienki, jedną po drugiej; jedną nóżkę obuła nawet w buciczek ze skórki złoconej, drugi był już oddawna zgubiony. A kiedy usłyszała, że wujcio żegna się z mamą, jak kulka wtoczyła się do przedpokoju.
— To dla tego dziecka, wujciu — rzekła, podając doktorowi lalkę — zeby on byl telaz mama Krzysi — głos Haluni zarwał się na sekundę; wydało jej się, że Krzysię kocha najwięcej ze wszystkich laluś, bo... bo Krzysia jest od cioci Ini — ona śama chciala — dodała z nagłą determinacją — a jakby dziecko pytalo, jakie ocka, niech wujciunio powie, nima ocków, żeby dziećkowi nie bylo smutno! — i Halunia z całej siły przycisnęła się do policzka wujcia.
Doktorowi zadrgały wąsy. Przytulił Halunię do piersi, potym zwolna rozplótł rączki opasujące jego szyję, pocałował najpierw jedną, potym drugą, wcisnął lalkę w kieszeń od paltota, postawił Halunię na ziemi, obejrzał się za czapką i nie rzekszy ani słowa — wyszedł.
Tego wieczora Halunia długo zasnąć nie mogła, bo zaraz po wyjeździe wujcia burza wiosenna zerwała się nad Zielonym Dworkiem.
Wichura szaleje, drzewa szumią i gną się ku ziemi z żałosnym jękiem, strugi deszczu nieustannie biją o szyby okienne.
Przez otwarte drzwi salonu strumień światła zalewa białe łóżeczko Haluni, a z pod wysmukłych, delikatnych palców mamy płynie melodja, która tyle razy kołysała Halunię do snu. Nie płacz Haluś, nie płacz, nie płacz, nie żałuj! Nie płacz Haluś, nie płacz, nie płacz, nie ża-a-łuj...</poem> I Halunia już nie płacze. Nie płacze, choć ją jeszcze bardzo oczy pieką i choć jej się przypominają same smutne rzeczy. To o tatuśku, że mieszka aż w Krakowie i pewnie znowu spóźni się na obiad w niedzielę, to o Krzysi, że jej się jeden buciczek zgubił, a kto wie, czy ciocia Inia przyszle Haluni nową lalkę na imieniny, to o Boźuńce, która tam czeka i czeka w niebie.
— A jak ja jesce pomyślę — ze juz moze migdalątka o mnie zapomnialy — zrywa się ostatnie łkanie w piersi Halusi, ale już żadna łza popłynąć nie chce.
A fortepjan śpiewa dalej:

Uśnij Haluś uśnij, aniołek cię uśpi,
Mama cię utuli w malowanej luli...

Nie, nie, już niech lepiej mamuśka nie namawia. Halunia przecież nie może zasnąć, bo musi jeszcze dużo powiedzieć Boźuńce. Chciała przedtym przy paciorku, ale nie mogła, bo zaraz nadleciał Teodor, i zrobił taki wielki wiatr, że aż drzewa zaczęły się kiwać, i paciorki dziecinne pomieszały się ze sobą i już nie mogły polecieć do nieba. I rozsypały się na ziemię, jak te paciorki z różańca Baranusi, które Halunia pomagała jej zbierać wczoraj, i płynęły po wodzie, która z szumem płynęła po dwuch stronach ścieżki i pękały, jak banieczki mydlane, bo Teodor je tłukł! tłukł! tłukł! A wszystko z takiej wielkiej złości, żeby biedny dzidziuś nie mógł widzieć szopki. Jak to Halunia zobaczyła, rozpłakała się i nie chciała już się modlić dalej, a mamuśka myślała, że Halunia boi się burzy. Ale Halunia nie dla tego, tylko dla tego, że jej się tak bardzo zrobiło żal... I tych paciorków potłuczonych i tych drzew biednych, co się tak boją, a uciec nie mogą „bo śom do ziemi psyklejone“ i Boźuńki, co chodzi tam od jednej „gwiazdkowej dziulki“ do drugiej i skarży się aniołkom, że żadnego paciorka dziś nie dostał i „się maltwi“, że Halunia nic mu o dzidziusiu bez oczków nie powiedziała.
— A jak ja miałam powiedzieć, kiedy Teodol był taki niegzecny — nowemi łzami nabrzmiewają oczy Haluni.

Uśnij Haluś, uśnij, siwe oczka stuśnij,
siwe siwiusieńkie, małe malusieńkie...

spływały tony fortepjanu cichą serdeczną pieszczotą, i Haluni robi się tak ciepło koło serduszka, jakby mama tuliła ją w ramionach i pocałunkami zamykała jej spłakane oczęta.
Tylko, że Halunia dzisiaj nie zaśnie, roztwiera paluszkami powieki i myśli, że będzie je tak długo trzymać, aż Teodor się zmęczy i na dworze zrobi się cicho. Wtedy Halunia prędko powie Boźuńce o dzidziusiu, i Boźuńka ubierze się w śliczną sukienkę i buciczki ze złota. I wyjdzie na dwór... i zobaczy, że Teodor zrobił takie wielkie błoto, i powie: „na lącki“. A „pani Cęstochowska, co jest mama Boźuńki“ weźmie Boźuńkę na ręce, żeby się śliczne buciczki nie powalały, no i że Boźuńka jest malutka, mniejsza od Haluni. Idą... idą... idą... aż tu „światełko“: puk, puk do okienka. A wujcio: Kto tam? A Boźuńka: „plosę nowe ocka dla dzidziusia!“ A wujcio się ucieszy i weźmie, a Boźuńka zaraz: „o jaka ślicna lalka!“ i się zapyta: od kogo?
A wujcio chrząknie, i będzie szukał czapki, a czapka będzie na głowie, i pocałuje Boźuńkę mocno, najpierw w jedną, potym w drugą rączkę:
— Na ćo tak, wujciu? — poziewa Halunia i przymyka oczka, ot tak sobie tylko, bo spać to się jej nie chce, zupełnie nie chce.
— Bo tak, bo tak, bo tak — odpowiada wujcio głosem zegara i kiwa nogą naprzód i w tył i znowu naprzód i w tył...
— Uśnij Haluś uśnij, pan Jezus cię uśpi... — coraz ciszej, coraz senniej nuci fortepjan.
— Jemu, to się już śpać nie chce — majaczy się Haluni, — a źegal, to nigdy śpać nie idzie — i nagle wydziera się z jej piersi serdeczne westchnienie nad niedolą zegara, który nigdy się spać nie kładzie, tylko zawsze tak chodzi i chodzi, i chodzi.
I z tym westchnieniem na rozchylonych usteczkach zasypia.




III.
Czary Teodora.

Rzecz dziwna, że choć Teodor dokucza nietylko Haluni, ale starszym także, starsi nie tak dobrze poznają się na jego psotach. Nawet mamuńka, choć przecie taka mądra, a nie może zrozumieć, że to Teodor wypalił dziurę w obrusie i zarzucił kluczyki od spiżarni, tak że Baranna musiała szafę otworzyć siekierą. I tłumaczy Haluni, że obrus spaliła niania przez nieuwagę, a kluczyki to niby Halunia, kiedy bawiła się w pociąg. Takie niedowiarstwo zasmuciło bardzo Halunię, i odtąd przestała wtajemniczać mamę we wszystkie spostrzeżenia, czynione nad Teodorem, poprzestając na zwierzaniu się Barannie, która ku ogromnej jej radości bardzo boi się Teodora. Bo też Halunia nie żałuje barw jaskrawych, mimiki i giestykulacji, kiedy po raz setny opowiada Barannie, jaki to Teodor ma brzuch ogromny, jakie rogi czerwone i jak umie całe gruszki łykać na jeden kęs. Baranna zawsze wtedy trzęsie się (oczywiście ze strachu) i zasłania twarz rękami. No, bo jest się i czego bać!
Jeszcze chętniej rozmawia Halunia z wujciem Adasiem. Bo wujcio nietylko słucha uważnie i w odpowiednich momentach głową kręci z podziwu, ale zawsze doda jeszcze coś ciekawego od siebie. Tamtego tygodnia n. p. nauczył Halunię jednego zaklęcia, którym możnaby odczarować Teodora. Zaklęcie jest bardzo łatwe, i Halunia nauczyła się go odrazu. Oto, jeżeli się ma podejrzenie, że Teodor jest gdzieś w pobliżu, należy pogrozić palcem i powiedzieć: — Teo-dor!... Teo-dor!... Wtedy Teodor siedzi cichutko, jak trusia, bo wie, że jest poznany i wie, że gdyby w takiej chwili coś zbroił — tu wujcio głos zniżył — to tego samego dnia jeszcze o godzinie dwunastej w nocy skończyłoby się jego panowanie. W coby nie był zamieniony, tymby musiał pozostać na zawsze. W lwa, to lwem, w pchłę, to pchłą, a w korek od butelki, ha! to korkiem od butelki, — zakończył wujcio i uroczyście podniósł palec w górę.
Słowa wujcia zabrzmiały w uszach Haluśki, jak ostrzeżenie karzącej sprawiedliwości. „Lwa, to lwa, pchla, to pchla, a kolek butelkowy, kolek butelkowy“ — kiwała w zamyśleniu nóżką, zwieszoną z fotela, niepewna, czegoby należało życzyć Teodorowi.
— A źeby w aniolka? — zapytała po chwili, bo jakoś tamte przemiany nie zupełnie trafiały jej do przekonania.
— Ha! To byłby aniołkiem! — roześmiał się wujcio.
Halunia się ucieszyła. Wiedziała już teraz, co należy zrobić. Najpierw poprosi Teodora, żeby się dał odczarować, a potym mu zaproponuje, żeby się zamienił w aniołka. W aniołka mu będzie przecież dużo przyjemniej niż w lwa, albo korek. No o pchle to się nawet nie mówi, bo jeszczeby go Wisła wygryzła i zjadła...
— Teodol, Teodol... — wywoływała go po cichu i zaglądała pod fotele, kanapę i dywan, usiłując odgadnąć, gdzie przebywa czarownik.
Ale Teodor nie domyślał się zapewne, że Halunia jest dla niego tak przychylnie usposobiona i na złość ukrywał się tak dobrze, że Halunia nigdzie go dojrzeć nie mogła. Halunia jednak nie dawała za wygranę, całemi dniami biegała po pokojach i machała rączką, usiłując zrzucić Teodorowi czapkę niewidkę z głowy, i bawiła się doskonale aż do dnia, w którym z czworga szczeniąt, które aniołek przyniósł Wiśle do pudła pod schodami, dwoje w tajemniczy sposób utonęło w sadzawce.
Naturalnie ani mama, ani Baranna nie wiedziały, w jaki sposób to się stać mogło, ale Halunia domyśliła się odrazu. I od tego dnia zrobiła się jakaś nieswoja. Zaczęła grymasić i popłakiwać bez żadnego powodu, bladła, jeżeli kto głośniej odezwał się albo stuknął drzwiami, to znowu przerywała najweselszą zabawę i stała nieruchoma, śledząc niespokojnie muchę głośniej od innych brzęczącą pod sufitem, albo firankę, poruszaną lekkim podmuchem wiatru. Halunia przeczuwała, że czarownik kryje się gdzieś w pobliżu, i dreszcze przerażenia przebiegały ją na myśl, coby to było, gdyby tak niespodzianie wyskoczył na nią i porwał ją, jak psięta, albo co gorsza, zjadł ją na jeden kęs!
A jeszcze dziś rano powiedziała niania, że Halunia jest smaczna, jak jabłuszko.
Za nic w świecie Halunia nie zostałaby się sama, i jeśli mama wstanie, żeby pójść do drugiego pokoju, Halunia chwyta się jej kurczowo, prosząc lękliwie:
— Juś ty to źlób dla mnie, nie chodź...
— Co jest temu dziecku? — skarży się mama tatusikowi, opowiadając mu o zmianach, jakie zauważyła w Haluni.
— Deszcz pada — lakonicznie odpowiada tatuśko, i rzuciwszy okiem na wesołą, różową buzię córeczki, nie dowierza obawom mamy, uważając je za wytwór przeczulonej macierzyńskiej wyobraźni.
Bo tylko w czasie przelotnych odwiedzin ojca, zmora lęku, czająca się na Halunię z każdego kąta, z za każdego przedmiotu, nie śmie wypełznąć i kryje się głęboko przed widokiem silnych ramion tatuśka, przed stanowczym brzmieniem jego głosu i energicznemi krokami, przemierzającemi pokój.
Ale z odjazdem ojca kończy się spokój Haluni, i znowu popłakuje i kaprysi „niewiadomo czego“.
Aż dnia jednego, w sypialni, rozległ się krzyk przeraźliwy. Jednemi drzwiami wpadła mama, drugiemi Baranna. Halunia stała pośrodku pokoju i jedną rączką wciskała między stulone kolanka fałdki błękitnej sukienki, drugą oganiała się przed czymś niewidzialnym, krzycząc przeraźliwie:
— Teodol! Teodol!
Mama porwała ją na ręce. Długą chwilę Halunia nie mogła ochłonąć z przerażenia. Wreszcie zdołała wyjąkać, że zobaczyła „molę“, ale choć ją zaraz poznała i wołała „Teodol“, ona sobie nic z tego nie robiła, tylko leciała prosto na nią, żeby zjeść ją całą z sukienką nową i białym fartuszeczkiem.
Halunia mole uważała za najżarłoczniejsze stworzenia pod słońcem, i nawet w zwykłych warunkach bała się ich bardzo.
Baranna, śledząca pilnie w kierunku wyciągniętej rączki Haluni, dostrzegła rzeczywiście złoty, drobniuchny pyłek, trzepiący się na ciemnym tle portjery. Ledwie jednak zamierzyła się nań fartuchem, Halunia z krzykiem ponownym chwyciła za rękę mamy.
— Nie daj zabijać! Mamuńko, nie daj zabijać!
— Oj jaka też to Halunia — żachnęła się Baranna, opuszczając rękę przed stanowczym skinieniem mamuńki. Baranna także żywiła serdeczną niechęć do moli, a już do zaczarowanych w szczególności.
Ale dopiero, kiedy mama własnoręcznie otworzyła okno i z zachowaniem wszelkich ostrożności zdmuchnęła mola na dwór, Halunia klasnęła w rączki i zaśmiała się radośnie. I jakby ją nagle opuściły wszystkie lęki i troski, przez cały wieczór bawiła się doskonale. Od czasu do czasu tylko stawała przed zegarem ściennym, przyglądając się uważnie ruchowi wahadła i wskazówek.
I znowu za chwilę przybiegła do matki z zapytaniem, jak to zegar pokazuje łapkami, że się zrobiła dwunasta.
A kiedy mamuńka nastawiła wskazówki na żądaną godzinę, Halunia objęła ją za szyję.
— Ty mnie zbudź, jak będzie dwunaśta — szepnęła matce do ucha.
— Cóż to Haluś myśli z Kitą myszki łapać? — roześmiała się mamuńka.
Halunia popatrzyła na mamę pociemniałemi z radości oczami, zawahała się przez chwilę i zesunąwszy się z jej kolan, z wesołym śmieszkiem uciekła do drugiego pokoju. Niech sobie mamuńka myśli, że myszki... aż tu Halunia w nocy ma aniołka gotowego! Już niech się mama nie boi, Halunia przypilnuje, żeby ani w lwa, ani pchłę. Co to za szczęście jednak, że go Halunia poznała!




IV.
Tajemnicza paczka.
Mama nie zbudziła w nocy Haluni, a dzień następny zalał pokoje Zielonego dworku taką powodzią słonecznego blasku, jaskółki, gnieżdżące się u okna salonu, tak donośnie świegotały o powrocie pogody i wiosny, że Haluńka zapomniała o wszystkim i tylko drżała z niecierpliwości, chcąc jak najprędzej wyrwać się do ogrodu. Ledwie Baranna raz i drugi przesunęła szczotką po jej główce, Halunia, jak rybka, trzepnęła się w jej dłoni i co tchu pomknęła na dwór. Oszalała radością przebiegała ścieżki, na których chwasty rozsiadły się wygodnie, jak małe ogródki dla laluś, otrząsała ze śmiechem srebrną, perlistą rosę, opadającą ciężkiemi kroplami na nadstawione rączki i buzię, to znowu wcisnąwszy nosek między pręty ogrodzenia, patrzyła z zachwytem na daleki zielony ugór z porykującemi krowami i cielątkami i małą Karolę Janowej, wybijającą bosemi nogami wesołe hołupce i wyśpiewującą cieniutkim dyszkantem:

Ka-sie-niu, wołki mas
obiecałaś słodkiej buzi, daj zaraz!

Pod kasztanami czekała na Halunię radość nowa. Drzewa, pokryte świeżą, młodą zielenią, aż huczały od chrabąszczy, obijających się z szumem o gałęzie i spadających wprost do nadstawionego fartuszka Haluni.

Właśnie Halunia, wybrawszy „pana i panią“, rozpoczęła z niemi żmudną naukę chodzenia na dwuch nóżkach, kiedy od domu dobiegł ją głos mamuńki.
Mama stała w drzwiach ganku i unosiła w górę dość dużą opieczętowaną paczkę.
Halunia porzuciła chrabąszcze.
— To dla mnie, to dla mnie, mamuńciu? — krzyknęła, wyciągając ku matce obie rączki.
Boże, co za cudowny dzień! Po długich tygodniach deszczu prawdziwa wiosna, z ptaszkami, chrabąszczami i słoneczkiem, a teraz znowu prezent.
— Cy od wujciów, cy od tatuśka? Cy od cioci Ini? — zdziera Halunia sznurki, które oszczędna Baranna starannie wpierw porozluźniała zębami.
— Spokojniej, Haluś, spokojniej — napomina mama, widząc, że małe rączki drą nerwowo bibułki, owijające jakiś przedmiot kształtu dużego jaja.
Z pod czerwonego papieru wysuwa się żółty, dalej różowy, zielony, znowu żółty i tak bez końca.
— Ki djabeł! — mruczy Baranna mocno zaciekawiona i raz po raz schyla się po strzępy, wylatujące z pod paluszków Haluni, która spocona z wysiłku i niecierpliwości coraz gwałtowniej ciśnie do piersi tajemnicze zawiniątko.
Cały stół jest już papierami zasłany, a jajo nie o wiele zmniejszyło swoją objętość.
— Maś! — wybucha wkońcu Halunia i giestem pełnym zniechęcenia podaje matce paczkę, ale w ruchu tym jajo wysuwa się z jej rączek i z przytłumionym piskiem toczy się w stronę pieca.
— Pisknęlo! Ucieka! — krzyczy Halunia i podniósłszy pakiet, cała zamienia się w słuch i wzrok, śledząc szybkie ruchy maminych palców, odwijających jeden papier za drugim.
— Moze myska? Moze kanalek? Moze lybka zlota? — szepcze bez tchu, przekonana, że to „coś“, skryte w głębi tajemniczego jaja, musi być „zywe“, skoro tak wyraźnie dało znać o swojej obecności.
Paczka jest już rozmiarów zwyczajnej szklanki.
— A-a-a! — wyrywa się z trojga ust, kiedy z pod ostatniej bibułki ukazuje się niewielki potworek z gutaperki, o ogromnej murzyńskiej głowie, wybałuszonych oczach i otwartych szeroko ustach, z czerwonemi, wywiniętemi wargami. Nad króciutkiemi nóżkami w żółtych pantalonach unosi się potężny brzuch, upięty w czerwony frak i białą kamizelkę.
— Też pomysł!... — wzrusza niechętnie ramionami mamuńka, podając zabawkę Haluni, która śpiesznie wyciąga rączki.
— Mnie się on baldzo podoba, mnie się on baldzo podoba, mamuńko, taki clowiecek, ach, taki clowiecek — wzdycha z zachwytem, ale raptem puszcza go z rąk i cofa się przelękła, bo pajac, pchnięty znienacka w brzuch palcem zaciekawionej Baranny, wysuwa z przeraźliwym piskiem język i dwa czerwone rogi i chlup!... wciąga je w siebie z powrotem.
— O Matko Kalwaryjska! A toć to chyba Teodor! — wybucha śmiechem Baranna, pochylając się nad pajacykiem, który, odbiwszy się, jak piłka od podłogi, rozciągnął się u stóp Haluni, wybałuszając na nią gały wielkich, okrągłych oczu.
— Pokaz, pokaz! — przypada Halunia i długą chwilę przygląda się pajacowi w milczeniu. — To jest Teodol — przytakuje wkońcu główką z głębokim przekonaniem. — To jest Teodol — powtarza z naciskiem, przenosząc wzrok na mamę. — No teraz to już chyba i mamuńka wierzy, że to jest „plawdziwa plawda“.
— Pokaż-że mi to straszydło, dzitusiu — uśmiecha się mama i rozbawiona poważnym wyrazem twarzy Haluni, naciska pajacyka. Ledwie jednak pajacyk wrzasnął po swojemu i wysunął język i rogi, Halunia oblała się rumieńcem.
— Nie ciśnij! — krzyknęła gniewnie i wyrwawszy z rąk matki zabawkę, podreptała do ogrodu. Śpieszno jej było pokazać Teodora chrabąszczom i... była na mamę serdecznie urażona.




V.
Boźuńkowy aniołek.

Baranusia ma jednakże niedobre serce.
Tyle razy jej mówiła Halunia, że Teodor już nie jest złym czarownikiem, tylko „najgzecniejsym z najgzecniejsych“, a Baranusia zawsze swoje. Lampa się stłukła w salonie — „Teodor!“ Wylała Halunia atrament na maminym stoliku — „Teodor“, aż Halunia musiała pobiec do mamy i powiedzieć całą prawdę. I o lampie, że ją stłukła Baranusia, i o tym atramencie. Dobrze jeszcze, że mamuńka uwierzyła Haluni, a nie Barannie.
Niania się za to bardzo obraziła i jeszcze więcej teraz dokucza Teodorowi. Wczoraj przy Janowej z mlekiem zaczęła opowiadać, jakie to dawniej Teodor stroił psie figle, choć Haluśka prosiła, żeby nie, bo Teodor patrzył na nią tak żałośnie „swojemi ocusiami okrąglemi“, jakby się chciał poskarżyć, że mu niania taki wielki wstyd robi. Pisnął nawet cichutko i wysunął język. O, nie cały, nie, sam koniuszek tylko, żeby Halunia zobaczyła, jaki jest czerwony. Bo na buzi, to on nie może pokazać, że się wstydzi, bo jego buziuńka jest czarna.
Dziś Baranna była jeszcze gorsza. Dała wprawdzie Haluni srebrny papier z czekolady, ale kiedy Halunia wyrwała się przypadkiem, że chce nim wyścielić domek dla Teodora, niania wyśmiała ją, że pracuje dla takiego djabła rogatego (mówiła: djabla) i powiedziała, że za całe podziękowanie Teodor taki ozór na Halunię wywali i takiego narobi wrzasku, że aże z domu uciekać przyjdzie.
Halunia zakipiała z oburzenia. Tupnęła nóżką, krzyknęła, że to nieprawda, bo Teodor na nią nigdy nie krzyczy, tylko na nianię, co ma dla niego takie niedobre serce, a gdy Baranna zaśmiała się niedowierzająco, Halunia zatkała uszy i uciekła z kuchni, mocno zatrzaskując drzwi za sobą.
— Brzydula — szepnęła w kierunku dziurki od klucza, i choć Baranna nie mogła dosłyszeć tego epitetu, Haluni zrobiło się troszkę lżej.
Ale żal do niańki nurtował ją dalej. Słowa Baranny poruszyły w sercu Haluni najdrażliwszą strunę. Ach, gdyby tak Halunia mogła porwać Teodora i uścisnąć go przed Baranną mocno z całej siły, tak jak tatuśka, tak jak wujcia Adama, tak mocno, żeby aż Halunię w główce zabolało, tak mocno, żeby Barannie było zazdrość, że Halunia więcej kocha Teodora, aniżeli ją. Gdyby mogła przekonać Baranusię, że Teodor ją także kocha i cieszy się, kiedy go całuje Halusia!
Ale Halusia tego nie może zrobić i tak jej przykro, że aż jej się płakać chce z żałości. Bo choć Halunia nie przyznałaby się do tego nigdy, wie jednak, że Baranna powiedziała prawdę...
Faktem jest, że choć Haluśka kocha Teodora tak, jak żadną inną zabawkę, choć oddaje mu wszystkie najpiękniejsze mebelki i sukienki laluś, choć nie zasnęłaby, nie ułożywszy go wpierw przy sobie w łóżeczku, choć Teodor podoba jej się tak dalece, że któregoś dnia zagadnęła mamuńkę, czy chciałaby mieć synka, „ale źupelnie, źupelnie takiego“, ona dotychczas Teodorowi nie spodobała się jeszcze. Bo niech go Halunia przy zabawie, rozbieraniu i ubieraniu bodaj leciutko pociśnie, odrazu...
Halunia tuli go wtedy do siebie, prosząc:
— Teodolku, nie wyśtawiaj jęzia, nie wyśtawiaj, ja psecieź niechcący, ja naplawdę niechcący!
Gdzieżby Halunia naumyślnie. Wie przecież, że Teodor nie lubi, żeby go za brzuszek cisnęli. Ale Teodor powinien zrozumieć, że co innego „na złość“, jak Baranusia, a co innego z miłości.
Ale Teodor tego nie rozumie i trzepie ze złością językiem i rogami, a twarz mu się wtedy tak wykrzywia, że Halunię strach zbiera, żeby się znowu nie zamienił w czarownika. Na szczęście gniew jego mija natychmiast, a skoro wciągnie w siebie język i rogi, to zaraz robi się tak miły, zabawny i grzeczny, że Halunia nacieszyć się nim nie może.
I teraz ledwie Halunia obejrzała się i zobaczyła pajaca, stojącego przed talerzykiem pełnym ryżu z bitą śmietaną, z łyżeczką, opartą o ramię — zasępiona jej buzia rozjaśniła się odrazu; zadowolona, że Teodor, zajęty leguminą, nie zauważy jej nieobecności, objęła spojrzeniem, pełnym uwielbienia, „calny lebek okląglutki, male glubiuchne nóżki i ten bzusek kochany, psyjemny“; poprawiła mu na głowie czepeczek Krzysi i w podskokach wybiegła pod lipę, rosnącą nieopodal domu.
Bawiąc się dziś zrana pod lipą, odkryła Halunia dość dużą dziuplę, prawie zupełnie zasłoniętą młodemi pędami lipy, wyrastającemi z jednego z jej korzeni.
W pierwszej chwili Halunia zlękła się trochę i wyczekiwała z bijącym sercem, czy z czarnego otworu nie wyskoczy na nią jaki smok straszny, albo krasnoludek, pilnujący zaklętych skarbów, ale kiedy nikt się nie ukazał, nabrała odwagi i zagłębiła rączkę w otwór dziupli. Stanowczo dziupla była zaczarowana. Halunia wyczuła pod rączką perły i drogie kamienie, zamienione w trociny, poczwarki i resztki zeschłego chrabąszcza, wypłoszyła nawet dwa pająki, zapewne służbę pałacową, która teraz w pośpiechu uciekła na drzewo. Wtedy przyszło Haluni na myśl, że z dziupli tej możnaby zrobić śliczny pałacyk dla Teodora. Sprowadzona mamuńka przyznała, że pomysł jest bardzo dobry i pozwoliła nawet użyć do przyozdobienia dziupli części ozdób, pozostałych z choinki. Uszczęśliwiona Halunia zabrała się do roboty. Trociny, zaścielające dno dziupli, ubiła mocno kamieniem i przykryła miękkim dywanem z zielonego mchu, a ściany wyłożyła owym srebrnym papierem, z takim trudem zdobytym na Baranusi.
Teraz podkuliwszy pod siebie nóżki, nawleka na długą nitkę płatki kwietne, obrywane z wielkich kiści bzu, leżących dookoła na trawie. Są to girlandy z prawdziwych pereł i drogich kamieni, które zastąpią pajęczyny, wymiecione z pałacu Teodora. Z ustek Haluni, raz po raz wydziera się westchnienie zachwytu. Wydaje się sama sobie jakąś zaczarowaną wróżką, takim upojeniem napełnia ją rozgwar ptaków i pszczół, brzęczących tajemniczo w koronie lipy, ciepło rozgrzanego słońcem powietrza i ten cud girlandy, wykwitający z pod jej paluszków.
I marzy się Haluni, że kiedy Teodor zobaczy ten cudowny domek, to zrozumie, jak bardzo go kocha Halunia, a wtedy i on ją pokocha także i nie będzie na nią krzyczał i nie będzie wystawiał języka i rogów, tylko zupełnie się poprawi, i na zawsze z nią pozostanie, bo mu z Haluśką będzie najprzyjemniej, i będzie Halusin mężuś i Halusin synuś kochany.
Tymczasem z ganku raz i drugi wychyliła się czerwona twarz Baranny, i rozpaczliwy giest rąk przywołał mamuńkę do domu. Domyślając się, że zaszło jedno z tych nieszczęść, które należy ukryć przed Halunią, mama złożyła robotę i zwolna skierowała się ku domowi.
Kiedy jednak Baranna, sapiąc ze wzruszenia, wtajemniczyła ją w to, co zaszło przed chwilą, mamuńka ręce opuściła bezwładnie.
— Powiadam pani, trzasło pod nogą, kie z armaty, ażem zakrzykła: o Jezu! Małom wszyćkich szklanek nie zruciła z tacy. Postawiłam, patrzę się i jaże mnie w dołku sparło... Rany Boskie! A toć to Teodor.... — mówiła Baranna przerywanym głosem, oglądając się ku drzwiom ogrodowym.
— Oj, co też to będzie, kie się Halunia dowie! — wyrwał się na zakończenie piskliwy wykrzyk z jej krtani, i Baranna chlipnęła płaczem, zasłaniając fartuchem oczy.
— Tylko ciszej, moja Baranno, proszę ciszej — powtarzała bezradnie mamuńka — gdzież on jest? — dodała, upewniwszy się, że drzwi są zamknięte na klucz.
— Oj jest, jest! Sapie se ino cichuśko, ale nijakiej siły w chudziaku niema — szeptała przez łzy Baranna, i wydobywszy z przepaścistej kieszeni pajaca, ścisnęła go przed samą twarzą nachylonej mamuńki. Teodor milczał, z głowy jego i ust otwartych zwieszały się strzępy czerwonej, poszarpanej gutaperki.
— Prawda — powiedziała mamuńka i z kolei nacisnęła potworka. Ale żaden głos nie wydobył się z małej piersi, opiętej w czerwony frak i białą kamizelkę. Strzępy czerwone chybnęły się tylko lekko. Krzyk protestu, który wstrząsnął potężnym ciałem Baranny, był łabędzim śpiewem Teodora.
Mama obejrzała go dokładnie, a widząc, że pajac w żaden sposób naprawić się nie da, odesłała Barannę do kuchni, nakazując milczenie przed Halunią, a potym nożyczkami odcięła porwany język i rogi, odniosła Teodora do Halusinego domku i powróciła do ogrodu. Halunia klęczała jak wpierw przed dziuplą i wiążąc kolorowe papierki na pędach lipy — mówiła coś do siebie, ani przeczuwając, z jak ściśniętym sercem mamuńka dobiera w myśli słów, mających uwiadomić Halunię o nieszczęściu, jakie dotknęło jej ulubieńca. Przytym niecierpliwiła mamę Baranna, która jak zbrodniarz, powracający zwykle na miejsce dokonanego czynu, raz po raz ukazywała zapłakaną twarz w oknie jadalni, co wreszcie mogło zwrócić uwagę Haluni.
A pałac Teodora był już gotów. Ściany jego lśniły od złota i srebra, u wejścia kołysała się gwiazda, jak czarodziejska lampa Aladyna. Krzew ustrojony w papierki kolorowe, łańcuchy bzu i świeże kwiaty, wyglądał prawie, jak choinka. Halunia z wielkiej uciechy obtańcowywała lipę, zawrotnym „taniuszczkiem“ — nigdy nie spodziewała się, że to będzie takie cudne.
Podbiegła do mamy, i ciągnąc ją ku lipie, pytała:
— Powiedź, śpodoba jemu? Śpodoba?
— No myślę — odparła mamuńka i chwaląc dobry gust i pomysłowość Haluni, próbowała ją zachęcić do zrobienia jeszcze płotu, altanki i mnóstwa rzeczy, które Haluni wydały się zgoła niepotrzebne.
— To już źlób śobie śama — skinęła łaskawie rączką i pędem pobiegła po Teodora.
— Haluniu! — zawołała mama, ale kiedy Halunia zatrzymała się na ścieżce, machnęła ręką, na znak, że jej niczego już nie trzeba. Nie miała siły powiedzieć Haluni, że Teodor jest zepsuty.
I lepiej, że nie powiedziała.
Halunia już wpadła do jadalni. Teodora tutaj nie było. Widocznie Baranna uprzątnęła go, zbierając naczynie ze stołu. Z brzuszkiem wydętym i ustami szeroko otwartemi leżał na łóżku Bronki-Beatryczy i dziwił się zapewne, że Halunia tak długo zostawiła go dziś samego.
Halunia przypadła do łóżka lalki; oczy jej promieniały szczęściem, usteczka drżały uśmiechem. Radość, która za jej pośrednictwem miała za chwilkę stać się udziałem Teodora, tamowała jej oddech w piersiach, i nawet onieśmielała troszkę. Poprostu Halunia nie wiedziała, jak mu to powiedzieć.
— Teodolku! — wykrzyknęła tylko i w dziecinnym uniesieniu pierwszym gwałtownym odruchem chwyciła pajaca w rączki i z całej siły przycisnęła do ust...
Ale nagłe przypomnienie oblało różową twarzyczkę Haluni jeszcze krwawszym rumieńcem.
Jeżeli go uraziła?! Z bijącym sercem czekała na wrzask, którym zwykle manifestował Teodor gniew z powodu nieostrożnego pociśnięcia jego osoby. Wszystko przepadło! Już Teodor nie uwierzy w Halusine kochanie i będzie myślał, że ona, jak inni... na złość!
Zwolna, odwracając w bok oczy, odchyliła go Haluśka troszeczkę, potym więcej jeszcze, póki pod paluszkami nie wyczuła, że wzdęta, jak balon, figurka, wróciła do zwykłej objętości.
I... i Teodor nie wrzasnął. Sapnął tylko cichutko, jakby mu było bardzo, bardzo przyjemnie.
Oczy Haluni rozwarły się w zdumieniu, prawie tak, jak oczy Teodora. Nie dowierzając sobie samej, po raz drugi poniosła go do ust i ucałowała najpierw lekko, tak żeby nie urazić, a potym mocniej i jeszcze mocniej... I nic... ani języka, ani rogów. Tylko za każdym pocałunkiem lekkie, ciche westchnienie, jakby Teodorowi było bardzo, bardzo przyjemnie.
— Spodobalam! — błysnęło w główce Haluni nagłe olśnienie i przytuliwszy do siebie pajaca, zaczęła go ściskać i całować, krzycząc na cały dom:
— Poplawil! Mamuńko! Poplawil!
I rozpłakała się z radości.

Kiedy Baranna dowiedziała się o poprawie Teodora, rozpłakała się także. Przycisnęła Halunię do piersi i gładząc ją po włoskach szeptała przez łzy, że „tylko skrzydełek brak, a byłby już cały aniołek z nieba“. Halunia się zdziwiła. Jej i bez skrzydełek Teodor wydawał się tak śliczny i miły, „jak najplawdziwsy boźuńkowy aniolek“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.