Halszka (Kraszewski, 1843)/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Halszka
Podtytuł drama historyczne z roku 1554
Pochodzenie Poezye, tom II
Wydawca S. Orgelbrand
Wydanie drugie
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


AKT DRUGI.
Wielka sala zamkowa, na ścianach portrety z książęcemi czapkami i innych dostojeństw, znakami. Stół wielki suknem obwieszony — krzesła z wyzłacanemi poręczami u ścian, ławy szerokie pokryte kobiercami. Drzwi troje — jedne w głębi odedworu, drugie na prawo, trzecie na lewo — koło drzwi w głębi po dwóch bokach; dwoje okien długich, kraciastych, gotyckich. Drzwi wszystkie zamknięte — Ranek.
SCENA  I.
HENDZA — POSŁANIEC
Hendza.

Czy cię kto za kark trzymał, czy koń złamał nogi,
Żeś nie mógł wczoraj wrócić z tak nie długiéj drogi?

Ej! pewnie się upiłeś! my się ptaszku znamy!
A wróciwszy, gdy zamku zatrzaśnięto bramy —
Nocowałeś gdzie na wsi —?


Posłaniec z ukłonem.

E! jak mi Bóg miły,
Byłbym wczoraj powrócił, lecz koń nie miał siły —
Lazłem, lazłem noc całą — piechotą czasami,
Szkapa ledwie słabemi potrząsał nogami —
Już się i na brzask miało, kiedym stanął w domu.


Hendza.

Czemużeś wnet nie przyszedł! — nie oznajmił komu?
Masz pismo?


Posłaniec.

Nie mam pisma.


Hendza żywo.

Zgubiłeś niecnoto!


Posłaniec.

Kiedy Kniaź nie odpisał?


Hendza.

Nie odpisał? — baśnie —
Mów prawdę! éj! mów prawdę, nim to słońce zgaśnie,
Łańcuchy cię żelazne pod ziemią rozgniotą;
Dla czego nie odpisał?


Posłaniec.

Sam tu dzisiaj stanie.


Hendza.

Ale cóż odpowiedział na Księżnéj posłanie?


Posłaniec.

Wszak mówię co powiedział, sam będzie w Ostrogu.


Hendza.

No! jeśli tu sam będzie, podziękujesz Bogu,
A jeśliś zgubił pismo wlokąc się opiły,
Ty sam wiesz co cię czeka —


Posłaniec.

Wiem, mój panie miły.


Hendza.

Lepiéj było nie wracać.


Posłaniec.

On tu pewnie będzie,
Gadali mi tam — przyjdzie i na kark nam siędzie —


Hendza żywo.

Kto? komu? co?


Posłaniec.

Kniaź Dymitr, tak mu się przyśniło!
Chce słyszę Ostróg dobyć — Księżnę porwać siłą —
Ale może to baśnie — plótł mi jakiś sługa.


Hendza.

Co? co? Ostróg dobywać! patrz! nowina druga!
Dalipan łotrze, dziś ci jeszcze w głowie świta —
Dobyć Ostróg! porywać! któż ci to powiedział?


Posłaniec.

Czy ja wiem? — ktoś mi gadał kozak czy kobiéta —
Częstował mnie ze dzbana gadał — przy mnie siedział
I mówił mi wyraźnie, tak jak ja waszmości —
— „Kniaź Księżniczkę wam porwie, miejcie się w baczności...
A ja znów jemu ciągle na to powiadałem,
Że nie weźmie Ostroga swojém wojskiem całém.
A jeżeli tu wrogiem przyjedzie do Księżnéj,
Poniesie z sobą nazad wstyd i wstyd potężny —
Gdy się porwie zuchwale i nic nie dokona.


Hendza.

I któż to mówił tobie?


Posłaniec.

On, on — ona — ona —


Hendza.

Pijany!


Posłaniec.

Nie pijany, trzeźwy jestem panie —
Mówił mi kozak jakiś — lecz taką miał minę,

Że choć nosił na sobie kozackie ubranie,
Łatwoby każdy pod niém rozpoznał dziewczynę.


Hendza.

I ten mówił? —


Posłaniec.

Ten mówił, że nam bardzo sprzyja
I kazał mi oznajmić, że Kniaź ma zamiary,
Przybyć tu mocny wojskiem i pomocą stryja,
Wziąść gwałtem Księżnę młodą, z zamku Księżnéj staréj.


Hendza do siebie.

Miałażby to być prawda?


Posłaniec.

Ja nie ręczę za to —
Co mówili powtarzam — ręczyć, czy szalony!


Hendza.

Cóżeś tam widział w zamku?


Posłaniec.

Zbrojno i bogato
Dość wojska do napaści, nadto do obrony.


Hendza.

Ruch wielki?


Posłaniec.

Ruch nie wielki —


Hendza.

A był tam kto z gości?


Posłaniec.

Z początku nikt, przyjechał brat Księżnéj Jejmości.
Kniaź Wasil.


Hendza.

Licznym pocztem?


Posłaniec.

Na to nie patrzałem.
Przyjechał i na zamku stanął hufcem całém.


Hendza myśli.

Nie słyszałeś co więcéj?


Posłaniec.

Nicem nie wybadał,
Chciałem się co dowiedzieć, lecz napróżnom gadał,
Oni tylko stawili i dzbany i dzbany —


Hendza.

I dla tego noc całą wlokłeś się pijany?


Posłaniec.

Pijany? nie —


Hendza.

Wszak trzeźwy, wczoraj byś powrócił?


Posłaniec.

Przecież mówię, że koń się z nogami pokłócił,
Ile razy go zatnę, chwieje się i pada,
Pędzę — staje jak wryty, albo w rów mnie składa —
Musiałem iść piechoto, ledwiem dziś nadążył,
Mówiąc pacierz po ciemku, trochem jeszcze krążył,
Z pół mili nałożyłem — Ale jeszcze rano,


Hendza żywo.

Ale ci wczoraj powrócić kazano


Posłaniec.

Kazano! alboż trudno panom dać rozkazy!
Niż raz spełnić, wolałbym rozkazać sto razy! —


Hendza.

Milczeć! dość że kazano — Księżna Pani wczora,
Zdrzemnąć mi się nie dała całego wieczora —
— Czy nie wrócili — nie wrócił? — co mu się tam stało?
Miałem z twojéj przyczyny zgryzoty nie mało.
A teraz znowu, takie niesiesz wiadomości,
Których nie śmiem sam Księżnie oznajmić Jéjmości,
Jak chcesz się sobie sprawuj pleć czy nie pleć sobie,
Ja się nie mięszam — i wiem już co zrobię —

(puka do drzwi na prawo)


SCENA  II.
Ciż sami — Offka wybiega ze drzwi na prawo.
Offka.

A czego?


Hendza cicho.

Wrócił przecie — posłaniec tu czeka —
Może Księżna chce mówić —


Offka.

Skąd wrócił? z daleka?
Z Krakowa?


Hendza.

Ten co go do Kniazia posłano
Wczoraj — z listem — powrócił dopiero dziś rano.


(Offka wybiega)



SCENA  III.
Ciż sami, prócz Offki. — Ze drzwi na prawo wychodzi Księżna Beata, kobieta od lat 40 kilku, sucha, blada, wysoka, we wdowim czepcu w sukni czarnéj. Mówi żywo, chodząc, z jestami.
Beata do Hendzy dumnie.

Cóż? powrócił, słyszałam — Czemu tak nie skory?


Hendza kłaniając się.

Koń ustał, a on pieszo szedł aż do téj pory.
Ledwie stanął.


Beata.

Odpowiedź czy przyniósłże przecie?


Hendza bojaźliwie.

Nie — nié ma odpowiedzi — Kniaź sam będzie pono.


Beata prędko.

Kiedy?


Hendza.

Dziś —


Beata.

Dzisiaj!! — chyba nic nie wiecie!

(do posłańca).

Co Kniaź mówił na pismo, kiedy je odczytał?


Posłaniec.

Cóż — nic — tak — kiwał głową — i o zdrowie pytał.
I — tak — nic — mówił że dziś nie odpisze
Bo — jutro — sam tu będzie —


Beata.

Dziś? —


Posłaniec.

Tak!


Beata.

Co ja słyszę — ! —

(do siebie).

On! u mnie!! — Pewnie z nowemi namowy,
Z prośbami pokornemi — zdradliwemi słowy —
Lecz cóż — przyjąć potrzeba — Na cóżem pisała!
Ten list — byłby nie jechał — to przyczyna cała,
Odłożyłby, zapomniał —

(do Hendzy i posłańca).

I cóż mówił więcéj?


Posłaniec.

On nic z resztą nie mówił, lecz sługa książęcy —


Beata.

Co? sługa? jaki sługa? — co ci sługa gadał?


Posłaniec.

Tak — trochę — poufale — nibym go wybadał —


Beata zbliżając się.

I cóżeś się dowiedział?


Posłaniec.

Ja się dowiedziałem
Że Kniaź Dymitr, ma Ostróg napaść wojskiem całém.


Beata.

Napaść!! — co? —


Posłaniec.

Tak mówili —


Beata.

Kto ci plótł te baje?


Posłaniec kryjąc uśmiech.

Mówił mi — kozak co tam przy Kniaziu zostaje —
Pokojowy —


Beata.

Cóż mówił?


Posłaniec.

Mówił że Pan jego,
Jeśli od Księżnéj Pani co chce, nie otrzyma,
Dobrym czy złym sposobem, chcąc się dobić swego,
Porwie gwałtem Księżniczkę, przed Księżnéj oczyma.


Beata.

Kto? on — Kniaź! czyś źle słyszał — czyś rozum postradał — ?
Kniaź Dymitr?


Posłaniec.

A przynajmniéj tak mi kozak gadał.


Beata do Hendzy.

Waszmość mi tego sługę idź posadź pod straże,
Mieć go dobrze na oku, nie puść aż rozkażę —

Baje mi cóś o Kniaziu, tak nie zrozumiale,
Że słuchając go, wierzyć nie można mu wcale —
A teraz panie Hendza — i ty — idźcie sobie —

(wychodzą drzwiami w głąb).



SCENA IV.
Beata sama, chodzi żywo.

Jeden po drugim idą — co z tą córką zrobię? —
Oddać ją z nich jednemu? — nie — oddać nie mogę —
Oddać — i przebiedz sama krótką życia drogę —
Oddać ją i z ostatniéj wyzuć się pociechy? —
Wyzuć się z własnéj córki dla cudzego człeka?
Oddać ją i jéj serce — radość, łzy, uśmiechy —
Oddać ją — a mnie samą co na starość czeka?
W starym zamku za światem, smutne życie wdowie
Wśród sług, co mnie nie cierpią i pokątnie szydzą —
Którzy w każdym rozkazie, w każdem mojém słowie
Do plotek, nienawiści, nowy powód widzą?
Ja to, co z dworu Króla, z jego córką wzięta,
Skarbami — i pięknością — zwabiałam Książęta? —
Jaż to — o płacz Beato — wszystko się skończyło —
Piękność — młodość i skarby zniknęły na wieki!
Teraz jedna — nie! córki nie weźmie mi siłą —
Bez zezwolenia matki, z pod Króla opieki —
Nie — niechaj tu przybywa — bramy mu otworzę

Przyjęty przyjacielem — wrogiem być nie może. —

(myśli)

Czy się cały świat śpiknął na nieszczęście moje?
I zgromadza na starość troski, niepokoje,
I nie da mi odetchnąć w moim własnym domu?
Próżne! próżne zabiegi — ! nie dam jéj nikomu!
Cóżby mi pozostało, gdybym ją oddała?
W nędzy upodleniu, reszta życia cała —
Łzy rano, łzy wieczorem — od ludzi wzgardzona,
Z królewskiego dziecięcia w żebraczkę zmieniona,
U własnéj może córki prosiłabym chleba!
Dla rodu, dla imienia, złota mi potrzeba —
Bez tego niknie wszystko — Czyż po śmierci mojéj
Nie dość się jeszcze Halszka wolnością upoi?
Tak! pozostanie przy mnie dopóki ja żyję —
Obietnice mnie — skarby — nie złudzą niczyje —
Kniaź Dymitr — (żywo)
Ale zamek stoi bez obrony?
A nuż wpadnie — przemocą najezdnik szalony!
Trzeba wydać rozkazy, zaszturmować bramy —
Dość na jego obronę ludu jeszcze mamy.

(myśli)

A cóż ludzie powiedzą, jeśli spokojnie,
Kniaź Dymitr tu przybędzie nie myśląc o wojnie.
I słaba, łatwowierna, zlękniona kobiéta,
Przyjaciela u bramy, mieczami powita —

Jeżeli znajdzie wojsko, na wałach gotowe,
Powiedzą żem już rozum straciła i głowę,
W niedołężnéj starości, wszystkiego się boję,
I wśród ciszy do koła, uzbrojona stoję.
Kiedy nikt mnie napadać nie miał nawet myśli.
Każę puścić! — A jeśli w złych zamiarach przyśli?
Napadną mnie! — zrabują! — o! Boże mój! — Boże!
On to zrobi — tak, pewno — nie — to być nie może
Tak — nie — Nawet nikogo nie znajdę do rady,
Nienawidzą mnie wszyscy — słudzy i sąsiady —
Wszyscy — tak — Córka nawet — dziecię mych wnętrzności.
Choć pokorna na pozór — skarbów mi zazdrości,
Chciałaby wybiedz na świat i wybiedz nie może,
I przeklina u schyłku dni mojéj starości —
Nikt dopomódz mi nie chce — tyś opuścił Boże!

(chodzi)

O! nie — nie — nie, choć stara, choć słaba kobiéta
Znam jednak ludzkie serca, znam ludzkie zamiary —
Znam was — Każdy bez zgryzot, cudze dobro chwyta,
Niczém dla was łzy cudze, życie i ofiary. —
O! znam was — ! póki wieku Pan Bóg mi przedłuży
Nie wyzuje mnie żaden z dziecięcia i włości,
I nim dokończę mojéj po świecie podróży,
Was śmierć porwie bez siwych włosów i starości.

(porywa się)

Ja płaczę — oni może do wrót zamku biegą —

Ja płaczę — Cóż pomogą słabe łzy kobiece — ?
Pójdę — Każę zamykać — pobiegnę — polecę —

(staje)

Nie — tu lepiéj zawołam dowódzcy mojego —
Niech się ludzie — nie śmieją — sam na sam uradzę.
Każę wytoczyć działa i zamek osadzę.
Offka!

(Offka wbiega ze drzwi na prawo).

Dowódzca niech tu zaraz stanie!
Prędko!

(Offka wychodzi drzwiami w głąb).

— niech do wszystkiego ma przygotowanie,
Niechaj ludzi pozbiera, na wałach zasadzi —
Niech broń mają gotową — A gdy wszyscy staną,
Bywaj Kniaziu Dymitrze! — będziem tobie radzi,
Przychodź! — by Ostróg ubiedz, wstać potrzeba rano!
Nie — nie — ja się nie boję! — nie — ja się nie boję!
Lecz czegoż drżę? — tak silnie bije serce moje?
To nie strach — niecierpliwość uderza w mém łonie.



SCENA V.
Beata. Hendza wchodzi drzwiami z głębi
Beata. szybko zbliżając się ku niemu

Waszmość prędko pozbieraj i ludzie i konie —
Wiele ich tylko możesz, wyprowadź na wały —
Wywieś chorągiew moją, wywiedź ufiec cały —

Nie zapomnij o żadnym obrony sposobie —
Odpowiesz mi za wszystko — wszystko zlecam tobie.
Jak tylko z wieży ufiec jadący spostrzegą —
Niech zaraz — niech w ten moment oznajmić mi biegą,
Słyszysz Waszmość — tu będę — w téj sali czekała —
Stąd będę widzieć wojsko, lud wasz, wasze działa —
Rób wszystko jak najprędzéj — polecam Waszmości,
Straż zamku, nas obojga — skarbów spokojności —
Wszystko od was zależy — Jak tylko zdaleka
Na drodze postrzeżecie zbrojnego człowieka:
Podnieść most, zagrzmieć w trąby — pozamykać bramy,
Nadzieja w Bogu, że się utrzymamy,
Jeżeli wszystko według méj woli się stanie —
Proszę, każę, nagrodzę — za wasze staranie —
Czy słyszysz? — zrobisz wszystko?


Hendza.

Trudów nie oszczędzę
Za chwilę wszystko stanie —


Beata.

Lecz spiesz się na Boga,
Ocal nas — wojsko zbieraj —


Hendza.

Wszystkich zaraz spędzę.
Lecz próżna Księżnéj Pani — niespokojność, trwoga
Ten posłaniec mógł skłamać.


Beata.

Nie skłamał, mój panie,
Nie kłamał — ach! — nie kłamał — niechaj wojsko, stanie
Wszystko mieć w pogotowiu, niech kto patrzy z wieży
A gdy kogo zobaczy — niech tu wnet przybieży —

(Hendza wychodzi w głąb).



SCENA VI.
Beata. — Obróciwszy się widzi wchodzącą ze drzwi lewych Halszkę — Halszka lat 18 zapłakane ma oczy, wchodzi powoli i chce matkę pocałować w rękę, ona się usuwa.
Beata, żywo i krzykliwie.

Po co tu? po co? krosna znudziły cię pewnie —
A oczy we łzach — Kogóż płakałaś tak rzewnie.
Źle ci u własnéj matki! — i lepiéj chcesz może —
Wabi cię Książę Dymitr i małżeńskie łoże —
A Matkę dziś byś jeszcze chciała widzieć w grobie.


Halszka.

Kniaź Dymitr?


Beata.

Tak! Kniaź Dymitr — o! on sprzyja tobie!

Halszka.

Lecz ja jemu nie sprzyjam —


Beata szydersko.

Mnie sprzyjasz zapewnie?
I z mojéj to przyczyny płakałaś tak rzewnie?
Pocóżeś tutaj przyszła?


Halszka.

Księżnę matkę widzieć —


Beata.

Mnie? mnie? ażeby potém przed sługami szydzić?
Słuchaj! ty myślisz może, że ciągłą pokorą,
Potrafisz wmowić miłość, uległość zmyśloną?
Nie! — znam was — wybyście mnie chcieli widzieć skoro,
Umarłą, lub nad grobem otwartym schyloną!
Tybyś chciała już zacząć latać po tym świecie —
Chciałabyś być już wolną, kosztem życia matki —,
Lecz nie! — nie! — ja żyć będę — a wy — wy pomrzecie —
Ty zgnijesz z téj zamkowéj nie wyszedłszy klatki —
Źle ci tu? — samaś winna, z kim ci dobrze będzie??
O! wiem — lepiejby było na królewskim dworze,
Jeździć, głupią pięknością wychwalać się wszędzie,

Niźli tutaj, zamkniętéj w samotnéj komorze,
Pędzić dni, z sercem gniewném, złośliwemi łzami,
Z starą matką dziwaczką — z nudnemi sługami.


Halszka.

Czym kiedy narzekała na tutejsze życie!
Nie — nigdy — Jednéj łaski błagam matko droga —
Jeśli mi serce oddasz, przysięgam na Boga
Będę szczęśliwą! — Lecz kiedy dzień cały —
Z wszystkich uczynków potępiasz twe dziécie —
Pękłoby serce ukute ze skały,
I moje pęka — i przeklinam życie! —
O matko! — pomnij — ja nigdzie do koła,
Nie znajdę serca nad twoje bliższego —
Serce najbliższe jakiém słowem woła?
Pogardy — przekleństw — dziwnoż że łzy biegą?
Biegą strumieniem, dniem, nocą, z poranka —
Możeż Bóg kochać, gdy matka przeklina?
Kto kochać będzie?


Beata z gniewem.

A! chciałaś kochanka!
Już w młodéj głowie marzyć się zaczyna —
Już przez sen może wyciągasz ramiona,
Za marą próżną — Chciałabyś do łona,
Cisnąć kochanka — a szatan cię we śnie —
Wiedzie do piekła! tak! tak! nieszczęśliwa!

Marzysz i piekło gotujesz zawcześnie —
To łzy wyciska — spokojność porywa —
Twoje marzenia o kochanku — świecie,
O szczęściu — ! Jeszcze nażyjesz się przecie —
Dziś z grzechów w grzechy lecąc, co cię czeka? —
Zguba i piekło i śmierć nie daleka —
— „Kto kochać będzie?!!! — na co ci kochanie? —
Czy serce matki za świat ci nie stanie? —


Halszka.

Gdybym je miała —


Beata.

Myślisz więc szalona,
Że cię do mego nic nie wiąże łona? —
Że jak zwierz dziki, dziécię mych wnętrzności —
Gotowam rzucić, — lub pozrzeć ze złości —
Boisz się rady, słów moich i wzroku,
Drżysz gdy się zbliżam i powtarzasz śmiało
Że ty mnie kochasz? — A w sercu na boku
Klniesz życie moje, opiekę — mnie całą —
Potém mi swoje wymawiasz katusze —
Moje są gorsze — ja cię znam wyrodna,
Znam twoje serce i kochać cię muszę —
Chociażeś tego niegodna!


Halszka płacząc.

O! matko, matko — jakżem nieszczęśliwa!
Powiedz jak moje serce pokazać mam tobie?

Jak ci pokazać, co się w niém ukrywa.
Powiedz co mam uczynić, matko wszystko zrobię,
Śmierć, ogień, miecze — nic mnie nie przelęknie —
Lecz uwierz sercu mojemu — na Boga!
Bo umrę z żalu — z żalu serce pęknie —
Wypłaczę duszę — ! uwierz matko droga!
Rozkaż —


Beata.

Więc nie płacz!


Halszka.

Ach! któż łzy zatrzyma —
Gdy z serca, z duszy przybiegną wezbrane,
Kiedy się cisną i płyną oczyma —
Żeby krew wstrzymać zgoić trzeba ranę. —
A moja ciężko zraniona jest dusza —
Możesz wyleczyć — z zagojoną raną
Krew z ran méj duszy — łzy płynąć przestaną —
Ale do szczęścia matko — nikt nie zmusza —
Jeżeli winą przed tobą łzy moje,
Przebacz mi — przebacz!


Beata.

Myślisz żem zgłupiała?
Znam ja wykręty i uległość twoję,
Płaczesz — a w duchu zabićbyś mnie chciała —

Ty — twoi wszyscy — świat — słudzy w około —
Wszyscy pokorni, kłaniają się wszyscy,
I gną do ziemi brudne serce, czoło
Dopóki przy mnie, dopóki są blizcy —
I myślą że mnie pokora omami,
Gdy tu życzliwi, a szydzą za drzwiami!
Myślą że niedołężna pozorom uwierzę,
Że mnie podbiją ukłonem i miną —
Oni co oszukiwać mogą tylko szczerze —
Oni — ty — wy — Precz z oczu, precz z oczu gadzino!

(chodzi żywo milczy, potém obraca się).

Tak! szydzicie z rad moich z gniewu, ze wszystkiego,
Znam ja skrytości serc ich i serca twojego. —
Czyli ci miło w rodzicielskim domu
Czyli dzień minie bez łez lanych pokryjomu,
Czyli się kiedy piosnki z ustami widziały?
Wzdychasz, za okno patrzysz i płaczesz dzień cały,
Pokorna powierzchownie, łajesz matkę skrycie,
Niemiłe ci jéj słowa, rady, prośby, życie —
Toż to Pan Bóg przykazał dziecięciu dla matki?


Halszka.

Co mi Pan Bóg przykazał dochowuję ściśle —
Chciałabym twego życia osłodzić ostatki,
Kosztem mego przedłużyć — Nic złego nie myślę,
Szanuję cię i kocham —


Beata.

Skądże te łzy twoje?


Halszka.

Mówiłam — widząc troski łzy i niepokoje,
Miałażbym być spokojna, szczęśliwa, wesoła,
Gdy mnie smutek, nienawiść, ścigają do koła?


Beata.

Gdzieś ten smutek widziała? czy u mnie na twarzy?
Smutek! — o! dobre dziecię! i dla tego płacze?
Smutek! (mocno)
Co ci do tego? — pewnie ci się marzy,
Że żalami zwiedziona, przeproszę — przebaczę —
Nie! — nie! nie kocham ciebie! — Bo wiem, od lat wiela
Serce twoje daleko od matki latało —
Lepszego od niéj chciałaś znaleść przyjaciela,
Przy niéj ci się źle wszystko, wszystko smutno działo,
Wiem! wiem! znam twoje serce, tybyś stąd uciekła,
Byle z kim, byle dokąd, do nędzy, do piekła —
Myślisz że z twego wiana gromadzę dostatki —
Żałujesz mi wszystkiego — dla kogo? — dla matki —
Gdybym dzisiaj umarła, jutro twój pan młody,
Szumiałby na mym grobie weselnemi gody.


Halszka.

Chcesz matko, bym wymówek wysłuchawszy tyle,
Mogła otrzeć z łez oczy i serce na chwilę?
Cóżem ci zawiniła, uczynkiem lub słowy?


Beata.

Z serca się człowiek sądzi, nie czynów i mowy —


Halszka.

A któż widział to serce? Niech Bóg co nas sądzi,
Skarze mnie, jeślim przeciw méj matce zgrzeszyła.


Beata.

O! niech skarze! niech skarze — kto kłamie i błądzi,
Wart kary, wart męczarni — a ty grzeszysz siła.
Pokaż mi swoje serce — ja słowom nie wierzę —
Widzę łzy, widzę żale, lecz czy płaczesz szczerze?
Płaczesz gdy mówię prawdę, w myśli nieżyczliwa,
Może głos twego serca, śmierci na mnie wzywa —
Lecz Bóg życzeń nie słucha — Bóg twoje życzenia,
Z głowy matki, na głowę dziecięcia przemienia.
Czeka cię piekło — nieszczęsna! — męczarnie —
Przeżyję cię i przeklnę i ty zginiesz marnie — !


Halszka.

Niech zginę — na co życie? Ileż razy Boże,
Wzywałam śmierci — szukałam do koła!
O! czemuż nieszczęśliwy napróżno jéj woła,

I żyć nie mogąc — i umrzéć nie może!
Ustom nie wierzysz, powiedz! błagam ciebie!
Zaklinam cię na ojca, co tam z Bogiem w niebie
Siedząc widzi nas z góry i sądzi oboje,
Powiedz, czém przewiniły łzy i słowa moje?
Powiedz; czém do złych myśli powód jaki dała?


Beata szydersko.

O! prawda! tyś tak szczerze zawsze mnie kochała,
Tobie nie był świat miły — ty nie chciałaś świata —
Z dobréj woli tu zemną pędzisz młode lata —
I nie płaczesz codziennie?


Halszka.

Płaczę — ale czego?
Matko wszystkobym dała dla szczęścia twojego,
Lecz widząc że dzień każdy z nowym smutkiem wschodzi,
Czyż mi nad tobą nawet, płakać się nie godzi?


Beata.

Płakać! nademną płakać! gdzieżeś to widziała —
Nieszczęścia w nieprzyjaznych głowach urojone?
Myślisz że skarbów chciwa nigdym dość nie miała,
Że łakoma, światabym chwyciła koronę —
Tak! tak! temi to matkę śmiesz czernić myślami —
Cóż? nie wiem? tyś fałsz znowu zadać mi gotowa —

Kryjesz się — lecz powtarzam mnie nie omami,
Przedemną fałsz do głębi duszy się nie schowa.
Dość mi już tego życia i tej długiéj męki,
Pojadę stąd, i siądę przy królowéj dworze.
Nikt twych bogactw nie weźmie ani twojéj ręki,
Powiem wszystko Królowi i zamknę w klasztorze.


Halszka.

Jeżeli ci twarz moja, matko, tak niemiła,
Zrób co chcesz byleś sama się uszczęśliwiła
Wszakże ja nic nie pragnę, tutaj, czy w klasztorze;
Równo życie upłynąć i skończyć się może.


Beata.

Ja wiem — tybyś wolała iść na koniec świata,
Byle tylko odemnie! — Klasztorna komnata,
Klasztorne życie, suknia nie ulęknie ciebie,
Razembyś ze mną, może nie chciała być w niebie!
Patrz! jaką łagodnością cichą złość pokrywa,
Precz! precz — odejdź odemnie gadzino zjadliwa!
Idź — nie chcesz? Ja uciekam. Sama na tym świecie.
Jedno mi dał i jakież dał mi Pan Bóg dziecię!

(wychodzi drzwiami na prawo, ze złością)



SCENA VII.
Halszka sama — chodzi.

Znieść długo tyle cierpieli, czyż w mocy człowieka!
Od poranka do nocy wlec długie godziny —

Przy obudzeniu widzieć, jaki dzień mnie czeka —
Cierpieć i cierpień swoich nie wiedzieć przyczyny
Cierpieć i końca nigdy nie widzieć cierpienia —
Wszystko mija, a los mój nigdy się nie zmienia,
I ty jedna nadziejo, litościwy Boże,
I tyż i litość twoja nic mi nie pomoże?
O! nie chcę! nie chcę wiele — weź młodość, dostatki,
I jeśli żyć mi każesz, daj mi serce matki!
Pokój i miłość Boże powróć między nami —
Niczémże nie uproszę? cierpliwością, łzami?
Zamknięta od dzieciństwa wśród ciągłéj niewoli,
Oknem nawet na świat twój nie mogę poglądać,
Wśród dostatków wszystkiego, ciężko serce boli —
A skarżyć się nie wolno i niczego żądać.
Ileż razy porankiem, gdy śpi zamek cały,
Patrząc oknem na wiejskich dziewcząt ciche życie,
Oczyma które we łzach napróżnych pływały —
Ród mój, moje bogactwa przeklinałam skrycie — !
I szczęście moje!



SCENA VIII.
Halszka. Ksiądz wchodzi drzwiami z głębi
Ksiądz.

Widząc ruch niezwykły wszędzie —
Przyszedłem spytać Księżnéj skąd i kto zagraża?

Czy Tatarzyn plądruje, czy niezbity w pędzie —
Turczyn niewierny na nas napaść się odważa —
Załoga już na wałach — działa wytoczono —
A nikt nie wie od kogo mają być obroną.


Halszka (smutno).

Ja o tém nie wiem także —


Ksiądz.

Więc wie Księżna sama?


Halszka.

Być może —


Ksiądz.

Nie pojmuję — odemknięta brama,
A tyle przygotowań — Chyba gdzie wysyła,
Na wyprawę — ?


Halszka.

Ja nie wiem.


Ksiądz.

Lecz dokądby była?
Czy to jest tajemnicą?


Halszka.

Ja pierwszy raz słyszę —


Ksiądz.

Niepojęta! zważając na pokój i ciszę.
Jaka się w całym kraju rozciąga do koła!
Gdzie Księżna Pani?


Halszka.

Pewnie w swéj komnacie.


Ksiądz.

Zajęta?


Halszka.

Tam nie byłam —


Ksiądz.

Nikt pojąć nie zdoła.
Co znaczy — jeśli —


Halszka.

Pewnie mówić z nią żądacie?


Ksiądz.

Jeżeli nie przeszkodzę —



SCENA IX.
Ciż sami. Beata. (ze drzwi na prawo). — W ciągu sceny Halszka przechodzi się smutna po sali, czasem wygląda oknem.
Beata żywo — idąc ku księdzu.

Chciałam mówić z wami,
Chciałam rady zasięgnąć, w sam czas przechodzicie,
Wasil brat nasz się zmówił z memi sąsiadami
Chce mi córkę odebrać — kto wié? — może życie!
Wiecież jakiego na to używa powodu?
Kniaź Dymitr pisał do mnie szerokiemi słowy,
Chwaląc się z swoich bogactw i zwycięztw i rodu,
Prosząc o córkę moję — Samiście list owy
Czytali, odpisali — nie było przyczyny
Odmawiać mu zupełnie — zdałam się na Króla,
Że on i mój opiekun i mojéj dziewczyny,
Że jego w tém stanowi, a nie moja wola.
Dziś z tego listu pochop dwaj Kniaziowie biorą,
By mi córkę odebrać — Dzisiaj ranną porą,
Wrócił człowiek, com wczoraj z listem go posłała,
Wrócił, mówił że wojną tchnie już tłuszcza cała —
Zebrane od Wasila z Dymitrem kozaki,
Dziś jeszcze na mój zamek napaść mają siŁą.
Gotują się, ścierają wojenne orszaki —
I mnie zostać bezbronnie wszak się nie godziło? —


Ksiądz po rozmyśle.

Lecz może wieści płonne?


Beata.

tego ja się boję —
Dymitr pięknemi słowy dał odpowiedź swoję,
I jak sąsiad się tylko na dziś oznajmuje —


Ksiądz.

Łatwo będzie rozpoznać — jeśli sam przybywa —


Beata żywo.

Już przybywa?


Ksiądz.

Nie! mówię jeśli sam przybędzie —


Beata.

Jeśli jedzie z Wasilem już tém zgodę zrywa,
Wasil wróg mój oddawna, na zawsze i wszędzie —


Ksiądz.

Rozkazano zapewne na drogę mieć oczy?


Beata.

Kazałam, gdy co ujrzą, wnet tu kto przyskoczy
I oznajmi. Ja pójdę patrzeć jeszcze sama —


Ksiądz.

Lecz czemuż do téj pory nie zaparta brama?
Jak ich jadących ujrzą, nim ich rozeznają,
Nie czas będzie zamykać, wpadną całą zgrają.


Beata.

A jeżeli to fałsz jest?


Ksiądz.

Nie wezmą za winę,
Że zamknięto zastali, w tak ranną godzinę.
Łatwiéj zawsze otworzyć, jeśli kto przybędzie,
Niż przed przybywającym pozamykać wszędzie.

Słychać oddalone pojedyńcze krzyki za sceną, które nagle się przedłużając i rosnąc co chwila — zbliżają się. Księżna bieży do okna — ksiądz do drzwi — Halszka stoi wśród sali przelękniona — krzyk i hałas — strzały nareście coraz się powiększają i zbliżają.
Beata u okna.

Boże! — patrzcie — już z lasu jedzie pocztem całem.
Zamykać! zamykajcie!

(bieży do drzwi)

Zamykajcie bramy!

(bieży do okna)

Dymitrowe kozaki puścili się czwałem! —

(biega po sali nieprzytomna)

Patrzajcie — zamykajcie! — mało czasu mamy!
Lecą piorunem — księże! —

(ksiądz wychodzi w głąb)

Offka!!

(patrzy oknem, bieży do córki)

lećże! o! mój Boże
Nim zamkną, on dojechać! on mnie zgubić może!

(patrzy oknem)

Wasil!! — zginęłam! — ratuj! — ach! ja nieszczęśliwa.

(ze drzwi na prawo wbiega Offka i kilka kobiet)

Idźcie! — niech zamykają! Kniaź Wasil przybywa
Idźcie! Idź! —

(Offka w głąb wybiega)

Co poradzić?

(do sług)

— niech wymierzą działa,
Niech strzelą, zabijają — niech bronią! — na Boga —
święty patronie! — ratuj! — Wasil —

(do okna bieży)

Już ciśnie się cała —
Wpada tłuszcza! — o Boże! — cóż robi załoga?
Stoją! — drzwi! drzwi zamykać! już — ach już wjechali,

(do Halszki która niepewna waha się co zrobić z sobą).

Halszko — leć — bież — uciekaj — gdy będą szukali,
Skryj się — ach! ratuj o Boże! —

(Omdlewa i pada. Sługi krzątają się około ocucenia omdlałéj, słychać strzały, krzyki,
wrzawę — Halszka wybiega drzwiami na lewo — ksiądz wpada drzwiami, z głębi, i zamyka je na zamek za sobą).



SCENA X.
Ciż sami, prócz Halszki — Ksiądz.
Ksiądz biegnąc ku księżnie

Co się z księżną dzieje?
Już wpadli (zbliża się) — ocucajcie — załogę rozbili.
Lecz jeszcze, jednę tylko — w Bogu mam nadzieję,
Można uciec — tu — tędy.

(wskazuje na lewo)

lecz nie traćmy chwili

(słychać tumult coraz bliżéj)

Zemdlona — ocucajcie! —

(słychać hałas zbliżający się do drzwi w głębi)

tędy się zbliżają,
Unoście Księżnę prędzéj — już drzwi wybijają! —
Gdzie młodsza Księżna poszła? dokąd? — nie uciecze,
Tędy, ze mną iść trzeba — tam ogień i miecze,
W pień tną! Boże nas ratuj?

(słychać sztukanie we drzwi. Księżna się ocuca)
Głos za drzwiami.

— Patrzajcie niecnotę!
Nie otwiera! — Jak wpadnę to ci łep rozgniotę —
Héj!


Ksiądz do Beaty.

Czas jeszcze uciekać, tędy — tam — na wschody —


Beata.

Ratujcie! — Księże! ratuj — jakiéj chcesz nagrody!...


Głos zza drzwi.

Drzwi wybijem natychmiast, czy tam nie słyszycie!
Otwórzcie! — miecz otworzy! — nie miłe wam życie?


Beata omdlewa znowu, hałas się zwiększa i bicie silne we drzwi — które wybijają nakoniec).



SCENA IX.
Ciż sami. Kniaź Wasil wpada piérwszy wyłamanemi drzwiami, za nim Dymitr — oba zbrojni z zakrwawionemi mieczami, za niemi kilku dworzan i pachołków zbrojnych. Przez drzwi wybite widać ciągle przebiegających, w przedsieniu kozaków. Krzyk i strzały nie ustają.
Wasil podbiegając prędko do omdlałéj.

Tak to gości jak widzę przyjmują w Ostrogu!
Zastaliśmy załogę i działa na progu.
Ale Pan Bóg pozwolił nie wracać z sromotą,
Poszło to babskie wojsko pod kozaków miecze —
Siostra, z dobrą czekała sąsiadów ochotą,
Lecz na tę ucztę krwawą, nie nasza krew ciecze!

(do Dymitra)

Omdlała! — o swe skarby zapewne się lęka!

(szydząc)

Nie bój się! wszak ci dobra zagarnie je ręka —

(do księdza)

A ty księże coś tutaj robił z kobietami?
Ocucałeś zapewne — wszyscy wy tu swoi —
Czemuś mi nie otworzył kiedym stał za drzwiami?
Czy znasz to? (pokazuje miecz),


Ksiądz.

Sługa Boży miecza się nie boi —


Wasil.

Święcona twoja głowa, padnie jednakowo,
Z poganina Turczyna nie święconą głową —
Lecz teraz tyś potrzebny —

(do swoich)

pilnować go z bliska —

(do kobiét)

No cóż! czy dziś ta Księżna przytomność odzyska?
Czy tak się strzałów zlękła, że padła nie żywa!
Jeśli umarła — dzięki! — niech w Bogu spoczywa —
Przez wdzięczność za śmierć, pogrzeb sprawim jéj wesoły,
Jest i ksiądz — jest i stypa — są i przyjacioły.

(patrzy — Księżna się porusza)

O! żyje jeszcze — żyje! — Czy dziś ocucicie?
A gdzie Halszka? zapewne od matki ukryta —
Dowiemy się o miejscu — jak ten miecz zapyta?
No! przecież Księżnéj Pani powróciło życie —

Księżna otwiéra oczy — patrzy na Wasila i omdlewa
Wasil do Dymitra.

Czy się nas tak przelękła — dotrzeźwić nie mogą —


Dymitr.

Nie dziw, hałas i strzały przejęły ją trwogą —


Wasil wskazując na siebie.

A bardziéj jeszcze twarz ta nie bardzo jéj miła!
Lecz nam Halszki potrzeba, gdzie się ona skryła —
Czy i ona przejęta równym matce strachem?
Mdleje gdzie? —

(do dworzan)

Księżnéj Halszki wnet mi szukać wszędzie,
Po komnatach, w piwnicach, w ogrodach, pod dachem,
Lub sami nie wracajcie, jeśli jéj nie będzie
Słyszycie! szukać ściśle —

(do jednego)

ty, miéj na nich oko
Niech ją, jak prostą brankę gwałtownie nie wloką,
Jeżeli gdzie upadła ze strachu, zemdlona,
Każ powoli swym sługom wziąść ją na ramiona.
Ale szukać jéj wszędzie.

(kilku sług wychodzi, inni zostają)
(do księdza)

U kogo są klucze,
Od piwnic i od skarbcu?


Ksiądz (stoi otoczony od sług i dworzan)

Ja nic o tém nie wiem.


Wasil.

Ty nie wiesz! ha! ty nie wiesz! ja wiedzieć nauczę,
Jak ci pięty podłechcę gorącém zarzewiem.
Mów! gdzie klucze, czy myślisz że sług mych pałasze,
Będą zważać na stan twój na świętości wasze.[1]


Ksiądz.

Śmierci ja się nie lękam — nie żądam też wcale,
Czego nie wiem, o tém wam konając nie powiem.


Dymitr zbliżając się.

Tak! — a kiedy tą szablą głasnę poufale,
Pewno wszystkich tajemnic od waści się dowiem.


Ksiądz.

Które wiem —


Wasil.

Tego nie wiesz?


Ksiądz.

Fałsz mi ust nie splami,
Księżna powie wam wszystko.


Wasil.

Któż chodzi z kluczami,
Kto wydaje? kto strzeże skarbów waszéj staréj?


Ksiądz.

Ona sama —


Wasil.

Doprawdy? to chyba przez czary?
Tyle miejsc dwoma oczu ogląda tak skoro?


Ksiądz.

Nic nie wiem —


Wasil.

Czy dziś przecie ocucą tę chorą?
Jeśli sobie umarła — porzucić do licha —
Jeśli żyje, niech prędzéj ożyje —

(patrzy)

oddycha!
Oczy otwiera!

(Księżna otwiera oczy i mdleje znowu z krzykiem)

— to Boże skaranie,
Co się ocknie, to znowu pada na posłanie.


Dymitr do kobiet.

Wody bo nie żałujcie, wnet ją ocucicie,
Głową w studnię zanurzyć — ręczę — wróci życie —
Albo pójdzie na zawsze —


Wasil idąc do okna.

Nasi nic nie szczędzą
Słychać krzyk i strzelanie, rozbijają, pędzą —

(patrzy oknem)

To dobrze! — kiedy robić — robić jak należy.
W twoich Kniaziu Dymitrze, znać tęgich rycerzy,
Rzną bezbronnych. —


Dymitr obojętnie.

A czemuż tamci się nie bronią.


Wasil podchodząc do Dymitra.

Dobrze że uciekają! — Nie mówiłem Książę,
Że najsilniejsze poczty zamku nie osłonią,
Jeżeli głowy nie ma wszystko się rozwiąże.
Ten tu, bieży samopas, tamten ówdzie leci,
Stracili głowy, rozum — osłabli jak dzieci —
A gdzież Halszka się dziewa — jeszcze jej nie wiodą

(chodzi)

Ta (wskazuje na Księżnę)
znów leży, jak zmarła — próżno leją wodą,
Jak kamień! o! to ja tak przeląkłem bratowę,
Wolałaby śmierć widzieć, niżeli twarz moję —
Wie, jak mnie rozdrażniły rosterki domowe,
Wie! — lecz ja nie ustąpię i nad nią postoję.
Niech w pierwszém obudzeniu, widzi na méj twarzy,
Zemstę, która się cicho, dawno w sercu warzy —
Niech kona, niech umiera — przed memi oczyma,
Komu zemstę przysiągłem — przebaczenia nie ma.


Dymitr.

Lecz dziś, nie mścić się Kniaziu, my tutaj przybyli,
Trzeba łagodnie wszystko z początku przełożyć,
Niech mając nas za wrogów, Księżna się omyli —
Będzie jeszcze czas z gniewem, zemstą się otworzyć,
Ja mam jeszcze nadzieję, że skończymy zgodą.


Wasil.

Nie znam ja ją oddawna! jeszcze była młodą
Już dumna, że w niéj kropla krwi Jagiełłów ścieka
Wyższą siebie sądziła od każdego człeka.
Uparta, nienawistna, siebie miłowała,
Boga — męża — nikogo nad siebie nie miała —
O znam moję bratowę!

(targa ją za suknię)

Ocuć się bratowo!
Kniaź Wasil wita ciebie, dobre niosąc słowo —
Oto miecz krwią sług twoich zbluzgany obficie —
Oto gody, na które spraszałaś życzliwie?
Cóż to! — od twoich gości ucieka ci życie?
Wstawaj pani bratowo! witamy szczęśliwie!

(Księżna ocuca się i mdleje znowu krzycząc)

No! już ją chyba dzisiaj, nie otrzeźwią wcale —
Chyba my ją opuścim — lecz nie! — być nie może —
Żywo.


Dymitr.

Lecz ją zabiją zbytni strach i żale —


Wasil do sług.

Ocierajcie jéj skronie zanieście na łoże,
Potrzebna do wesela matka pani młodéj,
Ksiądz gotów i mąż gotów i gotowe gody —



SCENA XII.
Ciż sami Halszka — Słudzy wysłani wprzód wnoszą ją na ramionach omdloną prawie, przez drzwi lewe. Dymitr prędko przyskakuje do niéj, chowając miecz do pochew i rzucając hełm na podłogę. Halszkę sadzają powoli to krzesło — ona dopiéro oczy otwiera. Dymitr klęka przed nią. Sługi tym czasem ocucają Beatę. Na Zamku wrzawa ciągła, ustająca powoli i wszczynająca się znowu.
Dymitr do Halszki.

Pewnie przelękła Księżnę ta na zamku wrzawa?
Każę tumult ukończyć, załogę rozbroję?
Już też próżna obrona powoli ustawa,
I za chwilę ucichną wszystkie draby moje.
Nie było bać się czego, jam przyszedł ze zgodą,
Czym winien że sromotnie zamknąć bramy chcieli?
Ucichną wnet, na miejsce wszyscy się rozwiodą —
Uspokój się Księżniczko — widzisz przyjacieli —
Oto stryj wasz, który wam zawsze dobrze sprzyja,
Oto ja — co dam głowę, za dobre twe słowo.


Wasil idąc ku Halszce.

Halszko — oczu nie spuszczaj — nie poznałaś stryja!
Który ci męża wiedzie —


Halszka odpycha go.

Precz!


Wasil.

Pięknieś bratowo!
Nauczyła odpychać pokrewnych ostatki!
Halszko! nie znasz nas Halszko — stryj i narzeczony!


Halszka.

Precz! gdzie matka? puszczajcie! ja pójdę do matki!


Dymitr wskazując Beatę.

Matkę waszą ocucą — odpocznijcie chwilę —
Przelękła się —


Wasil.

Strach pewnie nie dręczył ją tyle,
Jak niemiła twarz moja!


Ksiądz zbliżając się.

Miejcież w sercu Boga.
Wstrzymajcie mord, rabunek — wy gorsi od wroga,
Pod skórą przyjacieli wdarłszy się w te mury,
Krwią własną zbroczyliście zacisze spokojne,
Najezdnikby się może, ulitował który,
Wy bracia, z bezbronnemi prowadzicie wojnę.
Tam Księżna z strachu prawie utraciła życie.
Tu nad drugą się jeszcze bez serca pastwicie.
Kniaź Wasil chceli zemsty z krwi własnéj? —


Wasil.

Ja tobie,
Wnet tutaj dam naukę, jak milczeć w téj dobie
Co ci do naszych czynów? dziękuj jeszcze Bogu
Żeś tu najpierwszy nie padł na komnaty progu.
Kto jestem — wiesz — Co w sercu? — tego nikt nie zgadnie,
Nie znasz powodów moich, wtrącasz się w nie swoje.
Zemściłem się, to prawda! — zemściłem przykładnie,
Lecz znaszli moje krzywdy i urazy moje?
Milcz i czekaj!

(Ksiądz usuwa się powoli — Beata ocuca się i oczy otwiera — Wasil do Dymitra)

Już Księżna powoli się budzi —
Chodź!


Dymitr.

Kniaziu! jednéj łaski mam prosić u ciebie,
Mów z nią, jak nam przystało, na rozważnych ludzi,
Użyjemy przemocy — w ostatniéj potrzebie,
Lepiéj jesli się zmiękczy słowami niż siłą.


Wasil idąc z Dymitrem do Beaty.

Zostaw mi wszystko, wiem ja co uczynię,
I jak się wziąść, ażeby dobrze się skończyło —
Przysięgam! — skończym dobrze, lub Wasil tu zginie

Wiem co do niéj przemówić, jak, jakiemi słowy,
Jak ubarwić, jak trafić w myśl kobiecéj głowy,
Żeby z razu nie przeląc, swego dopiąć snadnie,
Ty milcz — dam ci znak ręką, gdy mówić wypadnie.

(zbliża się do Księżnéj Beaty, która od samego ocucenia patrzy na niego z gniewem na twarzy i łzami,)

Witaj w domu gościnnym, kochana bratowo!
Przyjęłaś druchów mieczem i kula działową,
Lecz kula nas nie wzięła, mimo woli twojéj.
Zdrów i cały brat Wasil z waszym zięciem stoi.
Tak! przywiodłem wam zięcia, wszak nie będzie sromu,
Jeżeli weźmie żonę z Ostrogskiego domu?
Równy nam urodzeniem, bogactwy i sławą. —
Ja Wasil — dam mu Halszkę — mam do tego prawo,
I wy, jak mam nadzieję — sprzeczne całe życie,
Przynajmniéj mojéj woli dziś nie zaprzeczycie —
Mam prawo! tak! mam prawo, kto mi go zaprzeczy?
Stryj rodzony, od Boga mam opiekę daną —
Chcę dobra temu, kogo on zlecił méj pieczy —
Chcę jéj szczęścia — wy tylko chcecie trzymać wiano.
Cóżby mi świat powiedział — świat i serce własne,
Gdybym widząc to biedne dziecka twego życie —
Nie dbał o nią — opuścił — Lecz nie — ja nie zasnę,
Mówiłem wam otwarcie, starałem się skrycie.
Teraz czas przyszedł, Dymitr już ma moje słowo —
I pytam czemubyście to słowo łamali,

Gdy jéj męża nie dacie, a daléj i daléj —
Zwodząc ją nadziejami, żyjąc sama sobie,
Chcecie żeby na waszym dostała go grobie —
Oto — przed wami Dymitr mąż jéj przyszły stoi —
Sam go z wielu wybrałem, godzien córki twojéj —
Wszystko ma — ród i sławę i mienie i lata,
U Króla zachowanie, szacunek u świata,
Halszka nie mogła nigdy lepszego doczekać —
Godzien jéj, dałem słowo, nie będziemy zwlekać.
I jeśli serce twoje schyla się bratowo,
Oto czeka — pokorny — na twe także słowo.


Beata porywając się.

Znać was nie chcę! —


Wasil.

Znać nie chcesz? — toż słowo ostatnie?
Odpychasz radę, pomoc, dobre serce bratnie.
Chcesz dłużéj jeszcze, córkę tą niewolą dręczyć,
Truć jéj życie, zamykać, od świata od ludzi —
I nad jéj bogactwami, smoczém okiem ślęczyć?
Nigdyż cię takie życie, ta złość nie utrudzi?
Widzisz — Bóg sam nad córką zlitował się twoją,
Dał koniec łzom jéj przecie, dał chwile łaskawsze.
Próżno dłuższe wykręty w głowie ci się roją —
Chcesz, nie chcesz — ale musisz oddać ją na zawsze.

(daje znak ręką Dymitrowi).

Dymitr zbliżając się do Księżnéj.

Czyliś tak Księżno na mnie dzisiaj nie łaskawa.
Że ust nie chcesz otworzyć na błaganie nasze?
Jeżeli gniew — niesłuszny. A jeśli obawa
Czyliż cię mém obliczem lub słowami straszę,
Że oczu nie chcesz podnieść, ani ust otworzyć?
Czym tak nędzny, żem nawet nie wart twojéj mowy.


Beata z gniewem.

Wolałabym — wolała téj chwili nie dożyć?
Czegoż jeszcze łudzicie, jedwabnemi słowy,
Kończcie, jakeście swoim zaczęli zwyczajem —
Bijcie, róbcie co chcecie — oporu nie dajem —
Jestli u was wzgląd jaki dla kobiecéj głowy?


Dymitr.

Pozwól Księżno, bym rzecz tę skończył kilką słowy,
Za coś mnie swojéj córki niegodnym uznała —
Dla rodu? — Spytaj o nim — powie Litwa cała
Znajdziesz wszędzie Sienguszków wsławione imiona,
Czy wzywał Król do rady, czy kraju obrona —
Czy bogactw mnie zapytasz. Spójrz tylko do koła,
Na rozsypane zamki, włości, ziemie — sioła.
Proszą o córkę twoję, nie wiana żądałem,
Mam dość na tém, co z przodków głowy otrzymałem
Przeciw mnie dotąd jeszcze nikt nie wyrzekł złego,

Mam ród, bogactwa, imię sam wsławiłem swoje,
Pamięta jeszcze Turek cięcia miecza mego,
Są świadki, co widzieli nadgraniczne boje.
Niech Bułkułaj ci powie jako z wojskiem całém
Rozbiłem ich i własną ręką go schwytałem —
Widzieliście go wszyscy — w Cirkassach[2] schwytany,
Niósł przed Króla i senat sromotne kajdany,
Małoć to od dwudziestu naszych się dowiécie,
Kto ocalił wstyd żon ich, majątki ich życie —
Gdy gnani od Tatara szli w więzach pohańców,
Kto napadł kto odebrał i uwolnił brańców,
Kto granic od najazdów bronił czas tak długi — ?
Ja!!! — małoż mam przed wami i krajem zasługi? —
Za nicże imię przodków, własne imię moje,
Za nic trudy i blizny, z któremi tu stoję?
Co ci złém jest? czy wiek mój? — wszakem jeszcze młody,
Bóg męstwa nie odmówił, nie skąpił urody.
Mam przyjaciół, mam imię, lata i dostatki.
Czegoż dla córki więcéj żąda serce matki,
Milczysz Księżno? raz jeszcze proszę cię o słowo,
Nie chciéj plamić ust twoich napróżną odmową —
Już córka twa od dawna jest mi przyrzeczoną,
Przyrzekł, przysiągł Kniaź Wasil — będzie moją żoną.
Dla waszéj woli pewnie godów nie odłożę,
Przystańcie, bo inaczéj, Księżno — być nie może —


Beata.

Także to proszą, tak to jadą przyjaciele?
Mieczem, mordem, pożogą, prosząc zezwolenia?

omdlewa
Wasil.

Omdlała! czas już przecie skończyć ceregiele,
Lepiéj żeby nie wyszła z nowego omdlenia?
Ciągnie się długo Kniaziu; nie czekając daléj
Każem księdzu ślub dawać, wszak wszystko gotowo,
Pewniebyśmy do jutra napróżno czekali,
Gdybyśmy Księżnéj siostry chcieli zyskać słowo.


Dymitr.

Czekaj znów się ocuca, raz jeszcze spytamy,
Potém —


Wasil.

Potém do rzeczy — my czasu nie mamy,
Trzeba żeby dziś jeszcze w twoim zamku była.


Dymitr ciągnąc go.

Chodź Kniaziu — chodź — sprobujem — oczy otworzyła

(idą ku niéj)
Wasil do Beaty.

Raz jeszcze pytam, jestli wasza wola,
By Kniaź Dymitr poślubił Halszkę córkę waszą?


Beata. żywo.

Wiecie że nic nie mogę uczynić bez Króla —
A sama nie zezwolę — Groźby nie zastraszą,
Miecz mię wasz nie przelęknie, póki życia stanie,
Będę bronić od gwałtu —


Wasil.

To ostatnie słowo?


Beata.

Ta ostatnia odpowiedź, na wasze pytanie —

(bieży nagle do córki, chwyta ją za rękę i staje przy niéj).
Wasil. podchodząc.

Czy wiesz Księżno silniejszy jak o wolą pyta?

(pokazuje miecz)
Beata. ciągle przy córce.

Tybyś śmiał?? jam bezbronna — stara — jam kobiéta.


Wasil.

Młody, stary, kobieta, każdy równy u mnie,
Nie chcesz sama, za ciebie ja zrobię rozumnie —
Oto —


Beata.

Kto do spraw moich mieszać ci się każe?


Wasil.

Najbliższy krewny, mamże cierpieć długo,
Byś w około stawiając i kraty i straże,
Pastwiła się nad córką, jak najlichszą sługą,
Byś swoich patrząc zysków, wiek twéj córki młody,
Rzuciła dla łez pastwą, kamieniem do wody.
Myślisz że gdy mi w oczach życie twoje stawa,
Dać szczęście twojéj córce będę szukał prawa?
Nie! Illia brat mój gdyby był na świecie,
Jabym się w to nie mięszał, lecz gdy z zgrozą widzę,
Krew moję na łup cudzéj oddaną kobiécie —
Nie szukam prawa, ze wszystkich praw szydzę —
Ażeby uszczęśliwić prawa nie potrzeba —
Nie spytasz jakiém prawem puszczą cię do nieba,
Chociaż cię tam nie puszczą, boś się tu nażyła!


Beata.

Nażyła! — ty zazdrościsz! — o! roskoszy siła,
Widzieć musiałeś w nędzném mojém życiu wdowiém?
Czemuż ci Illia naszéj nie zwierzył opieki,
Wszak z krewnych tyś jedyny, tyś nam nie daleki?
Lecz, znać nie wart jéj byłeś —


Wasil.

Na to nie odpowiem —
Spytaj twojego serca, da odpowiedź szczerą —
Tyś mnie na łożu śmierci poróżniła z bratem,

Tyś mnie zrobiła zdrajcą, łupieżcą, przecherą
Tyś to zrobiła — ty —


Beata.

Ja — nie wstyd mi przed światem —


Wasil.

I śmiesz mi to mówić?


Beata.

Zabij więc niecnoto,
Masz miecz, zabij mnie — zabij i weź sobie złoto —
Skarby — wszystko — Lecz córki —


Wasil.

Schowaj mądrość swoję,
Zabiłbym gdybym żądał, nie pytałbym potem,
Co mam brać, co zostawić — co nasze, co twoje —
Zrobiłbym co chciał z córką i nie wzgardził złotem,
Lecz chcę żebyś się w życiu raz upamiętała,
Oddaj —


Beata.

Córkę! — To skarb mój, to nadzieja cała —
Jéj życiem żyję jeszcze, na tym nędznym świecie —
To pociecha starości — oddać! moje dziecię!
Oddać ją! oddać, z matczynego domu,
Z oczu matki, od serca? oddać! — jeszcze komu!


Dymitr żywo

Co? komu? Cóż to przed twemi oczami,
Moje imię skaziło? sławę moję plami?
Komu! — kobiéto zważ na słowa twoje!


Beata.

Zdéjm drżącą rękę z szabli — szabli się nie boję —
Ani ciebie — Dymitrze — w oczy i za oczy,
Powiem ci, co twą sławę, tak ci drogą broczy,
Nie przodków twoich czyny, nie dawne twe życie,
Lecz dzisiejszy dzień, Kniaziu —


Dymitr.

Cóż mu zarzucicie?


Beata.

Przemoc, gwałt, rozbój —


Wasil.

I mnie to dotyka?


Beata.

I ciebie zsiwiałego w bojach wojownika,
Coś bezbronnéj kobiécie, miał dodać obrony,
Ty druhom swoim Kniaziu, szablą swatasz żony —
Toż imienia nie plami? Twoja dawna chwała —
Krwią dzisiaj tu przelaną w niwecz się zalała.


Wasil.

Skoro tak! już nam teraz nic nie pozostało,
Możem robić co zechcem, pożegnani z chwałą —
Zbójcami nas nazywasz! ciebie to zadziwia!
Jestli zbójcą, kto córkę twoję uszczęśliwia?


Beata.

Szczęścia gwałtem nie dają — nie chce go za męża —


Wasil.

A kto ci to powiedział? —


Dymitr prędko.

Ona to mówiła???


Beata.

Komu nie miła sława własnego oręża,
Miałażby żona być miła?
Nie chce — zapytaj —


Wasil do Halszki.

Prawda?


Dymitr.

Być nie może —


Wasil.

Mów śmiało prawdę — ja cię obronię od matki.
Czy nie miły ci Dymitr?


Halszka płacząc.

O! wybaw mnie Boże!
O! uwolńcie mnie proszę, wam milsze dostatki —
Weźcie je, wszystko weźcie, weźcie życie sobie,
Bez matki ja nic nie chcę, nie myślę, nie zrobię.
Kniaziu stryju, ty biednéj użal się sieroty —
Zostaw mnie matce, ona kogo chce wybierze —
Dymitr niechaj ma sobie złoto, sławę, cnoty,
Ja nie chcę go! przysięgam —


Wasil ponuro.

Ale ja nie wierzę —


Halszka.

Jeśli o moje szczęście stryju tylko chodzi,
Jam szczęśliwa, mnie dobrze, nie troszczcie się o mnie
Nie chcę męża — o! nie chcę.


Wasil.

Obojeście młodzi,
Oboich ród jednaki, kochać się musicie,
Czas złamie te wymówki, wymyślone skromnie,
Będziecie się kochali, stawiam na to życie!
Znam wasz wstyd broniący się kłamanemi słowy, —
Wiem że usta wspak mówią sercu białogłowy —
Lecz nie wstydź się — mów prawdę


Halszka.

Jak Pan Bóg na niebie —


Dymitr.

Nie chcesz? — odrzucasz?


Halszka.

Nie chcę! nie chcę ciebie?


Beata.

Słyszycie, to od szczęścia pewnie się tak broni?


Wasil.

Cicho!!! Kniaziu Dymitrze przystąp jeszcze do niéj.
Sam pytaj — proś —


Dymitr.

A na co?


Wasil.

Prawda, cóż po słowie,
Przy matce bojaźliwa, prawdy nam nie powie —
Lecz —


Halszka.

Bez matki ja śmiało,
To samo wam powtórzę —


Beata.

A cóż jeszcze mało?
Jeszcze pytać będziecie? Nic was nie poruszy?
Jeżeli w piérsiach jeszcze ludzkie serce macie,

Jeśli wam krew przelana nie stwardniła duszy,
Idźcie drzeć się z sumieniem po wstydu utracie,
Może ten robak wpiwszy się do łona,
Zemści się i o zbrodni, zbrodniarzy przekona.

do Wasila

Ty! gdybyś życzył szczęścia dla swojéj rodziny
Nie szedłbyś z bronią, z ludem, przed świata oczyma,
Gwałcić pokój, niewinnych gubić bez przyczyny.
I z siwą twoją głową z długiemi latami —
Z krwią przodków twoich utonąć w niesławie.
Któż znając cię uwierzy twym chęciom, obawie,
Czystym zamiarom, w brudnéj, wymarzonym głowie,
Każdy cnotliwy ciebie zbrodniarzem nazowie[3]
Zbrodniarzem i podwójnym! — Przed zgonem, godziną
Chciałeś życie osłodzić, — jakiemiż ofiary?
Krew swą własną przedając bezwstydniku stary,
Myślałeś — mnie z tym lepiéj, oni niechaj giną!
Nie maż już Bóg piorunu na ciebie — Kaima.
I ziemia w swych wnętrznościach na grób miejsca nié ma
O!


Wasil. śmiejąc się.

Czy koniec Beato? widzisz jakem stały!
Uszy i serce lekko przekleństwa słuchały —
Żaden piorun nie upadł, ziemia mego ciała,

Przed naznaczonym czasem pożerać nie chciała —
Myślisz że noszę tutaj —

(kładnąc rękę na piersi)

— wasze drżące serce?


Beata.

Wiém — próżneby łzy były, próżne moje słowa,
Krew cię nie poruszyła — miałażby mordercę
Poruszyć biednéj matki za dziecięciem mowa?
Ty nie masz dzieci! — Od młodego wieka,
Starałeś się na kamień przerobić z człowieka.
Tyś sam nigdy nie płakał — na twoim pogrzebie,
Twój miecz chyba zapłacze, pożałuje ciebie —
Imię twe w niepamięci z dniem śmierci utonie.
A dusza z zapomnianém ciałem w grobie zgnije.


Dymitr.

Księżno! ja muszę stanąć Kniaziowi w obronie,
Przy mnie go szarpać słowa nie będą niczyje?
Co znaczą te przekleństwa? to wasza chęć złota;
I duszą i ustami zapalczywie miota.
Słowa kobiéty.


Wasil przerywając.

Uszu nie warte i czasu
Dość tych groźb, dość tych fałszów, przekleństw i hałasu,
Chcesz czy nie — nikt się ciebie pytać już nie będzie,

Płacz, wrzeszcz, umrzyj ze złości, nic to nie pomoże
Mam prawo —


Beata.

Mocniejszego —


Wasil.

I to dobre wszędzie,
Gdzie rozumu nie widać — Ja więcéj nie grożę —
Nie pytam i nie proszę, lecz z swoją opieką
Nie wyrywaj się więcéj, bo zamknę daleko.
W własnym zamku, w tym skarbcu dam ciasne mieszkanie,
Tam niechaj złoto twoje za pokarm ci stanie,
Niech ten przyjaciel, co go nad wszystko cenicie,
Odda wam poświęcone jemu wasze życie.

(Zbliża się do Halszki, którą Beata trzyma za rękę)

Teraz Kniaziu Dymitrze — oto wasza żona.


Beata zasłaniając ją sobą.

Nim jéj dotkniesz niech lepiéj w oczach moich skona,
Niżby twoją być miała. —


Dymitr dumnie.

W ustach wasza siła —
Już czas Kniaziu Wasilu. —


Wasil mimo oporu porywa Halszkę za jedną rękę —
za drugą trzyma ją i ciągnie matka.

Za mną panie młody!

(do Beaty)

No! puszczaj ją!


Beata.

Tę rękę odetniesz mi wprzódy.
Będę bronić do śmierci i póki ja żyję —


Halszka pada na kolana przed Wasilem

Stryju! czyliż cię prośby nie dotkną niczyje?
Na Boga! chceszże krwawe łzy z oczu wyciskać!
Chcesz nas w rospacz wprowadzić?? — Zrzecz się téj opieki!
Powiedz jak wiele złota miałeś na tém zyskać —
Wykupim się i wdzięczne będziem na wieki —
Zostaw mię — niech Król, matka, tą ręką rozrządza
Ja pójdę do klasztoru! — zaklinam Wasilu!

(do Dymitra)

Kniaziu Dymitrze; jaka zbłąkała cię żądza —
Jaka pociecha z żony wziętéj po łzach tylu?
Co ci w dom wniesie? nienawiść i jęki —
Gwałtem mojego serca nie weźmiesz i ręki —
Ja będę bronić i matki i siebie —
Śmierć twojąbym wolała, nad samego ciebie!

Nie — nie — Zmiękczysz się przecie! o! Boże! o! Boże!
Milczysz?


Dymitr zimno.

Inaczéj Księżno — być nie może —


Halszka śmiało

Inaczéj — któż mnie zmusi?


Beata.

Kto? czy wy zmusicie


Halszka.

Niźli wolą odebrać, łatwiéj odjąć życie —
Oto przysięgam świętym i Bogu na niebie,
Że nie cierpię, że nie chcę, nienawidzę ciebie!
Że nic nas nie połączy!


Wasil.

Ty nie znasz swéj woli —
Nie znasz swojego dobra — Ja o tém myślałem,
Prawem od Boga daném, opiekun twéj doli,
Oddajęć —

(szarpie ją za rękę ku Dymitrowi)

w jego ręce — ciebie z wianem całem —

(Beata porywa córkę i ciągnie to przeciwną stronę —
Halszka wyrywa się także, Wasil ciągnie ją ku
Dymitrowi za rękę).
Beata obracając się do dworzan.

A wy słudzy zbrodniarza, co tutaj stoicie —
Odbierać dziecię — prawa gwałcić pozwolicie?
Żaden z was nie ma siostry, matki — córki — żony —
Patrzcie! i was to czeka — i wy bez obrony
Najdroższe swoje skarby widząc w jego ręku,
Będziecie jęczyć, i nikt nie usłucha jęku —
Brońcie! brońcie!


Wasil.

To swoi — żaden się nie ruszy —
No! puścisz ty tę rękę!! — ?


Beata.

Łotrze! tyś bez duszy —
Bez serca! tyś nie człowiek! — Zlituj się —

Wasil popycha Beatę tak mocno, że upada na wznak —
potém porywa Halszkę za rękę i na krok
odprowadza ją mimo oporu).
Beata padając.

— O Boże!

(Sługi (kobiéty) które stały w ciągu sceny przelęknione
na boku przybiegają ocucić ją i podnieść).
Wasil podając rękę Halszki Dymitrowi.

Weź! oddaję ją tobie!

(do wyrywającéj się Halszki)

Nie! nic nie pomoże —
Tyś jego żoną! — zaraz kapłan was powiąże —
Błogosławię cię Halszko i ciebie mój Książę —
Twoją jest od téj chwili — nikt jéj nie odbierze —


Dymitr chwytając rękę Halszki.

Przyjmuję! kochać, bronić — obiecuję, szczerze —
Moją jest! moją — Król — matka świat cały,
Przysięgam nie odbiorą!

(klęka przed nią — Halszka patrzy na matkę i wyrywa się)

Księżno! słuchaj chwilę —
Oto klęczę przed tobą drżący i nieśmiały —
Przebłagaj się — łzy otrzyj, wylałaś ich tyle
Pod matki twojéj ręką — U mnie tyś Królowa —
Będę tylko najpierwszym, najlepszym twym sługą,
Święta będzie twa wola — rozkazem, twe słowa —
A rozkaz twój wyrokiem! — Cierpiałaś tak długo! —
Odtąd, szczęściem zasieję wszystkie chwile twoje,
I niémi smutną pamięć przeszłości ugoję —
I zniesione cierpienia nagrodzę sowicie!


Halszka.

A hańbę kto nagrodzi?


Beata ocucona.

Jeszcze się pastwicie?
Zabijcie lepiéj! razem!


(porywa i ciągnie ku sobie Halszkę, Wasil chwyta ją za drugą rękę i ciągnie także).
Wasil.

Na cóż ta śmierć zda się?

(do sług).

Héj! tu do mnie pachołki — już też dosyć tego!
Uspokoisz się Księżno, ale po niewczasie —
Nie będę więcéj pytał, pozwolenia twego —
Bierzcie ją i wynieście! — słyszycie? — kazałem —
Chcecie uczuć tę szablę —


(słudzy stoją w niepewności i milczeniu).
Jeden ze sług.

Kniaziu!


Wasil prędko.

Nie pytałem!
Bierzcie ją i zamknijcie tutaj — na uboczy —
U okien stanie warta!

(Beata chwyta się córki, kilku sług postępuje ku niéj wahając się — Wasil daje znak — Dymitr odprowadza gwałtem krzyczącą Halszkę. Słudzy chwytają wyrywającą się Beatę i prowadzą na prawo do drzwi które wskazywał Wasil — Halszka wyrywa się za matką — Dymitr utrzymuje ją za ręce. —
Za wyprowadzoną Księżną biegną jéj sługi — Krzyk i szum — potém drzwi się zamykają i słudzy stają ich pilnować). —

SCENA  XIII.
Ciż sami, prócz Beaty, prócz kilku sług i wszystkich kobiet Księżnéj — Krzyki na zamku powoli ustają i cichną w ciągu sceny.
Halszka wyrywając się.

Boże! twoje oczy,
Widziały to bezkarnie!


Dymitr poufale.

Nie płacz moja droga —
Próżne obawy — matce nic się tam nie stanie —
Włos jéj z głowy nie spadnie, przysięgam na Boga!
Teraz ostatnia prośba — ostatnie pytanie?
Odrzucasz mnie??


Wasil zbliżając się.

Już prosić, pytać, nie ma czego —
Gdzie ksiądz? gdzie? héj! niech słudzy wnet mi za (nim biegą

(do sługi)

Leć niechaj w pół chwili —
Związanego prowadzą — Śmiał uciec niecnota —


Ksiądz niewidziany, bo stał ukryty za sługami wychodzi.

Ja jestem!


Wasil.

Jesteś!! dobrze! będziem tu żenili —
Brewiarz — stuła?? no! gdzie są? czeka cię robota —
Wdziewaj! prędko — czy słyszysz?


Ksiądz.

Nic nié mam — przy sobie —


Wasil.

Posłać?


Halszka płacząc i zbliżając się ku niemu.

Zlituj się Kniaziu — chcesz mnie widzieć w grobie


Wasil.

Nie — chcę cię widzieć żoną —


Halszka.

Umrę —


Wasil.

tak się zdaje!
Nie lękaj się — nie umrzesz —

(do sług)

biegaj do mieszkania —
Niechaj księdzu przyniosą, co jeszcze nie staje —

Zapalić świece — ! kto się słuchać wzbrania,
Kto rozkazów nie spełni, będzie tu przed nami,
Tu, w oknie na powietrzu, wywijał nogami —
Przynieś wnet brewiarz, stułę, komżę i pochodnie,

(sługa jeden wychodzi).
Ksiądz podstępując.

Lecz czy myślisz, że zechcę twoje mnożyć zbrodnie?
I świętokradztwo łącząc do gwałtów szkarady....


Wasil gniewnie zbliżając się ku niemu.

Słyszysz! jam ciebie tutaj nie wezwał do rady!

(do Dymitra)

Ty Dymitrze Księżniczki nie błagaj napróżno!
Ona się w duchu zgadza ze swém przeznaczeniem,
Zezwoli! Ja widziałem za tych łez strumieniem,
Jak patrzała na ciebie!

(śmieje się)

Lecz była ostróżną!
Przy matce się broniła! Teraz jak jéj nié ma,
Nikogo się nie boi — wstyd tylko ją trzyma —
Oddana sobie — widzisz już się nie przeciwi — ?
Ksiądz zwiąże — ja przeżegnam — będziecie szczęśliwi —


Halszka.

Szczęśliwi! — a tam matka siwy włos wyrywa,
Ona płacze — jam tutaj i mam być szczęśliwa!

Nie! — i bez niéj i przy niéj powtórzę sto razy —
Nie chcę go, gardzę twemi prośby i rozkazy —
Matka ma prawo tylko, a po niéj Król drugi
Tyś obcy, znać cię nie chcę — puść mię uwolń Książę!


Wasil gniewnie.

Chcesz Halszko żebym znowu zawołał na sługi —
Każę ciebie przytrzymać, skrępuję i zwiążę!!


Dymitr z niechęcią.

Takiemi słowy serca nie nagniesz ku sobie
Skłaniać trzeba prośbami.


Wasil.

Temi nic nie zrobię —
Chce widać, żebym w złości! —


Dymitr.

Pozwól — wszak powoli,
Lepiéj wszystko ukończym — Przemocy nie trzeba,
Łzy oschną, usta zmilkną i serce przeboli
Lecz ksiądz niechaj! się śpieszy!

(Ksiądz występuje z za sług).

Halszka.

Księże! ach na nieba!
Na twoje suknię księże — zaklinam!


Wasil.

Dość tego
Ani słowa Księżniczko — to nic nie pomoże —
Trzeba mi być posłuszną —


Halszka.

Posłuszną? dla czego?


Wasil.

Bo tak chcę — i godziny, chwili nie odłożę —
I gdyby mnie stąd czarci do piekła wziąść mieli —
Nie dam się za nos wodzić rękom od kądzieli!


Dymitr. do sług.

Czy dziś przecie te gbury z świécami przybiegą?
Gdzież siedli? idźcie drudzy, przynieście ubranie!
Poszli i piją gdzieś tam!


Sługa.

Już wracają panie!

(Słudzy wnoszą komżę, stułę i świéce, które stawią na stole i kładną brewjarz).

Wasil wskazując komżę

Księże wdziewaj!


Ksiądz.

A na co?


Wasil.

Czy chcesz bym powtórzył?


Ksiądz.

Proszę —


Wasil.

Tyś cierpliwości mojéj dość nadużył —
Powtarzam — ten — Kniaź Dymitr — z synowicą moją
Czekając ślubu tu przed tobą stoją —


Ksiądz.

Ślubu?


Wasil.

I cóż dziwnego?


Ksiądz.

Wszakżem widział przecie —
Księżna nie chce go płacząc przeciw wam wyrzeka,
A nikt gwałtem nie żeni — Kniaziu — wszak to wiecie?


Wasil.

Gwałtem?!! Strzeż się ty mnichu! w mém ręku opieka,
Moja wola jéj wolą — usłucha gdy każę —


Ksiądz.

Lecz nie chce


Wasil.

Mnichu!


Ksiądz.

Ja się nie odważę —
Świętokradztwo! —


Wasil przystępuje ku niemu z mieczem.

Kazałem!


Ksiądz.

Szanuj włosy siwe —
Choć swoich nie szanujesz — Szanuj stan kapłana —
Także cię obłąkały chuci nieszczęśliwe —
Że prośba, rada — klątwa nie będzie słuchana?


Dymitr.

Tu nie miejsce wojować kościelnemi mowy —
Zginiesz — !


Ksiądz.

Bez woli Boga, włos nie spadnie z głowy


Wasil.

Chcesz czy nie? raz ostatni?


Ksiądz.

Nie! nie! nie — ! na Boga!
Miejcie litość nad sobą — miarkujcie się w błędzie,

Bóg patrzy — Bóg ukarze — Niechaj kary trwoga,
Zastąpi dla was cnotę — niech hamulcem będzie —
Bóg patrzy! — A jeśli się Boga nie boicie,
Tu na ziemi są kary i za cudze życie;
Swojém trzeba zapłacić —; za cudze cierpienia,
Przyjdą i na zbrodniarzy męki do zniesienia —
Krew za krew, a łzy za płacz —


Wasil.

Śmiesz grozić, ty stary?


Ksiądz.

Grożę, grożę wiecznemi i ziemskiemi kary —
Grożę piekłem i sądem — sumieniem wam grożę —
Kto mieczem szuka szczęścia, mieczem zginąć może —
Tam, lub tu was nie minie!


Wasil.

Patrzajcie — ! szalony —
Dobrą też wybrał chwilę do rad i obrony,
Do przekleństw i mądrego nad nami kazania,
Gdy go nic od naszego miecza nie zasłania —
Miarkuj słowa i słuchaj! — Czy miłe ci życie?


Ksiądz.

Znoszę je —


Wasil.

I chcesz umrzéć?


Ksiądz.

Do śmierci gotowy —
Choć jéj nie żądam — nią nie ustraszycie,
Jeszcze chwila nie przyszła —


Dymitr.

Któż broni twéj głowy?


Ksiądz.

Bóg! —


Wasil.

O! nędzny robaku, myślisz że na niebie,
Bóg siedząc, patrzy tylko na jednego ciebie?


Ksiądz.

Na wszystkich równo i na was zbrodniarze,
Na wszystkich patrzy, a winnych ukarze —


Halszka.

Litości! — stryju! w imię twego brata —
Zaklinam! —


Wasil.

Cicho! Mną ten mnich pomiata —
W mojém obliczu, śmiał takiemi słowy
Odzywać się!... Lecz zaraz musi być gotowy.

(do księdza)

Nuże daléj! jeżeli pragniesz żyć na świecie,

Czyś słyszał rozkaz? — czy spełnisz go przecie;
Zaczynaj modły!

(ksiądz nieporuszony stoi).

Jeszcze się opiera —
Czekasz aż ci łeb stary o ścianę roztrącę! —
Pomnij że człowiek raz tylko umiéra —
Raz tylko żyje — miecz, gdy głowę zrzuci —
Drugiém ci uderzeniem, życia nie powróci!
A! przysięgam — jak żywym na tém miejscu stoję —
Nie zważając na stan twój — siwe włosy twoje —
Zabiję cię, łeb utnę!


Ksiądz. milcząc kładnie komżę i stułę, sięga po brewiarz — nareszcie się odzywa

Niechaj twoja głowa,
Ciężar tych zbrodni poniesie przed Boga —
Będę posłusznym, lecz te święte słowa,
Które mam wyrzec, które śmierci trwoga,
Z ust mych nie z serca przemocą wypycha,
Słowa są próżne; nie ważna przysięga!
Spełnię ten napój z umartwień kielicha,
Lecz prośba moja, tam, do nieba sięga
Tam ją usłyszy, Bóg Chrystus na niebie —
Przebaczy moję słabość, a ukarze — ciebie.


Wasil.

Ślubną przemowę skończyłeś kapłanie

Teraz do rzeczy. Dymitr niech tu stanie,
Prowadź tu Halszkę —


Halszka opierając się.

Na Boga żywego.
Zaklinam! puść mię —


Wasil.

Cicho! (do księdza), a ty daléj,
Czytaj, błogosław, bo godziny biegą,
A my i tak już nadtośmy czekali.
Czytaj!


Ksiądz trzymając brewiarz otwarty.

Kniaziu Dymitrze chcesz ją mieć za żonę?


Dymitr trzymając płaczącą i wyrywającą się Halszkę.

Chcę — i przyrzekam wierność, miłość i obronę.


Ksiądz.

Księżno z Ostroga za męża go chcecie?


Halszka.

Nie chcę go, nie chcę — Nikogo na świecie —
Nie chcę nikogo — puść mnie — a ty księże
Słyszysz? — ja nie chcę — chociaż on przysięże,
Choć ręce zwiążesz — nie będę mu żoną
Bóg świadkiem moim — byłam przymuszoną —

Ślub ten nieważny — ich prawa — rozkazy —
Nie chcę go — nie chcę! nie chcę — powtarzam sto razy.


Ksiądz składa księgę i stułę zdejmuje.

Ja ukończyłem obowiązki moje —
Na ślub muszą — powinni zgadzać się oboje —
A gdy z nich jedno przeciw temu stawa,
Łączyć ich mimo woli — Bóg mi nie dał prawa —


Wasil.

Ja każę! starcze!


Ksiądz.

Rzecz nie w waszém słowie,
Rozkażcie niech Księżniczka inaczéj odpowie! —
Obustronnie powinni poprzysięgać sobie —


Wasil.

Ja zmuszę —


Ksiądz.

Ja odemnie co zależy zrobię


Halszka.

Nie przymusisz! przysięgam! mówiłam powtórzę —
Groźba, przemoc — śmierć nawet zmusić mnie nie może,
Proś, zaklinaj, rozkazuj — nie dojdzie do duszy
Żadne słowo — zaklęcie żadne mnie nie wzruszy —
Nic! nic na świecie!


Wasil.

Rób swoje kapłanie —
Pytaj — Ja ci odpowiem na twoje pytanie —
Wolno na chrzcie przysięgać za niemowlę dziecię,
A równy Bóg dał rozum dziecku i kobiecie —
Kto ich wolą kieruje; ten za nich przyrzeka.
Król nawet przez obcego żeni się człowieka. —
To wszystko jedno — niech tylko tu staje —
Przysięgać za nią nie bronią zwyczaje —
Ja odpowiem, przysięgnę — jakie zechcesz słowa,
A ona je dotrzyma. —


Ksiądz.

Nie — to być nie może


Wasil.

Kazałem! Już na włosku wisi twoja głowa,
Raz ostatni powtarzam! Słuchaj póki grożę —
Jak miecz dobędę, suchy się nie schowa —
Kniaziu Dymitrze stój i trzymaj żonę —

(do księdza)

Zaczynasz?


Ksiądz cicho, biorąc brewiarz

Zacznę.


(Ksiądz bardzo prędko ślub daje, pytając Wasila i Dymitra, którzy odpowiadają, lecz nic
nie słychać, bo Halszka którą Dymitr silnie trzyma za rękę, woła w czasie ślubu).

Halszka.

Ześlij mi obronę!
Boże! siéroty ulituj się biednéj!
Matko! — ach! matkę zamknęli daleko —
Mnie trzeba było zostać saméj jednej,
Zostać! i zostać pod jaką opieką!

(chce się wyrwać — ksiądz czyta)

Puśćcie mnie, puśćcie — i krzyże i księża —
Nikt nas nie złączy — nie znam go za męża —
Przeklinam ciebie — Niech Bóg na twą głowę
Za nową zbrodnią, ześle kary nowe!

(ksiądz wiąże ręce stułą)

Śmierć i męczeństwo — Wiąż ręce kapłanie —
Serc nikt nie zwiąże — on wiecznie zostanie,
Daleki sercu i chęciom daleki.
Nie chcę — odpycham — przeklinam na wieki!
Nie moja wola (do sług) wy wszyscy świadkami —
Gwałt!


(ślub się kończy — Ksiądz rzuca brewiarz na stół, stułę, rozdziera komżę, i odstępuje parę kroków).

Wasil do Halszki

Już po wszystkiém.


Dymitr.

Tyś moja na wieki!


Halszka.

Niech świętokradzki ślub ten cię nie mami —
Równieś odemnie jak wprzódy daleki —
Nie — nie znam ciebie! — Tam matka w rospaczy!
Puśćcie (wyrywa się) — jużeście co chcieli zrobili,
Pójdę —


Dymitr ponuro.

Nie pójdziesz! — matka nic nie znaczy —
Mnie trzeba słuchać, jam pan od téj chwili,
Pan twego czasu — ciebie, twojéj woli —
Zostań tu żono!


Halszka.

Na cóż dożyć było —
Ja — twoją żoną!


Wasil.

No! cicho — powoli —
Ot lepiéj skończym ucztą!

(do sług)

Wnet cukry, napoje,
Nieście na skrzydłach z kuchni i piwnicy —
Co gdzie znajdziecie, dać tu na pokoje —
I niech zamkowi zejdą się muzycy —

Nakrywać stoły — a tam na podworze
Drabom niech wyślą co się zostać może —
Niech z wałów zamku zaśpiewają działa —
Wrzaśnijcie hura a za to w nagrodę —
Wasza, piwnica cała.
— Vivat Kniaź Dymitr — Vivat państwo młode!!

(podrzuca w górę rękawicę i łapie w powietrzu. Sług kilku wychodzi)

Halszka.

Czemuż mi lepiéj śmierci nie życzycie —
Niż życia — Kniaziu — zatruwszy mi życie —


Wasil.

Skończ już Księżniczko twoje łzy i żale,
Skromność aż nadto okazałaś srogą —
Poświadczą wszyscy — lecz dość, bo mi wcale
Nudne się jęki podobać nie mogą.
Wiem że przystoi płakać idąc do ołtarza —
Odpychać męża — nie chcieć — lecz jest kres wszéj rzeczy,
Dłuższy twój opór, obu nas obraża —
Jego, co cię zaślubił, mnie — com cię miał w pieczy
Dość, dość na Boga, niech serce uderzy
Wesoło, żywo — Rzuć mu się na szyję —
Niech przecie szczęściu swojemu uwierzy —
Niech smutny mąż twój na chwilę odżyje.

(do sług)

Czasze tu prędzéj na stół.

(do księdza)

Ty tu jeszcze? czego?


Ksiądz.

Szedłem ale przed samym wstrzymano mię progiem.


Wasil.

Po co wstrzymano? zabierz co twojego
I idź już z Panem Bogiem —
Już cię nie trzeba! idź — Wbij w pamięć sobie
Jeśli zaprzeczysz tych związków świętości —
Jeśli oskarżysz — gdybyś skrył się w grobie,
Na zemstę z grobu dobędę twych kości —
Gdybyś się ukrył pod królewskie trony,
I ztamtąd moje wyciągną cię szpony.
Pamiętaj mnichu! — Puśćcie go — niech rusza! —

(ksiądz zabiera brewiarz i komżę i wychodzi)


SCENA  XIV.
Ciż sami, prócz księdza.
Wasil.

Zajęcza pod tą suknią ukrywa się dusza —
Rad że mu uszło —

(do Dymitra)

Nie rozjaśniasz czoła?
Milczysz i milczysz — dziś twoje wesele —
Miałeś mieć szczęście —


Dymitr.

Spójrzyj; więc do koła —
I mnie nie pytaj. Smutek na mém czole —
Odbił się tylko z tych ponurych twarzy —
Każdy niechętny — Każdy dzikim wzrokiem —
Gniéw rzuca na mnie, w sercu zemstę warzy —
I żona nawet w milczeniu głębokiem,
Jeżeli słowo szepnie jakie z cicha —
Słowem — przeklina — rękoma — odpycha —
Gdzież szczęście moje? — nie widzę go przecie!

(nagle)

Wina tu! wina! — skończyłem lepiéj może —
Wino — milczenie z ust zamkniętych zmiecie —
Potém —

(do Halszki, którą chce uściskać)

małżeńskie czeka na nas łoże —
Precz zgrajo! precz stąd! czekajcie na progu
Gdy klasnę w ręce, jeden z was przybieży! —


(od kilku chwil wchodzą i wychodzą z rozmaitemi przygotowaniami służący — gdy tych słów domawia — już są na stole dzbany puhary cukry, ciasta i t. p. Słudzy wychodzą przez głąb i drzwi wybite zamykają za sobą).

SCENA  XV.
DYMITR, WASIL — HALSZKA.
Dymitr bierze puhar i nalewa,

Wyszli!


Wasil pijąc z oddanego po skosztowaniu puharu,

Samiśmy teraz dzięki Bogu!
Możemy mówić bez żadnego sromu —
Księżno! wasze zdrowie piję —
Zdrowie Ostrogskiego domu!
Szczęśliwa para niech żyje!

(podpiwszy podaje Halszce, która ustępuje się i odpycha).


Halszka.

Daj mi trucizny! — mnie łzy upoiły —
O! matko! Boże! (ciszéj) Co mnie jeszcze czeka!


Wasil.

Co więcéj czeka? — Małżonek twój miły —
Chwila roskoszna, chwila nie daleka,
A za nią długie i sczęśliwe życie —


Halszka.

I tego tylko stryju mi życzycie?


(Bierze nóż ze stołu i chowa tak prędko, że Wasil i Dymitr niewidzą.)

Wasil.

Czegoż mam życzyć więcéj? — Życzę mnogich dzieci


Halszka.

O jeśli dla nich los mój przeznaczony,
Niech urodzenia dzień im nie zaświeci!


Wasil cicho do Dymitra.

Czy widzisz — zwolna ten żal tak szalony,
Te łzy ogniste, opór, krzyki, jęki,
Gasną powoli — Czekaj jeszcze trocha,
Potém za szczęście nieść będzie podzięki.
I matkę przeklnie, a ciebie pokocha:

(W czasie téj i następnéj rozmowy, Halszka spoglądając z ukosa na drzwi, przechadza się po sali).

Boleści wielkie jak burze szalone,
Nie długo trwają — a po nich na niebie,
Weseléj słońce zabłyska złocone —
Kniaziu! przysięgam — ona kocha ciebie!
I przeklinając, gdy odpycha łaje;
Spogląda z boku i ciekawym wzrokiem —
Pożera pewnie.


Dymitr.

Przeklęte zwyczaje!
Zawsze pokrywać milczeniem głębokiém,
To, co się w sercu rodzi, kryje, na dnie —


Wasil prędko.

Na tém świat stoi — Lecz pono wypadnie,
Żebym przypomniał.


Dymitr.

Co?


Wasil.

Twe przyrzeczenie —
Zamek ostrogski —


Dymitr.

Jest twoim, nie zmienię —
Weźmiesz go całym —


Wasil.

Skarbce?


Dymitr waha się.

Te są moje.


Wasil.

Przyrzekłeś —


Dymitr.

Wszakże w przyrzeczeniu stoję,
Zamek ci oddam.


Wasil.

Z wszystkiém co ma w sobie?


Dymitr.

Skarbce są moje — z niemi co chcę zrobię —
Zabiorę z sobą, rozdaruję komu —
One są moje — nie było umowy —


Wasil.

A cóż mi bez nich z kamiennego domu —
Co mi z Ostroga?


Dymitr.

Wyraźnemi słowy.
Mówiłem — Ostróg w wieczne oddaję dzierżenie —
Skarbce są moje!


Wasil.

Za was się rumienię
Ja wam dotrzymał, wy podejść mnie chcecie.
Lecz i jam stary — Łamię ślub i słowo
Oddaję —


Dymitr.

Tego zrobić nie możecie! —


Wasil.

Zrobię i klnę się siwą moją głową!
Dzięki żem jeszcze obejrzał się w porę —
Jak dałem żonę, tak ci ją odbiorę


Dymitr wstając.

Kto? ty?


Wasil.

Ja!!


Dymitr.

Ślub nas złączył, a ty Książę —


Wasil.

Kto ci przysięgał wszakże ja, nie ona?


Dymitr.

Kapłan nas związał —


Wasil.

A ja was rozwiążę!
Jam ci przysięgał — jam jest twoja żona —
Toż twoja wdzięczność, to twoja nagroda,
Pchnąć w przepaść tego, kto ci rękę poda?


Dymitr.

Lecz — ty mnie Kniaziu nie rozumiesz wcale —


Wasil.

Więcéj niż myślisz! —


Dymitr.

Ochłodnij w zapale
Powiedz sam — skarbów chceszli w których wiano.

Dla Księżnéj Halszki, tyle lat składano?
Czy chcesz méj krzywdy? czy ci zamku mało?


Wasil.

Chcę, by się zadość obietnicom stało.


Dymitr.

Zamek, twój! dzisiaj! —


Wasil.

Ze wszystkiém?


Dymitr.

Na Boga!
Prócz złota inne są skarby Ostroga —
Włości bogate — obronne siedlisko —


Wasil.

Cóż mi to gadasz — wprzódy ja to znałem —
Niżeś ty Kniaziu wiedział swe nazwisko
Tu ja się z bratem Illią wychowałem —
Tu każden kątek, wszystkie chaty, domy —
Drzewo i kamień, każdy mi znajomy —
Na co to mówić? kończmy jak żołnierze
Oddasz — nie oddasz, ja wiém co uczynię —
Odbieram Halszkę.


Dymitr.

Nikt jéj nie odbierze!


Wasil.

Ja!


Dymitr.

Nie!


Wasil.

Ja! mówię —


Dymitr.

Kto się tknie jéj — zginie!


Wasil.

Dobrze!


Dymitr.

Lecz słowo — do szabli czas będzie,
Rozważaj Kniaziu — nie lepiéj się zgodzić?


Wasil.

Chciałem — chcę tego — lubię zgodę wszędzie —
Lecz i przed wojną nie będę uchodzić —
Nie będę podły przystawał z pokorą,
Gdy mi należność lub własność odbiorą.


Dymitr po namyśle.

Posłuchaj — jeszcze słowo.


Wasil.

Cóż w tém słowie?


Dymitr.

Unikam kłótni — weźmiesz po połowie —


Wasil.

Nie! moje całe!


Dymitr.

A! to być nie może!
Cóż mnie zostanie?


Wasil.

Więcéj niż ja biorę —


Dymitr.

Daj dzień namysłu, odłóż —


Wasil.

Nie odłożę —
Jam swoje zrobił, ty zrób swoje w porę —
Czas Kniaziu skończyć albo wszystko moje,
Albo nic twego.


Dymitr.

O skarby nie stoję —
I dla pokoju, jak pokrewny tobie,
Choć wiem że krzywdę sam dla siebie zrobię;
Oddaję wszystko

(podając rękę)

i będziemy w zgodzie —
Księżniczka czeka i łoże —
Godziny biją, słońce na zachodzie —
Droga przed nami — chodźmy!


Wasil wesoły, podchodząc z nim do Halszki.

W imię Boże!

(zbliżają się, ona staje, potém cofa się od nich, Wasil chwyta ją za rękę.)

Czegoż uciekasz? co ci jest pierzchliwa?
Czy dawny strach się w twém sercu odzywa?
Precz z dawnym strachem — dziś zaczynasz nowe
Życie i czucia — a, na moję głowę
Lepsze od dawnych! — Dotąd zamykana,
Nie widząc świata, od ludzi daleka,
Płacząc zasnąwszy budziłaś się z rana,
Próżno codziennie czekając człowieka,
Coby z matczynéj wyrwał cię niewoli —
Dziś ci go moja zesłała opieka —
Zmieniam na radość, łzy przeszłéj niedoli-
Daje ci męża, wolność ci oddaję —
Będziesz mi wdzięczna?


Halszka gorzko.

Wdzięczności nie taję
Widzisz ją w oczach, w ustach, na méj twarzy —
Niech cię Bóg takiém szczęściem jak moje obdarzy,

(pada na kolana).

Kniaziu! raz jeszcze — poniżam się, proszę —
Wróć mię dawnym cierpieniom — weź swoje roskosze —
Oddaj mnie matce!


Dymitr.

Jakżem ci niemiły?


Wasil.

Nie wie co mówi — to usta mówiły.
Lecz co myślała!! — chce iść prędzéj może —
Chodźmy

(ciągnie ją ku drzwiom na lewo).

Halszka padając na ziemię.

Nie pójdę!


Dymitr ze złością, chwytając ją.

Pójdziesz — skarz mnie Boże!
Prosiłem wprzódy, teraz rozkazałem.


Halszka na ziemi.

Nie pójdę!


Dymitr ciągnąc ją ku drzwiom.

Nadto, za długo czekałem,
Patrz, drżą mi ręce, krew bije do głowy,
Ja mąż od własnéj odepchnięty żony,
Mamże z nią walczyć kobiécemi słowy —
Uledz jej prośbom i odejść zhańbiony?
O! nie — na piekło, ty musisz iść ze mną —

(ciągną ją gwałtem oba).

Halszka.

Ratujcie! ratuj!


Wasil.

Nie wołaj daremno,
Nikt nie przybieży!

(Halszka wyrywa się, wysuwa rękę i pokazuje nóż).
Halszka.

Zabiję w obronie!

(Wasil odskakuje — Dymitr trzyma ją za drugą rękę i pełnym złości głosem, woła).
Dymitr.

Księżno!


Halszka grożąc nożem.

Puszczaj mnie!


Wasil o podal stojąc.

Dymitrze! no śmiało,
Chwyć ją za rękę!


Halszka.

Precz! słabe mam dłonie,
Ale Bóg siły użyczy na chwilę —
Odstąp się Kniaziu —

Dymitr ciągle trzymając ją za rękę.

Nie ufaj swej sile
Wyrwę!

(Usiłuje nóż pochwycić).
Wasil z daleka.

Tak! śmiało! —


Dymitr do Wasila.

Pomóż — z tamtéj strony
Zachodź!


Dymitr. podnosi nóż.

Zabiję!!


Wasil chwyta raptem i wydziera jéj nóż, rzucając go o podal w drugi koniec sali.

Jużeś bez obrony

(ciągną ją do drzwi na lewo).

Tu — tutaj! — patrzaj! to matki nauka,
Milczy — a okiem w piersiach serca szuka!
Modli się, płacze, miłosierdzia prosi,
A drugą ręką nóż cicho podnosi!

(wciągają ją do drzwi — krzyk — kortyna zapada).
Koniec drugiego aktu.



Przypisy

  1. Beata i Halszka były obrządku łacińskiego, Wasil zaś i linia męzka Ostrogskich, religii greckiéj.
  2. Nazwisko miejsca nad granicą, nie zaś kraju. Patrz Niesieckiego.
  3. Stara forma zamiast — nazwie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.