Haluśka, część I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Haluśka, część I
Pochodzenie Pisklęta
Data wydania 1910
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


HALUŚKA
CZĘŚĆ I.
I.
Ludziki.

Zwinna, jak żywe srebro, a kolorowa, jak bańka mydlana, w chłopskiej czerwonej sukience, malowanej w złote kłosy, biegnie na ratunek osie, ściganej morderczemi uderzeniami ścierki.
— Nianiusiu, osi nie tseba źabijać, ośa dobla! — woła, chwytając grubą Barannę za fartuch.
A widząc, że niańka niedowierzająco jakoś patrzy —
— Nianiusiu, ośa naplawdę dobla, ośa psecie mlećko daje — poucza przekonywującym, pewnym siebie głosikiem.
Otulona w puszyste futerko i kapturek toczy się, jak kłębuszek białej bawełny, przez nasiąkłe wilgocią trawniki, poprzedzana wesołym ujadaniem wielkiej kudłatej Wisły.
Przypada do nikłej zielonej trawki, wyskubując białe kwiatki o złotych serduszkach i z trudem ściska w piąstce „śtoklotkowy bukiet dla mamuńki“.
To znowu ciągnie Barannę, ku ogrodowej sadzawce, nad którą rosochate topole nadwiślańskie szeleszczą resztą zeschłych od jesieni liści.
Śledzi z natężeniem kamień, kiedy rzucony dłonią niańki przedziera senną powierzchnię wody i zapada z pluskiem w jej głąb, i patrzy na fale, które w słońcu zataczają kręgi i uciekają dalej, coraz dalej rozpryskując się na mniejsze, coraz mniejsze, wygięte w łuk, z gwiazdką płonącą w miejsce strzały. Słucha, gdy dobijają do brzegu, z cichym, tajemniczym, wesołym pluskiem:
— Nianiusiu, woda się śmieje! — woła, klaszcząc w rączki z radości.
I już biegnie dalej, dojrzawszy motylka-cytrynkę, który, niepewnie poruszając skrzydełkami, usiłuje stawić opór wiosennemu podmuchowi wiatru:
— Balanusiu! pomalańcka źywa lata — dziwi się, zatulając rączkami buzię.
A gdy zmęczony motylek niespodziewanie przylgnął do białego jej futerka, Haluśka przystaje cała zaróżowiona ze wzruszenia i jak rybka porusza usteczkami, bojąc się głębszym westchnieniem spłoszyć maleńkiego gościa.
— Nianiusiu! ja się jemu śpodobałam — szepcze, podnosząc ku niańce szafirowe oczy, które w tej chwili zdają się prawie czarne, tak ich źrenice rozszerzają się, ilekroć Haluśka jest czymś przejęta.
Motylek siedział skulony, nabierając sił do dalszego lotu, ale kiedy od sadu wionął subtelny zapach kwiatów jabłoni, zaściełających białym kobiercem stopy drzew owocowych, rozłożył raz i drugi skrzydełka i frunął dalej.
Haluśka się zdziwiła. Była pewna, że motylek zostanie z nią na zawsze. Chwilkę stała bez ruchu, nadstawiając motylkowi futrzane swe ramionko, aż nareszcie zrezygnowana machnęła rączką:
— Pomalańćka poleciała do swoich dzieci, cio?
Z pewnością do swoich dzieci. Bo dla czegóżby inaczej nie została z Halunią? Wie przecież, że Halunia nie zrobiłaby jej nic złego. Pokazałaby tylko mamie i puściła. Ale motylek się boi, że jego „małe motylątka plakają w gniaźdecku“, i dlatego tak prędko macha skrzydełkami. Każda mama boi się o swoje dzieci. Mama boi się o Halunię, a Halunia boi się o lalusie.
I zanim Baranna ma czas się obejrzeć, Haluśka się zawraca i pędzi ku domowi:
— Ja się tu źalaź wlócę! — krzyczy, jak może najgłośniej, ale że wiatr tłumi jej wołanie, zaniepokojona Baranna podkasuje spódnicę i biegnie za nią, gubiąc, w rozmiękłym błocie ścieżki, rozklapane kalosze.
— Ja się tylko popatsę, cy lalusie nie placom — krzyczy Halunia, odwracając różową, jak jabłuszko, buzię, i goni co sił ku Zielonemu Dworkowi, gdzie w drzwiach, wiodących do ogrodu, leży na otomanie mamuńka.
W nogach pani, z podkulonemi wdzięcznie łapkami, wgłębiła się w dołek ciemnego pleda duża, bura Kita. Niekiedy odmyka szparki stulonych niby dobrodusznie powiek i przelotnym spojrzeniem obrzuca parę jaskółek, trzepiącą się w zgiełkliwej radości nad gniazdkiem, ulepionym pod okapem dachu, to znowu mruży je rozkosznie pod delikatną pieszczotą długich, wysmukłych palców, przesuwających się zwolna po jej miękkim, pręgowatym, przepojonym słońcem, futerku.
— Przyjemnie trzeszczy? co? — pomrukuje z cicha, podnosząc ku leżącej pani tępy, nabrzmiały sytością i dobrobytem, pyszczek. Raptem uszka Kity się nastawiają, czarnym koniuszkiem ogona zaczyna machać w prawo i lewo z niezadowoleniem, pazurki w wyciągniętych łapkach wsuwają się i wysuwają niespokojnie.
Od strony sadu dolatuje odgłos szczekania psa i radosnego dziecięcego śmiechu.
Kita wstaje zwolna na cztery łapki, wygina grzbiet i ogon w kabłąk i zjeżywszy futerko, patrzy wystraszonemi, zielonemi oczami w biały punkcik, toczący się z głębi ogrodu, potym gwałtownym ruchem otrząsa z siebie resztę ociężałości sennej i rozwarłszy pyszczek w szerokim ziewnięciu protestu, jednym susem kryje się pod fotel, zanim Halunia wygramoli się na schodki ganku z głośnym wołaniem:
— Płakali? płakali, mamuńko?
Zgrzana, spocona, przypada do otomany i rzuciwszy na kolana matki, zmięty i gorący od długiego trzymania w piąstce „bukiet śtoklotkowy“, wyciąga szybko, jedną po drugiej, wszystkie lalki, które, odchodząc, powtykała w boki otomany, mamuńce na pociechę. Upewniwszy się, że lalusie są grzeczne i zdrowe, ściska naprzemian to dzieci, to mamę i opowiada jednym tchem o ślicznych kuleczkach, takich, jak chlebki dla laluś „cio Balanna nie dala źbielać, bo mówiła, źe to się po źająćkach źośtalo, mamuńka wie?“, o Wiśle, co do wody „skocyla“, a potym „tsęsla się, jak fontanna“ i o sroczce, co jeszcze „na wlonkę nie wylosla“, a już kiwała ogonkiem do Krakowa, żeby tatuśko prędzej przyjechał.
Kita, ukryta pod fotelem, spogląda niechętnie na żywą giestykulację małych rączek, zrzucających z pośpiechem białe futerko i kapturek, to znowu pocierających karczek z desperacji, że „mamuńka musi tak ciągle lezeć, lezeć i lezeć!“ Kita zna dobrze te krótkie różowe paluszki, które nieraz, przychwyciwszy ją znienacka, niemiłosiernie duszą do piersi, poczym następuje niezliczona ilość pocałunków, składanych w bure futerko i przeplatanych okrzykami:
— Moja! moja! moja! Kita! Kita! Kita!
Kita mruży oczy, wsuwa łebek w piękną kokardę z czerwonej wstążki, i duma nad szczególniejszym upodobaniem swojej pani do tego hałaśliwego i krzykliwego stworzenia. Kitę dziwi to niezmiernie, jak przy takim ściskaniu i tarmoszeniu pani jej może mieć tak rozjaśnioną minę, jakby ją wielka przyjemność spotkała.
— Musi mieć skórę dużo twardszą od mojej — pomrukuje z cicha, gładząc bury nosek to jedną, to drugą łapką i czeka niecierpliwie, żeby tupot nóżek oddalił się jak najbardziej od jej kryjówki.
Kita nadewszystko lubi spokój.
Na szczęście Kity, ledwie Halunia wyzwoliła się z krępującego ją okrycia, porwała lalki pod pachę i już biegnie w podskokach do sypialnego pokoju, gdzie w kącie między oknem a łóżkiem mamy, jest „lalusin domek“.
Ale po drodze potyka się o małego pajacyka z blachy, leżącego na dywanie.
Masz tobie! niema czasu myśleć o lalusiach, trzeba je jakbądź złożyć na łóżku największej z laluś, ogromnej „Blonki-Beatlicy“ i zająć się „ludzikami“, które, choć są mniejsze od najmniejszej z laluś Halusi, nie są jednak jej dziećmi, „bo śom już duźe“.
Każdy przyzna, że trudno uznać za dziecko murzynka z wielką rozczochraną czupryną i fartuszeczkiem zamiast „majtadalków“, który ma swoją własną żonę murzynkę i swoje dziecko-murzyniątko, w worku na plecach matki. Albo „wąsatego ułana“ i żonę jego „panienkę“ zamieszkałych w pudełku od zapałek, albo Piękną Tup-Tup wciętą w pasie „jak dama jaka“ i dzielnego rycerza Patataja, na białym koniku na biegunach. O nie! to nie są dzieci, to są ludziki — ludziki, posiadające swój własny kraj na nizkim stoliku pod oknem, i żyjące własnym, odrębnym życiem. Z lalusiami schodzą się ludziki tylko na balach i chrzcinach, do których stolik ludzikowy jest koniecznie potrzebny.
Haluśka, pochłonięta najzupełniej obowiązkami macierzyńskiemi, rzadko poświęca im chwilę czasu, ale zdarza się, że tak błahy na pozór przypadek, jak potknięcie się Haluni na Patataju, leżącym na dywanie, zmienia nagle ludziki w bohaterów, przeżywających różne straszne koleje, a Haluśkę w Opatrzność dbającą, żeby wszystko skończyło się, jak najlepiej. Wtedy pod jednym spojrzeniem Halusi, pokój, stół, krzesła zamieniają się w bardzo wielki las, dywan w „duzią wodę“, a otwarty piec, znudzony bezczynnością, sam się prosi, żeby go użyto jako ciemnej trochę, ale suchej i bezpiecznej jaskini.
Wszystko zawsze zaczyna się od Pięknej Tup-Tup. Tup-Tup jest wprawdzie dwa razy większa od swego narzeczonego Patataja, ale oboje są zrobieni z blachy i dla tego zapewne kochają się tak serdecznie. Piękna Tup-Tup mieszka w pośrodku ludzikowego kraju, w domku, uszytym z trzech kart przez mamuńkę. Domek jest otoczony wielkim „blądźącym laśem“. Wyobrażeniem tego lasu są dwa drzewka, wyjęte z Arki Noego, przypominające zielony naparstek, nadziany na patyczek, przyklejony do żółtego krążka. Za tym lasem daleko, daleko, czasem w fałdach portjery, a czasem aż na drugim oknie, mieszka rycerz Patataj, który przyjeżdża do Pięknej Tup-Tup na białym koniku na biegunach. (Co niedziela, jak tatuś!) Ale zdarza się, że „dzielny lycez Patataj, jedzie śobie w inny klaj“ het, daleko, aż do stołowego pokoju. Wtedy Piękna Tup-Tup chodzi i chodzi naokoło domku z kart:

i maltwi się i śmuci,
ze już lycez nie wlóci
i baldźo maltwi i ślocha,
ze juz lycez Patataj nić biednej Tup-Tup
nie kocha!

Zupełnie tak, jak Baranna, kiedy jej mąż pojechał do innych krajów. Tup-Tup się boi, że rycerz Patataj nie wróci tak samo, jak mąż Baranny, bo nie wie, że rycerz już jedzie do niej, tylko jest jeszcze daleko — daleko... I Tup-Tup płacze, i tak jej smutno, że aż idzie naprzeciw. Tup, tup, tup, tup, tuptają jej nóżki. Jedna stoi na ziemi, druga w powietrzu, trzecia i czwarta już się ukazują z pod blaszanej sukienki. (Wszystkich nóżek jest sześć, i jak Tup-Tup zacznie się bać jeszcze więcej, to będą biegły tak prędko, jak radełko od maszyny mamy). Idzie, idzie, idzie, aż doszła do dywanu i pyta bardzo grzecznie:

Powiedz, plosę, pani zeko,
cy Patataj jeśt daleko?

A dywan odpowiada grubym głosem, jakim zwykle przemawiają czarownice w bajkach, układanych przez Baranusię:

A cego ty mnie źbudziłaś,
kiedy ja się jeśce nie wyśpalam,
i choćby wiedzialam, toby tobie
nić nie powiedzialam!

Wtedy Piękna Tup-Tup zaczyna płakać, ale to tak płakać, że wodzie robi się przykro i mówi, że ona tylko żartowała, a naprawdę to rycerz Patataj jest niedaleko

źa siódmą gólą
źa siódmą źeką...

Tup-Tup ślicznie dziękuje i idzie dalej „i się ziabląkuje“, bo wielki las jest naokoło. Tup-Tup boi się bardzo, bo „puhace puhają i kluki klukają“ i dzikie zwierzęta ryczą. Tup-Tup nie wie, że zwierzęta są zamknięte w Arce Noego i nic nikomu złego nie robią, bo są „śwojśkie“, tak, jak Wisła i Kita, i tylko się tak śmieją do murzyniątka, które się z niemi bawi. Tup-Tup myśli, że zwierzęta są ciągle jeszcze dzikie i że najpierw ją zjedzą, a potym zjedzą Patataja — rycerza i konika białego. Uhu! ryczą zwierzęta, a Tup-Tup biegnie naprzód z wyciągniętemu do góry rękami (dawniej miała w nich parasol, ale się urwał) i woła:

Gwaltu! lety! aj! aj! aj!
gdzie mój lycez Patataj?!

Tu następuje króciutka przerwa, bo Haluśka musi wyprowadzić z pieca „wąśatego ulana“ i „panienkę“. Czasem są to krasnoludki, czasem „takie źli źbóje, ćo się poplawili i juź potym byli doble“. Zbójcy uspakajają Piękną Tup-Tup, że jak się tylko skończy noc, to rycerz się znajdzie. Ale Piękna Tup-Tup nie chce im wierzyć, bo nie wie, że oni są już „doble“ i o mało, mało a jużby się utopiła, bo tak jest ciemno, „źe aź śtlach“. Ale wtedy Halunia czymprędzej zamienia się w słoneczko, które wybiega z nieba, przeciąga się rozkosznie, mruga oczkami, a potym raz po raz przysiada nad podłogą, ogrzewając las, wodę i ludziki brzegiem czerwonej sukienki, malowanej w złote kłosy. I tak, jak mówili zbójcy, zaraz z drugiego pokoju:

Tlu-tu! tu! tlu! tu! tu! tu!

tląbi lycez Patataj:
Tup-Tup moja, buzi daj!

Ach, co za radość! Piękna Tup-Tup i Patataj padają sobie w objęcia i tak się mocno całują, że aż zaniepokojona Kita zaczyna gonić po pokoju z zadartym w górę ogonem.
Ale niezawsze losy Pięknej Tup-Tup układają się tak pomyślnie. Czasem zabawa się urywa. Halusia coś mówi do siebie półgłosem, wzdycha, splata i rozplata rączki. Może zapomniała, co ma być dalej, a może chciałaby wymyśleć coś nowego. Biegnie wtedy po radę do mamuńki.
Tak się jakoś składa, że ile razy Halunia bawi się „ź ludzikami“, w saloniku jest za zimno i mama się musi położyć na swoim łóżku w sypialni. Haluni nie przeszkadza to najzupełniej, owszem, woli nawet, żeby ktoś był w pokoju, byleby tylko wcale nie uważał na to, co mówią i robią ludziki. Bo ludziki bardzo nie lubią, żeby się kto do nich wtrącał. Zaraz im się wszystko myli, i już potym nie wiedzą, jak się bawić dalej. Ale mamuńka może zostać, bo tak jest zawsze zajęta robotą albo czytaniem, że nigdy nie wie, co się dokoła niej dzieje. A potym znowu Halunia jest tak zajęta, że także nie wie, co się z mamą dzieje. Nie widzi też, że mamuńka lekko pochyliła się naprzód, śledząc każdy giest, każde drgnienie głosu i wyobraźni ruchliwej maleńkiej postaci. Usta mamy to zginają się w przelotnym uśmiechu, to poruszają się, jakby mama chciała coś powiedzieć. Ale nie mówi nic, patrzy tylko i słucha, ale tak jakoś, jakby miała przed sobą nie swoją, lecz inną jakąś Haluśkę.
A kiedy Halunia pada przed Piękną Tup-Tup na kolana i błaga przejmującym, przerywanym łzami głosikiem:

Klólewno!
nie top się tak gwałtownie,
bo ciebie śkoda
źośtawić
umal — nię — tą —
na źawśe!...

Mamuńka wlepia oczy w zmienioną twarzyczkę Haluśki i patrzy na nią z takim zalęknieniem, jakby dopiero teraz spostrzegła, jak wielkie Pięknej Tup-Tup grozi niebezpieczeństwo.
A potym oddycha głęboko i, oparłszy głowę o poduszki, wolno, mechanicznie nawija nitkę jedwabiu na szydełko.
Ale niech Halunia tak, jak w tej chwili, przybiegnie do łóżka mamy z zapytaniem:
— Powiedź, a ćoby było, źeby Patataja wilki zjadły?
Mamuńka milczy przez chwilę, a potym odpowiada z tym słodkim uśmiechem, po którym Halunia od razu poznaje, że mama nawet nie słyszała jej zapytania:
— O co ci chodzi, Haluśko?
Trudno, starsi niezawsze mogą się zajmować zabawami dzieci.




II.
Tatuśko.

Starsi wogóle bywają czasem dziwni. Naprzykład — tatuśko.
Tatuśko mieszka na codzień w tamtym domu w Krakowie, w którym przedtym, kiedy mamuńka była zdrowa, mieszkała i Halunia także. Tatuś ma tam swoją „placiownię“ i lepi w niej takie duże, duże lalusie z gliny. Lalusie te są brudne i nie można się niemi wcale bawić, Haluni nawet nie bardzo się podobają, tylko nikomu o tym nie mówi, bo... bo Halunia nie wszystko starszym mówi.
Do Zielonego Dworku przyjeżdża tatuś raz tylko w niedzielę. Ogromnie miło jest czekać na tatusia. Już od soboty po całym domu rozchodzi się zapach pieczonej baby z rodzenkami, w kuchni prasuje Baranna Halusine sukienki, a także swoją czerwoną spódnicę i fartuch w niebieskie kwiaty. Halusia myje lalki i wyciera naczynie drewniane. Wszystko na tatusia przyjęcie.
W niedzielę rano jest jeszcze przyjemniej. Halunia raz po raz biegnie do dużej szafy z lustrem i przygląda się z zajęciem tej drugiej Haluni, którą tu może obejrzeć od trzewiczków i pończoszek, aż po włoski rozplecione na „lwią gzywę“, unoszące się dokoła głowy, jak lekki puchowy obłok. Haluśka z lustra ma na sobie duży koronkowy kołnierz i króciutką, ledwie do kolan sięgającą sukienkę z ciemnego aksamitu, przewiązaną nizko skórzanym paskiem. Minkę ma bardzo uroczystą, rączki trzyma daleko od siebie i naprzemian to się uśmiecha, to krzywi buzię, żeby się przekonać, czy jest Halusią naprawdę. Bo mamunia powiedziała, że Haluśka wygląda na chłopczyka, i Haluśka jest bardzo ciekawa, czy jak ją tatuś zobaczy, nie pomyśli, że z Haluśki się zrobił synek. Halusia sama siebie poznać nie może, a cóż dopiero tatuś, który jej od niedzieli nie widział i wcale nie wie nawet, że mamunia uszyła Haluśce nową sukienkę z aksamitu.
Tylko, że z tatuśkiem, to się nigdy nic nie wie. Powie „przyjadę“, a jak się wszystko przygotuje, to nie przyjedzie, a innym razem, kiedy powie „napewno nie“ i nic się nie przygotuje, to właśnie przyjedzie i jeszcze dużo wujciów przywiezie ze sobą. Wtedy jest bardzo wesoło i przyjemnie, ale byłoby jeszcze przyjemniej, żeby wszystko było przygotowane.
Mamuńka tak samo mówi.
Ale czasem tatuś przyjedzie i od rana jest w domu, a Haluni się zdaje, że jakby go nie było. Wtedy jest bardzo przykro, bo Halunia tak się cieszyła, tak czekała przybycia tatuśka, a tatuś tylko mamuńkę pieści, z mamuńką rozmawia i o takich rzeczach, które zupełnie nie zajmują Haluni. Albo chodzi po pokoju, marszczy czoło, rysuje papierosem jakieś figury w powietrzu, uśmiecha się sam do siebie, i patrzy w podłogę, a o Haluni, to jakby zapomniał. A niech mu Halunia zabiegnie drogę, żeby pokazać klamki ślicznie wyczyszczone przez Baranusię, albo „jaśkólątka“ piszczące w gniazdku nad oknem salonu, tatuś odsuwa ją ręką i mówi: „zaraz, zaraz... “
Ładne mi „zaraz“, kiedy Haluśka tak długo już czeka, że aż jej się płakać chce, a potym zrobi się noc, i tatuśko pojedzie.
Ale zato kiedyindziej, ledwie tatuśko się zjawi, odrazu zaczyna się dokazywanie. Tatuś mówi, że się musi rozruszać, i skacze przez krzesła, albo bierze Halunię „na barana“ i goni z nią przez wszystkie pokoje „naokoło świata“. Potym wykręca Haluni rączki naprzód i wtył „żeby byłam plośta“ czasem przytym da klapsa, albo uszczypnie, a Halunia aż się zanosi od śmiechu. Nie, żeby Haluni nie bolało, owszem nieraz łzy nawet zabłysną w jej oczkach, ale wtedy śmieje się jeszcze głośniej, bo boi się bardzo, żeby tatuś nie powiedział pogardliwie:
— Ładnie! nie wiedziałem, że mam córkę z masła!
Zresztą Halunia wie, że to z żartów, a z żartów, to choćby trochę bolało — i tak jest przyjemnie.
Czasem znowu tatusia chwytają się figielki.
Biegnie Haluśka przez pokój, a tatuś porywa ją wpół i dmucha we włoski, że całą buzię jej zasłaniają.
— Ja nie lampa, nie dmusiaj! — prosi Halunia, usiłując wysunąć się z opasujących ją dłoni.
A tatuś swoje.
— Nie dmusiaj, bo źgaśnę! — krzyczy Halunia już na dobre przerażona i rzuca się w ramiona ojca, szukając na jego piersi ochrony dla własnej kruchości.
Wtedy to już tatuś przestaje. Naturalnie sam się boi, żeby mu Halunia nie zgasła.
Zdarza się, że tatusik wyprawi Haluśkę do kuchni, a ledwie Halunia wróci, odrazu poznaje, że tatusik musiał coś zbroić. Bo tatuś niby to czyta gazetę, a raz po raz zerka na Haluśkę, a wkońcu pyta:
— A cóż tam lalki twoje zdrowe?
Oho! Już Halunia wie, co to znaczy. Biegnie do lalusinego domku i wraca za chwileczkę, czerwona z oburzenia.
— Tatuśku! Na ćo ty Blonće-Beatlicy dałeś papielośa?
A tatuś jakby nigdy nic:
— Proszę!? To twoje lalki palą papierosy?
I najspokojniej czyta dalej gazetę.
Tatuś jedne lalki lubi, a drugich nie lubi. Bronce-Beatryczy daje zawsze psztyczka w nos i mówi, że jest „paluba“, a Bobusia to nawet ochrzcić nie chciał, tylko odwrócił się z odrazą i rzekł:
— A któryż to z wujków obdarzył cię taką pokraką?
Halunia się bardzo rozżaliła. Bobusia dostała od wujcia doktora „Okląglaćka“ i lubiła go najbardziej ze wszystkich laluś, bo był różowy i tłuściutki, jak te śliczne prosiątka u Janowej, co mleko przynosi, i można go było kąpać, jak prawdziwe dziecko. Bobuś miał niebieskie „majtadalki“, takie same, jak jego oczka i płakał zawsze „i źle! i źle! i źle“ (źupelnie, jak ja, kiedy bylam mala) — toteż Halunia pojąć nie mogła, czemu się tatusiowi nie podoba.
Potym jej to wytłumaczyła Baranusia. Powiedziała Haluni, że inne jest serce „matczyńskie“, a inne „ojcowe“ i że „niechtóre mężczyzny som takie“, że nie lubią małych dzieci. Właśnie taki jest tatuś. Kiedy Halunia się urodziła, także mówił „pokraka“, że Barannę „jakby nożem w serce źgnęło“. „Dobrze, że choć pani nie słyszała, boby się była zapłakała biedajstwo“ — dodała, kiwając głową ze współczuciem.
Halunia się uspokoiła. Była już pewna teraz, że jak Bobuś wyrośnie, to się tatusikowi spodoba. Halunia się mu przecież teraz podoba, o! i jak jeszcze. Uważa jednak, że tymczasem lepiej tatusiowi nie nasuwać Bobusia na oczy; dla tego każdej niedzieli chowa go pod poduszkę mamuśki. Na szczęście Bobuś jest z „cieluidu“, więc choć się mama na nim położy, to i tak mu nic nie zrobi.
Wkrótce jakoś razem z Bobusiem zaczął się ukrywać pod poduszką i mały golasek z czekolady. Bo z golaskiem to była cała awantura. Któregoś dnia Halunia, wbiegszy do jadalni, zobaczyła tatusia przyglądającego się golaskowi z zajęciem.
Halunia chwyciła go za rękaw.
— Ty mi nie źjedź golaśka! — zawołała, widząc, że tatuś tak jakoś patrzy na golaska, jakby się namyślał, czy zacząć go jeść od góry, czy od dołu.
Tatusik błysnął z za szkieł rozswawolonemi oczami:
— No, a jak zjem, to co?
— Kiedy to jest moje dziecko! — broniła Halusia, wdrapując się na krzesło. Ale ręka tatusia podnosiła się zawsze wyżej, niż rączki Halusi sięgnąć mogły.
— Twoje dziecko? — oburzył się tatuś i wolną ręką łechtał Halusię to w szyjkę, to w brzuszek. — Twoje dziecko? No, no, ktoby się spodziewał, że moja córka będzie miała takie czarne dziecko, fe!
Halunia wybuchnęła śmiechem. Prawda, przecież golasek był cały czarny. Ładne dziecko, takie jak kominiarz i z czekolady do tego. Ostatecznie, można go nawet dać zjeść tatusiowi, bo i tak, jak Halunia wyrośnie, to dostanie inne, prawdziwe dzieci.
— Ale jak ja będę miala śwoje biale dziecko, to ty nie źjeś tamtego mojego dziecka — wołała ze śmiechem, nibyto oganiając się przed ręką tatusia, a właściwie podsuwając się coraz bliżej, bo zabawa zaczynała być bardzo wesoła.
— Nie zjem? — zaśmiał się tatuśko. — Ależ zjem, zjem, Haluniu, i z apetytem do tego!
— Źjeś? — Halunia cofnęła się o krok i z niepewnym uśmieszkiem patrzyła na ojca. Chyba, że tatusik nie wie, co mówi, bo przecież prawdziwych dzieci się nie je i zresztą niania mówiła, że jak Halunia będzie miała dzieci, to tatuś będzie ich dziadek... tak, dziadek...
— A jak ty jego źjeś, kiedy ty nie będzieś miał wtedy źębów? — pytała, opierając poważnie bródkę, na krawędzi stołu. Halunia przypominała sobie z całą dokładnością, że ten dziadek, co przychodził do kuchni w Krakowie, nigdy nie chciał jeść mięsa, bo mówił „nima źębów“, a potym — umarł.
— Co? Już nie będę miał zębów? — zdziwił się tatuś. — Ha, to będę musiał tak zrobić... — tu tatuś zawrócił oczami, otworzył „japkę“, jak mógł najszerzej i przełknął ślinę, aż mu coś w gardle zabulgotało. — Mniam, mnia, mniam, połknę jak pigułeczkę i już!
— A jak ty jego polknieś, kiedy ty już wtedy będzieś umalnięty?! — krzyknęła Halunia, przebierając nóżkami ze zniecierpliwienia. Strach, jak tatusikowi trudno coś wytłumaczyć.
Tatuś przestał się śmiać. Zrobiło się zupełnie cicho.
— No, a ty co? — rzekł wkońcu i popatrzył na Haluśkę, jakby ją pierwszy raz widział przed sobą.
— Ja ćo? Ja będę wtedy gośpodynia i będę miala śwego męża i będę miala śwoje dziećko — odpowiedziała Haluśka i założyła wtył rączki.
— A potym?
— Potym, ja będę stala i umalnę, a moje dziećko będzie gośpodynia i będzie mialo śwego męża i będzie mialo śwoje dziećko — jednym tchem mówiła Halunia, trochę zdziwiona, że tatuśko wypytuje ją o takie znane rzeczy i taką ma dziwną minę, jakby mu się zupełnie jeść golaska odechciało.




III.
Baranusia.

Śmierć jako następstwo starości i braku zębów jest wprawdzie zjawiskiem zupełnie naturalnym, jednakowoż Halunia nie lubi pogrzebów.
Zdarza się, że kiedy bawi się przed domem, dosłyszy zdaleka żałosny, jękliwy śpiew...
Biegnie wtedy pod otwarte okno i woła przyciszonym głosem:
— Mamuśko! Pogzeba!
I przyciśnięta do muru, zatulając rączkami buzię, patrzy z pod zesuniętych brewek na przesuwającą się wolno wzdłuż sztachet gromadę zawodzących smutnie bab i chłopów, patrzy na człowieka, niosącego czarny krzyż, i żałobne, trzepiące się na wietrze chorągwie.
I patrzy na trumnę, leżącą na wozie, a w szafirowych jej oczach przebija się wyraz zaciekawienia i niepokoju.
— Jak ja nie lubię takiej pogzeby — rzekła raz, kiedy już kondukt pogrzebowy znikł na zakręcie drogi.
— Bo się nie wie, cy umalnęło stale, cy mlode — dodała, podnosząc ku matce zasępioną twarzyczkę.
— Czyż to nie wszystko jedno, Halusiu? — zapytała zdziwiona mamuśka.
Halusia potrząsnęła główką.
— Nie jedno, mamuśko — odparła stanowczo — bo śtale, ćo nazylo, nazylo i umalnęło, to jego już nie śkoda, a młode, ćo nie nazylo, to jego więksa śkoda!
Dla tego to Haluni tak bardzo żal Baranusiowych dzieci.
Baranusia miała troje dzieci. Najpierw tego Józusia, co się urodził, kiedy niania „oźeniła źa śwojego męźa“, ale potym, jak mąż Baranny wyjechał do innych krajów i już nie wrócił więcej, to Józuś zaczął chorować i umarł. Niania mówi, że Józuś to zrobił z dobrego serca, bo to było takie mądre dziecko, że odrazu zmiarkował, że jak ojciec nie przysyła pieniędzy, to matka „choćby do krzty zarobiła kulasy“, to i tak nie da rady zapracować na dwoje. Popłakiwał też sobie Józuś, popłakiwał, aż raz zesiniało niebożątko, zipnęło z raz, abo i ze dwa może i poleciało do nieba!...
Tu Baranna zazwyczaj energicznie wyciera nos i oczy fartuchem, ale za moment już się uśmiecha dobrodusznie:
— Tyla mi się po moim łajdusie ostało — mówi wesoło, pokazując nie bez dumy olejodruk, wiszący na ścianie.
Niania najczęściej mówi o swoim mężu „lajduś“, choć on był szewcem i nazywał się Baran, Michał Baran.
Halunia ma naturalnie bardzo za złe mężowi Baranny, że od niej pojechał, ile razy jednak rzuci okiem na kolorowy obraz w złoconej ramie, wiszący nad łóżkiem niańki, serduszko jej wzbiera uczuciem szczerego zachwytu. Mąż Baranny ubrany jest w mundur cesarski i czerwone pantalony, siedzi na białym koniu, który w szalonym pędzie przeskakuje przez ziejącą ogniem armatę. W ręku ma świecący pałasz, na piersi dużo orderów i złotych krzyżów. Najmniej ładna jest twarz męża Baranny, taka sobie mała, niemalowana, jak na wszystkich fotografjach. Ale cały obraz jest śliczny i podoba się wszystkim, nawet Janowej z mlekiem. Tatusik tylko się zawsze z niego śmieje i mówi, że głowa męża Baranny odcięta jest od fotografji i przyklejona do obrazu zamiast głowy cesarza. I mówi Halusi, że tu powinna być inna głowa, robiona z profilu, nie z przodu, z jednym okiem i jednym uchem. Halunia nic na to tatusikowi nie odpowiada, ale wie dobrze, co ma o tym myśleć. Tatusikowi się ten obraz widać bardzo podoba, i chciałby go mieć dla siebie, a wie, że Baranusia-by mu go nie dała, więc mówi tak dla tego. Każdy ma przecież dwa uszka i dwa oka, a tatusik-by chciał, żeby mąż Baranny miał tylko jedno. Naturalnie dla tego, żeby nie poznali, że tatusiowi się tak chce tego obrazka. Ale Halunia poznała doskonale.
O tamtych dzieciach Baranusi wie Halunia tylko tyle, że także pomarły. O nich jakoś nianiusia nigdy nic nie opowiada, tylko zawsze o tym pierwszym Józusiu. A kiedy Halunia pyta: dla czego? — niania odpowiada, że nie miała dla nich serca, bo nie były do Józusia podobne. Za to ma serce dla Haluni i zawsze jej na wszystko pozwala, i co sobotę piecze dla laluś okrągłe chlebki, takie twarde, że nawet Wisła zgryźć ich nie może. A wszystko dla tego, że Halunia jest podobna do tego Józusia. Józuś miał takuteńki nosek i dołeczki na rączkach i nóżkach, i takie oczka, i „paznokcie“ i wszystko, że jak niania zacznie wyliczać, to aż mama się niecierpliwi, a Halusi odrazu się w główce mąci... Bo Halunia wtedy nie wie, czy ona jest naprawdę Halunią...
Tatuś to także tego nie wie, bo niedawno powiedział do Baranusi:
— No, jak wszystko mieli jednakowe, to chyba Halunia jest waszym synkiem, co moja Baranno?
I roześmiał się.
— E-e, panu to ta zawsze w głowie, co nie potrza — parsknęła w fartuch Baranna i uciekła do kuchni.
Halunia przypatrywała się im z niepokojem. Nie mogła zrozumieć, z czego się tatuś i niania śmieją. Jej już nieraz przychodziło na myśl, czy Boziuńka, widząc, że Józuś tak ciągle choruje, nie zabrała go do nieba do naprawy, tak jak Bronkę-Beatryczę, kiedy się jej nóżka urwała, a potym aniołek odniósł ją w ślicznej sukience pod choinkę. Może i Józusia naprawiła Boziuńka i kazała odnieść drugi raz dla Baranusi, a aniołek się pomylił i zamiast do kuchni, odniósł Józusia do pokoju, a tatuś i mamuśka go zobaczyli i pomyśleli, że to jest całkiem nowe dziecko i że to dla nich, i bardzo się ucieszyli, i tak się zrobiła Halusia. Haluni się wtedy serduszko kurczy boleśnie, bo przecież wolałaby o wiele być prawdziwą córeczką tatusia i mamy, a nie taką, naprawioną z Józusia.
Byłoby jej lżej, gdyby mogła zwierzyć się komu z tych dręczących ją wątpliwości, ale im bardziej pragnie poznać prawdę, tym trudniej jej się zdobyć na zapytanie.
Nareszcie dnia jednego zagadnęła mamuńkę:
— Powiedź, ćy jak mnie przynióśl aniolek, to ja byłam w kośulce, ćy w majtadalkach?
Mamuńka się uśmiechnęła, pocałowała Haluśkę w czoło i powiedziała, że Halunia urodziła się zupełnie golutka.
A Halunia westchnęła ciężko.
Teraz to już nic nie wiedziała.
Widać, że taką rzecz może wiedzieć tylko — Boziuńka.




IV.
Boziuńka.

Boziuńki Halusia tak bardzo dobrze nie pamięta, tak jak nie pamięta cioci Ini. Ciocię widziała ostatni raz, jak miała dwa lata, a Boziuńkę jeszcze przedtym w niebie. Ale i ciocię Inię i Boziuńkę zna Haluśka doskonale z „fotoglafji“ i wie, że zarówno Boziuńka, jak i ciocia Inia, bardzo Halusię kochają, bo nieraz przysyłają Haluni śliczne zabawki. Od Boziuńki przynosi je aniołek, a od cioci Ini kulawy Antek z poczty. Jeżeli Halunia chce ciocię o co prosić, to mamuśka musi list napisać, a Boziuńce wystarczy powiedzieć; Boziuńka odrazu słyszy. Tylko, że niezawsze może zaraz zrobić, o co ją Halunia prosi, bo z Halunią mówi do Boziuni bardzo dużo innych jeszcze dzieci, więc żeby było po „śplawiedliwości“, Boziuńka musi wszystko robić „po kolei“.
Żeby paciorek poleciał prosto, prosto do nieba, należy go odmawiać przy oknie. Każdego wieczora opiera Halunia obie rączki na framudze okiennej i wspinając się na paluszki, patrzy ku niebu, czy świecą na nim „gwiaźdkowe dziulki“, które porobiła Boziuńka, żeby lepiej słyszeć, co dzieci mówią do niej.
„Ojcze nasz“ trzepie prędko z roztargnieniem, gubiąc i przekręcając słowa. Wzdycha przytym ciężko, jak Baranna przy odmawianiu różańca, i raz po raz rozplata rączki, żeby nacisnąć któryś z bąbelków, które się porobiły na framudze okiennej. Czasem się tak uda, że z takiego bąbelka wyjdzie troszeczkę zielonego lakieru.
Ale przy „daj Boziu źdlowie“, ruchliwa twarzyczka Haluni zaczyna nabierać skupienia. Teraz, to jest prawdziwe mówienie do Boziuńki, a nie takie „pokusenie“ i „winowajćom“, z których Halunia nic a nic nie rozumie.
— Daj Boziuniu źdlowie tatusikowi i mamuńce i cioci Ini i Balanusi i wujciom...
— i Wisełce i Kicie...
— i pani Migdalowej — succe i Migdalątkom...
— i wsystkim doblym ludziom...
Któregoś dnia dodała po chwili namysłu:
— i wsystkim niedoblym ludziom...
Baranna, zaściełająca właśnie łóżko mamuńki, dosłyszała słowa Halusi.
— A co też to Halunię napadło, żeby prosić Pana Boga o zdrowie dla złych ludzi? — wykrzyknęła zdumiona.
— A jakby im Boziuńka źdlowia nie dala, to jakby oni poplawili, nianiu? — odparła spokojnie Halusia.
— O rany! Jakie to mądre! — westchnęła Baranna, przybijając poduszkę ręką.
Czasem prosi Halusia, żeby Boziuńka dała zajączkowi mniejsze uszka, bo z długiemi jemu niedobrze biegać, a czasem, żeby jej przyprowadziła „malutkie źbójciowe dziecko“.
Dla dzieci „źbójciowych i źlodziejowych“ czuje Halunia bezmierne współczucie.
Takie są małe, chude i obdarte. Bardzo często płaczą, bo nic nie mają tylko buzie brudne i włoski poczochrane. I dla tego chodzą po cudzych domach i wszystko ludziom zabierają. Ale jak tylko sobie co wezmą, zaraz ludzie na nich krzyczą i wołają policjanta, a policjant im wszystko odbiera. I nikt ich nie kocha, tylko jedna Halunia. Bo Halunia wie, że one muszą zabierać, kiedy tak nic, zupełnie nic nie mają.
— Źeby do mnie psyslo takie źbójciowe dziecko, i mnie chcialo ćo wziąć, to jaby jemu wsyśtko dalam, jaby mu śukienki śwoje dalam, jaby źabawki śwoje dalam, jaby śćotećkę do źębów dalam, to juzby źbójciątko wsyśtko mialo i by się ciesylo i by bylo doble... — marzy Halunia, kiedy po skończonej modlitwie mama układa ją w łóżeczku.
Nagle fika nóżką, zrzuca kołderkę i jednym susem skoczywszy na kolana mamy, gołemi ramionkami owija jej szyję:
— I by mnie nie źabilo!... — szepce mamuńce tajemniczo do ucha. Haluśka wie, że dla mamy toby było wielkie zmartwienie.
I przycisnąwszy się mocniej do piersi matki:
— Powiedź, co ladniejśe, ląćki cy nóźki? — pyta figlarnie, ocierając się jak kot o maminą twarz.
Mamuńka się śmieje. Wie, że teraz po kolei trzeba wycałować buzię, rączki i nóżki. Wszystko to jest śliczne, cieplutkie, różowe, ale takie rozpieszczone, że bez pocałowania ani rusz nie zechce zasnąć pod kołderką:
— Śpij teraz z Boziuńką!
Halusia śmieje się w kułaczek. Z Boziuńką! Boziuńce już Halunia dawno kazała iść spać. Małe dzieci zawsze najpierw spać idą, a Boziuńką jest malutka, mniejsza od Haluni. I już oddawna śpi w łóżeczku, które jej Halunia przygotowała w fałdce koszulki nocnej.
— Śpaj, śpaj Boziuńko — mówi półgłosem, nakrywając medalik rączką.
I usypia bardzo zadowolona. Cieszy się, że ma śliczne rączki i nóżki, bo kiedy wyrośnie duża i ładna, to będzie tatusiowa „modelka“. „Modelki“ to są takie panie, które pomagają tatusiowi lepić lalusie z gliny...
A Halunia strasznie lubi mięsić i dusić rączkami miękką, „jak blotko“, glinę.




V.
Wujciowie.

W skład najbliższej rodziny Halusi wchodzą jeszcze — wujciowie.
Halunia wie wprawdzie, że nie są to jej „klewniaki“, jak ciocia Inia „i te dziadzie i babcie, ćo pomalnęli“, ale uważa ich za swoją wyłączną własność, tak jak lalusie, Wisłę i Kitę, bo wie, że wujciowie przepadają wprost za nią. Wujciów tych ma bez liku i żyje z niemi na serdecznej, koleżeńskiej stopie. Odwiedziny każdego z nich powinny dostarczyć zarówno im, jak Halusi, pewnej sumy przyjemnych wrażeń. Halunia jest przekonana, że wujciowie przychodzą głównie dla niej, toteż o ile zbyt długo rozmawiają z mamą czy tatuśkiem, mówi im wprost:
— Wujciu, jak maś bawić, to baw źalaź, bo potym, jak psyjdzie inny wujcio, to już nie będę miała ćaśu.
Najlepiej się bawić z każdym wujciem zosobna, bo kiedy się ich zejdzie kilku, to zaraz któryś powiada: „nie słuchaj, Haluś, tamtego wujcia, ja ci coś lepszego wymyślę“, i zabawa nie idzie wcale.
Albo zaczynają się kłócić. Zabierają Halusine zabawki, i jeden wujcio mówi:
— Wiesz, to mój słoń!
A drugi mu go wydziera:
— Nieprawda! bo mój!
Halunia patrzy na wujciów zdumiona. Wie doskonale, że słoń jest jej, bo przysłał go jej jeden dziadzio ze Lwowa. I nie może zrozumieć, dla czego wujciowie mówią, że słoń jest ich. Usiłuje im to nawet delikatnie wytłumaczyć:
— Wujciu, śloń psecie jeśt mój śloń, śloń jesce w Klakowie byl mój śloń, śloń zawśe byl mój śloń!...
Ale wujcio Romcio, jakby nie słyszał słów Haluśki, owija słonia połą surduta i przejeżdża nim pod nosem namarszczonego groźnie wujka Bola:
— A słoń jest mój, bo ja go do domu zabiorę.
Halunia zrywa się z podłogi i biegnie do mamy. Rozżalona pyta, dla czego wujciowie mówią, że słoń jest ich, kiedy słoń jest przecie jej i „dla cego śom takie niegzecne?“
Mama się pochyla, poprawia czerwoną kokardkę, którą włoski Haluni są z jednego boku podwiązane, i szepce do ucha:
— Wstyd, wstyd, Haluś, wujciowie się tak ślicznie z tobą bawią, a ty nie znasz się na żartach i obrażasz się o byle co...
Haluśka nie podziela zdania mamy. Żeby mama była mała, toby rozumiała, że taka zabawa to nie jest śliczna zabawa, „to jeśt źadna źabawa“. Ale mama jest duża, i wujciowie są duzi... I Halunia wraca do wujciów, mrucząc pod noskiem, z nadąsaną minką.
— Z temi ludziami, to wiecny klopot i klopot!...
Czasem szczególniej dotkliwie czuje Halunia odrębność swoją od ogółu dorosłych ludzi. Na szczęście harmonja między wujciami i Halunią naprawia się natychmiast, i za chwilę już pokój rozbrzmiewa takim zgiełkiem, śmiechem i wrzawą, że aż szyby w oknach drżą z radości i śmieją się dźwięcznym, urywanym śmieszkiem:
— Gdzie ty, kumo? — woła wujcio Bolo i goni panią żabę, która czołga się zwinnie między nogami ludzi, krzeseł i fortepjanu. Wujcio chce zapędzić panią żabę do swojego stawu i daje wielkie susy przez salon, przyczym długie włosy spadają mu na twarz jak u tego Stasia-Brzyduły, „ćo mial gzywa, śtlach polywa, a paźnokcie, na dwa lokcie!“
Jeszcze milszą jest „Jaskółeczka“. Wujcio Roman chwyta rękami za poły angleza i fur... lata od ściany do ściany. Jaskółeczkę chce pożreć straszny krokodyl. Ham, ham, kłapie zębami, a jaskółeczka trzepoce się i trzepoce w wielkim strachu. Nareszcie pada na dywan, ledwie żywa ze zmęczenia, i chowając główkę pod skrzydełko, błaga słodkim głosikiem:
— Krokodylu! daruj mi życie, ja mam żonę i dzieci!
Na to krokodyl, który z radosnym krzykiem dopadł jaskółeczki i miał ją zacząć jeść, wzrusza się nagle i objąwszy ją za szyję, szepce do ucha, żeby wujcio się nic nie bał, bo jaskółeczce wszystko się tylko „śnilo“, a naprawdę dywan to jest gniazdko, a krokodyl — mama jaskółeczki. Można sobie wyobrazić, jak się jaskółeczka cieszy.
Na odpoczynek wujcio doktor Okrąglaczek rusza uszami i skórą na głowie. Umie także puszczać dym przez nos, jak lokomotywa, albo zwija usta w świński ryjek i poh! poh! poh! latają po pokoju lekkie, białe pierścioneczki z dymu, które Halunia ze śmiechem usiłuje nawlec na paluszek.
Do niespodzianek nadają się najlepiej wujcio Kazik i Fiutek (co go tatuś naźywa „nalwanego“). Halunia zamyka się z niemi w drugim pokoju i tu odbywają się tajemnicze przygotowania, przerywane złowrogiemi pomrukami, klaskaniem w rączki i wybuchami śmiechu. Wujcio Fiut powraca za chwilę i oznajmia tubalnym głosem, że Halunia poszła na spacer, i że to wielka szkoda, bo właśnie przyszedł cygan z niedźwiedziem i małpą i pyta się, czy można wejść. — Dawać cygana! dawać małpę! — wołają wszyscy, wujcio uderza kilka taktów marsza na fortepjanie — po kilkakrotnych bezowocnych próbach klamka odskakuje, i w drzwiach zjawia się cygan, wiodąc na sznurku niedźwiedzia. Cygan ma na sobie tę samą, co wpierw, krakowską sukienkę malowaną w barwne kwiaty, tylko na znak męzkości brzeg jej tylny zawinął ku przodowi i przepiął na brzuszku agrafką, tak, że zamieniła się w rodzaj bufiastych spodenek. Do pół twarzyczki spada mu wielki kapelusz malarski, którego skrzydła opierają się aż o ramiona. Pewien, że w tym przebraniu nikt nie domyśli się, kim on jest naprawdę, cygan wytrzeszcza oczy i ściąga usteczka, nawołując niedźwiedzia: uhu! uhu!
Poczciwy niedźwiedź z doczepionym do guzika od surduta długim futrzanym kołnierzem mamuńki, wlecze się potulnie na czterech łapach, pomrukując niechętnie, kiedy wujciowie nacierają nań zbyt blizko, łechcąc go, klepiąc i dopytując cygana o małpę.
— Oni śom oba laźem — woła cygan, odganiając wujciów od niedźwiedzia, poczym przywiązuje go do krzesła, uderza rączką w niewidzialne tamburino i zaczyna dziki cygański „taniuszczek“. Du — i — du! du — i — du, oj — la! oj — la! du — i — du — zawodzi, śpiesznie fikając co sił nóżkami. Du — i — du, du — i — du! — zachęca niedźwiedzia do tańca. Niedźwiedź namyśla się przez chwilę, wkońcu przednią łapą poprawia szkła na nosie, dźwiga się ciężko, podnosi najpierw jedną tylną łapę, potym drugą i zwolna kręci się w kółko, naśladując niezgrabnie szybkie ruchy nóżek cygana, a ryczy przytym tak strasznie, że sam cygan blednie ze strachu i kurczowo chwyta się ręki mamy, a z kuchni wybiega Baranusia, żeby się dowiedzieć, co się stało.
A ledwie niedźwiedź dojrzy Barannę, jednym susem wskakuje na krzesło i przemienia się w śmieszną małpkę, która do wszystkich szczerzy ząbki, stroi najpocieszniejsze miny, Barannę ciągnie za fartuch, wkońcu porywa ze stołu jabłko i bojąc się, żeby go jej nie odebrali, wygraża pięścią i zaczyna jeść prędko, prędko, a łupki rzuca poza siebie.
Wszyscy goście zanoszą się od śmiechu, a Baranna ręce podnosi do góry:
— O matko! a toćby przysiągł, że małpa prawdziwa! — woła zgorszona.
Okrzyk ten budzi Halunię z niemej kontemplacji, w jakiej pogrążona naśladowała bezwiednie wszystkie grymasy i ruchy małpy.
— To nie malpa, nianiusiu, to wujcio Kazio!
I nie mogąc dłużej utrzymać swego incognito:
— A ja bylam ćygan! — dodaje, spoglądając na wszystkich pociemniałemi z radości oczkami, i aż piąstki zaciska z radości, że jej się tak doskonale u dało zwieść wujciów.
Niema jednak takiej zabawy, którejby Halunia nie oddała za bajki wujcia Adasia.
Właściwie to tylko mamuńka nazywa to „bajki“, bo wujcio i Halunia bardzo dobrze wiedzą, że to jest „najplawdziwśa plawda“. To o krasnoludkach, przychodzących do lalusinego domku w nocy i wywijających z lalusiami obertasa, to o Kicie, którą wujcio spotkał na balu, przebraną za śliczną panienkę, w błękitnej jedwabnej sukni i białych, długich rękawiczkach. Wujcio z początku Kity nie poznał i tańczył z nią przez całą noc, ale kiedy przypadkiem nastąpił na tren jedwabnej sukni, pęc! i coś go mocno zadrapało w rękę. Patrzy wujcio, a tu panience błyszczą ze złości oczy, zupełnie, jak Kicie, kiedy chce dać Wiśle w papę. Aha! pomyślał wujcio, i już tylko patrzył, czy z rękawiczek nie wysuwają się pazurki. A później, to jeszcze ją lepiej poznał. Było błoto, wujcio panienkę odprowadza do powozu, aż tu z pod sukni wymyka się — ogon, prawdziwy koci ogon! Szkoda, że furman zaciął konie, bo byłby wujcio wziął zaraz Kicię pod pachę i odniósł Halusi, tak, jak była przebrana. Halunia także żałuje bardzo, że nie widziała Kici w tej ślicznej jedwabnej sukni.
Nic się jednak Haluni tak nie podoba, jak ostatnia bajka o czarowniku.
Chodzi sobie taki pan po świecie, gruby, czarny z ogromnym brzuchem i z malutkiemi nóżkami. Na głowie ma czerwone rogi, których się bardzo wstydzi, i dla tego przykrywa je czapką niewidką. Przez cały dzień myśli nad tym, jakby ludziom dokuczyć, bo jest bardzo, bardzo złośliwy. Przemienia się w co mu się żywnie podoba, albo chowa się w czapkę niewidkę. Wejdzie wtedy do pokoju (apetyt ma okrutny), przysunie sobie pudełko z cukierkami — tu wujcio sięgnął dłonią, pokazując plastycznie, jak to Teodor zabiera się do roboty. Haluśka zobaczyła z podziwem, że rumiane policzki wujcia nadymają się, jak balon, a bomby czekoladowe znikają z pudełka z zatrważającą szybkością. Ale to drobiazg wobec tego, że czarownik umie całe gruszki zjadać na jeden kęs. I znowu ujrzała Halunia, jak wujcio, porwawszy za ogonek dużą gruszkę smażoną w cukrze, całą wpakował w usta i nie otwierając ich więcej, zgryzł gruszkę i połknął. Halunia niespokojnie poruszyła się na jego kolanach. Czuła, że dostaje gęsiej skórki na myśl o takiej żarłoczności czarownika.
Na razie nie można było wypytać wujcia o więcej szczegółów, bo tatuśko odwołał go do szachów, ale Halunia nie przestała myśleć o tym, co usłyszała przed chwilą, i tylko czekała, żeby partja skończyła się jak najprędzej. Ale kwadranse mijały za kwadransami, a wujcio i tatuś ciągle jeszcze nie wstawali od stolika. Halunia podsuwała się kilkakrotnie, dając wujciowi różne znaki to rączkami, to oczami, ale wujcio nie zwrócił na nią uwagi.
Wkońcu, nie mogąc dłużej pohamować ciekawości, przytuliła się do jego ramienia:
— Wujciu, jak ja Haluśka, to on jak?
— Jak on? — powtórzył wujcio i zapatrzył się w rękę tatuśka, nieruchomo zawieszoną nad szachownicą — jak on, powiadasz?
Nastała długa chwila milczenia; Halunia czekała, żeby wujcio sobie przypomniał, ale kiedy cisza się przeciągała, mocniej oparła się o jego ramię.
— Jak ja Haluśka, to calownik, wujciu, jak?
— Czarownik? aha! czarownik — syknął wujcio, widząc, że niebezpieczna wieża szachuje mu króla — gadajże Oskar, jak się nazywa czarownik?
— Kapistran! — uśmiechnął się tatuśko i zadowolony z pociągnięcia, strzepnął popiół z wygasłego cygara o brzeg szachownicy.
— Tatuśku!... — oburzyła się Halunia. Była najgłębiej przekonana, że tatuś nawet wyobrażenia nie ma o imieniu czarownika.
— No, no, nie Kapistran, nie Kapistran — uspokoił ją wujcio — już-bo, jak ty Oskar z czym się wyrwiesz... gdzieżby tam Kapistran... Czarownik, moja Haluniu... — tu wujcio szybkim ruchem przyciągnął Halunię do siebie i odgarnąwszy włoski, szepnął w samo ucho: — czarownik nazywa się Teodor!
— Teodol! — wykrzyknęła Halunia i aż rączki złożyła z radości.
Nareszcie dowiedziała się prawdy!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.