Hadżi Halef Omar/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Hadżi Halef Omar
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1925
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAROL MAY


HADŻI HALEF OMAR
OPOWIEŚCI WSCHODNIE
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg



EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1925
WARSZAWA


Złożono czcionkami i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL”
Warszawa, Elektoralna 31
Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. w Warszawie, Prosta 17.
Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.
Copyright 1925 by „ORIENT“ Warsaw

ZEMSTA KRWI

1. Bassra.

Czytelnicy przypominają sobie zapewne mego wiernego sługę hadżi Halefa Omara, gotowego zawsze do ofiar dla mnie swego „pana i władcy“. Coprawda mianował się wobec ludzi mym „obrońcą i przyjacielem“. Tej fanfaronady nie brałem za złe dowcipnemu hadżi; była to drobna słabostka wobec wielkich zalet jego osoby. List, który nadesłał mi po ostatniej rozłące, może służyć za niezrównany wzór stylu wschodniego. Przytaczam go w całości, aby czytelnicy wyrobili sobie dokładne pojęcie o charakterze Halefa. —

Kochany mój Sihdi[1]

Niechaj spłynie na Ciebie łaska i błogosławieństwo Boże! Przybyliśmy, ja i Omar. Wszędzie radość i szczęście! Pieniądze! Sława! Zaszczyty! Rozkosz! Błogosławieństwo, miłość, tęsknota, modlitwa — emirowi Kara ben Nemzi[2]. Hanneh[3], najsłodsza córka Amszahi, córki Maleka Abteibeh, jest zdrowa, piękna, zachwycająca. Kara ben Hadżi Halef[4], mój ukochany syn — to bohater! Jednym tchem połyka czterdzieści suszonych daktyli! O nieba! Omar ben Sadek[5] zaślubi Sahamę, córkę Hadżi Szukara es Szamain ben Mudal Hakuram ibn Saduk Wesilegh es Szammar, bogatą i uroczą dziewczynę. Niechaj Allah Ci ześle piękną pogodę i słoneczne niebo! Ogier Rih śle uniżone pozdrowienie. Omar ben Sadek ma dobry namiot i miłą teściowę. Ożeń się również! Allah Cię weźmie w opiekę! Bądź zawsze zadowolony z losu i nie narzekaj! Moje serce należy do Ciebie. Zapomnij o pieczęci; — brak mi jej, jako też laku! Bądź cnotliwym, omijaj grzech i przestępstwo! Przybądź na wiosnę! Pij mało, jedz umiarkowanie i niechaj uprzejmość będzie twoją cnotą.

Pełen poważania, szacunku, pokory i podziwu —
— twój wierny przyjaciel, obrońca
i głowa rodziny
Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul
Abbas ibn Hadżi Dawud
al Gossarah.

Opowiadałem już niejednokrotnie o moich przygodach nad górnym Tygrysem. Tym razem powrócę do wspomnień, łączących się z Bassrą i pustynią arabską. — —
Po przybyciu do Bassry, zamierzałem udać się w dalszą drogę okrętem do Abuszehr w Persji, następnie zwiedzić słynny Sziraz. — Bassra, czyli Bassora leży w okolicy błotnistej, niezdrowej, nad deltą Eufratu Tygrysu, zwaną Szait el Arab. Aby nie narażać się na febrę, postanowiliśmy wyruszyć stąd jak najprędzej. Karawana nasza składała się, oprócz mnie i Halefa, z Omara ben Sadek i dwóch Haduddinów. Towarzysze odprowadzili mnie z pastwist swego szczepu do Bagdadu, gdzie mieliśmy się rozstać. Halefowi i Omarowi przychodziło to zazwyczaj z trudnością, dlatego i tym razem postanowili pożegnać mnie dopiero w Bassorze. Osłaniali się pretekstem, który musiałem uznać za wystarczający. — Mianowicie Haddedinowie, hodowcy wielbłądów, wysłali większą ilość kelleków[6] z wełną do Bassory; stąd rozchodziła się ona po całym wschodzie i docierała nawet do Indji. — Otóż prowadził tratwy młody lecz doświadczony Mesud ben Hadżi Szukar. Wyraz ben oznacza syna; Mesud był synem hadżi Szukara. Halef pisał w swym liście, że Omar zaślubił córkę tego hadżi Szukara; a więc Mesud był szwagrem Omara ben Sadeka. Wspominam o tem, gdyż okoliczność ta odegra dużą rolę w późniejszych wypadkach. —
Mesud wyruszył zatem, jak wspomniałem, na tratwach z paroma Haddedinami do Bassory, co posłużyło za pretekst Halefowi i Omarowi, aby mnie tam odprowadzić i, spotkawszy się z ziomkami, wrócić razem do rodzinnych namiotów.
W Bassorze odnaleźliśmy Mesuda bez wielkich trudności, bowiem miasto, niegdyś tak ludne, liczyło obecnie niespełna dziesięć tysięcy mieszkańców; odszukanie więc człowieka było rzeczą stosunkowo łatwą. — Mesudowi udało się nader korzystnie sprzedać wełnę wielbłądzią i właśnie nazajutrz po naszem spotkaniu miał otrzymać należną mu znaczną kwotę.
Udałem się do portu, leżącego w północnej dzielnicy miasta, aby się dowiedzieć, kiedy odchodzi okręt do Abuszehr; usłyszałem, że przybędzie dopiero za kilkanaście dni. Co miałem począć z czasem? Dla człowieka, nieznającego wschodu, pobyt w tem mieście byłby może ciekawy, ja jednak nie znalazłem nic godnego uwagi. — Niezbyt zachęcającą perspektywę obijania bruków Bassory ominąłem szczęśliwie; postanowiłem bowiem towarzyszyć Haddedinom, którzy wybrali się w pielgrzymkę do szczątków Manen ibn Risaa w miejscowości Kubbet el Islam, celem uczczenia tego świętego dla muzułmanów miejsca.
Kubbet el Islam, kopułą Islamu, zwie się stara Bassora, leżąca około piętnaście kilometrów na północo-zachodzie od właściwej Bassry. W czternastym wieku miasto to uważane było za czwarty raj świata muzułmańskiego. Występuje ono równie często, jak Bagdad, perła miast, w bajkach z tysiąca i jednej nocy; w Bassorze założył w czwartym wieku słynny uczony Ibn Risaa jedną z pierwszych mahometańskich akademji. Każdy z „wiernych“, skoro znajdzie się w nowej Bassorze, uważa za obowiązek swój odwiedzić Kubbet el Islam, co w każdym razie będzie mu poczytane za zasługę. —
Aby skrócić sobie czas oczekiwania okrętu, przyłączyłem się do tej wycieczki. Miano wyruszyć natychmiast po ukończeniu interesów Mesuda. — Przybyliśmy do Bassory bez koni, bo na tratwie; w mieście zaś chcieliśmy nająć osły, których było tutaj mnóstwo, jak zresztą wszędzie na wschodzie. Nie spieszono tedy z wynajęciem, czego niestety musieliśmy później żałować.
Zamieszkaliśmy prywatnie wpobliżu Markhil, inaczej zwanego Kut-i-Frengi; tak mianują konsulat angielski, mieszczący się w najlepszym budynku Bassory. —
Nazajutrz udał się Mesud do kupca wełny po pieniądze, z któremi miał niebawem powrócić. Radziłem mu uczynić to później, gdyż nie były mu jeszcze potrzebne; w dodatku na tak krótkim dystansie, na jaki się udawaliśmy, groziło niemiłe spotkanie z koczowniczymi Beduinami. — Mesud mnie jednak nie posłuchał.
Chciałem wyjść na miasto, by wynająć hamiry[7], lecz Mesud temu się oparł:
— To zbyteczne, effendi[8]. Nawet zwykły Arab niechętnie używa osła, a ty, słynny emir Kara ben Nemzi, miałbyś dosiąść marnego hamira? Nie, pojedziemy konno!
— Tak? — Czy postarałeś się o konie?
— Tak, effendi!
— U kogo?
— Wziąłem je u Abd el Kahira, słynnego szeika szczepu Muntefik.
— Jest on znakomitym i godnym zaufania mężem, lecz dziwi mnie, że zajmuje się tego rodzaju interesami. Zwykle tak dzielny wojownik nie wynajmuje obcym swoich koni.
— Słusznie, sindi! To też nie wynajął ich nam, tylko pożyczył, nawet za darmo. Czuł się zaszczycony, że wyświadczyć ci może tę skromną usługę.
— Co takiego? Jestem tutaj obcym i nie rozumiem, skąd miałby mnie znać!
Lecz tu wtrącił Halef swoje trzy grosze, korzystając ze sposobności, by pod niebiosa podnosić nasze wielkie, w jego pojęciu, czyny.
— Jak możesz o to pytać, sihdi? Czyżbyś już doprawdy zapomniał o naszych bohaterskich postępkach? Czy znasz kogolwiek, ktoby nam dorównał? Jesteśmy olbrzymami męstwa i odwagi, reszta zaś ludzi to, w porównaniu z nami, — marne karły! Imiona nasze brzmiały we wszystkich krajach, a o czynach naszych układają pieśni we wszystkich namiotach. Dlaczegóż więc miałby Abd el Kahir nie wiedzieć, że jesteś niezwyciężonym emirem Kara ben Nemzi, którego wziąłem w moją mocarną opiekę?
— Halefie, nie przesadzaj! Może nawet słyszał coś niecoś o naszych przygodach, ale skąd wie o naszej obecności w Bassorze i o tem, że zamierzamy udać się do Kubbet el Islam?
— Dowiedział się ode mnie, — odparł Mesud.
— Gdzie go spotkałeś?
— U kupca, który płacił mi za wełnę.
— A więc widział, że otrzymałeś pokaźną sumę?
— Tak!
— To wiele daje do myślenia! Mesudzie, bądź ostrożny i nie zabieraj ze sobą pieniędzy!
— Effendi, to przecież Abd el Kahir, człowiek tak uczciwy, że nigdzie nie bylibyśmy bardziej bezpieczni, niż w jego domu! A zresztą, komu mam powierzyć tę sumę na czas mej nieobecności?
— Jeden z was powinien zostać; temu wręczyłbyś pieniądze!
— Nikt z nas zostać nie zechce. Sposobność pielgrzymki nie nadarza się tak często.
— Hm! — Czy znasz Abd el Kahira osobiście?
— Nie.
— Nie możesz więc wiedzieć, czy istotnie jest tym, za kogo się podaje! — Kiedy ma przybyć z końmi?
— Za godzinę!
— Hm. Pójdę więc tymczasem do owego kupca, aby się dowiedzieć, czy Arab, który był u niego z rana, jest rzeczywiście Abd el Kahirem!
— To zbyteczne! Kupiec nazywał go tak i mówił z nim o szczepie Muntefik. Gdy wyszedłem z Abd el Kahirem, wdaliśmy się w małą pogawędkę. Między innemi, powiedziałem mu, że do Kubbet el Islam z braku koni jedziemy na osłach. Wówczas zaproponował mi bez namysłu swe konie, mówiąc, że nie wypada, by emir, tak słynny w dodatku jak ty, dosiadał podłego zwierzęcia; z chęcią użyczy ci swojej cennej klaczy!
— Tak? — Czy mówił ci, gdzie ma konie?
— We wsi El Nahit, leżącej niedaleko bramy El Mirbad. Naturalnie, tylko klacz jest jego własnością; pozostałe konie należą do ludzi, przybyłych z nim do Bassory. Lecz i oni nie będą mieli nic przeciwko temu, byśmy je przez krótki czas dosiadali.
— A czy, wie, gdzie mieszkamy?
— Tak; odprowadził mnie aż pod dom.
— Dlaczegóż więc nie sprowadziłeś go na górę?
Moje zachowanie się w stosunku do niego poczęło Mesuda napoły martwić, napoły gniewać, gdyż odpowiedział mi teraz:
— Dotychczas nie zwracałeś się do mnie, jak do dziecka, lecz zdaje mi się, że teraz zaczynasz mię tak traktować! Pamiętaj, że kelleki wraz z ich ładunkiem mnie zostały powierzone. A więc nie mam chęci wysłuchiwać tych nieuzasadnionych podejrzeń!
— A ja zapewniam, że nie miałem zamiaru cię obrażać! Zwykłem wszystko czynić z namysłem i ostrożnością. Mam nadzieję, że tym razem okaże się ona zbyteczna!
Na tem urwała się nasza ożywiona wymiana zdań. Sądziłem, że przypuszczenia moje posunąłem za daleko. — Któż ośmieliłby podawać się za Abd el Kahira, nie będąc nim? Szeik, którego imię oznaczało „sługa cnoty“ był człowiekiem nader poważanym i cenionym. Więc powinienem był za zaszczyt sobie uważać, że miałem jechać na jego klaczy. —
Po upływie godziny usłyszałem tętent kopyt końskich i w otwartych drzwiach ukazał się czarnobrody człowiek, który obrzucił nas krótkiem spojrzeniem i pozdrowił, skłoniwszy się w moim kierunku:
— Sabah el cher, ia emir — dzień dobry, o emirze! Oczy moje napawają się dumą, że wreszcie mogły cię ujrzeć!
Bose jego nogi były obute w sandały: ciało miał owinięte zwykłym haikiem[9], opasywał się sznurem z wełny wielbłądziej. Kapiszon burnusa opadał mu na plecy, odsłaniając głowę. Bardzo rzadko widywałem tak charakterystyczne rysy. Ciemne włosy, zaplecione w mnóstwo warkoczyków, powiewały swobodnie za lada podmuchem; dwie równolegle blizny przecinały ukośnie jego nizkie a wydatne czoło; nie pochodziły z zadanych ran, lecz były umyślnie wywołane cięciami noża. Niektóre szczepy wojownicze naznaczają swych członków takiemi właśnie bliznami. Nie wiedziałem wszakże dotychczas, że i Muntefikowie mieli ten zwyczaj. — Broda szeika była gęstsza, niż spotyka się zazwyczaj u szczepów arabskich. Wzrok miał ostry, kłójący prawie, co zresztą nie było dostatecznym powodem do nieufności, tem bardziej, że powitał nas tak uprzejmie. Okoliczność, że wspominał o dumie, doznanej na mój widok, należało złożyć na karb zwykłej przesady, cechującej mowę Wschodu. Dlatego wstałem, skłoniłem się równie uprzejmie na jego powitanie, i rzekłem:
— Sabah el cher, ia szeik. — Bądź pozdrowiony szeiku. — Racz spocząć!
Podałem mu rękę i usiedliśmy naprzeciw siebie, aby pogawędzić. Była to, jak zwykle, wymiana zdań zdawkowa, lecz nakazana przez etykietę. Potem wstaliśmy i wyszli na ulicę, by przygotować się do drogi. —
Było nas dwanaście osób; przed domem czekał też tuzin koni. Nie były związane i nikt ich nie pilnował. Szeik przybył tutaj na jednym z nich, a pozostałe, posłuszne jak psy, podążyły za nim aż do naszego mieszkania; nic w tem dziwnego, gdyż konie Beduinów powolne są, jak baranki. Z pomiędzy wierzchowców wyróżniała się klacz złotawej maści; uprzęż jej i siodło były kunsztownego wyrobu, który Pers nazywa reszma. Abd el Kahir wskazał ją i rzekł:
— Siadaj, emirze. Klacz tę przeznaczyłem dla ciebie i sądzę, że będziesz z niej zadowolony!
Posłuchałem, jakgdyby była to rzecz przesądzona, że powinienem dosiąść najlepszego konia, i wyruszyliśmy stępa poza miasto. Gdy zostało już za nami, pognaliśmy kłusem — i wtedy przekonałem się, jaką wartość posiadała klacz, chociaż nie mogłem jej coprawda, porównać z moim nieocenionym Rih.
Nieco później z kłusu przeszliśmy w galop i, z prawdziwą przyjemnością, po długiej jeździe tratwą, gnaliśmy z wiatrem w zawody. —
Nie byłem jeszcze nigdy w tej okolicy, lecz wiedziałem, że Kubet el Islam, leży na południo-zachodzie od Nowej Bassry. Jechaliśmy jednak w kierunku wyłącznie południowym. Z początku nie zwróciłem na to uwagi, sądząc, iż uprzednio źle mnie poinformowano; lecz kiedy przeszła godzina i nie widać było ani śladu Starej Bassory, począłem nabierać nieufności. Przejechaliśmy co najmniej z piętnaście kilometrów!
Haddedinowie rozmawiali ze sobą w czasie drogi. Halef i ja jechaliśmy naprzedzie, całkowicie zajęci swoimi końmi. Po pewnym czasie odwróciłem się do szeika, który jechał nakońcu. Uczyniłem to tak szybko i niespodzianie, że zdążyłem pochwycić jego błyszczący wzrok, zwrócony na mnie z dziwną zaciekłością. Gdy spostrzegł, że spojrzałem na niego, opuścił natychmiast powieki i twarz okrył maską obojętności. Zatrzymałem konia, zaczekałem, aż szeik się zbliży do mnie, i jechałem dalej — zwolna przy jego boku. Zapytałem:
— Czy wiesz dokładnie, gdzie leży Stara Bassora?
— Naturalnie, że wiem! — odpowiedział.
— Może się jednak mylisz? Jechaliśmy tak prędko, że powinniśmy już dawno być na miejscu!
— Jak ci się podoba moja klacz?
Pytanie zdawało się nie mieć żadnego związku ze Starą Bassorą, dlatego też odparłem ździwiony:
— Klacz jest bardzo dobra; nie mówiłem jednako niej, tylko o Kubbet el Islam!
— Wiem o tem; spostrzegłem, że moja klacz ci się podoba i że z przyjemnością na niej kłusujesz, dlatego też zboczyłem nieco z drogi, lecz tak niewiele; że niedługo będziemy na miejscu. — Wracajmy!
Zawrócił konia i ruszył w stronę północo-zachodnią. Jasne więc było, że minęliśmy Starą Bassorę. Okoliczność ta budziła we mnie niepokój, choć wykręt Araba był bardzo zręczny. —
— Mam nadzieję, szeiku, że jesteś uczciwym przewodnikiem! — ostrzegłem go.
Na to wybuchnął gwałtownie:
— Czy chcesz mnie obrazić, emirze?!
— Nie, lecz zamierzaliśmy zwiedzić Kubbet ei Islam, nie zaś udać się na przejażdżkę! Dlaczego nas nie zawiodłeś tam odrazu?
— Wyjaśniłem ci już uprzednio! Poprostu chciałem ci sprawić przyjemność! Pożyczyłem wam naszych koni, nic wzamian nie żądając, a ty zamiast dziękować, obrażasz mnie jeszcze! Powinieneś się czuć szczęśliwym, że nie mam przy sobie broni, inaczej zmusiłbym cię do walki ze mną, i to natychmiast!
— Czy doprawdy nie jesteś uzbrojony?
— Nie! Zostawiłem nóż i strzelbę i pojechałem bezbronny, by dowieść wam, że nie mam nic złego na myśli i że wszystko czynię tylko przez szacunek dla słynnego emira Kara ben Nemzi! Spójrz!...
Rzeczywiście nie miał broni, i, gdy przy ostatnich słowach rozsunął haik, nie spostrzegłem nawet noża. Nieufność moja poczęła ustępować.
— Wybacz, jeśli słowa moje cię dotknęły! Nie chciałem cię obrażać!
— Dziwię się twej podejrzliwości! Gdyby podążało za mną stu uzbrojonych wojowników, nawet wtedy nie moglibyśmy wam nic złego uczynić! Wiadomo bowiem, że Kara ben Nemzi posiada niejedną Bunduk es Sihr[10], z których może strzelać bezustanku. Nawet gdybym żywił względem was złe zamiary, ta strzelba uniemożliwiłaby je w zupełności!
A więc nawet do tego odległego zakątka, zamieszkałego przez szczep Muntefik dotarła wieść o sztućcu Henry’ego! Nie było to właściwie nic dziwnego, skoro przypomniałem sobie o najrozmaitszych przygodach wśród Arabów nad Tygrysem, w których sztuciec ten grał niepoślednią rolę. —
— Niezadługo przybyliśmy do wyschniętego łożyska, zwanego Dżarri Caade, przy którym leżą ruiny starej Bassory. Właściwie powinniśmy byli nadjechać z północo-wschodu, ale wskutek zboczenia z drogi, znaleźliśmy się na południo-wschodzie. —
Jak już wspominałem, nieufność moja znikła, teraz jednak poczęła się budzić na nowo, gdy zobaczyłem, że Abd el Kahir błądzi swoim ostrym wzrokiem po ruinach, wyczekując kogoś, lub czegoś. Któż miałby się tu zjawić? Kto to mógł być? Jeden z jego ludzi, czy też kilku? Od chwili, gdy zaproponował swe usługi Mesudowi, minęły już przeszło dwie godziny — czas wystarczający aż nadto, aby Muntefikowie zdążyli, choć pieszo, nadejść. Jeśli zgadłem, szli najprostszą i najkrótszą drogą, gdy tymczasem szeik wodził nas umyślnie naokoło, abyśmy nie zobaczyli ich śladów. Teraz postępowanie jego spostrzegłem w innem świetle. Mogłem już sobie wytłumaczyć to nieopamiętałe spojrzenie, którem mnie obrzucał; — nie odnosiło się do mojej osoby, lecz do strzelb — „czarodziejskich karabinów“, które już niejednemu wpadły w oko! —
Mogłem się mylić i dlatego postanowiłem nic przeciw temu nie przedsiębrać, dopóki nie zdobędę przekonywujących dowodów zdrady. Gdybym go znowu zbyt pochopnie obraził, mógłbym łatwo ściągnąć na głowy nasze zemstę tego potężnego szeika. —
— Ponieważ znasz tak dokładnie Kubbet el Islam, — rzekł do niego Mesud, — więc może nam powiesz, gdzie leży Beit Ibn Risaa? Chcielibyśmy pomodlić się na jego grobie.
Zapytany wskazał na kupy gruzów w południowej stronie:
— Tam! Zaraz was zaprowadzę. — Konie zostaną tutaj!
— Dlaczego? — zapytałem. — Możemy wszak pojechać!
Oczy jego błysnęły groźnie, gdy odpowiedział:
— Konie nie należą do was, lecz do mnie, i zostaną tam, gdzie zechcę!
— W takim razie ja zostanę również!
— Rób, co chcesz! Wy chodźcie ze mną!
Poszedł, a oni za nim tak pospiesznie, że zaledwie zdążyłem szepnąć Mesudowi, by się miał na baczności, i ostrzec wzrokiem Omara. Halef został przy mnie.
— A ty nie idziesz? — spytałem.
— Nie! Należę do mojego sihdi i nie mam powodu czcić tego Ibn Risaa. Czczę Isa[11], a nie Risaa! Mam wrażenie, że ten szeik ci się nie podoba?
— Tak! Podejrzewam go o nieuczciwe zamiary! — Zostań przy koniach, ja zaś sprawdzę, czy moje przypuszczenia są słuszne!
— Jakie przypuszczenia?
— Że Muntefikowie są wpobliżu.
— Jakto? Rozłożyli się we wsi El Nahit!
— Oby tak było! Dotychczas podejrzenie moje nie ma trwałych podstaw i, byłbym bardzo rad, gdybym się mylił! — Zostań więc tutaj i nie oddalaj się od koni! Za żadną cenę nie powinniśmy ich stracić!
— Dokąd zamierzasz się udać?
— W stronę północną. Jeśli tam nie znajdę śladów, to znaczy, że się pomyliłem i szeik jest uczciwym człowiekiem!
— Zostaw mi strzelby, przeszkodzą ci się wspinać!
— Nie! Wezmę je ze sobą. Muntefikom chodzi o nie przedewszystkiem!
Poszedłem. — Halef mówił o wspinaniu się i miał rację: Coprawda mogłem spełnić swój zamysł, obchodząc ruiny dokoła, lecz zajęłoby to zbyt wiele czasu, a moja obecność mogła być potrzebna w każdej chwili. Dlatego skręciłem natychmiast pomiędzy kupy gruzów. Tu nie mógł ujść mego oka żaden ślad, prowadzący z zachodu! — Ruiny były rozleglejsze, niż sądziłem. Coraz głębiej zapuszczałem się pomiędzy gruzy i resztki murów, nie znajdując żadnego śladu. Podejrzliwość moja była zatem bezpodstawna! — Chciałem już wrócić do Halefa, gdy, stojąc między szczątkami dwóch glinianych murów, zobaczyłem za nimi małe płaskie grudy, pokryte ziemią, sypką, jak kurz — jakiś niewyraźny trop! Mógł to być, coprawda trop jakiegoś zwierzęcia! W mgnieniu oka stałem na piasku i schyliłem się — nie, nawet się nie schylałem, by zobaczyć zupełnie wyraźnie, że tędy przechodzili ludzie; — prawdopodobnie było ich około dziesięciu!
Moje przypuszczenie okazało się słuszne! — W pierwszej chwili chciałem wrócić do Halefa, lecz jemu nie groziło niebezpieczeństwo. Szło tu przedewszystkiem o Mesuda, który wszak wziął ze sobą pieniądze! Dlatego zwabiono go wraz z innymi Haddedinami do miejsca, gdzie ukryli się Muntefikowie, aby ograbić, a może i zamordować. Do tego właśnie miejsca musiały mnie zaprowadzić ślady! Wobec tego nie zawróciłem, a ruszyłem za odciskami stóp tak prędko, jak tylko pozwalał uciążliwy teren. Trop szedł z góry nadół, by za chwile zniknąć w kupie gruzów, lub spadzistym skręcie. Czasami musiałem uciekać się do karkołomnych skoków, by nie stracić śladu. Biegłem więc, to wspinając się, to zeskakując, coraz dalej, dopóki nie znalazłem się na wzgórzu, naniesionem przez rumowisko, by stamtąd spojrzeć wokoło, i jednocześnie nabrać tchu. —
Wtem, obróciwszy się na lewo, gdzie zdala widniały konie, spostrzegłem Halefa, siedzącego na trawie; przy nim stał... szeik! Zdawali się być zatopieni w przyjacielskiej rozmowie. Czyżbym więc ciągle się mylił? Abd el Kahir byłby człowiekiem prawym? Już miałem z ulgą odetchnąć, gdy ujrzałem, że szeik podnosi kamień z ziemi i, trzymając go we wzniesionej do ciosu ręce, staje za Halefem.
— Halef! ati balak! ati balak! — Halefie, uważaj! uważaj! — zawołałem co tchu w płucach, lecz... za późno! — Poczciwy hadżi, uderzony w głowę, runął na ziemię!
Opanowała mnie dzika wściekłość, wściekłość — jakiej dotychczas nigdy nie zaznałem! Zbiegłem, a raczej zsunąłem się ze wzgórza. Na dole zawróciłem do koni. Po drodze musiałem przebyć wysoki, bronzowy od słońca i nawskroś przepalony mur, sypki jak mak. Gdy już dotarłem do niego, chciałem zejść, lecz... — spostrzegłem ludzi, którzy niestety nie byli Haddedinami! Właśnie przechodzili pode mną. W tejże chwili usłyszałem ztyłu przeraźliwy krzyk! Przeczułem nieszczęście! Zastanawiałem się nad tem, co czynić, gdy... mur, na którym stałem, a raczej wisiałem, załamał się pode mną — i runąłem jak kłoda nadół, prosto w ramiona drabów, którzy błyskawicznie rzucili się na mnie!
— Co było później, nie pamiętam. Zdawało mi się, że otulony kłębami kurzu i przygnieciony dziesiątkiem ramion rzucałem się, jak wściekły, biłem wokoło rękoma i nogami, by uwolnić się od krępującego uścisku. — Potem otoczyła mnie ciemność i straciłem przytomność. — —
Gdy powróciłem do siebie, ujrzałem pochyloną nade mną twarz Omara ben Sadeka.
— Czy naprawdę otworzyłeś oczy, effendi? — zawołał. — Hamdulillach, więc żyjesz! Czy mnie widzisz? Czy słyszysz, co mówię?
Chciałem odpowiedzieć, lecz nie mogłem wykrztusić ani słowa. Miałem wrażenie, że moje gardło zamieniło się w spłaszczony flet, a głowa — w dużą, lecz pustą beczkę od wody!
— Zbudź się, sihdi, zbudź się! — prosił Omar. — Czy nie rozumiesz tego, co mówię? Przecież masz oczy otwarte!
Przy nim stało siedmiu Haddedinów, którzy z równą obawą spoglądali na mnie; ja jednak nie mogłem ani wydobyć głosu, ani się poruszyć.
— O Allah! Umarł, pomimo, że jego oczy otwarte! — mówił dalej Omar. — Gdzie jest Halef? Czemu nie pilnował naszego kochanego effendi? —
Halef! Mój wierny mały hadżi! Co się z nim stało? Niepokój o niego wrócił mi mowę i władzę w członkach. Skoczyłem na równe nogi, wołając:
— Chodźcie! Chodźcie prędzej! Halefa zamordowano!
Chciałem pobiec, — zachwiałem się i runąłem na ziemię; podniosłem się wprawdzie natychmiast, lecz poto jedynie, by runąć po raz drugi.
— Halefa zabito? Gdzie się to stało, jak? — wołali Haddedinowie.
— Przy koniach! Prędzej! prędzej!
— Biegnijcie! Gońcie! — wołał Omar. — Ja muszę pozostać przy moim sihdi, który nie może stać ani chodzić!
— Mogę, bo muszę! — odpowiedziałem, podczas gdy inni pobiegli.
— Spróbuj, mój drogi, mój kochany effendi! Ja cię, podeprę!
Podniósł mnie i przy jego pomocy mogłem się, zwolna coprawda, poruszać. Im dłużej chodziliśmy, tem bardziej polepszał się mój stan. Głowa przestała mnie boleć, w nogach odzyskałem władzę. —
Gdy dotarliśmy do miejsca, na którem zostawiłem Halefa przy koniach i widziałem go później rozmawiającego z szeikiem, — ujrzeliśmy biednego hadżego; leżał na ziemi z zakrwawioną głową! Koni przy nim nie było. — Fakt ten przywrócił mi momentalnie duchowe i fizyczne siły! Oswobodziłem się z pod opieki Omara i rozkazałem jednemu z Haddedinów:
— Pobiegnij natychmiast na północny kraniec ruin i zobacz, czy Muntefikowie z końmi bardzo się oddalili?
Posłuchał wezwania, a ja ukląkłem przy Halefie, by go zbadać. Leżał nie martwy, lecz ogłuszony; rana, silnie krwawiąca, nie była na szczęście niebezpieczna. Mogliśmy więc bez troski czekać na ocknięcie się nieboraka. Teraz dopiero spostrzegłem, że brakło jednego z nas.
— Gdzie jest Mesud? — zapytałem. — Nie widzę go tutaj!
— Sihdi! Miałeś rację, ostrzegając kilkakrotnie! — odpowiedział Omar. — Mesud, brat mojej żony, nie żyje! Zakłuły go i obrabowały te psy przeklęte, Muntefikowie!
— Boże! Czy to prawda?
— Tak! Znaleźliśmy jego trupa!
— Przeczułem to, gdy usłyszałem wasze krzyki. Niestety, nie zwrócił zatem uwagi na moją przestrogę!
— Na nieszczęście! Podczas, gdy klęczeliśmy zatopieni w modlitwie do Ibn Risaa, — bodaj był się nie narodził. — szeik zwabił biednego Mesuda pod jakimś pozorem na ustronie. Usłyszawszy nagle jego głos wzywający pomocy, pospieszyliśmy natychmiast. Szukaliśmy go, aż wreszcie znaleźli w kałuży krwi. Serce miał przeszyte nożem! Pieniędzy nie było! Poczęliśmy krzyczeć, ile tchu w piersiach, i pospieszyliśmy ku koniom. To spłoszyło morderców i uratowało ci życie! — Oni jednak uciekli!
— Tymczasem, lecz nie na zawsze; — możesz mi ufać! Pierwej nie opuścimy Szatt el Arab, zanim nie wyrównamy rachunku z szeikiem Abd el Kahirem! Gdzie leży Mesud ben Hadżi Szukar? — Prowadźcie mię do niego! —
Dwaj Haddedinowie usiedli przy Halefie, pozostali poszli za mną. Minęliśmy miejsce, na którem mię znaleziono bez ducha, i tutaj przyszło mi raptem na myśl, że zostawiłem swe strzelby. Lecz cóż to: nie było ich! Zniknęły jak kamfora! Muntefikowie z rozkoszą skorzystali z przypadku, który im rzucił w ręce „czarodziejskie“ strzelby! Była to dla mnie ciężka strata, a jednak, miast biadać, zacisnąłem zęby i postanowiłem nie cofać się przed niczem, byle je tylko odzyskać; stało się to dla mnie kwestją życia i śmierci! Nic innego nie zdążyli Muntefikowie zabrać, gdyż spłoszyły ich kroki Haddedinów, biegnących ku mnie.
Doszliśmy do miejsca, gdzie leżał Mesud. Jakże prędko odpokutował za zbytnią ufność i fałszywą ambicję, dla których wzgardził mojemi przestrogami! Leżał martwy; cios przeszył mu serce! Kieszenie naturalnie opróżnili Muntefikowie. Omar ben Sadek spoglądał ponuro na trupa; umaczał palce prawej ręki we krwi zabitego, podniósł ją wgórę i rzekł:
— Effendi, wiem, iż zwykłeś łagodniej postępować, niż inni. I ja złożyłem przysięgę, że nigdy już nie zabiję mordercy! Było to na solnej powłoce szottu[12], pod którą na wieki zniknął mój nieszczęśliwy ojciec. Zemstę swą ograniczyłem wtedy do zabrania światła oczom zbrodniarza; życie mu darowałem! Teraz jednakże nie dam przystępu miłosierdziu! Muszę zanurzyć swą rękę we krwi Abd el Kahira, jak umoczyłem ją we krwi Mesuda! Czy chcesz mi pomóc, sihdi?
Pomóc w zemście, w morderstwie? — Ja, chrześcijanin? — Nigdy! — Pomoc swą jednak mogłem mu przyrzec, wiedziałem bowiem, że nie szeik był zbrodniarzem; Mesuda zabili jego ludzie; coprawda na rozkaz wodza. Dlatego odpowiedziałem:
— Dobrze! Szeik umrze, jeśli jest mordercą. Muszę go odnaleźć! Chętnie narażę życie, byle odebrać karabiny! — — —



2. El Lakit.

Wróciwszy do Halefa, zastaliśmy go już przytomnym. Trzymając swą zbolałą głowę w dłoniach, zawołał do mnie:
— O sihdi, cóż się stało! Fraszka to, że mi w głowie szumi i mruczy, jak mruczał duży niedźwiedź, zastrzelony przez nas przy chałupie węglarza — fraszka i marność nad marnościami, gdyż wiem, że to przejdzie; lecz Mesud nie żyje, a ciebie prawie zabito! Skonałbym z bólu po twojej stracie; Hanneh najlepsza z kobiet zostałaby smutną wdową, a Kara, syn mój, biednym sierota! I temu wszystkiemu winien jedynie szeik, morderca i rabuś! Allach ześle go do tej części Gehenny, gdzie upał jest silniejszy, niźli żar słońca w południe, a roztopiony ołów — tak zimny, że go muszą gotować!
— Gorzej jest, niż sądzisz, Halefie! Ci zbóje zabrali mi sztuciec i niedźwiedziówkę!
Skoczył jak oparzony, zapomniawszy o bólu, i poprostu ryknął:
— Twoje karabiny, którym tyle razy zawdzięczaliśmy ocalenie? Tę broń nieporównaną? Czy to być może, sihdi?
— Niestety, tak jest!
— Niech Allah zaczeka z wysłaniem szeika do Gehenny tak długo, dopóki nie odbierzemy naszych strzelb! Wszakże nie zostawisz ich tym łotrom?
— Naturalnie, że nie!
— Słusznie, słusznie, sihdi! Niedźwiedziówka i sztuciec Henry’ego towarzyszyły nam w wędrówkach po wszystkich krajach i wszystkich ludach świata! A kiedy zagrzmiał ich głos, zawsze uśmiechało nam się zwycięstwo! Czemże jesteśmy bez nich? Kalekami bez rąk, bez nóg, — ptakami bez skrzydeł, — fajkami bez ognia! Musimy je odebrać, musimy! Wydostaniemy je choćby z pod ziemi! A skoro będą w naszych rękach, uraczę tego Abd el Kahira sztuchańcem, nieco mocniejszym od tego, którym mnie poczęstował! Nie ocknie się po nim tak prędko, jak ja po jego upominku!
— Dlaczegoś nie czuwał baczniej, Halefie? Wiedziałeś przecież, że mu niedowierzam!
— O, ten psi syn był tak życzliwy i usłużny, że poprostu zabolała mnie twoja podejrzliwość w stosunku do niego!
— Rozumiem teraz jego postępowanie! Oddał Mesuda w ręce swych ludzi, a sam powrócił, niezauważony przez zatopionych w modlitwie Haddedinów, aby złowić ciebie i mnie w te same sidła. Zastał ciebie tylko i natychmiast skorzystał ze sposobności; — mnie chciał zastrzelić, gdy będę powracał, z twojej własnej strzelby! Uniknąłem śmierci jedynie przez upadek z muru w sam środek Muntefików, a potem Haddedinowie pokrzyżowali jego zamiary. — Ale zato nie mamy koni i musimy powrócić do Bassory pieszo!
— To bardzo źle! Gdybyśmy mieli konie, nicby nam nie stało na przeszkodzie ruszyć natychmiast śladami tych łotrów. Dopędzić ich byłoby sprawą kilku godzin.
— I tak ich znajdziemy, nie ruszając się z miejsca! Wiemy, jak się nazywają i kim są; a szeik Muntęfików wszak zbyt znany, aby mógł zniknąć bez śladu. Skoro tylko staniemy w Bassorze, udamy się do mutessaryfa[13] i powiemy mu o wszystkiem. Musi nam pomóc!
— Pomoże, jeśli zechce. Allah raczy wiedzieć!
— Musi zechcieć! Wykażę mu, że stoję w cieniu padyszacha! — Czy powróciłeś do sił na tyle, by móc ruszyć z nami?
— O, wyzdrowiałem natychmiast, gdy posłyszałem o kradzieży twych strzelb! Możemy iść!
— Dobrze, lecz przy trupie zostawimy wartę. Mutessaryf przyśle swych urzędników, żeby zbadać sprawę. Powrócimy więc z ludźmi wielkorządcy, by wyprawić pogrzeb.
Omar ben Sadek odpowiedział:
— Mesud był moim krewnym; ja ponoszę obowiązek krwawej zemsty i powinienem tu zostać!
— Oddalił się, nie czekając na moją zgodę, a my wyruszyliśmy zpowrotem do Bassory.
Muszę wyznać otwarcie, że strata karabinów dotknęła mnie równie głęboko, jak śmierć Mesuda. Halef miał rację, mówiąc, że wszystkie nasze czyny, a nawet częstokroć życie, zawdzięczaliśmy tej broni. Zwłaszcza nieocenione usługi oddał mi sztuciec Henry’ego. Postanowiłem przeto ważyć się na wszystko, byle go odzyskać. —
Minęło już popołudnie, gdyśmy osiągnęli Bassorę. Nie tracąc czasu na posiłek, udaliśmy się natychmiast do rezydencji mutessaryfa. Wiedziałem, że był to przyjaciel słynnego Midhat Paszy, który jako wielkorządca Bagdadu, wiele dobrego zdziałał w swej prowincji. Mutessaryf należał więc do postępowych muzułmanów, to też sądziłem, że moje chrześcijaństwo nie przeszkodzi mi w uzyskaniu jego pomocy.
Jednakże służba chciała odprawić mnie z kwitkiem, każąc przyjść kiedy indziej, jutro, pojutrze, lub za kilka dni, czy tygodni — jeśli taka będzie „wola Allaha“, gdyż władca jest teraz zajęty ważną rozmową. Nie wpadło mi nawet na myśl pożegnać się z nimi po turecku, to znaczy, odejść pokornie i bez szemrania. Posłałem przeciwnie moje legitymacje do wielkorządcy i czekałem na rezultat. Już po kilku minutach, zaproszono mnie z głębokiemi ukłonami do selamliku[14].
Siedział tu, paląc fajkę i pijąc kawę z misternej, filiżanki, wysoki urzędnik. Rozmawiał z jakimś człowiekiem, opalonym na bronzowo. Człowiek ten, odziany jak Beduin, musiał być nielada tuzem, skoro spotkał go zaszczyt zasiadania po prawicy mutessaryfa. Gospodarz przyjął mnie łaskawym skinieniem ręki i, przyłożywszy moje papiery, opatrzone pieczęcią sułtańską, do czoła, ust i piersi, poprosił, bym spoczął. Mówił po francusku, kalecząc język z takim zapałem, że słów właściwie zrozumieć nie mogłem, a sens musiałem zgadywać.
Gdy usiadłem, klasnął w dłonie i kazał, aby podano filiżankę kawy i fajkę; siedzieliśmy tedy w milczeniu, pijąc i paląc. Dostojnik czuł się w niemniej sytuacji. Wiedział, że jego francuszczyzna jest dla mnie niezbyt zrozumiała; nie mając jednak innej rady, począł znowu mówić, tym razem tak się zaplątał, że zmuszony byłem przyjść mu z pomocą i zakomunikować, iż władam językiem jego kraju.
— Allahowi niechaj będą dzięki! — zawołał z radością. — Mowy Zachodu, są jak koła wozu; słyszy się ich dźwięk, lecz słowa milczą. Padyszach — oby mu Allah użyczył tysiąca lat — otoczył cię szczególną opieką. Wyczytałem twe imię w papierach; jak się je wymawia?
— Imię moje brzmi obco w twym kraju. Bądź łaskaw używać imienia, nadanego mi przez mieszkańców Wschodu.
— Jak ono brzmi?
— Kara ben Nemzi.
Siedzący obok niego Beduin; wydał okrzyk zdziwienia i zapytał, zwróciwszy na mnie wzrok zaciekawiony.
Czy jesteś tym Almani[15], któremu Mohammed Emin podarował wspaniałego ogiera, Rih?
— Tak, jestem nim!
— Maszallah! Słyszałem o tobie wiele! — Począł coś mówić zcicha do mutessaryfa, okazując w stosunku do mnie brak grzeczności, choć zapewne wbrew intencjom. Twarz wielkorządcy rozjaśniała się coraz bardziej, aż wreszcie zatonęła w dobrodusznym uśmiechu:
— Ja również słyszałem o tobie! Jesteś tym cudzoziemcem, który tak zręcznie zmusił mutessaryfa Mossulu, aby dał dymisję własnemu makredżowi[16] i uwolnił jego podsądnych?
— Tak, — odpowiedziałem, chociaż pytanie było dla mnie, z rozmaitych względów, których nie mogę tutaj wyłożyć, niezbyt przyjemne.
Dotychczas uśmiechał się tylko, teraz począł śmiać się na całe gardło:
— Nie lękaj się! Tamten mutessaryf był moim zajadłym wrogiem, który mnie i wielu innym wyrządził mnóstwo przykrości. Kucharz wydał tajemnicę tego zdarzenia, a pan jego wkrótce został zwolniony z obowiązków wielkorządcy. — Jestem twoim przyjacielem! Jeśli masz do mnie jaką prośbę, spełnię ją z przyjemnością!
— Tak. Mam do ciebie prośbę!
— Mów śmiało! Jestem zmuszony prosić o twą opiekę.
— Przeciw komu?!
— Przeciwko Abd el Kahirowi, szeikowi szczepu Muntefik.
— Abd el Kahir? czy dobrze słyszę?
— Abd el Kahir? — zapytał również Beduin.
Obydwaj spojrzeli po sobie zdziwieni i potrząsnęli głowami.
— Co zarzucasz temu szeikowi? — zapytał mutessaryf.
— Bardzo wiele.
— Powiedz wreszcie!
— Abd el Kahir jest mordercą i zbrodniarzem! Proszę o ukaranie go z całą surowością prawa!
— Zbrodniarz, morderca? — zawołali obydwaj, jakby niedowierzając własnym uszom.
Zdawało mi się, że uważali szeika za człowieka z gruntu uczciwego, niezdolnego do popełnienia zarzucanego mu przeze mnie przestępstwa. Dlatego nie zwlekałem z wyjaśnieniami. Mutessaryf słuchał spokojnie, lecz gościem owładnęło rozgorączkowanie. Co chwila przerywał mi, wtrącając dosadne wyrazy. Zaledwie skończyłem, zawołał w niepohamowanym gniewie:
— Nie przypuszczałem nigdy, aby mogło się zdarzyć coś podobnego! Biada temu psu, jeśli mi kiedykolwiek nawinie się pod rękę!
Mutessaryf uśmiechnął się znowu, tym razem ironicznie:
— Czy możesz nas przekonać, że twoje opowiadanie jest zgodne z prawdą?
— Tak!
— Widzę, że jesteś pewien swego. A mimo to mylisz się; nie powiedziałeś prawdy; oskarżyłeś zupełnie niewinnego!
— Jeśli tak, to przeczucie mnie nie myliło! Zbrodniarz nie był Abd el Kahirem, szeikiem Muntefików!
— Abd el Kahir siedzi oto przy nas! Ta niespodziewana okoliczność niezbyt mię uradowała; lecz pomimo to nie zmieszałem się ani na chwilę; wszak szeik nie miał powodu obrażać się na mnie, skoro oskarżałem go w dobrej wierze! Tem bardziej oburzony był na człowieka, który pod przykrywką jego imienia popełnił rabunek i zbrodnię. Szeik skoczył i począł biec po selamliku tam i zpowrotem. Nie przestawał pytać, kim był ów łotr. Opisałem go, jak mogłem najdokładniej, i wspomniałem o bliznach.
— Ta okoliczność nic nam nie wyjaśnia, — odpowiedział. — Bliznami napiętnowani są wojownicy rozmaitych szczepów.
— Jednak to może dać podstawę do poszukiwań, trzeba tylko odnaleźć jego szczep!
— Czy tych śladów nie pozostawił cios przypadkowo zadany?
— Nie; jestem pewien, że wycisnęła je tradycja.
— W takim razie ludzie jego mieli takie same blizny.
— Nie wiem tego, niestety!
— Jakto? Musisz wiedzieć. Widziałeś ich wszakże; walczyłeś z nimi!
— Widziałem tylko przez chwilę, a podczas krótszej jeszcze walki, byliśmy otoczeni kłębami kurzu.
— Może twoi Haddedinowie ich widzieli?
— Zapytam o to.
— Jeśli pozwolisz, sam się do nich zwrócę!
Oddalił się: powróciwszy po chwili, rzekł:
— Wszyscy mieli te same blizny; była to więc oznaka plemienia. Dwie blizny, przecinające czoło równolegle z prawej strony na lewą, noszą niektóre szczepy Arabów Tamim.
— Gdzie koczują te szczepy?
— Na drodze karawanowej z Bassory do Mekki.
— Czy nie mógłbyś mi dokładniej określić miejsca ich pobytu?
— Musiałbym wprzódy wiedzieć, do jakiego szczepu Tamimów należeli ci łajdacy, którzy pohańbili moje uczciwe imię! Zapłacą mi krwawo! Przyłączę się do wojska, które wyślesz przeciw nim.
Mutessaryf, do którego były zwrócone te słowa, wzruszył ramionami i rzekł:
— Władza moja sięga tylko do El Hufeir, granicy Iraku; szczepy Tamimów mieszkają z drugiej strony. Tam już nie mogę rozkazywać! Tymczasem każę sprowadzić kupca, u którego spotkano fałszywego szeika.
Wysłano żołnierza; niebawem powrócił z kupcem. Okazało się, że nie znał prawdziwego Abd el Kahira. Dlatego uwierzył człowiekowi, który się podszył pod imię szeika. Kupił od niego wiele różnych przedmiotów, prawdopodobnie łupy z jakiejś rozbójniczej wyprawy. —
Nie dowiedzieliśmy się zatem nic nowego. Poczęto zastanawiać się, naradzać, aż nareszcie doszliśmy do wniosku, że morderców należy szukać u Tamimów. Nie pozostawało nic innego, jak udać się spiesznie na drogę karawanową.
Żywiłem jeszcze nikłą nadzieję, że rabusiów zdradzą ślady. Gdyby udało się pójść za tropem — dowiedzielibyśmy się o nich czegoś bliższego. Powiedziałem to szeikowi; zachęcił mnie, by rozpocząć pościg natychmiast. Byłem gotów, lecz nie miałem konia. Wobec tego mutessaryf ofiarował mi wierzchowca ze swojej stajni; poczęto go spiesznie siodłać.
Szeik wyskakiwał ze skóry; chciałby już zapewne widzieć karę zbrodniarza. Był zdecydowany udać się w pościg ze mną i Haddedinami, dla których miał postarać się o wierzchowce. Z braku tych, nie mogli, niestety, udać się odrazu ze mną, a przytem musieli pogrzebać Mesuda. Tylko mój mały hadżi nie chciał zaczekać do jutra; mutessaryf był na tyle uprzejmy, że i dla niego kazał przyprowadzić konia.
Nie można było naturalnie wiedzieć, dokąd zaprowadzą ślady, to też mogło się zdarzyć, że jadący za nami, nie będą umieli nas znaleźć. Aby tego uniknąć, umówiliśmy się, że zostawię dla nich wskazówki, lub list w Mangaszania, miejscowości, niezbyt od Bassory odległej.
Konie stały już na podwórzu. Pożegnałem mutessaryfa i odjechałem z Halefem bez żadnej broni. Coprawda, mógłbym wziąć strzelbę od gubernatora, ale wolałem nie obarczać się starym gruchotem. Jechaliśmy galopem do Kubbet el Islam, gdzie mieliśmy pożegnać Omara, a potem podążyć śladami wrzekomych Muntefików. — Omar czuwał przy trupie szwagra; wetknął obok swój nóż. Zgodnie ze zwyczajem Haddedinów był to znak, że nic nie odwiedzie go od krwawej zemsty. Niezłomność tego postanowienia przebijała z ponurych rysów jego twarzy i wzroku, jakim nas przyjął. Opowiedziałem mu o tem, czego dowiedziałem się u wielkorządcy. Wysłuchał spokojnie i rzekł:
— Gdyby brat mojej żony posłuchał ciebie, emirze, nie szczezłby z pomiędzy żyjących; sam jest winien swej śmierci. Jednakże muszę go pomścić i nie wrócę do namiotu Haddedinów, póki nie zgładzę mordercy! Ed dem b’ed dem — krew za krew! Muszę spełnić swój obowiązek, jeśli nie chcę zwrócić na siebie wzgardy całego szczepu!
— Tak, ten krwawy czyn musi być pomszczony, — zgodził się Halef. — Jeśli nie uczynimy wszystkiego, co leży w naszej mocy, by znaleźć i ukarać zbrodniarzy, nie będziemy się mogli pokazać na oczy naszym wojownikom, a Hanneh, najpiękniejsza i najlepsza z kobiet, zwątpi o mnie!
Pożegnaliśmy się z Omarem. — Na północnym krańcu ruin natrafiliśmy na ślady morderców, tak wyraźne, że bez trudu można było iść niemi. Nieco dalej tropy prowadziły w kierunku południowo-zachodnim i, jeśli nie skręcały. — powinny były zawieść nas na drogę karawanową z Bassory do Mekki. Z okoliczności tej byłem i rad, i nierad: na drodze gęsto zaludnionej mogliśmy zasięgnąć potrzebnych wiadomości, ale znów mieszkańcy tej okolicy byli wszyscy fanatycznymi mahometanami i groziło mi wielkie niebezpieczeństwo, gdyby odkryto, że jestem chrześcijaninem. —
Trop był widoczny tylko w dzień, dlatego popędzaliśmy niemiłosiernie konie. Ujechaliśmy też duży szmat drogi przed zapadnięciem wieczoru. O zmroku udaliśmy się na spoczynek, a skoro świt — w dalszą drogę. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Mangaszania. Była to miejscowość, w której wódz arabski Keis, na długo przed narodzeniem Mahometa, kazał wybudować wieżę strażniczą. Obecnie mieszkali tutaj Beni Mazin, odłam wielkiego szczepu Tamimów. W tej nędznej norze miałem zostawić wskazówki dla towarzyszy. Wokół roiło się od brudnych drabów. Pozdrawiali nas z przyjaźnią zbyt wielką, abym mógł ich posądzać o szczerość. Zdawało mi się, że naszego przybycia oczekiwali oddawna, a badawcze spojrzenia, któremi nas obrzucali, nie budziły we mnie zachwytu. Spytałem, czy mogę pomówić z szechem el Beled[17]. Udałem się do niego natychmiast. Mieszkał w dość dużej lepiance. Ukazał się we drzwiach, gdy posłyszał głos naszych kroków. I tutaj zdawało mi się, że oddawna nas wyczekiwano. Zapytany, czy widział jeźdźców, tędy przejeżdżających, odpowiedział:
— Naturalnie, widziałem! Zatrzymali się przy studni, i napełnili wodą swoje wory.
— Dokąd pojechali?
— Tam, — odparł, wskazując palcem na zachód.
— A więc zboczyli z drogi karawanowej?
— Tak, bo tą drogą nie doszliby przecież do swojego duaru[18], a wszak zamierzali do domu!
— Do domu? więc wiesz, gdzie mieszkają?
— Tak!
— I kim są?
— Naturalnie!
— Mów-że więc!
— Był to Humam ben Dżihal, szeik Arabów Hadesz, z kilkoma wojownikami. Wracali z Kubbet el Islam, gdzie modlili się na grobie Ibn Risaa. Szeik wypełniał ślubowanie.
— A gdzie mieszkają?
— W wadi[19] Baszam, po drugiej stronie Wasit, dobre trzy dni drogi.
— Czy jesteś tego pewien?
— Jakże mam się mylić? Humam ben Dżihal jest moim bratem i przyjacielem; odwiedzam go często!
— Jak długo bawił w waszej wsi?
— Z pół godziny; bardzo się spieszył do domu, do wadi Baszam.
— Czy nie mówił, co go skłoniło do niezwykłego pośpiechu?
— Nie! nie pytałem o to! — Czy zejdziecie z koni i napełnicie wodą wasze wory?
— Tak, jeśli pozwolisz!
— Pozwalam, lecz nam za to zapłacicie.
Dałem mu pieniądze, — była to bardzo mała — sumka — i zsiadłem z konia. Kazałem Halefowi napoić wierzchowce przy studni i napełnić wory. Sam zaś udałem się na krótką przechadzkę, by zobaczyć dokąd prowadzą dalsze tropy ściganych. Szech el Beled powiedział prawdę; ślady szły we wskazanym kierunku. Pomimo to instynktownie nie dowierzałem Beni Mazinom. Dowiedzieliśmy się zatem, jakie są nazwiska ściganych. Pośpiech był zbyteczny; mogliśmy spokojnie czekać na szeika Muntefików, by udać się w dalszą drogę z nim i jego ludźmi. Halef był tego samego zdania, tem bardziej, że mogliśmy nie dbać o tropy, znając miejsce pobytu morderców. —
Mieszkańcy Mangaszanji przynieśli nam, za skromną opłatą, żywność. Okazywali niezwykłą uprzejmość. Mnie obchodzili wokoło z bojaźnią; zauważyłem kilkakrotnie, że spojrzenia ich kierują się głównie na moją twarz z dziwnym wyrazem. Czy opisano mnie, jako znanego Kara ben Nemzi? Mogli to uczynić jedynie mordercy, przekonani, że będę ich ścigał.
Wzrastała moja nieufność. —
Po południu przybył Abd el Kahir z Haddedinami i Muntefikami. Zdziwił się, zastawszy mię tutaj. Gdy wyjaśniłem przyczynę, zawołał:
— To bardzo możliwe! To prawda, oczywista prawda, emirze! Szeik Arabów Hadesz jest znanym rabusiem i mógł ten czyn popełnić! Allah wszechmocny zniszczy go za to, że śmiał shańbić moje nieskalane imię! Natychmiast wszyscy za nim! Chociaż nie byłem nigdy w wadi Baszam, znam drogę do tej miejscowości.
Ruszono lotem ptaka i jechano galopem, aż do zapadnięcia nocy. Wówczas rozłożyliśmy się w szczerej pustyni. Prosiłem szeika, by wystawił warty, on jednak zbył mię wyrozumiałym uśmiechem. Przyzwyczajony do tego niezbędnego na pustyni środka ostrożności, rozstawiłem moich ludzi na posterunkach. Czuwałem z jednym Haddedinem, jako pierwsza straż. Po dwóch godzinach zluzowali nas Halef i Omar, a my udaliśmy się na spoczynek. Nie trwał długo; wkrótce usłyszałem strzał. Skoczyłem na równe nogi, by sprawdzić, kto dał ognia. Uczynił to Omar. Zobaczył jakaś skradającą się postać, zawołał na nią, a nie otrzymawszy odpowiedzi, wypalił. Nie wiedział nawet, czy wziął na cel człowieka, czy zwierzę.
Rozpoczęliśmy poszukiwania i znaleźli uzbrojonego Beduina, a właściwie trupa. Kula Omara roztrzaskała mu czaszkę. Przy świetle zapałek rozpoznaliśmy w nim, ku zdumieniu, jednego z morderców.
— Czy przyznajesz teraz, że miałem rację, rozstawiając warty? — zapytałem szeika. — Czekali i podkradli się pod obóz, by na nas napaść! Teraz musimy wystawić podwójne straże.
Nic nowego nie zaszło do rana. Gdy się rozwidniło, spostrzegliśmy na piasku liczne odciski stóp. Było jasne, że tylko strzał Omara pokrzyżował szyki mordercom, którzy zamierzali napaść obóz pod osłoną nocy. Nowy ich trop zbaczał na lewo.
— Chcą nas zwieść z drogi, — rzekł szeik — ale im się nie uda. Nie pójdziemy za nimi, lecz udamy się, jak postanowiono, do wadi Baszam!
Zgodziłem się i ruszyliśmy w obranym kierunku. Przez cały dzień jechano przez tak dziką pustynie, że odniosłem wrażenie, jakobym był na Saharze. Przed wieczorem znaleźliśmy się na drodze karawanowej, wiodącej z Wasit do Dsul Oszar. Rozłożyliśmy obóz przy studni, obfitującej w wodę, niezbyt odpowiednią do picia. Z rana ruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy dojechać aż do wadi Baszam, by tam zaskoczyć morderców. Stało się jednak inaczej. —
Przed samem południem napotkaliśmy jeźdźców, którzy zbliżali się do nas z lewej strony pod ostrym kątem. Było ich czterech; być może należeli do tych, których tropiliśmy. Oddział nasz, z bronią w ręku, czekał, aż się zbliżą. Podjechali zwolna i wówczas spostrzegłem, że się mylimy. Muntefikowie jednak, którzy nie znali zbrodniarzy, zawołali:
— To oni, emirze, to oni! Ten jadący na czele, to Humam ben Dżihal, szeik szczepu Hadesz.
— Czy znasz go osobiście? — zapytałem.
— Tak!
— W takim razie szech el Beled z Mangaszanji oszukał nas gdyż nie ci napadli nas w Kubbet el Islam.
— Jak? Co? To nie ci sami?
— Nie!
— Niech Allah potępi tego kłamcę! Ukarzę go bezlitośnie!
Tymczasem Arabowie Hadesz zbliżyli się i powitali nas. Przywódca zapytał, jaki jest powód i cel naszej podróży. Uważałem za najstosowniejsze powiedzieć mu całą prawdę. Wyglądał jak prawdziwy zbójca, lecz wszyscy tamtejsi Beduini są potrosze zbójcami.
Allah, ’l Allah! — zaśmiał się, wysłuchawszy. — Nie biorę wam za złe, że mieliście mnie za rabusia; ale powiadam, że zrobiłbym to lepiej, niż tamten. W każdym razie chciałbym wiedzieć, kim on jest; — czy nie zechciałbyś go opisać?
Spełniłem prośbę. Gdy wspomniałem o bliznach, zawołał nagle:
Maszallah! Czy szły przez czoło od lewej skroni ku prawej?
— Tak!
— Czy tylko ten jeden człowiek był niemi naznaczony?
— Nie, każdy z nich miał takie same blizny!
Bismillah! Wiem już, kto to był!
— Mów! Kto? — krzyknąłem prawie, opanowany gorączkową niecierpliwością.
— Był to... nie, — przerwał, a twarz jego skrzywił grymas podstępu; — czy będziecie ścigali tego człowieka?
— Tak!
— Nawet aż do jego obozu?
— Oczywiście!
— Przyrzeknij mi więc jedno!
— O co ci chodzi?
— Przyrzeknij, że pojedziecie drogą którą wam wskażę!
— Nie mogę złożyć takiego przyrzeczenia, gdyż nieprzewidziane okoliczności mogą zmusić nas do obrania innej drogi.
Wtem odezwał się Abd el Kahir:
— Odmawiając Humamowi przyrzeczenia, tem samem zamykasz mu usta. Chcę wiedzieć, kim był wódz morderców! — Zgadzam się na żądanie szeika Hadesz!
— Dobrze, trzymam cię za słowo, — odparł Humam; — zresztą nie musicie wciąż iść za nimi; jeśli pojedziecie w mojem towarzystwie do wadi Baszam, to i tak morderca wpadnie wam w ręce. Bowiem i ja zaprzysiągłem mu zemstę krwi! Szczepy nasze są na stopie wojennej. Byłem w tamtej okolicy i wszystko tak zgotowałem, że musi mi wpaść w ręce. Dowiedziałem się, że pojechał do Bassory i pociągnąłem do jego duaru, by spłatać grubego figla. Jaki to był kawał, tego nie powinniście wiedzieć; — zepsulibyście wszystko, gdybyście nie udali się drogą, którą wam wskazałem. Wiem na pewno, że ten łotr po powrocie z Bassory wyruszy na walkę z moim szczepem. Nazywa się Abd el Birr, jest szeikiem szczepu Malik ben Handhala w wadi es Szagina!
Allah w’ Allah! To możliwe; tak, wierzę w to! Rozumiem również, dlaczego szech el Beled w Mangaszanja okłamał nas. Jest bowiem członkiem tego szczepu! Mangaszanję zamieszkują Beni Mazin, należący do wielkiego szczepu Tamim, a Malik ben Handhala również się do niego zaliczają. Abd el Birr wciągnął swego współplemieńca do zmowy.
— Masz rację! Powiadam wam — zabójcą, którego poszukujecie, jest Abd el Birr! Przysięgam na Koran!
— Za nim więc!
— Czy nie lepiej byłoby go oczekiwać w mym wadi, u mnie? Przybędzie na pewno.
— Nie; nie mamy na to czasu!
— Radzę więc powrócić do miejsca waszego ostatniego postoju i stamtąd udać się jego tropem. Pojechał drogą Wasit do Dsul Oszar, a potem podąży szosą Mekkańską. Czy posłuchacie mnie?
— Tak, przyrzekam ci! Zresztą najbliższa to droga do duaru tego łotra!
Byłem innego zdania, niż Abd el Kahir, lecz nie odezwałem się ani słowem, odkładając sprzeciwy na później. — Zamieniliśmy z Humamem jeszcze parę słów grzeczności i rozstaliśmy się. Humam ben Dżihal pozostał ze swymi ludźmi, aby sprawdzić, czy dotrzymamy przyrzeczenia. Kilkakrotnie odwracałam się, tak jednak, iż nie mógł tego zauważyć. Kiedy oddaliliśmy się na tyle, że znikli nam z oczu, skręciłem z dotychczasowej drogi na prawo.
— Co czynisz? — zapytał Abd el Kahir. — Jedziesz w złym kierunku!
— Mylisz się, to jest właśnie kierunek prawdziwy!
— Ale nadłożysz drogi.
— Wprost przeciwnie! Nasi nieprzyjaciele są na południo-zachodzie, a my jedziemy cały czas na południe; jak ich tedy dogonimy?
— Wszakże udamy się za nimi od miejsca ostatniego postoju!
— Tak, ale na tem krążeniu stracimy cały dzień, a będzie to strata niepowetowana.
— Być może; przyrzekłem jednak!
— Ty, ale nie ja! Wogóle cała ta sprawa nie ma dla ciebie wielkiej wagi. Nawet nie dotrzymawszy tego cokolwiek bezmyślnego przyrzeczenia, nie popełniasz grzechu. Jeżeli zaś chcesz koniecznie dotrzymać słowa, nie mam nic przeciw temu, abyś jechał w dalszym ciągu na południe. Jedź z Bogiem! Co do mnie, nikomu nic nie przyrzekałem i nie mam najmniejszego zamiaru nakładać drogi dla czyjegoś widzimisię. Muszę ich pojmać, zanim powrócą do swego duaru! Jeśli złoczyńcy zdążą się dostać do domu, zadanie nasze będzie połączone z daleko większem niebezpieczeństwem. Ponadto nie podoba mi się wcale postępowanie tych Arabów Hadesz; trąci od nich jakiemiś ciemnemi sprawami! Przedsięwzięli coś, czego nie powinniśmy wiedzieć, a ja zwykłem grać w otwarte karty; nie lubię zostawiać za sobą tajemnic. Muszę wiedzieć, z kim się stykam!
Jechałem nadal w obranym kierunku; Halef Omar i Haddedinowie ruszyli za mną; po pewnym namyśle i Muntefikowie poszli w nasze ślady, przekonawszy się, że nie zamierzamy bynajmniej zboczyć z obranego kierunku. Cóż mogło mnie obchodzić lekkomyślne przyrzeczenie ich szeika! Miałem spełnić podjęte zadanie, a nie życzenia Humama ben Dzihal!
Wkrótce natrafiliśmy na jego ślady; kierowaliśmy się niemi aż do wieczora. Po drodze nie nadarzyło się nie godnego uwagi. Okolica była ponura i sprawiała przygnębiające wrażenie; w dodatku odczuwaliśmy brak wody. Pomimo to nie chciałem zboczyć na południe do Wasit, by nie tracić czasu i nie narażać się na spotkanie ze szczepami wrogich nam Tamimów, zamieszkujących pobliskie okolice. Arabowie ci sprzyjali naturalnie Abd el Birrowi, który prawdopodobnie nie omieszkał poinformować ich o wszystkiem. Należało się ich wystrzegać, gdyż na pewno nastawaliby na nasze życie. Dopiero wgórze owej okolicy koczowały inne szczepy, którym można było snadniej zaufać. Dlatego popędzaliśmy co sił konie, by czem prędzej zostawić za sobą niebezpieczny kraj. Gnaliśmy tak, póki zmrok nie zapadł; konie i jeźdźcy padali prawie ze zmęczenia. Układając się do spoczynku, nie zapomnieliśmy o wartach. Nawet Abd el Kahir, po ostatnich przygodach, nie lekceważył tego środka ostrożności.
— I tej nocy zostałem niebawem zbudzony przez Omara. Potrząsał mnie za ramię i mówił szeptem, by nie płoszyć snu innych:
— Sihdi, wstań na chwilę i posłuchaj tych dźwięków! Nigdy jeszcze nie słyszałem głosu takiego zwierzęcia!
Posłuchałem go. Oddaliliśmy się trochę od obozu i począłem nadstawiać ucha. Wokoło panowała martwa cisza. Wtem przerwały ją jakieś dziwne dźwięki, których nie umiałem określić. W każdym razie nie wydawało ich zwierzę; odgłos powtórzył się kilkakrotnie.
— Dziwne! Jeśli to nie głos płaczącego dziecka, to nie wiem już, co to być może, — powiedziałem. — W każdym razie nie przypomina szczekania szakala lub feuneka, ani wycia hieny. Zbliżmy się powoli!
W miarę, jak skradaliśmy się, głos nabierał wyrazistości; rozróżniłem dwie sylaby: zar-ka, które wydawało jakieś płaczące dziecko. — Zarka jest to rodzaj żeński wyrazu arabskiego assrak, oznaczającego kolor niebieski; było wiec użyte jako imię kobiety, lub dziewczyny. — Dziecko samotne, tutaj — na pustyni? Niemożliwe! — Wpobliżu musiały być jeszcze inne osoby; należało się mieć na baczności!
Skradaliśmy się coraz bliżej i bliżej, póki nie zobaczyliśmy ze zdumieniem, że dziecko leży samotnie na piasku. Mogła to być pułapka i dlatego postanowiłem przeszukać dokładnie całą okolicę.
Trwało to dosyć długo; gdy już przetrząsnąłem wszystkie krzaki i zarośla, powróciłem do Omara; siedział w piasku z dzieckiem na ręce. Malec szyję jego objął rączkami i spał.
— Pst, sihdi, nie budź go! — szepnął Arab. — Śpi. Wrócimy wolnym krokiem do swoich.
Wstał ostrożnie, aby nie obudzić dziecka gwałtownym ruchem, i zaniósł je do obozu. Tam usiadł i pozostał tak bez ruchu przez całą noc, on, surowy i dziki Beduin! — Ostatnią wartę pełnić miałem ja i dlatego mogłem zobaczyć przy brzasku nadchodzącego dnia niezwykłą czułość, okazywaną dziecku przez Omara. Był to chłopiec; miał może półtora roku. —
Nagle poruszył się i zawołał, jeszcze pogrążony we śnie:
— Zarka!
Podniósł powieki i ujrzałem cudowne oczy, blękitne — prawie lazurowe! Chłopiec arabski o niebieskich oczach! Omar krzyknął głośno ze zdziwienia i zachwytu. Okrzyk zbudził towarzyszy, którzy się szczerze zdziwili na widok dziecka. Śliczny chłopczyk zląkł się ich, objął Omara za szyję, jakby prosząc o obronę, i znowu nawoływał Zarki. Daliśmy mu trochę mleka i parę miękkich daktyli, poczem ucichnął. —
Co począć z dzieckiem? Zabrać ze sobą nie mogliśmy, a tem mniej zostawić na pustkowiu. Najbliższem osiedlem było El Achadid, na drodze Wasit; tam chcieliśmy je umieścić, sądziliśmy bowiem, że stamtąd pochodzi. Osiedle nie leżało na naszej drodze; musieliśmy zboczyć, nie mając innej rady. Ruszyliśmy więc w tym kierunku. Chłopczyk bał się i zanosił od płaczu, ilekroć podchodził kto do niego. Tylko Omarowi okazywał prawie serdeczność, z której poczciwiec był ogromnie zadowolony; rzecz szczególna u tego syna pustyni. — Posadził małe przed sobą na siodle i opiekował się niem troskliwie. Nie przypuszczałbym, że jest zdolny do takiej tkliwości.
— Sihdi, — rzekł — to prawdziwy klejnot takie dziecko Przysięgam na Allaha, że oddam je tylko w ręce ojca!
— A jeżeli nie znajdziemy tego człowieka?
— Zabiorę je ze sobą i przywiozę Sahamie, perle mojej miłości, która będzie zachwycona jego widokiem!
Przywiązanie Omara do chłopaka rosło z każdą chwilą i, gdy pod wieczór przybyliśmy w pobliże El Achadid, zwrócił się do mnie:
— Chciałbym, żeby nie znaleziono jego rodziców! Patrz, jak targa mnie za brodę i śmieje się rozkosznie! Mimo to będę musiał go oddać, choćby ojciec mieszkał na krańcach Arabji! Na Allaha! Przywrócę im utracone szczęście!
Nie przeczuwał, jakie skutki będzie miała jego przysięga. —
Ponieważ El Achadid nie był zamieszkany przez żaden oddział Tamimów, nie obawialiśmy się niechęci jego mieszkańców i śmiało wjechaliśmy do wsi. Lecz poszukiwania nasze nie miały powodzenia. Nikt nie znał znalezionego chłopca i nikt nie wiedział, czy w pobliskich duarach zauważono brak dziecka.
Zaproponowałem zostawić małego tutaj. Przeszkadzał w drodze, a mieszkańcy El Achadid mogli wszak zająć się poszukiwaniem rodziców; — lecz Omar oparł się temu:
— Za żadne skarby, sihdi! Ja go znalazłem, a jeżeli nie odszukamy rodziców, to należeć będzie do mnie i zostanie moim synem. Czy mam go nazwać Zarką?
— Przecież to imię żeńskie?!
— Dobrze, nazwę go więc El Lakit[20]. Nie znam dla niego lepszego imienia. — —



3. Dla dziecka.

Mieszkańcy El Achadid byli nam chętni. Wodę ofiarowywali za darmo, a mąkę, owoce i inną żywność po bardzo niskich cenach. Jeden z nich powracał właśnie z okolicy Wasit, gdzie napotkał Abd el Birra i jego Arabów Handhala. Gdy o tem wspomniał, po wyrazie jego twarzy poznałem, że mówi o nich jak o wrogach; wywnioskowałem stąd, że pomiędzy osiedlem Achadid, a szczepem Handhala panuje nienawiść. Opowiedziałem więc tym poczciwcom o wszystkiem. Mowa miała ten skutek, że życzono nam z całego serca powodzenia; musieliśmy pozostać jako goście duaru i, gdy nazajutrz wyruszaliśmy, udzielono nam wszystkich potrzebnych wskazówek. To było najważniejsze, gdyż Muntefikowie nie mogli już nas prowadzić, zbytnio się bowiem oddalili od swego siedliska. —
Wiedzieliśmy więc, że Malik ben Handhala znajdują się w odległości pół dnia drogi od nas. Musieliśmy naglić, by wyrównać ten dystans. Na nieszczęście, przeszkadzało nam dziecko, które, pomimo całej troskliwości Omara, nie mogło wytrzymać takiej jazdy. Muntefikowie poczęli sarkać, lecz Omar nie zwracał na to uwagi. Błękitne oczy chłopca oczarowały go poprostu; myślał teraz więcej o dziecku, niż o zemście krwi, która nas wszakże tutaj sprowadziła. Paplał bezustannie ze swoim Lakitem, choć jedyną odpowiedzią, jaką otrzymywał, był wyraz Zarka. Czyżby nazywała się tak matka dziecka? —
Pod wieczór napotkaliśmy znowu tropy ściganych i postanowiliśmy nie zbaczać z nich więcej, chyba, że będzie trzeba okrążyć nieprzyjazny duar.
Ścigani kierowali się dotychczas drogą Wasit; nazajutrz jednak zaprowadziły nas ślady do Mawija, leżącego na szosie Mekkańskiej. Słyszeliśmy, że miejsce to zamieszkują Arabowie Anbara, których nie mieliśmy potrzeby się obawiać, gdyż nie należeli do wrogiego nam szczepu; dlatego więc postanowiono zasięgnąć u nich wskazówek Co do obecnego miejsca pobytu Handhala. Jednakże byłem na tyle ostrożny, że pozostawiłem towarzyszy poza duarem, a tylko sam z Halefem udałem się na przeszpiegi.
Kilku ludzi stało przy pierwszych chatach i namiotach. Spostrzegłszy nas, poczęli uciekać; być może, aby zawiadomić resztę mieszkańców o przybyciu dwóch obcych jeźdźcow. Pomimo to, nikt nie wyszedł na spotkanie, nawet gdyśmy już wjechali między domostwa, prócz jakiejś starej kobiety, którą zapytałem o szecha el Beled. Wskazała duży namiot. Dojechaliśmy do niego i zawołali; natychmiast prawie odsunięto zasłonę, przykrywającą wejście, i ukazał się „władca duaru“. Nie czekając, aż wyłożymy cel swego przybycia, zaprosił nas do wnętrza na fajki i kawę. Odmówiłem grzecznie, tłumacząc się brakiem czasu, lecz gospodarz, nie słuchając usprawiedliwienia, powtórzył swą prośbę takim natarczywym tonem, że musieliśmy ulec jego gościnności. Odrzucenie powtórnego zaproszenia byłoby niesłychaną obelgą, a zmycie jej wymagałoby krwi. Nie mogliśmy sobie bynajmniej pozwolić na przysparzanie wrogów, tem bardziej, że droga powrotna prowadziła przez tą miejscowość; — przywiązaliśmy więc konie do żerdzi namiotu.
Gospodarz przyjął nas pozdrowieniem: Ahla wa sahla wa marhaba[21], co rozproszyło natychmiast moje nieokreślone obawy, gdyż nie wita się tak nigdy osoby, której się źle życzy. Usiedliśmy. Na palu wisiało mnóstwo fajek, z których wybrał dwie najlepsze; poczem przyniósł tytoniu i podpału. Przyjaźń okazywał w najwyższym stopniu; przysiadł się do nas, rozpoczął pogawędkę, nie pytając nawet o nasze zamiary i stosunki. —
Wtem wydało mi się, że słyszę odgłos wielu stop; zbliżały się lekkie kroki, co znowu obudziło moją czujność.
— O ile spostrzegłem, mieszkańców niema we wsi? Spotkałem zaledwie paru ludzi i jedną kobietę, — rzekłem.
Władca wioski wstał. Na twarzy jego wykwitł uśmiech ironiczny:
— Wszyscy są, nikogo nie brak. Czekali na was!
— Czekali? — spytałem, pozostając spokojnie na miejscu; — czyście wiedzieli, że przybędziemy?
— Wiedzieliśmy! Abd el Birr, szeik Handhala, ostrzegł nas o waszem przybyciu, psy chrześcijańskie! Znieważyliście świętą drogę pielgrzymek! Zapłacicie zato życiem! Nasi mężowie ukryli się, aby was, smrodnych szakali...
— Milcz! — krzyknąłem, zrywając się razem z Halefem. — Tak, jestem chrześcijaninem! Ale śmierdzącym szakalem jesteś ty!
— A twoi ludzie, są dziećmi suki! Tchórzliwe potomki psich wnuków! Mój bat oćwiczy te wywłoki! — przerwał mi odważny Halef, zerwawszy w okamgnieniu, Wiszący zawsze u jego pasa, gruby harap z plecionej twardej skóry krokodylej. Raz, dwa, trzy, cztery uderzenia — przecięły błyskawicznie twarz szecha!
Drab chciał krzyczeć; przeszkodziłem temu jednym ciosem pięści, zwalając go na ziemię. Odsunąłem zasłonę namiotu. Wokół stało przeszło stu uzbrojonych mężczyzn i chłopców, gotowych rozszarpać w kawały świętokradców, którzy ośmielili się znieważyć świętą drogę Mekkańską; za nimi wrzeszczała horda kobiet i dzieciaków, potrząsając groźnie przygodną bronią. Chciałem skoczyć na konia i przebić się, lecz mój mały chytry hadżi odsunął mnie na bok i zawołał, uprzedzając ryk fanatycznej tłuszczy:
— Cóżto wam na myśl wpada, o wierni wyznawcy proroka, bohaterscy wojownicy Mawija! Należymy do szczepu Handhala i zostaliśmy tu przysłani przez Abd el Birra, by zawiadomić szecha el Beled, że oczekiwani niewierni wkrótce przybędą! Za wcześnie opuściliście kryjówki! Mogą nadejść lada chwila, a skoro zobaczą was zebranych tutaj, nie wejdą do duaru i zdołają umknąć! Schowajcie się natychmiast, póki czas! Żywo! Biegnijcie! Spieszcie! Pędźcie! Precz! O Allah! Giaurowie gotowi nam ujść!
Aby im doreszty zamydlić oczy, zniknął w namiocie, a ja udałem się za nim. Szech leżał nieprzytomny na ziemi. Spojrzeliśmy przez szparę i stwierdzili z niemałem zadowoleniem, że tłuszcza poczęła się szybko rozchodzić!
Sprytny hadżi, patrząc na efekt swego pomysłu, zaśmiał się i rzekł:
— Widzisz, jak to pomaga, sihdi! Ty zabiłbyś ze dwudziestu, lub więcej jeszcze ludzi, pięściami, lecz mój język rozproszył ich wszystkich! Hamdulillah! Nikogo już niema! Jazda więc, naprzód!
Gdyśmy dosiedli wierzchowców, nie było przed namiotem ni żywej duszy, lecz w tej samej chwil wybiegło paru ludzi z poza długiej niskiej chaty; poznałem Abd el Birra i jego łotrów!
— Oszukano was, okłamano! okłamano! — ryczał z pianą na ustach; — na nich, głupcy, na nich! Prędzej! Ucieknie nam giaur przeklęty!
Halef mógł go z łatwością zastrzelić, lecz naturalnie nie uczynił tego. Harap miał jeszcze w dłoni; przeciął nim kilkakrotnie powietrze ze świstem; uderzenia te miały być dla Abd el Birra symboliczne. — Ruszyliśmy galopem, odprowadzeni wrzaskiem wściekłości, który można było porównać tylko z rykiem Indjan! —
Należało się spodziewać, że sfanatyzowana tłuszcza, nie poprzestanie na tych objawach wściekłości, lecz pobudzona żądzą krwi, rzuci się w pościg. Dlatego też nie przystanęliśmy, spotkawszy towarzyszy, a zawołaliśmy na nich, by podążyli za nami. Skierowaliśmy się na północ, ażeby zmylić prześladowców. Po chwili spostrzegłem tuż za sobą oddział jeźdźców, gnających pędem. Rychło jednak przekonali się naocznie, że nie może już być mowy o pogoni. Spuścili nosy na kwintę i wrócili stepa zpowrotem. Teraz zatoczyliśmy łuk, powracając do poprzedniego kierunku. Po drodze opowiedział Halef towarzyszom o naszej przygodzie, nie zapomniawszy naturalnie o swoich bohaterskich czynach. —
Dopędziliśmy zatem tych łotrów! I to dzięki temu, że pozostali w Mawija, aby nas pochwycić w zastawione sidła. Abd el Kahir radził napaść na nich, gdy wyruszą w drogę, lecz ja się oparłem, gdyż było rzeczą, więcej niż prawdopodobną, że właśnie teraz będą się mieli na baczności. — Najbliższem osiedlem było Rakmatan, należące do Arabów Handhala. Mogliśmy więc fatwo dostać się między dwa ognie; wobec tego odłożyłem atak na później. Nikt nie zaprotestował, uznając słuszność mego rozumowania.
Rakmatan leży na górnym końcu wadi Falg i słynie w świecie mahometańskim, jako miejsce pobytu wielkiego poety Maleka ben er Reib el Mazini. — Należało przypuszczać, że Abd el Birr, nie opuści tak szybko Mawiji po rozegranych w niej wypadkach; później zaś pozostanie w Rakmatan, W gościnie u współplemieńców. Sądził zresztą zapewne, że po niemiłej przygodzie nie powrócimy tak prędko, a może wogóle zaniechamy pościgu; mieliśmy więc czas do jutra. Nie spiesząc tedy, okrążaliśmy zaludnione miejscowości w obawie, aby nas nie poznano.
Zapadał już mrok, gdy wjechaliśmy na drogę, z tamtej strony Rakmatanu. Ukryliśmy się tutaj, poza skatami wadi Maskat el Raml, gdzie rozpoczyna się pustynia Sziha.
Omar zajmował się przez cały czas malcem, na nic innego nie zwracając uwagi. Był to widok doprawdy wzruszający, jak delikatnie opiekował się nim, jak łagodnie i miękko odzywał do niego; rodzona matka nie okazałaby więcej czułości. To też dziecko nie chciało się ani na chwilę z nim rozstać. —
Zależało mi teraz bardzo na wiadomości, czy Abd el Birr jeszcze jest w duarze, czy też, wbrew oczekiwaniom, minął już Rakmatan; postanowiłem więc udać się na zwiady. Halef chciał mi towarzyszyć, ponieważ jednak nie byłby mi pomocny, a wręcz przeszkadzał, kazałem mu zostać. Zdjąłem z siebie jasny haik, który mógł mnie zdradzić, i ruszyłem. —
Przyjrzałem się osiedlu już podczas przybycia do wadi Maskat el Raml. Duar był jakby przylepiony do krzywizny wadi Falg. Obliczałem odległość od naszej kryjówki, na jakieś pół godziny drogi. Po upływie tego czasu stałem też przed pierwszą chatą. W otworach, służących za okna, błyszczało światło świecy, czy knota lampy, napełnionej oliwą. Nie chcąc, by mnie spostrzeżono, musiałem zacząć wywiad od tyłu wioski. Skradałem się od jednego mieszkania do drugiego, dopóki nie dosiągnąłem końca duaru. Tam zawróciłem nieco, kierując uwagę na budynek, największy chyba w całem osiedlu; jeśli należał do najbogatszego mieszkańca, to zapewne do szecha el Beled. — Przed wejściem przywiązano kilkanaście koni. Tylna ściana miała cztery otwory okienne; trzy były oświetlone. Poczołgałem się do pierwszego i zajrzałem do wnętrza. Ujrzałem prymitywne pomieszczenie, w którem leżała na macie jakaś nieruchoma postać kobieca. Zdawała się nasłuchiwać; z sąsiedniego pokoju dochodziły niewyraźne głosy. Przez drugie okno, w izbie większej od poprzedniej, ujrzałem dwóch ludzi. Jeden kręcił się, zdenerwowany, tam i zpowrotem; był to szeik Handhala, nasz zacięty wróg!
— A więc moje dziecko, pociecha starości, moj jedyny syn — stracony! Zrabował go Humam ben Dżihal, przeklęty pies Hadesz! — wołał. — Czy to na pewno był on? — Kto go poznał?
— Twoja żona; zna go wszak dobrze! Była sama z dzieckiem na makbara[22] i tam została napadnięta.
— Przeklęta! Niech ją pochłoną czeluście piekielne! Zaraz się z nią porachuję! Natychmiast! A potem zgromadzę wojowników na wyprawę zemsty; zgotuję tym szakalom krwawą łaźnię! — Wyruszę, skoro tylko nasze konie nieco wypoczną! Zrównany z ziemią duar wadi Baszam, tego rabusia! Zemścił się na mnie straszliwie; nie mógł wynaleźć okrutniejszego odwetu! Wiedział, że kocham dzieciaka nad życie. — Zamordował je po drodze! — — Co warta ta kobieta, ta matka? Siedzi w domu i myśli zapewne, czy do twarzy jej będzie w żałobie! Na Allaha! zasłużyła na śmierć! Pierwszą kulę przeznaczam nie Humamowi, lecz jej; przysięgam na...
— Powstrzymaj się, nie przysięgaj! — przerwał gospodarz; — twojej żony niema w domu!
— Gdzież jest? — ryknął, pieniąc się, Abd el Birr.
— Pobiegła, jak lwica, której zabrano młode, za tym złodziejem dzieci!
— Zabił ją więc również; niestety, teraz ujdzie mej zemście! Co pomóc może tej kobiecie pościg za zbrodniarzem?! Czy dlatego nazywasz ją lwicą? Powinna była bronić dziecka do ostatniej kropli krwi, wówczas zasłużyłaby na to miano! Przysięgam na Allaha i wszystkich Kalifów, że jeśli ją znajdę...
— Nie przysięgaj! Nie wyrzekł tego gospodarz, lecz kobieta, którą poprzednio widziałem w drugiej izbie. — Teraz nastąpiła scena, przed której opisem wzdraga się pióro! Matka w obawie o dziecko przybyła, by prosić pokrewny szczep o pomoc, i znajdowała się tu zaledwie od kilku godzin, gdy tak niespodzianie napotkała męża. Ten, z pianą na ustach, obalił ją na ziemię, począł nie ludzko kopać i wlec za włosy po całej izbie, tłukąc jej głową o ściany. Zastrzeliłby biedną niechybnie, gdyż kilkakrotnie wyrywał broń z za pasa, gdyby mu towarzysz nie przeszkadzał. Wreszcie wywlókł ją, bijąc niemiłosiernie, z chaty, popchnął tak silnie, że zatoczyła się i upadła o kilka kroków dalej, i począł ryczeć w niebogłosy:
Euti talikah bit telateh!
Wyrazy te oznaczają: — trzykrotnie cię odpycham — są przepisaną formułą rozwodową. — Od tej chwili przestała być jego żoną. —
Okrążyłem, skradając się bezszelestnie, dom, aby zobaczyć, co się stało z nieszczęśliwą, choć przedsięwzięcie to było związane z dużem niebezpieczeństwem. — Ujrzałem ją, gdy, tkając głośno, stanęła u węgła chaty. Zadrżała z przestrachu zobaczywszy obcego.
— Czy nazywają cię Zarką? — spytałem szeptem.
— Tak; kim jesteś? — wyjąkała z trudem.
— Twoim przyjacielem. Przynoszę ci pomoc. Chodź za mną!
Ująłem ją za rękę i poprowadziłem. Szła bezwolnie, bez słowa protestu, za mną — obcym, któremu nie wolno było jej dotknąć. Wpadła bowiem w apatję i własny los jej zobojętniał. Cicho popłakując, wlokła się tak przez pół godziny, dopóki nie doszliśmy do wadi Maskat er Raml. Tam, z miejsca, gdzie ukryci byli towarzysze, doszedł nas łagodny głos Omara, któremu inny, dźwięczniejszy i delikatniejszy odpowiedział:
— Zarka!
Kobieta krzyknęła przeraźliwie i pobiegła z szybkością strzały. Nie umiem opisać radości, jaka ją opanowała; schwyciwszy dziecko, okrywała tysiącem pocałunków, oddalała je od siebie i zbliżała, jakby niedowierzając swym zmysłom.
Najmniej zadowolony z tego niespodziewanego obrotu rzeczy był naturalnie Omar, który zasypał mnie odrazu dziesiątkiem pytań. Wszyscy garneli się po wyjaśnienia, lecz nie miałem czasu zaspokoić ich ciekawości, gdyż Abd el Birr mógł wyruszyć natychmiast. Jeśli nie miał nam ujść i tym razem, musiano się spieszyć. Zarkę z dzieckiem umieściłem tak daleko w wadi, ze nic nie mogła słyszeć; przy niej pozostali dwaj Haddedinowie, otrzymawszy odpowiednie instrukcje. Potem przeciągnęliśmy przez całą szerokość drogi moje lasso, długości trzydziestu metrów. Konie powinny były paść, podcięte tą niespodzianą przeszkodą, a jeźdźcy tem łatwiej dostać się w nasze ręce. — Czekaliśmy. —
Upłynął kwadrans, zanim usłyszałem tętent kopyt. Arabowie jechali pomimo ciemności ostrym kłusem. Szeik klął, rzucał się bezustannie na siodle i przynaglał ludzi; znaleźli się wreszcie przy Haddedinach. Lasso tu wiele zdziałało, gdyż inaczej wyprzedziliby nas w przeciągu kilku sekund, a nie mieliśmy ochoty zatrzymywać ich strzałami; na szczęście okazało się to zbyteczne; — wszystkie konie runęły! Błyskawicznie rzucono się na zbrodniarzy; ja skoczyłem do szeika, którego poznałem po głosie. Początkowo leżał nieruchomo, jak głaz, opanowany panicznym strachem, lecz po chwili począł się bronić zaciekle. Chciał wstać, zachwiał się jednak i opadł z głośnym jękiem na ziemię. Złamaną miał prawą nogę. Ludzi jego powiązano i ułożono obok siebie. Milczenie, które towarzyszyło walce, wzmogło przestrach i obawę napadniętych. Kazałem zachować absolutną ciszę aż do mego powrotu; wyjąłem szeikowi obydwa pistolety z za pasa i udałem się w kierunku wioski.
Przybywszy, zakradłem się powtórnie do największej z chat, w której, jak się dowiedziałem później, mieszkał rzeczywiście szech el Beled. Wszedłem drzwiami przedniemi. W dużej izbie siedział samotnie szech, paląc fajkę; widocznie chciał uspokoić nerwy, stargane ostatniemi wypadkami. Zobaczywszy mnie, skoczył z miejsca, przerażony.
— Czy znasz tę broń? — spytałem, podsunąwszy mu pod nos pistolety.
Maszallahi Pistolety szeika Malik ben Handhala!
— Tak jest! Dał mi je, jako rozpoznawczy znak dla ciebie. Nie ujechał daleko. Tkwi w tem tajemnica, o której tylko ty dzisiaj się dowiesz. Czy masz parę fanamur?[23]
— Tak!
— Przynieś je prędko i chodź ze mną! Zdarzyło się coś bardzo doniosłego!
— Co się stało? Kim jesteś? Nie znam cię; nie widziałem nigdy!
— Dowiesz się o wszystkiem od samego szeika. Spiesz! Każda sekunda droga!
Zarówno pewny ton, w jakim do niego przemawiałem, jak pistolety szeika, wywarły pożądane wrażenie. Przyniósł kilka latarni, zapalił jedną z nich i pobiegliśmy. Chociaż zamęczał mnie po drodze pytaniami, nie odpowiadałem ni słowem; dopiero gdyśmy przybyli do celu, oznajmiłem, że jest moim jeńcem, lecz nie powinien się niczego obawiać, jeśli będzie zachowywał spokój aż do rana. Związano go również, zanim się zdołał zorjentować; zabrano teraz latarnie i zapalono je wszystkie tak, że starczyło światła, by oświetlić przestrzeń w promieniu paru metrów.
Szeik Muntefików począł obsypywać Abd el Birra stekiem obelg i złorzeczeń; pozwalałem na to przez pewien czas, lecz gdy trwało zbyt długo, a Abd el Kahir nie zamierzał bynajmniej poniechać jeńca, straciłem cierpliwość.
— Skończ-że wreszcie i zahamuj potoki swojej wymowy! Idzie w tym wypadku o obrazę, za którą możesz żądać przeprosin, lub co najwyżej błahej kary, nie zaś o zbrodnię, za którą się płaci śmiercią. Tutaj oto stoi mściciel, żądający życia jeńca. Pozwól i jemu dojść do słowa. Lawina twych obelg nie daje mu wyrazić swego zdania!
Wskazałem na Omara, który od czasu pojmania Abd el Birra, zachowywał grobowe milczenie. Teraz przystąpił i obrzucił jeńca wzrokiem, pełnym śmiertelnej nienawiści. Skinąłem skrycie na Halefa. Zrozumiał mnie w okamgnieniu i ruszył, wydostawszy się niepostrzeżenie, by sprowadzić Zarkę z dzieckiem.
— Zamordowałeś brata mojej żony, ukochanego jedynaka zgrzybiałych starców! — przemówił Omar syczącym szeptem, podnosząc stopniowo głos, a gdy doszedł do słów — stoję przed tobą, zbrodniarzu, jako mściciel niewinnie przelanej krwi; czy znasz prawo, które brzmi: ząb za ząb, oko za oko?! — bas jego rozległ się, jak ryk głodnego lwa.
— Zabij mnie! — odpowiedział dumnie szeik. — Allah oddał nas w twe ręce, przez tego oto emira, Kara ben Nemzi! — O Mahomecie! O wielcy Kalifi! Czemuż zabrał mi Allah jedyne szczęście mojego życia, dziecię jedyne, spadkobiercą mych czynów? Nie chcę żyć dłużej! Kula z twej strzelby położy kres moim cierpieniom Zabij! Będziesz dobroczyńcą!
Tego Omar nie oczekiwał; zmieszał się. Chciał! ukarać jeńca, a nie spełnić jego życzenie. — Spojrzał bezradnie na Abd el Birra, potem na mnie.
— Dlaczego nie strzelasz, Omarze? Może zakłujesz go nożem? — spytałem.
Zmieszanie jego rosło. Pożądał zemsty, lecz nie pociągała go rola kata, mordującego bezbronną ofiarę.
— Rozumiem, — ciągnąłem dalej, ze świadomym fałszem tłumacząc jego niezdecydowaną postawę, — zwykła śmierć jeńca nie wystarcza ci; może przypieczesz go płonącemi węglami, poczynając od głowy?
Nagle skrępowany szeik wyprężył się, jak struna, nie bacząc na ból gwałtowny złamanej nogi, i krzyknął przeraźliwie; z gardła wyrywały mu się chrapliwe, nieartykułowane dźwięki. — Zobaczył żonę, przybyłą wraz z chłopczykiem na ręce. — Uklękła przy mężu i podała mu dziecko do pocałunku. Szeika opanowało nie zwykłe, gorączkowe wzburzenie; na policzkach wykwitły mu krwiste plamy, a oczy zdawały się wyskakiwać z orbit. Ryknął głosem, w którym nie było nic ludzkiego:
— Żyje mój mały, żyje! Emirze, błagam, zwolnij mi choć na chwilę rękę, na jedno mgnienie oka! Objąć mą dziecinę, raz choćby dotknąć, pogłaskać! Allah! Allah! Allah!
Schyliłem się i rozwiązałem mu ramiona. Błyskawicznie pochwycił dziecko i przytulił do piersi. Począł je pieścić, dusząc w objęciach. Zachowywał się jak człowiek, który postradał zmysły z radości; — przyciągnął wreszcie żonę do siebie i zawołał:
Odepchnąłem cię, szalony! Teraz wracasz do mego serca! Jesteś znowu moją żoną, droga, jedyną! Czy mnie odrzucisz?
Zaprzeczyła ruchem głowy; mówić nie mogła, gardło ściskały łzy.
— Rozwiodłem się z tobą coprawda, ale to się naprawi — ciągnął dalej — pójdziemy do kadiego[24] i...
Umilkł nagle, jakby rażony piorunem; przypomniał sobie, że życie jego wisi na włosku, że przed chwilą jeszcze sam błagał, aby położono kres jego męczarniom. — Zadrżał; śmiertelna bladość pokryła mu oblicze.
— O najmiłosierniejszy Allahu, koniec wszystkiemu! — biadał. — Okup krwi! Okup! Zapłacę! Teraz nie mogę umrzeć; nie chcę!
— A jednak zginiesz! Krew za krew! — odpowiedział Omar.
Wziąłem z rąk ojca chłopczyka o błękitnych oczach i podałem Omarowi:
— Maleństwo wstawia się za złoczyńcą; to jego ojciec! Dwukrotnie przysiągłeś na Allaha, że uszczęśliwisz rodziców chłopca, jeśli tylko będzie to w twojej mocy. Pamiętaj o tem!
Chłopczyk objął szyję Omara rączkami i wtulił twarzyczkę w jego brodę. Omar, ten sam Omar, który przed chwilą gotów był zabić jego ojca, odwrócił się i zniknął z dzieckiem w ciemnościach nocy. Teraz nastąpiła naprężona cisza. Szeik skorzystał z niej, by spytać żonę, w jaki sposób odzyskała stracone dziecko. Zamiast odpowiedzi, wskazała niemym gestem na mnie. Opowiedziałem mu wszystko.
— Tamten człowiek go znalazł, mściciel krwi! Krewny zamordowanego przez nas! — zawołał Abd el Birr. — O Allah! Jak, ciężko mnie za ten czyn pokarałeś!
Omar powrócił; usłyszał ostatnie zdanie i twarz jego przybrała dziwnie łagodny wyraz. Oddał szeikowi chłopca i rzekł melancholijnie:
— Nie żądam twej śmierci, wystarczy mi okup... Podziękuj temu dziecku, które zabrało moja duszę! — wykrztusił, łkając prawie. — Wojownicy Haddedinów nie wzgardzą mną chyba!
Podałem mu rękę i uspokoiłem go.
— Nigdy jeszcze nie postąpiłeś tak wzniośle i szlachetnie, jak w tej chwili, gdy przezwyciężyłeś siebie! Powiedz twoim, że ja — emir Kara ben Nemzi — jestem tego zdania. Któż sądzi inaczej? — A teraz naznacz okup!
— Okup będzie wynosił tyle, ile zapłacił Abd el Mottaleb, dziadek proroka; — sto wielbłądów!
— To mój cały majątek! — zawołał szeik. — Nic mi nie pozostanie, zupełnie nic; obracasz mnie w żebraka. Lecz będziesz go miał! Zabieraj wszystko! — Pozostanie mi wszak największy skarb — dziecko i żona, dla których odtąd żyć będę! Nie moja jednak ręka zamordowała twego krewniaka; zabójcę zastrzeliłeś owej nocy, gdy zamierzaliśmy was napaść na drodze do wadi Baszam!
— Sprawa więc ułagodzona; jesteście wolni! — oświadczyłem.
Rozwiązaliśmy ludzi szeika. Abd el Birr nie mógł tutaj pozostać ze złamaną nogą; szech el Beled oświadczył, że udzieli z chęcią gościny rannemu, żonie jego i dziecku, a nawet i mnie zaprosił. Przysięgał wraz z resztą naszych dotychczasowych wrogów, zaklinał się na wszystkie świętości, że nie zamyślają nic złego; uważają nas za swych braci i przyjaciół i będą bronić przed wrogiem. Pociągnęliśmy więc jako goście całego duaru. —
Przybywszy do Rakmatan, udaliśmy się do chaty szecha; przewiązałem nogę szeikowi; złamanie nie było skomplikowane. Na drugi dzień chory czuł się tak dobrze, że zawołał kadiego, by ponownie zaślubić odtrąconą żonę. Gdybym nie był chrześcijaninem, dostąpiłbym zaszczytu drużby; Omar mnie wyręczył. Poczciwiec, był tak wzruszony, że po ceremonji odezwał się do powtórnego nowożeńca:
— Ofiaruję ci prezent ślubny, którego nie powinieneś odrzucać; jestem świadkiem waszego szczęścia i nie pozwolę, aby zdusiła je nędza. Wyrzekam się okupu; daję go twemu synkowi! Niech was Allach błogosławi!
Szeik ze wzruszenia nie mógł wydobyć głosu; Zarka również milczała; błękitne jej oczy zalane były łzami; — po niej to odziedziczył synek te piękne, jedyne może w całej Arabji, źrenice. —
Cóż mógł teraz uczynić szeik po tym nowym dowodzie wspaniałomyślności Omara? — Przynajmniej wyrzec się wszelkiej myśli o zemście. Rzecz dziwna, jak po chrześcijańsku postępowano w tym domu, leżącym na drodze pielgrzymek do Mekki, gdzie fanatyzm święcił swe dzikie orgje! —
Pozostaliśmy około trzech tygodni jako goście w Rakmatan; przez cały czas naszego pobytu nie ośmielił się nikt obrzucić mnie słowem zelżywem. Prawdziwa miłość zwycięża zawsze nawet nieprzebłaganą, najbardziej zaciętą nienawiść. — Odzyskałem strzelby, a Haddedinom zwrócono pieniądze, zrabowane Mesudowi w Kubbet el islam. — —




KYS-KAPTSZIJI

1. Armeni.

Jechaliśmy z Serdaszt prawym brzegiem małej rzeczułki Zab, aby dostać się do Arbil, miejscowości słynnej od czasów Aleksandra Macedońskiego, kiedy to zwano ją Arbelą. Mówię: jechaliśmy, gdyż było nas dwóch: ja, oraz mały, odważny Hadżi Halef Omar, który poprzednio był moim sługą, teraz zaś, otrzymawszy godność naczelnego szeika wszech Haddedinów stał narówni ze mną. Towarzyszył mi nie za zapłatą, jak uprzednio, lecz tylko i jedynie z przywiązania. — Chcieliśmy wypocząć w Arbil, czy Arbeli przez parę dni, a następnie przeprawić się przez rzekę Tygrys, by odwiedzić pastwiska Dżezireh, rodzinnego szczepu Halefa.
Spędziliśmy tylko dwa dni w Serdaszt, bowiem zastaliśmy tam wielkie wzburzenie. Przyczyna była następująca: na wiosnę znikły bez śladu trzy młode dziewczęta; dowiedziano się, że w innych miejscowościach stało się to samo, a ponieważ ginęły wszędzie najładniejsze dziewczyny, zrozumiano, że przyczyną uprowadzenia była ich uroda.
Zniknięcie zatem nieprzygodne; widocznie zachodziło tutaj porwanie uplanowane. Poszły słuchy, że Kys-Kaptsziji[25] grasuje po kraju, aby do haremów stambulskich paszów chwytać młode piękności arabskie. Starano się odnaleźć jego ślady, lub tropy nieszczęśliwych ofiar, — lecz wszystko napróżno. Nie był to zwykły niedozwolony handel niewolnicami, lecz rabunek kobiet, — zbrodnia karana śmiercią. Rabuś musiał być wygą i wytrawnym łotrem; musiał mieć wielu pomocników, skrytych i jawnych, gdyż jeden człowiek nie mógłby sobie dać rady z większą liczbą uprowadzonych dziewcząt. Wszak miał wysyłać je morzem, co nie należało wcale do rzeczy łatwych i mogło się, w razie przyłapania, skończyć dla niego bardzo tragicznie. —
Te zbrodnicze interesy przynosiły znaczny dochód. Od czasu zakazu handlu niewolnicami cena ich nadzwyczajnie wzrosła, a zapotrzebowanie przewyższało podaż. Pomimo drakońskich zakazów, nadal poszukiwano żywego towaru; czynili to nawet sami urzędnicy, którzy sprowadzali sobie niewolnice tajemnemi drogami; było więc rzeczą jasną, że patrzyli przez palce na sprawki handlarzy i nie myśleli prześladować, a cóż dopiero ścigać, tych łotrów. —
Zatem, jak wspomniałem, zniknęły na dwa dni przed naszem przybyciem do Serdaszt trzy młode dziewczyny; przepadły jak kamień w wodzie; poszukiwania nie dały rezultatu. A chociaż my nie mieliśmy o niczem pojęcia, schwytano nas natychmiast po przybyciu i zawleczono do sindan[26]; gdybym nie posiadał swych niezawodnych legitymacyj, — na pewno nie tak prędko moglibyśmy ze stóp otrząsnąć proch ulic tego miasteczka.
Halef, oburzony z głębi serca podejrzeniami, rzuconemi na nas, nie mógł ani na chwilę zapomnieć aresztu; ciągle do tego powracał i teraz zaczął na nowo:
— Jesteś tak cichy, sihdi! Pewnie myślisz o tem, co spotkało nas w Serdaszt, a gniew twój jest tak wielki, że nie znajduje ujścia w słowach. Lecz ja muszę mówić, bo mi dusza pęknie od nadmiaru żółci, a ciało rozleci się ze wściekłości! My mamy być łowcami niewolnic?! Czy moja Hanneh, najsłodsza i najwonniejsza z kobiet, nie jest najpiękniejszą z pachnących kwiatów Wschodu? Czyż mógłbym znaleźć ładniejszą? Pocóż miałbym kraść kobietę, która jest mi zbyteczna, żonę, z ktorą nie będę wiedział co począć? — Ja, słynny hadżi Halef Omar, najwyższy szeik wszystkich szczepów Haddedinów — obwiesiem i rabusiem! I ty, którego dusza nie jest jeszcze zaślubiona, serce nie zna, co to małżeństwo, a rozum ślubował dożywotni celibat — i ty przebywałeś ze mną w więzieniu! Maszallah! Toż ósmy cud świata, że dotychczas nie zrównaliśmy tego marnego Serdaszt z ziemią, aby moja satysfakcja tańczyła na ruinach! Ileż to lwów pustyni zakłuliśmy; ile czarnych panter? Walczyliśmy z mrowiem nieprzyjaciół i zawsze wychodzili zwycięsko! Posiedliśmy wszelką mądrość i wszystkie nauki świata; mieszka w nas wiedza najsłynniejszych filozofów; co najtężsi bohaterowie tarzali się u naszych stóp w prochu, skomląc o zmiłowanie, a najwyżsi dygnitarze i władcy korzyli przed nami, błagając o krztynę życzliwości. Zaledwie jednak dotarliśmy do tego miasteczka nędzy, ciemnoty i ogłupienia, do rezydencji móżdżków cielęcych, filozofów, nie sięgających końca swego nosa, — wpakowano nas do więzienia! Broniłbym się do ostatniej kropli krwi, lecz ty uważałeś za stosowne zachować boski spokój! Ścisnąłem więc zęby i pohamowałem lawinę swego gniewu. Niechaj Allah wykreśli te psią rezydencję z powierzchni świata i spali mieszkańcom brody wraz z wąsami, aby każdy, widząc Serdaszcyka, zawołał:
Di’ eb’alehk! — Hańba ci! — Czy nie mam racji, sihdi?
Godność osobistą Halef miał niezwykle czułą; niezależnie od tego, uważał mnie za najwybitniejszego człowieka naszej planety, z czego bynajmniej nie wynikało, że on — hadżi Halef — ustępuje mi pod względem wszechdoskonałości; stąd jego oburzenie na sprawców przykrości, które odnieśliśmy. — Nie chciałem mu zaprzeczać, wiedząc, że naraziłbym się na nieskończenie długi łańcuch napomnień i strofowań; dlatego rzekłem:
— Tak, słuszna racja, drogi mój hadżi, ale czyś zapomniał o tem, że główną podstawą twojej religji jest wiara w kismet? Przecież według was, wszystko, co przytrafia się człowiekowi, zawczasu jest zapisane w księdze żywota; nie mogliśmy ujść w żadnym razie aresztu, skoro było nam to przeznaczone! Widzisz więc że postąpiliśmy, jak na wiernych synów proroka przystało. Nie powinienem więc teraz zmieniać mego postępowania, ale iść dalej w tym duchu, to jest, zostawić w spokoju rzeczy, których już odmienić nie można.
— Słowa twe, o sihdi, to prawda wcielona; niech mi język przyschnie do podniebienia, jeśli wspomnę raz jeszcze o tym Serdaszt! — Koń mój jest spragniony, a słońce piecze bezlitośnie. Czy nie zechciałbyś zatrzymać się na krótki odpoczynek, dopóki nie mina skwarne godziny południa?
— Zgoda! Spróbujemy tym czasem nałowić parę ryb na wieczerze, gdyż nie sądzę, aby {{Rozstrzelony|ghazahl[27], przemknęła po tej okolicy.
Niezadługo znaleźliśmy odpowiednie cieniste miejsce na brzegu rzeczułki i zsiedliśmy z koni.
Halef uciął długą witkę, umocował na jej końcu sunnarę[28] i z zapałem oddał się ulubionemu zajęciu. Tym razem szczęście mu dopisało, gdyż po upływie kilkunastu minut połów był aż nader wystarczający.
Zajęci zawijaniem ryb w wilgotne liście, by uchronić je od zepsucia w tropikalnym upale, usłyszeliśmy od strony strumienia tętent kopyt. Po chwili wynurzył się jeździec, trzymając za uzdę drugiego konia, jucznego. Widocznie nie oczekiwał spotkania z ludźmi na tem pustkowiu, gdyż na widok nasz stanął, jak wryty; z rysów jego twarzy wyzierał przestrach. Natychmiast wszakże opanował się, podniósł prawą rękę do wysokości piersi i pozdrowił:
Sabahiniz hajr ola! — Dzieńdobry, moi panowie! Allah niech wam ześle pokój i pokrzepienie członków!
Odpowiedzieliśmy na jego pozdrowienie po turecku, gdyż posługiwał się tym językiem. Badał nas ostrem, świdrującem spojrzeniem i ciągnął dalej:
— Serce moje napełniło się radością na wasz widok. Jak się nazywa miejsce początku waszej podróży?
— Serdaszt, — odparłem.
— A dokąd zmierzacie?
— Do Arbil.
— Długa to i uciążliwa droga! Dobrze czynicie, wypoczywając zawczasu. — Co do mnie, udaję się do miejsca, z którego przybywacie. Konie moje są bardzo znużone. Czy pozwolicie mi odpocząć przy was?
— Każdy uczciwy człowiek będzie mile widziany!
— Mam nadzieję, że nie uważacie mnie za nieuczciwego!
Zsiadł z konia i przyłączył się do nas. Na pierwsze pytanie udzieliłem mu umyślnie odpowiedzi błędnej, gdyż bynajmniej nie przypadał mi do gustu. Był długi i chudy, a jednak krzepki, nawet barczysty; pomimo to garbił się cokolwiek i pochylał naprzód; sprawiał wrażenie, jakby strzygł uszami. Na głowie miał fez, zesunięty na ciemię, tak, że widać było jego wąskie i niskie czoło. U bladych, niebieskawych prawie warg, zwisała cienka, kosmykowata broda; na twarzy królował nos — garbaty dziób jastrzębi, ocieniający dwa małe chytre oczka, prawie niewidoczne pod przymkniętemi powiekami. Silnie rozwinięte szczęki i podniesiony podbródek zdradzały egoizm, brak skrupułów i przewagę zwierzęcych instynktów, podczas gdy górna połowa twarzy mówiła o wielkiej przebiegłości, ukrywanej pieczołowicie. Człowiek ten przedstawiał wybitny typ Ormianina. —
Żyd oszuka dziesięciu chrześcijan, Grek pięćdziesięciu Żydów, Jankes stu Greków, Ormianin wywiedzie w pole tysiąc Jankesów. — Jest to ogólnik, lecz przekonałem się, że choć mocno przesadzony, zawiera dużo prawdy. Wszędzie na Wschodzie, gdzie tylko planują jakąś zdradę, lub intrygę, nie obejdzie się bez garbatego nosa Ormianina. Kiedy nawet Grek bez krzty sumienia zawaha się wykonać jakiś plan łotrowski, na pewno znajdzie się Ormianin, który wyręczy go bez skrupułów, gotów na wszystko za judaszowe srebrniki. Lewantyńczycy przewodzą światowym mętom, prym między nimi trzymają Ormianie.
Nie znaczy to bynajmniej, że sąd mój o Ormianach dotyczy wszystkich bez wyjątku; spotykałem Ormian uczciwych i godnych zaufania. Lecz kto zna stosunki wschodnie, ten wie, że pomiędzy dziesiątkiem gotowych na wszystko najemników, znajdzie się zawsze sześciu, lub siedmiu Ormian. Najsmutniejsza to okoliczność, że są oni chrześcijanami. Niejednokrotnie już zdarzało mi się, że Mahometanie dlatego tylko wyrażali swą pogardę dla mnie, jako dla chrześcijanina, że uprzednio źle wyszli na stosunkach z Ormianami. —
Wogóle nie czuję ufności do typu ormiańskiego, a ponieważ przybysz posiadał wszystkie cechy tego rodu w najwyższym stopniu, nie chciałem wdawać się z nim w rozmowę o nas i naszych planach. Halef jednak, gadatliwy i żywy jak iskra, nie mógł usiedzieć spokojnie; widząc, że obcy ciągle się nam przygląda, Co wkońcu począło go złościć, zawołał:
— Gapisz sie na nas, jak ptak na robaki, które ma zamiar pożreć. Ten oto mój sihdi jest słynnym emirem Kara ben Nemzi effendi, który może uczynić, co zechce; nie boi się lwa na pustyni, tysiąca zbrojnych wojowników, ani wogóle niczego na świecie! Jest najsilniejszym między silnymi, najmądrzejszym pomiędzy mądrymi i nigdy nie napotka przeciwnika, któryby go mógł pokonać! — Co do mnie, — jestem najwyższym szeikiem znakomitych Haddedinów; imię moje brzmi: Hadżi Halef Omar ben hadżi Abul Abbas ibn hadżi Dawud al Gossarah. Jeśli chcesz posłuchać o moich czynach, udaj się do ognisk obozowych i namiotów wszystkich Arabów, Kurdów, i Tuaregów; tam dowiesz się, kogo masz przed sobą!
Mieszkaniec Wschodu wyraża się kwieciście i z przesadą. Halef czynił to ze szczególnem upodobaniem, zwłaszcza, kiedy mowa była o mnie i o nim samym. Przybysz uśmiechnął się ironicznie i odparł:
Allah ’l Allah! Jakiż to wielki zaszczyt, że spotkała mnie rozkosz obcowania z tak słynnymi mężami! Jestem zachwycony, iż pozwalacie mi spocząć w cieniu swojej chwały!
— Otwórz więc usteczka i powiedz nam, kim jesteś i skąd twa droga prowadzi! Poznałeś nasze imiona, a grzeczność wymaga, byś nie zwlekał dłużej i wyjawił nam swoje!
— Przybywam z Diarbekr, a jestem zwykłym bazir ganem[29]. Zwę się Dawud Soliman.
— Muzułmanin?
— Nie, chrześcijanin ormiański; — wyznam ci jednak szczerze, że islam, wasza religja, bardziej mi się od naszej podoba!
— Tſu! — zawołałem. — Tylko łajdak może tak schlebiać! Precz stąd! Jestem również chrześcijaninem; nie chcę cię więcej widzieć!
— Nieba! Chrześcijanin?! — wyjąkał przestraszony. — Wybacz mi, effendi! My, biedni kupcy, bywamy tak często źle traktowani z powodu naszej religji, że zmuszeni jesteśmy zapierać się wiary!
— Ty nietylko zaparłeś się chrześcijaństwa, ale wzniosłeś nad nie islam! Tego nie powinien czynić chrześcijanin, nawet w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Gardzę tobą!
— Przestaniesz mną pogardzać, ujrzawszy, co mam dla ciebie, — co ci mogę sprzedać. Zaczekaj chwilę!
Wstał, podszedł do jucznego konia i powrócił ze skrzynką. Otworzywszy ją, usiadł zpowrotem na miejscu. Zawierała mnóstwo maleńkich flaszeczek; wyjął jedną i rzekł, zwróciwszy się do mnie:
— Obejrzyj tę flaszeczkę i zgadnij, co zawiera! Będziesz gotów ofiarować mi za nią dużo, dużo pieniędzy!
Właściwie nie chciałem z nim zamienić ani jednego słowa i byłem przekonany, że cała ta historja z butelkami jest zwykłem szalbierstwem; jednakże wykrycie jego machinacyj mogło mi się przydać. Dlatego wziąłem flaszeczkę do ręki. — Zawierała tłustawą ciecz; na nalepce widniały słowa:

JAGH KUDS

olej święty[30]; korek był zalakowany, a na laku napis odciśnięty w alfabecie Neskhi, to jest arabskim. Litery były tak misterne, że z trudnością udało mi się je odcyfrować. Brzmiały: Musa Wardan. — Spojrzenie moje pobiegło ku jego dłoniom; na prawej miał sygnet, kształt i wielkość którego odpowiadały w zupełności wyciśniętej pieczęci na flaszeczce. Czy wyryte litery zgadzały się z odciskiem, dojrzeć nie mogłem.
— No, jak tam? — zapytał.
— Olej.
— Ale jaki?
— Zupełnie zwykły!
— Mylisz się! To święty olej namaszczalny, od patrjarchy w Eczmiadzin, u podnóża góry Ararat, własnoręcznie przygotowany i opieczętowany!
— Doprawdy?! Przez niego samego?
— Tak; nawet z jego własną pieczęcią i podpisem.
— I ty to sprzedajesz?
— Tak, jestem jego ulubieńcem i wysłańcem; jedynym, któremu wolno sprzedawać te relikwje.
— Czy mogę nabyć flaszeczkę?
— Tak!
— Ile mi za nią policzysz?
— Każdy zmarły, namaszczony tym olejem, idzie prosto do nieba, dlatego jest tak bardzo drogi. Buteleczka kosztuje dwieście piastrów; tobie odstąpię za sto pięćdziesiąt!
Wynosiło to mniej więcej sto złotych za odrobinę zwykłego oleju, niewartego nawet złamanego szeląga. Oddałem mu flaszkę:
— Weź zpowrotem! Nie chcę tego!
— Dlaczego? Czy za drogie dla ciebie? Ile możesz mi dać?
— Nic, zupełnie nic!
— Nic? Boże! Za olej, otwierający wrota niebieskie!
— Czy posiada doprawdy taką moc?
— Naturalnie!
— Oszustwo!
— Ośmielasz się twierdzić?!
— Tak! Byłem czterokrotnie w Eczmiadzin i mieszkałem we wsi Wagharszabad. Wiem jak nazywa się Katolikos;[31] — mnie nie podejdziesz!
— Przecie to jego imię widnieje na pieczęci! — — Zdajesz się mniemać, że nie umiem czytać, albo też nie będę mógł napisu odcyfrować! Imię na flaszeczce brzmi Musa Wardan i jest twojem własnem!
— Czyś oszalał? Moje imię?
— Tak, — pokaż!
Schwyciłem go za rękę, przyciągnąłem bliżej; rzuciłem wzrokiem na sygnet i dodałem:
— Czy ten pierścień jest twoją własnością?
— Tak!
— Wszak tu wyryte to samo imię! Jesteś szalbierzem i łajdakiem, nie chcę cie widzieć! Precz!
— Effendi, nie posuwaj się za daleko! — zawołał groźnie, sięgnąwszy za pas. — Nadymaliście się jak indyki, z czego miało wynikać, że jesteście słynnymi na świat cały bohaterami, ale mnie nie zaimponujecie!
— Pah! Zostaw nóż w spokoju, bo inaczej rozwalę ci tak twój dziób jastrzębi, że wezmą go za boghatsza[32]. Nazwałeś się Dawudem Soliman, a w rzeczywistości jesteś Musa Wardan; historja z olejkiem, czyż to nie oszustwo? Sam Katolikos miałby wyryć pieczęć na tym woniejącym oleju — czy to nie kłamstwo bezczelne? Kościół twój pozwala tylko na namaszczanie ciał duchownych, nie zaś świeckich ludzi, a ty sprzedajesz ten tak zwany jagh kuds, pierwszym lepszym, których napotykasz! Czy to nie łajdactwo, a nawet coś gorszego jeszcze? Z tego co powiedziałem, mogłeś zauważyć, że znane mi są prawa i nauki twego kościoła, chociaż nic mnie nie obchodzą!
— Jak? Co takiego? Nic cię nie obchodzą?! Nie jesteś więc tjyrmaki[33], jak ja?
— Nie!
— Idź do djabła! ty psie, ty kacerzu! Będę zmuszony przez ciebie trzykrotnie się obmyć; obecność twoja zanieczyściła mnie! Bodajbyś...
Wstał, lecz w tej chwili uraczyłem go tak potężnym policzkiem, że usiadł, a właściwie upadł zpowrotem. Skoczył ponownie i wyciągnął nóż, ale równocześnie podsunął mu Halef pod nos pistolet z odwiedzionym kurkiem i zagroził:
— Precz z twym mizernym kozikiem, chłopczyno? Łajdaku! Jedno poruszenie, a wpakuję ci dwie kulki z takim zapałem, że zatrzymają się dopiero w twej podłej duszyczce. Jeśli sądzisz, żeś natrafił na kpów, którzy będą się namaszczać twoim tłuszczem wisielców, to nosisz barani łeb na karku! Myj się choćby trzykrotnie, trzydziestokrotnie, czy też stokrotnie, — brudu swojego i tak nie zmyjesz! Tyle go w sobie nosisz, że wylewa się przez wszystkie pory!
Ormianin schował nóż; chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz nie zdążył. Znowu usłyszeliśmy tętent, lecz tym razem z przeciwnej strony, to jest od strony miasta, skąd przybyłem. Ujrzałem ośmiu jeźdźców w perskich strojach; zdumieni, że napotkali nas tutaj, osadzili konie. Przywodził im wysoki, dobrze zbudowany, brodaty człowiek, liczący około czterdziestu do pięćdziesięciu lat; spojrzał na nas niechętnym, ponurym wzrokiem i spytał, nie pozdrawiając:
— Kto zacz jesteście, ludzie, i co tutaj robicie?
Ton jego brzmiał tak arogancko, że mnie aż traciło z miejsca, tem bardziej więc mego małego choleryka, który nie zwlekając odparł:
— Kim jesteś, że ważysz się żądać od nas tłumaczeń? Kim jest twój ojciec i ojciec twego ojca? Czy nie nauczono cię mówić z szacunkiem do ludzi, przywykłych do należnej im czci i grzeczności?!
Obcy zawołał, rozweselony:
— Spójrzcie na tego chmyza! Stroi miny, jakby co najmniej był olbrzymem, a sięgnie mi zaledwie łokcia, gdybym się chciał z nim zmierzyć! Czy nie zatkamy, tej próżniaczej gęby?
Jak już niejednokrotnie wspominałem, nie odznaczał się Halef bynajmniej cierpliwością i pobłażaniem; lecz gwałtowny temperament wyprowadzał go wprost z równowagi, gdy ktoś wytykał mu wzrost niski.
To też wyjął w mgnieniu oka swój nóż i wyzwał Persa:
— Zamknąć mi próżniaczą gębę? Nato trzebaby innych ludzi, niż wy! Złaz ze swego kozła, którego używasz zamiast konia i spróbuj! Jeśli twój animusz nie wlazł w pięty, to wyciągnij sztylet i walcz ze mną! Wtedy przekonasz się, kto kogo zmusi do milczenia!
— Już zsiadam! Wyglądacie mi podejrzanie i prawdopodobnie należycie do szajki tych łotrów, których szukamy! Jeśli nie wykażecie się dokumentami, nie dam za wasz żywot złamanego szeląga!
Zeskoczył z konia; ludzie jego uczynili to samo i za chwilę otoczono nas ciasnem kołem. Dowódca położył mi rękę na ramieniu, spróbował potrząsnąć mną i rozkazał dumnie:
— Powiesz mi natychmiast, jak się nazywacie. Muszę wiedzieć, kim jesteście i co was tu sprowadza! Zachowałem się spokojnie; zostawiając ramię w jego uścisku, który nie był bynajmniej przyjacielski, odparłem:
— Zdajesz się być Persem! Mieszkańcy twego kraju słyną z grzeczności. Czy chcesz dowieść mi swojem postępowaniem, że sława ta jest fałszywa?
Nie tyle moje słowa, ile zachowanie się i stanowcze spojrzenie rzucone mu w twarz, sprawiły, że zdjął rękę z mego ramienia i powiedział już tonem bardziej minorowym:
— Poszukuję ludzi, których mam schwytać; posuwam się ich tropem, a ponieważ i was na niem znalazłem musicie mi powiedzieć, kim jesteście!
— Muszę? Ja muszę? Mylisz się! Niema człowieka, który może mnie do czegoś zmusić!
— Teraz więc poznajesz takiego!
— Może ty nim zamierzasz być?
— Tak!
— Spróbuj więc!
Nie sięgnąłem po broń, nawet nie poruszyłem się groźnie. Spoglądałem na niego z niezamąconym spokojem, a tak nieustępliwie, że mimowoli cofnął się o dwa kroki i raczej zdziwiony, niż rozgniewany, zawołał:
— Zachowujesz się, jakgdyby nikt na świecie nie mógł ci nic zrobić!
— Rzeczywiście nie znam człowieka, któregobym się obawiał! Usłyszawszy z ust twoich słowa grubiańskie, odpowiadałem uprzejmie i życzę sobie, abyś wzamian zachował formy obowiązującej grzeczności. Jest to pożądanem nie dla mnie, lecz dla ciebie! Byłem tu wcześniej; ty przyszedłeś później. Jeśli ktokolwiek ma prawo pytać o imię drugiego, to raczej ja ciebie! Zresztą przekroczyłeś granice Persji; jesteśmy na terytorjum Turcji. Kto ci pozwolił pytać o nazwisko mnie, posiadającego firman, teskereh i bujeruldu padyszacha!
— Jestem mirza Muzaffar, merd adalet[34] z Yaltemiru!
Mina, którą przybrał, świadczyła, że spodziewał się zaimponować mi swą godnością; ja — z obojętnymi gestem dłoni — odparłem:
— Nawet jako vezir adalet[35] państwa perskiego nie wywarłbyś na mnie wrażenia! Sam szach perski ma tutaj, w Turcji, mniej do powiedzenia, niż ja, stojący w cieniu sułtana. Powiedziałeś nam jednak, jak się nazywasz; dlatego usłyszysz nasze imiona. Człowiek, z którym uprzednio mówiłeś, to hadżi Halef Omar, odważny i niezwyciężony naczelny szeik wszystkich szczepów Arabów Haddedin. — Allah dał mu małą postać, aby tem bardziej uwidocznić zalety jego ducha i niezależność odwagi od jego wzrostu. — Co do mnie, to nazywam się Kara ben Nemzi effendi i...
— Kara ben Nemzi effendi? — przerwał mi prędko. — Czy byłeś teraz w Serdaszt?
— Tak!
— Mówiono mi o tobie! Czyś nie dowodził w czasie walki, w której miano zniszczyć Haddedinów, a tylko dzięki tobie wytraceni zostali wrogowie ich w Dolinie Stopni?
— Tak!
— Przebacz mi więc, emirze, jeśli cię obraziłem! Uczynisz to chętniej, gdy się dowiesz, dlaczego gniew napełnia moje zbolałe serce. — Dzięki niech będą Allahowi, że cię spotkałem; jesteś odpowiednim człowiekiem, twoja niezawodna rada przyniesie mi pomoc! — Muszę ci wyznać, że Kys-Kaptsziji, łowca niewolnic, był u nas i porwał mi najukochańszą córkę, światło i radość moich oczu. Jeden ze sług usłyszał od niego parę wyrazów, z których wywnioskowałem, że od nas uda się przez Serdaszt górą rzeki i dlatego w pościgu za nim jechaliśmy w tym kierunku. W Serdaszt usłyszałem, że porwał tam również trzy dziewczyny, i że popełniono omyłkę, podejrzewając o to ciebie, emirze. — Czy pozwolisz, byśmy spoczęli przy tobie, aby omówić straszny cios, który mnie dotknął?
— Proszę o to! — Powiedz mi więc wprzódy, kim jest tamten człowiek, oparty o siodło konia; imienia jego nie wymieniłeś jeszcze!
— Nie należy do nas; przybył, aby tutaj wypocząć. Ponieważ nas okłamał i podał fałszywe nazwisko, kazałem mu iść precz. Jest to Ormianin, kupiec, udający się do Serdaszt i rzekomo przybyły z Diarbekr.
— Armeni[36]. więc giaur, pies chrześcijański?! Niech go Allah potępi! Natychmiast ma się zabrać precz, jeśli nie chce zakosztować naszych harapów! Ci chrześcijanie trącą zapachem padliny, a kiedy wierny wyznawca proroka znajdzie się w ich pobliżu, zanieczyszcza się i musi poddać ablucji, nawet jeśli nie został przez takiego psa dotknięty!
Ormianin stał przy swoim koniu i przyglądał się Persom dziwnie przenikliwym wzrokiem. Teraz usiadł na łęku, wziął jucznego konia za cugle i rzekł ironicznie:
— Jeśli doprawdy sądzicie, że chrześcijanie was zanieczyszczają, oddalę się stąd natychmiast; pomimo to musisz się obmyć i oczyścić, o mirzo Muzaffar, gdyż ten oto Kara ben Nemzi jest również giaurem, a ty nietylko stałeś w jego pobliżu, lecz nawet uścisnąłeś mu dłoń! Niechaj Allah zezwoli ci pojmać Kys-Kaptsziji, jeśli... on ciebie nie schwyta!
Te ostatnie słowa, po których handlarz pośpiesznie odjechał, brzmiały, jak groźba. Ale Pers nie zwrócił na to uwagi; poruszył się zdziwiony i spytał mnie:
— Czy to nie kalumnja z jego strony, emirze? Coprawda Haddedinowie nie są szyitami, jak my, ale bądź co bądź wyznają Mahometa; ten więc, któremu zawdzięczają ratunek i zwycięstwo, nie może być chrześcijańskim psem!
— Tak, psem nie może być, ale jest chrześcijaninem! — odpowiedziałem z uśmiechem.
Cofnął się o kilka kroków i zawołał:
— Czy to prawda? Żartujesz chyba?
— Najszczersza prawda. Jestem chrześcijaninem!
Afghan! — O boleści! Dotknąłem cię, jestem więc bardziej zanieczyszczony, niż gdybym wpadł do hufra el harah — kupy nawozu! — Dlaczegoś na to pozwolił? Czemu nie ostrzegłeś mnie?
— A czy ja cię prosiłem, byś mnie dotykał? Czy doprawdy sądzisz, że przeze mnie możesz się zanieczyścić? Czy nie widzisz, jaka obelga kryje się w twoich słowach, w twojem pytaniu? A jeśli kto kogo, to jedynie ty mnie mogłeś zanieczyścić!
Allah! Jaka bezczelność! My wam...
Tu przerwał Halef, przyłożywszy mu do piersi obydwa pistolety:
— Nie wy nam, lecz my wam! — zrozumiano?! Może przypuszczasz, że się natknąłeś na takich mizeraków, jak Ormianin, który wziął nogi za pas? Mój sihdi to nie tchórzliwy; podstępny Ormianin, lecz waleczny Almani, który nigdy jeszcze nie pokazał wrogom pleców! Jeśliś słyszał o nim, to wiesz chyba, że posiada czarodziejskie strzelby, przed któremi zmykają setki wrogów; strzela dziesięć tysięcy razy bez nabijania! Jeśli zechce, to za sekundę będzie się tarzało w trawie osiem waszych trupów! Jest nas tylko dwóch, ale aż zbyt wielu, aby was obezwładnić! Jeśli który ośmieli się sięgnąć po broń, zagrzmią nasze strzały; jeśli odezwie się słowem, które nie znajdzie naszego uznania, w jednej chwili otworzymy mu wrota do esz Sziret — mostu, prowadzącego nad śmiertelną przepaścią!
Podczas jego przemowy wziąłem oba rewolwery i odwiodłem kurki. — O niedźwiedziówce i sztućcu opowiadano sobie tutaj, na perskiej granicy, niestworzone rzeczy. Halef miał racje; ponieważ Persowie słyszeli o mnie, musiano im opowiedzieć również o karabinach. Pokazało się natychmiast, że tak było, bo zaledwie mały skończył oracje, mirza Muzaffar cofnął się jeszcze dalej i rzekł:
— Nie groź nam! Nie obawiamy się, lecz nie chcemy mieć z wami nic wspólnego. Na konie i precz stąd! Będziemy na tyle łaskawi, że nie przeszkodzimy wam odjechać!
— Łaska? — zaśmiał się Halef; — czy sądzisz, poto Allah dał ci tak wielką gębę, żebyś mógł mleć, co ci ślina na język przyniesie? My jedynie możemy mówić o łasce! Byliśmy na tem miejscu wcześniej, niż wy, i zostaniemy tak długo, jak się nam będzie podobało! Ale wy — precz stąd! Macie minutę czasu! Jeśli pozostaniecie o sekundę dłużej, pogadają z wami nasze kule; może wtedy zdołasz pojąć, że mój sihdi jest znakomitym bohaterem — psami zaś jesteście wy, jeśli wszystkie szczenięta na kuli ziemskiej nie zaprotestują przeciwko takiemu uwłaczaniu godności ich rodziców!
Kilkoma śmiałemi krokami rozbił koło okrążające nas, a ja naśladowałem jego szczęśliwy pomysł. Persowie widzieli skierowane na siebie lufy i byli przekonani, że natychmiast zasypiemy ich gradem kul. Wódz nie śmiał stawiać oporu. Podszedł do konia i skinął na swych ludzi:
— Jedźmy! Miejsca na spoczynek nie zbraknie nam gdzie indziej!
Wsiedli na konie i odjechali, miotając półgłosem przekleństwa, żegnając nas jadowitem spojrzeniem. Gdy tylko zniknęli za zaroślami, powrócił mirza Muzaffar i zatrzymawszy się w odległości, na którą nie poniosłyby nasze kule, zawołał:
— Tym razem udało się wam pierwej dostać broń do ręki! Musieliśmy ulec; rezultat naszego następnego spotkania będzie jednak inny. Niechaj Allah was potępi! Śmierć parszywym psom chrześcijańskim!
Ze strachu przed kulami popędził konia i odjechał daleko.
— Sihdi, czy mam doścignąć i zastrzelić tego draba, czy też posiekać go na perski proszek?
— Ani jedno, ani drugie!
— Przecież zwymyślał nas znowu!
— Zostaw go w spokoju; przekleństwa zwykle padają na głowę tego, który niemi miota. Chrześcijanin nie uznaje zemsty. — karę pozostawia Bogu!
Posłać kulę za Persem? Byłby to mord! On zapewne nie miałby tak humanitarnych poglądów. — Bywają szyici, którzy daleko bardziej nienawidzą chrześcijan i chrześcijaństwa, niż sunnici. —
Aby przekonać się, czy jeźdźcy perscy nie zamierzają nas napaść, uszliśmy szmat drogi od strumienia. Tam mogliśmy dojrzeć, jak pośpiesznie jechali w poprzednim kierunku, nie żywiąc chwilowo wrogich zamiarów. Halef się odezwał:
— Sihdi, wpada mi coś na myśl; nic nie ujdzie twym oczom, wiesz więc zapewne, o co mi chodzi.
— Co takiego?
— Czyś spostrzegł wzrok, jakim Ormianin patrzył na Persów?
— Zauważyłem i słyszałem jego groźbę przy odjeździe.
— Cóż ty na to?
— Bardzo podejrzana osobistość!
— Hm, może ma jakie stosunki z Kys-Kaptsziji?
— Możliwe, nawet bardzo prawdopodobne, inaczej nie groziłby Persom temi słowami!
— Może nawet sam jest łowcą niewolnic?
— Jeśli nie jest nim samym, to w każdym razie jego szpiegiem!
— Szpiegiem, — jakto?
— To kłamca i oszust! Człowiek, bez sumienia i religji! Taki waży się na wszystko. Kys-Kaptsziji potrzebuje ludzi, których mógłby posyłać na przeszpiegi. Któż lepiej wywiąże się z tego zadania i doniesie, gdzie jest najwięcej ładnych dziewcząt, niż taki handlarz?
— Ale Armeni udawał się do Serdaszt! Tam nie mają rabusie już nic do roboty; ogołocili przecież tę dziurę ze wszystkich dziewcząt, które nie były ani ślepe, ani kulawe! A zresztą — to zbyt niebezpieczne dla nich powracać do miasta, w którem wywołali takie zamieszanie!
— Czy wiesz na pewno, że udał się do Serdaszt? Jesteś może jego powiernikiem, przed którym nie ma tajemnic?! Czy nie mógł nas okłamać?
— Oddalił się wszak w tym kierunku!
— Aby zamydlić nam oczy! Jeśli jest tak, jak przypuszczam, to pojechał na wschód, by po pewnym czasie zatoczyć łuk.
— Poco?
— Został wysłany przez łowcę, aby się dowiedzieć, czy go nikt nie ściga. Teraz spotkał Persów i pośpieszył ostrzec towarzyszy.
— Musimy więc natychmiast wyruszyć!
— Dokąd?
— Za Persami.
— Poco?
— Ostrzec ich!
— Kochany Halefie, jakże chętnie grasz rolę zbawcy!
— Nauczyłem się tego od ciebie, sihdi!
— Czy zasłużyli na to, byśmy się dla nich trudzili?
— Nie, gdyż obrazili nas i obsypali niezasłużonemi obelgami, nie mówiąc już o docinkach co do mego wzrostu! Ale — wrogom należy przebaczyć i odpłacić dobrem za złe!
— Tak myślą i czynią chrześcijanie; lecz ty nim nie jesteś!
— Ach, zamilcz lepiej, dobry mój sihdi! Wiesz przecież jakie myśli i uczucia obrały sobie siedlisko w mem sercu. — Tak, był czas, wtedy, gdy byłem twym sługą na Saharze, kiedy to zadawałem sobie trud nielada, aby cię nawrócić na islam; wierzyłem święcie, że żaden chrześcijanin nie dostanie się nigdy do nieba; ja zaś tak bardzo, tak niewymownie cię kochałem, że nie mogłem zgodzić się na rozłąkę z tobą na tamtym świecie! Pomyśl tylko, ja w niebie, a ty w Gehennie! Dlatego mówiłem tyle o Mahomecie i naszych świętych księgach. Na słowa moje uśmiechałeś się tak łagodnie, jak ty jedynie potrafisz; nigdy nie przeczyłeś, nie spierałeś się o wyższość twojej religji nad moją. Stopniowo jednak dowiodłeś mi swem postępowaniem, że chrześcijaństwo stoi pod wszystkiemi względami wyżej od islamu. — Spełnisz więc na pewno moją prośbę, aby pośpieszyć za Persami; nieprawdaż, sihdi?
— Chętnie, tem bardziej, że nasza droga wzdłuż rzeki zaprowadzi nas i tak w ich kierunku; chociaż jestem przekonany, że nie posłuchają przestrogi. Być może, wyśmieją nas jeszcze.
— A niech tam! W każdym razie spełnimy swój obowiązek i będziemy mogli z czystem sumieniem udać się w dalszą drogę. — Czy już ruszymy?
— Tak, natychmiast!
Ruszyliśmy śladem Persów, wzdłuż brzegu rzek na północ. Ponieważ puściliśmy konie galopem, a ośmiu szyitów odjechało stosunkowo niedawno, więc niezadługo ujrzeliśmy ich przed sobą. Dojechaliśmy dosyć blisko, gdyż nie oglądali się poza siebie, dopóki nie usłyszeli oddechu naszych koni. Wtedy zatrzymali się i skierowali na nas, na rozkaz przywódcy, lufy swoich strzelb.
— Stójcie, bo strzelam! — zawołał mirza Muzaffar. — Wiecie już chyba, że nie pozwalamy, aby zbliżył się do nas taki parszywy pies, jakim ty jesteś, a tym razem przewaga po naszej stronie! Jeżeli któryś z was sięgnie po broń, dostanie kulą w łeb!
Miał rację! Byliśmy zdani na łaskę i niełaskę, coprawda dlatego tylko, że mieliśmy w stosunku do nich zbyt dobre zamiary, widocznie powzięte nie na miejscu. Mimo to nie zareagowałem na jego obelgę, a odparłem spokojnie:
— Właśnie dlatego, że jestem chrześcijaninem i dobrem za złe odpłacam, przybyłem was ostrzec.
— Przed kim?
— Przed Armenim, który spoczywał razem z nami.
— Dlaczego?!
— Podejrzewamy go. Prawdopodobnie jest szpiegiem Kys-Kaptsziji!
— Kłamstwo!
— Nie kłamię, być może tylko, że ulegam omyłce. Pomyśl o jego ostatnich słowach, — groził ci przecież!
— To mi obojętne!
— Kto grozi, ten wie, że groźbę jest w stanie spełnić; a ponieważ jeden człowiek wam nie podoła, przypuszczam, że ma pomocników!
— Gardzę nimi!
— Czy i samym Kys-Kaptsziji?
— Tak; śmieję się z niego! Dościgniemy go i poślemy ze wszystkimi ludźmi, których przy nim zastaniemy, do Gehenny! Wy zaś — precz stąd, bo kula w łeb!
— Nie bądź tak dufnym w swe siły, o mirzo! Kys-Kaptsziji jest w każdym bądź razie człowiekiem, który was przerasta pod każdym względem i jeśli Armeni ostrzegł go przed wami, nie natrafisz na nieprzygotowanego, lecz...
— Milcz psie! — przerwał. — Jak śmiesz giaurze prawić mi morały! Czy oczy twe oślepły z przestrachu? Nie widzisz, że lufa mej strzelby jest obrócona w twoją pierś? — Precz stąd, bo strzelam!
— Dobrze, stanie się, jak chcesz! Co się tyczy „psa“ i „giaura“, to pomówimy o tem jeszcze prawdopodobnie!
Popędziwszy wierzchowce ostrogami į przezornie objechawszy Persów łukiem, zwróciliśmy się w kierunku rzeki.
— Miałeś rację sihdi! — rzekł Halef. — Nie posłuchali nas, a nawet zelżyli! Spełniliśmy jednak swój obowiązek i możemy spokojnie czekać na wypadki, które wywoła ich głupota. —
Minęło pół godziny; nagle spostrzegłem trop, prowadzący do rzeki z prawej strony; zatrzymaliśmy konie, aby mu się przyjrzeć.
— Zupełnie świeży! — — skonstatował Halef. — Kto to być może?
— Ormianin! — odpowiedziałem.
Maszallah! Czy doprawdy sądzisz, że to on, sihdi?
— Tak; widzę wyraźnie.
— Znasz się na darb i ethar[37] lepiej ode mnie, sądzę więc, że się nie mylisz.
— Omyłka jest wykluczona! Czy widzisz odciski kopyt dwóch koni, które biegły bardzo blisko siebie? Kiedy dwaj jeźdźcy jadą razem, jeden z nich na pewno oddali się choć na chwilę od drugiego, tymczasem te konie biegły ciągle obok siebie w jednakowej odległości. Tropy idą równolegle; — zostawił je więc jeździec, prowadzący ze sobą jucznego konia. A że koń drugi był juczny, poznaje po głębszych śladach, jakie pozostały po odciskach kopyt konia obładowanego, a zatem cięższego. — Jednem słowem, był to Armeni!
— Postąpił, jak przewidziałeś; pojechał na północ aby wnet zawrócić i, zatoczywszy łuk, udać się do rzeki.
— Co wnioskujesz z tego, Halefie?
— Że rzeczywiście jest szpiegiem Kys-Kaptsziji.
— Tak! — i jeszcze coś!
— Co takiego?
— Że Kys-Kaptsziji znajduje się niedaleko rzeki, lub też przy niej samej.
Allah! Musimy być ostrożni! Czy nie tak sądzisz?
— Bezwzględnie! — Myślę, że te draby, jeśli nas napotkają, nie będą chciały spokojnie przepuścić, chociaż nie jesteśmy dziewczętami.
— Naturalnie; grozi nam to samo niebezpieczeństwo co Persom. Ormianin łaknie zemsty; wie zaś, że udamy się wdół rzeki.
— Cóż więc poczniemy?
— Teraz jeszcze nic!
— Hm! Czy nie lepiej byłoby zboczyć z drogi?
— Nie; ustępować takim indywiduom? — nigdy!
— Słusznie! Czy najwyższy szeik słynnych Haddedinów ma skierować na bok swego konia z powodu kilku handlarzy żywym towarem? Nie! Ale musimy być ostrożni, bardzo ostrożni. Gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie obozują te łotry!
— To nam chwilowo zbyteczne.
— Jakto?!
— Chodzi tylko o to, aby uniknąć ewentualnego napadu.
— Ale właśnie dlatego, trzeba wiedzieć, gdzie się ukryli!
— Tak, musimy poznać miejsce ich ukrycia, lecz nie miejsce obozu.
— Czy to nie na jedno wychodzi?
— Nie!
— Nie rozumiem ciebie!
— Nie napadną ani na nas, ani na Persów wpobliżu miejsca, gdzie ukryli zrabowane dziewczęta. Nie dopuszczą nas tak blisko do swego obozu!
— Sądzisz, że wyruszą naprzeciw?
— Tak!
— Możemy więc lada chwila natknąć się na tych łajdaków?
— Tak jest! Tutaj rozgałęziły się krzaki nadmiernie, rosną od brzegu rzeki aż hen w step i zasłaniają nam widok; ale czy widzisz tam daleko wyłaniający się zielony zakręt? Osiągnąwszy go, ogarniemy wzrokiem horyzont ze wszystkich stron. Będziemy obserwować okolicę przez lunetę, — nas więc nie zaskoczą!
— Słusznie! — Mam jeszcze jedno pytanie, sihdi! Czy pozwalasz, abym je zadał?
— Naturalnie, słucham cię!
— O Persów nie powinniśmy się troszczyć; przyjęli nasze rady obelgami, lecz myśl o pojmanych dziewczętach nie daje mi spokoju.
— Mnie również!
— Pomyśl tylko, gdyby mi uprowadzono Hanneh moją żonę, najwonniejszy i najmilszy kwiat Wschodu, perłę Arabji, — jakże wielki byłby mój ból! Przeszukałbym świat cały, od końca do końca, byle ją uwolnić!
— Aha, roli zbawcy ci się znowu zachciewa?
— Tak!
— Hm! Nie trzeba nigdy wsuwać nosa w obce sprawy, kochany Halefie!
— Nie chcesz się więc zlitować nad temi słodkiemi, nieszczęśliwemi stworzeniami?
— Nie!
— Ale dlaczego?
— Po pierwsze, że mnie nie obchodzą i są tylko córkami szyitów, a powtóre — sprawa mogłaby przyjąć niebezpieczny dla nas obrót. Wiesz chyba, że ten Kys-Kaptsziji nie jest jagniątkiem, lecz łotrem, nieprzebierającym w środkach, a ma ze sobą ludzi, którzy się djabła nie zlękną!
Halef zatrzymał nagle konia i spytał, wybuchnąwszy gniewem:
— Ty tak mówisz, a wszak mianujesz się chrześcijaninem?! Pie, sihdi! Od kiedy to hadżi Kara ben Nemzi obawia się czegokolwiek? Czy serce twoje opuściło swe zwykłe miejsce, by spocząć w głębiach twych bantaluhn[38]. że coſasz się...
Spostrzegłszy mój uśmiech, urwał w środku kazania. Uderzył ręką w czoło i zawołał nagle, rozweselony:
Allah ’l Allah! Jakim głupcem jestem! Czy nie znam mego sihdi? Udaje, że zakłada ręce, a w rzeczywistości aż się pali pomóc uwięzionym dziewczętom! — Córki szyitów! — To chyba dla ciebie najmniejsze! Czy chrześcijanin pyta o religję człowieka, któremu chce pomóc? — Nie obchodzi cię zupełnie?! — Bajki! Twoje serce bije dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy! — Niebezpieczne? – Jakgdyby istniało niebezpieczeństwo, do którego nie dorośliśmy! — Kys-Kaptsziji jest człowiekiem przebiegłym? — Nie takich, jak on, waliłem harapem po pysku! — Jego ludzie, których nie ustraszy sam djabeł? — A czy my go się lękamy, nawet jego djabelskiej teściowej? Czy liczymy nieprzyjaciół przed walką, zamiast ich trupy po zwycięstwie? Myślę, że szczypta przebiegłości i podstępu więcej warta od tysiąca uzbrojonych wojowników, dźwigających w czaszce sieczkę, zamiast mózgu! — O, sihdi, dobrze udawałeś! Nieprawdaż, żal ci wszak tych dziewcząt porwanych nieszczęśliwym rodzicom?
— Tak jest, Halefie!
— I jesteś gotów im pomóc?
— Jeśli to możliwe.
— Musi być możliwe! Do najtrudniejszych wszak zadań można znaleźć klucz! — Nie chcę, by o nas mówiono, że pozostawiliśmy kogokolwiek swemu losowi, nie ruszywszy nawet małym palcem, by mu pomóc!
— Ale człowiek, który się niepotrzebnie pakuje naoślep w niebezpieczeństwo, łatwo szyję traci, kochany Halefie!
— Nie mów więcej, sihdi, nie mogę tego słuchać! Czy nie trzeba pomóc biednym dziewczętom, jęczącym w obozie tego opryszka? Nie, i jeszcze raz nie! A czy kiedykolwiek straciliśmy już życie w jakiemś niebezpieczeństwie? Też nie! Chciałbym wogóle zobaczyć niebezpieczeństwo, któremu ujść byśmy nie mogli! Niechby tylko spróbowało ono coś podobnego uczynić, a ukręciłbym mu szyję! Przebiegaliśmy przez ogień, nie parząc się; w wodzie pływaliśmy, jak kaczki; czarne pantery ubijaliśmy. jak muchy; jako jeńcy. potrafiliśmy zawsze zmylić czujność dozorców i wziąć nogi za pas; jesteśmy nieustraszeni... — Patrz! — przerwał sobie — nadchodzą jeźdźcy! Kim być mogą?
— Ludźmi Kys-Kaptsziji! — odparłem.
— Sądzisz?
— Tak; — widzisz, że nie omyliłem się: nie czekają na nas w swym obozie, lecz wyruszyli naprzeciw.
— Co uczynimy? Czy zjedziemy na bok?
— Nie; już raz ci mówiłem, że nie uczynię tego. Zresztą, gdybyśmy nawet zmienili kierunek, zamkną nam drogę!
— Pojedziemy więc spokojnie dalej?
— Zejdziemy z koni, weźmiemy do rąk strzelby i położymy się za wierzchowcami, które nas osłonią. Co potem będzie, zobaczę. Tylko bez strachu, Halefie!
— Strach? Czy chcesz mnie obrazić, sihdi? Chciałbym nawet, żeby nie przybywali w przyjaznych zamiarach; owszem, niech nam pokażą kły, abyśmy mogli powybijać je wszystkie pokolei!
Choć mały hadżi posługiwał się, jak zwykle, kwiecistym stylem Wschodu, jednak pewny byłem, że nie odczuwa strachu. —
Dzieliło nas może tysiąc kroków od owego rogu, gdyśmy ujrzeli jeźdźców, omijających krzaki. Naliczyłem dwudziestu pięciu ludzi; ośmiu czy dziesięciu nosiło zwykłe ubrania. Pozostali mieli olbrzymiej szerokości turbany o dwułokciowej średnicy; prawdopodobnie byli to Kurdowie. Gdy nas spostrzegli, zatrzymali się na chwilę, poczem ruszyli dalej. lecz znacznie wolniej, niż poprzednio. Czekaliśmy, używając wierzchowców jako osłony. Nie była to zbyt przyjemna sytuacja i skłamałbym, nie przyznawszy, że byliśmy niezwykle podnieceni. Niezadługo rozpoznałem ich twarze. Wtem zawołał Halef:
Maszallah! To Kurdowie i Ormianie! Nasz Armeni jest również z nimi! Jedzie przy boku starego, siwobrodego Kurda, który zdaje się jest ich przywódcą.
Maszallah! — zawołałem również. — Czy poznajesz siwobrodego?
— Nie, jeszcze nie!
— To Melef, zdradziecki szeik Kurdów Szirwani, który chciał nas niegdyś zamordować!
— Naprawdę, to on! Godzina kary nadchodzi! Za pierwszym wrogim odruchem, kula moja poszuka sobie kwatery w jego mózgu!
— Właśnie dlatego, że z nimi przybył, przypuszczam, iż nie dojdzie do przelewu krwi. Zna przewagę mego sztućca Henry’ego nad ich staremi flintami i na pewno nie zapomniał jeszcze dalekonośnej rusznicy niedźwiedziej. Wie również, że mogę strzelać, nie nabijając. Coprawda, sztuciec zawiera tylko dwadzieścia pięć naboi, lecz on jest przekonany, że mogę palić bez końca. Zobaczymy, czy to się nam nie przyda!
Wystąpiłem z poza konia, potrząsnąłem obydwiema strzelbami i zawołałem groźnie:
— Stać, ani kroku dalej, bo strzelam!
Stało się, jak przewidziałem. Stary szeik Kurdów poznał mię, podniósł ostrzegawczo rękę i, zwracając się do swych ludzi, zakrzyknął:
Katera peghamber! — Na proroka! Stać, stać! To on! Któżby to pomyślał! Jego strzelby niosą tak daleko, że kule idą poprzez góry i doliny. Nie potrzebuje nabijać broni i, zanim go dosięgniemy, powystrzela nas wszystkich. Zatrzymać się, stać!
Hamdulillah! — uśmiechnął się Halef. Dzięki Bogu! Przestrach siedzi mu jeszcze w gnatach od tamtego czasu. Uda nam się ujść niebezpieczeństwu!
Wycelowałem sztuciec do jeźdźców i zawołałem ponownie:
— Kto ruszy krokiem naprzód, dostanie kulą w łeb! Dusza moja łaknie pokoju; dwaj mogą tu przyjść bezbronni, — chcę z nimi pomówić. Nic im się nie stanie; będą mogli cało i swobodnie powrócić!
Draby naradzali się przez pewien czas, poczem szeik i Armeni zsiedli z koni, odłożyli broń, tak, abyśmy to widzieli, i podeszli zwolna. Zatrzymali się w odległości paru kroków, nie pozdrowiwszy nas jednak.
— Dlaczego zawracasz nas ze środka drogi? — spytał szeik, obrzuciwszy mnie ponurem spojrzeniem.
— Możecie sobie spokojnie jechać dalej. — odpowiedziałem.
— Jednakże groziłeś kulą w łeb temu, kto waży się wystąpić krokiem naprzód!
— Tylko dla naszego bezpieczeństwa! Jeśli udacie się w dalszą drogę, okrążając nas tak dużym łukiem, że postacie wasze zdaleka widoczne będą o połowę mniejsze od obecnych, to i my spokojnie pojedziemy dalej, zachowując kule w lufach.
— Skąd prowadzi wasza droga?
— Z Persji.
— Dokąd zamierzacie?
— Wdół Tygrysu.
— Czy dążą za wami wasi przyjaciele, lub towarzysze?
— Nie!
— Jesteście więc sami?
— Tak!
Chodieh[39], wiem, że twoje usta nigdy nie skalały się kłamstwem; znam cię dobrze! Czy i teraz mówisz prawdę?
— Tak! Odwrócił się i mówił o czemś długo i bardzo cicho z towarzyszem. Nie mogliśmy zrozumieć ani słowa; dlatego zważałem pilnie na ich miny i gęsty, by wywnioskować treść rozmowy. Armeni chciałby na pewno się zemścić; obrzucał nas przez cały czas spojrzeniami pełnemi jadu i śmiertelnej nienawiści i zdawał się nie dawać wiary przekładaniom starego. Oczy ich zwracały się bardzo często na moje strzelby; wszak to był główny powód obaw szeika. — Wreszcie udało mu się zapewne przekonać Ormianina, gdyż oświadczył:
Chodieh, chodzi ci o bezpieczeństwo, ale właśnie ten wzgląd zabrania, byś jechał dalej.
— Dlaczego?!
— Za nami obozuje cały szczep Kurdów Szirwani, a wiesz, że moi wojownicy są twoimi śmiertelnymi wrogami!
— Nie obawiam się ich; przekonałem cię o tem!
190 — To prawda; jeśli jednak pojedziesz dalej, popłynie krew! Czy nie mógłbyś podróżować drugą stroną rzeki?
— Nie!
— Dlaczego?
— Chcę udać się do Arbil.
— Czy koniecznie?
— Tak; bezwarunkowo!
Pomyślał parę chwil i ciągnął dalej:
— Więc zrobię ci pewną propozycję, by uniknąć walki. Jeśli się zgodzisz, wszystko pójdzie ładem!
— Mów; słucham cię!
— Przeprawicie się tutaj, w bród przez rzekę, i ujedziecie z tamtej strony półtora kuladża[40]; potem możecie znowu wrócić na ten brzeg i jechać dalej do Arbil. Ale przeprawiwszy się przez rzekę, nie wolno wam powracać tutaj natychmiast, a dopiero po przebyciu półtora mili.
— Hm, nie obawiamy się was i właściwie poco mamy sobie moczyć nogi? — Aby cię jednak przekonać, że pragniemy pokoju, jestem gotów zgodzić się na twoją propozycję!
— A więc przeprawisz się z tego miejsca na przeciwległy brzeg?
— Tak!
— Później przejedziesz półtora kuladża?
— Tak!
— A, dopiero potem powrócisz na ten brzeg?
— Tak jest! — Zgoda!
— Wiem, że dotrzymujesz słowa, jak świętej przysięgi! Czy dajesz mi słowo? — Daję ci!
— Skończyliśmy więc; powrócimy do naszych ludzi!
Odwrócił się, odszedł bez pożegnania; Armeni jednak prychnął na mnie, jak dziki kot.
— Teraz uszłeś mi znowu; lecz nazwałeś mię kłamcą i oszustem, i, jeśli kiedykolwiek cię zobaczę, zapłacisz za to życiem!
Z temi słowy odszedł. —
— Sihdi, czy mam jego twarzyczkę przeciąć harapem i pozostawić pamiątkę na jastrzębim nosie? — zapytał Halef.
— Nie! Teraz musimy pospieszyć się, zanim nadejdą, przeprawić przez rzekę. Jeśli przybędą, a zastaną nas jeszcze w wodzie, będą mogli wystrzelać jak kaczki! Naprzód więc!
Zab był w tem miejscu dosyć szeroki, lecz płytki. Wpędziliśmy do wody wierzchowce. Orzeźwiająca kąpiel przyniosła im ulgę po skwarze południa i poczęty tak prędko płynąć, że niezadługo byliśmy na drugim brzegu. Podczas przeprawy siedziałem na siodle nieco odwrócony, trzymając sztuciec gotowy do strzału, aby zabezpieczyć się przed ewentualnym napadem. Lecz nic podobnego nie nastąpiło i, gdy dotarliśmy do brzegu, zobaczyłem dopiero jeźdźców, przybywających z tamtej strony. Zatrzymali się i krzyczeli gniewnie, potrząsając bronią. Potem pojechali dalej, nie przeczuwając, że ich policzyłem. Przebyliśmy zarośla i straciliśmy ich z oczu. Teraz Halef zatrzymał konia i rzekł, potrząsnąwszy głowa:
— Sihdi, nie pojmuje, jak mogłeś, taki mąż, jak ty, zgodzić się na podobne żądania! Teraz wszystko przepadło, wszystko!
— Co przepadło?
— Cała moja radość, że udamy się na pomoc uwięzionym!
— Jakto?!
— Jakto? — Jeszcze pytasz?! Zdaje się, że Allah przyciemnił promienie twego rozumu!
— Nie mojego, lecz twego, Halefie!
— O, — mój jest w zupełnym porządku, jak zwykle!
— Nie mogę jakoś tego spostrzec; — czy doprawdy sądzisz, że dam się podejść temu staremu szeikowi Szirwanich?
— Jestem zmuszony w to wierzyć!
— Doprawdy?!
— Musieliśmy przeprawić się przez rzekę; dobrze; dzięki temu uniknęliśmy walki! Ale teraz mamy jechać półtora kuladża dalej, to znaczy, że z tamtej strony rozbito obóz z brankami, które chcemy wszak wyswobodzić! Obóz jednak miniemy i nie wolno nam doń powracać!
— Słusznie!
— Po przejechaniu półtorej mili, wolno nam znowu zawrócić na tamten brzeg, lecz będziemy bardzo oddaleni od obozu! A ponieważ wracać nam nie wolno, żadną miarą nie oswobodzimy tych biedaczek z niewoli! O Allah! Biada!
— Tak, biada! — I ty, który znasz mnie tak dobrze, skąpisz mi zaufania? Czyż ja nie chcę dziewcząt uwolnić?
— Po przybyciu na tamten brzeg?
— Tak!
— Ależ nie będzie nam wolno powrócić?!
— Coprawda, tośmy to przyrzekli.
— Czy masz zamiar złamać słowo?
— Zawsze dotrzymuję danego słowa!
— Nie rozumiem więc ciebie!
— Niestety! — Dość, Halefie, że powrócimy na tamten brzeg!
— Ale musimy przecież udać się półtora mili wdół rzeki?
— Kto to mówił?
— Szeik! A ty zgodziłeś się na to!
— Nie wpadło mi nawet na myśl! Nie zgodziłbym się nigdy na takie żądanie, gdyż wówczas musiałbym zrezygnować z zamiaru oswobodzenia pojmanych.
— Sihdi, czy mogę ci coś powiedzieć?
— No?
— Coś, czemu nie uwierzysz?
— Co takiego?
— Rozum utkwił mi na miejscu i ani rusz nie chce dalej pracować!
— Coprawda, wyglądasz w tej chwili jakby ci mózg okoniem w głowie stanął! Otworzyłeś usta tak szeroko, że mógłbym przez nie przejechać z wierzchowcem!
— Nic dziwnego, skoro ty zaprzeczasz temu, co słyszałem na własne uszy!
— A więc nie przysłuchiwałeś się uważnie! Nie byto mowy o tem, że drogę musimy odbyć wdół rzeki. Dokładna treść rozmowy i przyrzeczenia była następująca: — przeprawić się przez rzekę we wskazanem miejscu, a potem ujechać półtora kuladża dalej. — Jeśli teraz jeszcze mnie nie pojmujesz, to rozum ci wyparował na słońcu! Pomyśl trochę, Halefie!
Ciągle jeszcze nie rozumiał, o co mi chodzi, i powtarzał zwolna, rozciągając sylaby:
— Tutaj — przeprawić — się — przez rzekę, — a — potem półtora — kuladża — dalej — —!
Raptem na twarzy jego zajaśniał uśmiech odkrywcy:
— Sihdi, mam już, mam! O, jak mogłem zwątpić o tobie! Wywiodłeś w pole starucha! Nie postąpimy, jak chciał, a jednak spełnisz dane przyrzeczenie! — Pojedziemy przez rzekę, a potem półtora mili dalej. — Coprawda, szeik miał na myśli jazdę wdół rzeki, ale my pogodzimy to jakoś z naszem sumieniem...
— Pogodzimy? — przerwałem. — Niema mowy o niczem podobnem! Sumienie nakazuje mi wypełnić dokładnie brzmienie umowy: w bród przebyć rzekę i ruszyć dalej. A dalej — to nie znaczy jechać wdół rzeki, tylko przedłużyć kierunek naszej przeprawy! Ujedziemy więc półtora mili na południe, prostopadle od rzeki, wypełniając dosłownie nasze przyrzeczenie. Z miejsca, do którego wówczas dotrzemy, powinnibyśmy przeprawić się zpowrotem na tamten brzeg. Punkt ten będzie leżał w odległości półtora kuladża od rzeki, bo przecież taką przestrzeń przebędziemy; chcąc najkrótszą drogą dostać się do Zabu, aby wypełnić resztę przyrzeczenia, zawrócimy konie i znajdziemy się na tem samem miejscu, gdzie teraz jesteśmy! — No, czy twój Kara ben Nemzi jest takim głupcem, jak sądziłeś?
— O, sihdi, był tu coprawda jeden kiep, prawdziwy stary wielbłąd, ale, niestety, to ja we własnej osobie! Mojego effendi uważać za człowieka, pozbawionego rozsądku? — Sihdi, podnieś rękę i daj mi taki keff[41], żebym wyleciał z siodła! Będę ci za to dożywotnie wdzięczny!
— Głupstwo, kochany Halefie! Co się tyczy starego szeika, zamyśla naprawdę zdradziecki czyn. Porachowałem jego ludzi, gdy przechodzili z tamtej strony; brakło jednego. Ten powrócił do obozu z zawiadomieniem, że jedziemy lewym brzegiem Zabu. Kurdowie urządzą więc zasadzkę, by nas skrytobójczo zamordować!
— Łotr! — Ale, dlaczego nie zamieniłeś ani jednego słowa z Armenim?
— Chrześcijański ļotr stoi o tyle niżej od mahometańskiego łajdaka, że tylko wtedy zaszczycę go słowem, jeśli będę do tego zmuszony. Teraz już wiem, co umożliwiało mu wykonywanie swych zbrodni. Jest przywódcą bandy Ormian i sprzymierzył się z osławionymi Kurdami Szirwani. Zagroził mi śmiercią w następnem spotkaniu; nie przypuszczał jednak, jaki będzie ono miało charakter. — Ale chodź już, naprzód, musimy dotrzymać słowa! — —



2. Śmierć handlarza niewolnic.

Pojechaliśmy na południe, przebyli półtora kilometra i powracali tą samą drogą. Okolica, górzysta, obfitowała w wodę. Dlatego latem często nawiedzali ją Kurdowie, którzy zimą trzymają się równin. Stąd też niezbyt bezpiecznie podróżować latem wzdłuż rzeki, bo Kurd, gościnny i ofiarny w stosunku do przyjaciół, — obcych uważa za pożądaną zdobycz; tak było zdawna, tak jest i będzie. I my musieliśmy pilnie baczyć wokoło. Niegdyś wyświadczyłem usługi pewnym plemionom kurdyjskim, podczas ich zatargu z innemi szczepami; jedni byli więc moimi przyjaciółmi, drudzy zaciętymi wrogami. Jeśli nieszczęście chciałoby oddać nas w ich ręce, bylibyśmy zgubieni bezpowrotnie! Do nich należał również szczep Szirwani, któremu niedawno szczęśliwie uszliśmy.
Słońce kryło się za górami; kończyliśmy prawie drogę powrotną; zapewne już niedaleko szumiał Zab. Przejeżdżaliśmy wąską doliną, której ściany wznosiły się stromo ku niebu; ujrzałem jakiegoś pasterza; siedział między odłamami skał, pilnując stada mizernych kóz. Człowiek ten musiał być bardzo ubogi; workowata odzież, podziurawiona jak sito, przykrywała go niedostatecznie; na spiętrzonych kudłach widniała jedna z tych obrzydliwych kurdyjskich czapek, podobnych do wielonogiej poczwary, z powodu mnóstwa przyczepionych rzemieni.
Aaleikun eselahm u rahmet, chodeh — pokój i miłosierdzie niechaj będą z wami! — zawołał do nas, wyciągając chudą, kościstą rękę po jałmużnę. — Obdarzcie mnie drobnym datkiem! Katera chodeh — na miłość boską!
Podjechałem do niego; sięgnąłem ręką do kieszeni i dałem mu kilka piastrów.
Chodeh da-uleta teh mehzin bikeh, ssoyuhle teh rahst bine — niech Bóg pomnoży twoje bogactwa i wspiera twe zamysły! — podziękował kornie.
— Czy jesteś Kurdem? — spytałem.
— Tak, chodieh.
— Z jakiego szczepu?
— Nie należę do żadnego; jestem stary i odtrącony!
Zrobiło mi się żal biedaka.
— Z czego żyjesz? — pytałem dalej.
— Żywię się korzonkami i mlekiem, które dają mi te trzy małe kozy. Żona moja leży, chora.
— Gdzie?
— Tam, wewnątrz!
Wskazał za siebie; ujrzałem otwór w skale.
— Boże, co za mieszkanie! Czy mogę ją zobaczyć? Być może, będę mógł jej pomóc.
— Wejdź do środka, panie, i niech Allah cię błogosławi!
Zsiadłem z konia, dałem Halefowi do trzymania strzelbę i podszedłem do otworu. Był wysokości człowieka, lecz bardzo wąski. Po przejściu kilku łokci, spostrzegłem szereg mniejszych otworów z prawej i lewej strony. Gdzież tu była kobieta? — Panowały egipskie ciemności. Zawołałem i usłyszałem odpowiedź, pochodzącą z niedaleka. Jeszcze kilka kroków i ujrzałem światło; pochodziło z maleńkiej lampki. W tej samej chwili potężne uderzenie w czaszkę obaliło mnie na ziemię; — grzmotnąłem głową o kamień.
Meded, meded, ya sihdi! — na pomoc, na pomoc, o sihdi! — usłyszałem jeszcze wołanie Halefa, poczem straciłem przytomność. —
Nie wiem jak długo leżałem. Gdy wróciłem do siebie, czułem, że mnie niosą. Byłem związany; ręce miałem skrępowane ztyłu, a kolana zgięte i podniesione. Widzieć nie mogłem, gdyż zawiązano mi oczy. Po chwili wydało mi się, że już nie noszą mnie, lecz odbywam tę miłą przejażdżkę, sądząc po charakterystycznem kołysaniu się, w koszu, na grzbiecie wielbłąda.
W głowie huczało mi jak w kontrabasie. Znowu pojmany! Ale przez kogo? Żebrak był w każdym razie przynętą. Spróbowałem, natężywszy wszystkie siły, rozerwać więzy, lecz po chwili poczułem, niestety, że nie dam rady; leżałem więc spokojnie. Kołysanie się i chwianie trwało nadal. Słyszałem kroki wielu ludzi i zwierząt; mówili po kurdyjsku; nie usłyszałem jednak niczego, coby mnie dotyczyło i mogło objaśnić o położeniu.
Wreszcie zatrzymano się; poznałem z tak dobrze znanych mi dźwięków i szmerów, że rozbijają obóz. Upłynęło wiele czasu; wkońcu poczułem, jak podnoszą mię czyjeś ramiona i po kilkudziesięciu krokach składają na ziemi. Podczas tej krótkiej przeprawy czułem na twarzy lekki powiew wiatru; teraz ustał. Czyżbym leżał w namiocie?
Po chwili nadeszło kilku ludzi, którzy zdawali się dźwigać jakiś ciężar. Może przynosili mego małego hadżi? Oddalili się i znowu zapanowała cisza wokoło.
— Halef? — spytałem szeptem.
— Sihdi, czy to ty? — usłyszałem odpowiedź.
— Tak! Jesteśmy sami?
— Allah to raczy wiedzieć, ja nie! Oczy mam zawiązane.
— Ja również! Jak się to stało?
— Niespodzianie! Żebrak skoczył nagle na mnie i złapał za szyję swojemi olbrzymiemi mackami. Jednocześnie nadbiegło mnóstwo drabów. Wołałem pomocy; przytłoczono mnie i skrępowano; potem owinęli mi szmatą oczy. Więcej nic nie wiem!
— Co to mogli być za Kurdowie?
— Jeżeli ty tego nie wiesz, to ja na pewno!
— Zamilknijmy więc; będę nasłuchiwał. Może coś wyłowię, co mi rozjaśni sytuację.
Słuchaliśmy przez dłuższy czas, lecz dochodziły nas tylko krzyki i nawoływania Kurdów, zwykłe w obozowym rozgardjaszu. Wreszcie, po upływie godziny, czy półtora, usłyszałem głos, który pobudził całą moją uwagę. Zabrzmiał niedaleko od nas; słowa nie były kurdyjskie, lecz arabskie:
— Może i ty weźmiesz flaszeczkę? Nie wiesz przecież, że mam do sprzedania damm el mukaddas[42] proroka, która popłynęła z rany, odniesionej przez Mahometa w bitwie pod Bedr. Dotychczas przechowywano ją tylko w świętej Kaabie Mekkańskiej; teraz jednak otrzymałem tę relikwię do sprzedaży wiernym. Na każdej flaszeczce możesz zobaczyć pieczęć szeika el Kaaba!
Był to głos Ormianina; widocznie znajdował się tu jako handlarz. Mnie, chrześcijaninowi, proponował kupno jagh kuds, świętego oleju; mahometańskiemu Kurdowi chciał wcisnąć fałszywa damm el mukaddas — świętą krew proroka! Właściwe jego interesa polegały i tutaj na szpiegowaniu. Halef poznał go również po głosie, gdyż szepnął do mnie:
— Sihdi, to przecież Armeni! Co ty na to? Czy i tutaj szuka młodych dziewcząt?
— Być może!
— A jeśli ci Kurdowie są jego sprzymierzeńcami?
— Nie myślę.
— Zresztą wszystko jedno; w każdym razie jego obecność pogarsza nasze położenie!
— Ja zaś sądzę przeciwnie!
— Doprawdy? — dlaczego?
— Jeśli przybył tutaj w nieuczciwych zamiarach, możemy pozyskać wdzięczność Kurdów, ostrzegając ich przed nim.
— To słuszne, sihdi, bardzo słuszne! A nawet i w najgorszym razie nie przyszłoby mi na myśl rozpaczać! Znajdowaliśmy się już w gorszych tarapatach, a zawsze wychodzili cało. Allah ześle nam swą pomoc, nie dopuści przecież, aby moja Hanneh, najlepsza z kobiet, i Kara ben Halef, syn mojego serca, nie ujrzeli mnie już nigdy! Ze szmerów i dźwięków, rozlegających się wokoło, wnioskowałem, że obóz nie był zbyt rozległy. Dolatywało nas skwierczenie ognia i czuliśmy zapach pieczonego mięsa. O nas nikt się nie troszczył. Przez dłuższy czas jeszcze dochodził nas głos Ormianina, proponującego kupno flaszek. Prawdopodobnie udawały mu się interesa; wreszcie zamilkł; może oddalił się na drugi koniec obozu.
Po pewnym czasie weszło do namiotu parę osób, które stanęły przy nas, milcząc.
— Czy jest tam kto? — spytałem.
— Tak! — brzmiała odpowiedź.
— Kto?
Nezanum[43], który was pojmał.
— Dlaczego to uczyniłeś?
— Nie pytaj, psie! Wiesz sam dobrze dlaczego. Musicie umrzeć; ale jeśliby choć włos z głowy spadł Szeface[44], to nawet w piekle nie zakosztujecie takich męczarni, jak u nas!
— Szefaka? — spytałem zdziwiony. — Czy mówisz kobiecie tego imienia?
— Naturainie! O kobiecie, którą porwaliście, szakale!
— Znam wiele szczepów Kurdów, lecz tylko jeden, do którego należy kobieta imieniem Szefaka. Czy jesteście może Kurdami Zibari?
— Tak! — odpowiedział, z trudnością tłumiąc gniew.
— A mąż jej, czy nazywa się Hamza Mertal?
— Naturalnie, że się tak nazywa! Niby nie wiesz o tem?! Jeśli ośmielisz się nadal zadawać pytania tego rodzaju, łeb ci rozwalę!
— Zamilcz! Obelgi schowaj dla siebie! — krzyknąłem nie zważając na nasze położenie. — Nie wiesz, do kogo mówisz! Jeżeli odpowiesz spokojnie na kilka moich pytań, być może, zdołasz jeszcze uratować Szefakę! A więc mów, czy ojcem Hamzy jest stary, odważny Szeri Szir, najwyższy szeik Zibarich?
— Tak!
— Słuchaj zatem, co ci powiem, i uczyń, jak każę! Czy jest u was handlarz, który sprzedaje ed damm el mukaddas?
— Tak.
— Szefaka została porwana?
— Tak!
— On jest rabusiem, nie my! Przybył dzisiaj, by zobaczyć wasze dziewczęta i uprowadzić najładniejsze.
— Psie, czy doprawdy sądzisz, że...
— Milcz! — przerwałem. — Nie opowiadaj mu tego, o czem teraz mówimy. Czy wie, że pojmaliście nas?
— Nie!
— Czy słyszałeś cośkolwiek o hadżi Halefie Omarze?
— Był to mały, lecz bardzo odważny wojownik, szczepu Arabów Haddedin.
— A czy znasz człowieka, imieniem Kara ben Nemzi?
— To jego pan, słynny emir z kraju Nemcze.
— Czy ci ludzie są przyjaciółmi, czy też wrogami Kurdów Zibari?
— Przyjaciółmi! Kara ben Nemzi był u nich kilka razy i zawsze wspomagał ich w walce. Szeri Szir i Hamza Mertal wypili z nimi nawet braterstwo krwi, a Szefaka modliła się codziennie za zdrowie emira, gdyż jej przodkowie pochodzili z jego ojczyzny.
— Czy widziałeś go kiedy?
— Nie.
— A czy jest tu ktoś, kto ich widział?
— Należymy do innego odłamu Zibarich i nie widzieliśmy ani jego, ani Halefa; ale przed kwadransem przysłał Szeri Szir gońca do mnie. Siedzi on w obozie przy ogniu i zna zapewne Kara ben Nemzi i Halefa!
— Czy słyszałeś o broni tych mężów?
— Tak! Hadżi Kara ben Nemzi ma małe pistolety, o jednej tylko lufie, które jednak strzelają po sześć razy, prócz tego ciężką rusznicę, której jedna kula wystarcza, aby ubić lwa, panterę, tygrysa, lub niedźwiedzia; ma wreszcie flintę czarodziejską, z której może strzelać bezustanku. Dlatego nawet stu wojowników nie może zmierzyć się z nim jednym.
— Zabraliście nam broń. Kto ją ma teraz?
— Ja!
— Czy dokładnie się jej przyjrzałeś?
— Jeszcze nie! Byłem zajęty rozbijaniem obozu.
— Wyjdź więc i przypatrz się jej; radzę ci, aby nikt nie widział twojej miny podczas tej czynności. Zostaliśmy przez was zaskoczeni; gdybym miał choć chwilę czasu, by użyć mojej broni, na pewno nie wzięlibyście nas tak łatwo do niewoli! A więc idź, lecz nie daj mi zbyt długo czekać na siebie!
Usłyszeliśmy oddalające się kroki; nie minęło pięć minut, gdy Kurd śpiesznie wbiegł do namiotu, wykrzykując gorączkowo:
Chodieh, widziałem strzelby i obawiam się... Czyżby Allah sprawił...
— Że wzięliście do niewoli swoich najlepszych przyjaciół! — Nie będę wymagał od ciebie zadośćuczynienia. Zawezwij gońca; jeśli nas zna, powie ci, kim jesteśmy. Wszystko to musi dziać się w największej tajemnicy!
Odszedł powtórnie. Po upływie kilku chwil usłyszeliśmy kroki dwóch ludzi. Dojmujące milczenie — i wnet zawołał przestraszony głos:
— Czy to możliwe?! To przecież nasz hemszer, mivan i malko-e-gund[45], hadżi Kara ben Nemzi, któremu tak wiele zawdzięczamy; a tuż obok leży jego przyjaciel i sługa, hadżi Halef Omar! Jak mogłeś ich pojmać, o nezanumie! Jak ośmieliłeś się targnąć na tak słynnych bohaterów, przyjaciół naszego szczepu?! Gdyby Szeri Szir, szeik nasz, który jeszcze dzisiaj przybędzie, dowiedział się o tem, ściągnąłbyś na siebie jego gniew i niełaskę! Precz, natychmiast precz z więzami i opaskami!
Rozwiązano nam rzemienie i oswobodzono oczy, Przed nami stał stary Kurd, nezanum, trzęsący się ze strachu, i jego młody współplemieniec, którego natychmiast poznałem. Podałem mu rękę i powiedziałem:
— Dziękuję ci, Hasinie! Gdyby nie ty, bylibyśmy jeszcze, Bóg wie, jak długo, skrępowani. Później pomówimy o tem; teraz jest ważniejsza sprawa. Czy ten obcy handlarz zamierza u was długo pozostać?
— Nie; musi odejść już przed północą!
— Czy są w obozie kobiety i dziewczęta?
— Tak! — odparł nezanum.
— Chce więc przed północą odejść, by napaść na was po północy. To Kys-Kaptsziji, a szeik Melef przybył ze swoimi Kurdami Szirwani, by mu pomóc!
Allah, Allah! Co słyszę!
— Nie tak głośno! Czy handlarz jest sam?
— Ma ze sobą pomocnika.
— Jak się nazwał ten zbrodniarz?
— Assad Benabi z Mekki.
— Wyjdźcie teraz i uprzedźcie swych ludzi o naszym pobycie, tak, by tego nie zauważył. Gdybyśmy wyszli razem z wami, wywołałoby to zdziwienie i zbiegowisko. Kilku silnych ludzi miejcie wpogotowiu; na moje skinienie mają skrępować handlarza wraz z towarzyszem. Nie powinien nam ujść, gdyż wówczas nie zobaczylibyście już nigdy ani jego, ani też Szefaki, synowej waszego szeika.
Oddalili się; przyniesiono teraz płonące pochodnie przy świetle których ujrzałem, że znajdujemy się w płóciennym namiocie. Ogromna radość napełniła serce Halefa; ja zaś zachowałem, jak zwykle, równowagę.
— Masz oto nowy przykład, Halefie, — rzekłem — że dobre czyny wydają plony!
Nezanum przyniósł nam broń i zakomunikował, że wszyscy jego ludzie zostali powiadomieni, kim są jeńcy. Wyszliśmy z namiotu. Płonęło mnóstwo ognisk, przy których siedzieli Kurdowie, mężczyźni i kobiety, ukradkiem rzucając spojrzenia w naszym kierunku. Obaj Ormianie siedzieli przy drugiem z rzędu ognisku, licząc od nas; byli odwróceni plecami. Wyszliśmy zcicha i posunęli się zwolna naprzód, aby nie słyszeli naszych kroków. Przed Armenim stała skrzynka z małemi flaszeczkami. Kurdowie, siedzący przy nich, spostrzegli nas; milczeli jednak, nie zdradzając się najdrobniejszym odruchem twarzy. Przerwałem ciszę donośnym głosem:
— Słyszę, że jest tu do sprzedania ed damm el mukaddas, święta krew proroka. Czy mogę kupić flaszeczkę?
Mówiąc to, usiadłem wraz z Halefem przy Ormianach. Handlarz wlepił we mnie przerażone oczy i patrzył, jak na zjawę; ze strachu skamieniał. Sięgnąłem do skrzynki, wyjąłem flakonik i obejrzałem.
— Jak się nazywasz? — spytałem.
— Assad Benabi z Mekki, — odpowiedział, jąkając się.
— A dzisiaj po południu powiedziałeś mi, że nazywasz się Dawud Soliman i jesteś Armenim. Snać obfity masz zapas rozmaitych imion!
Całą siłą woli skupił się, spojrzał mi w twarz z arogancką czelnością i odparł:
— Kim jesteś, że ważysz się mówić w taki sposób do urzędnika świętej Kaaby? Nie znam cię i nigdy jeszcze nie widziałem!
— Tem lepiej ja znam ciebie! Jesteś Kys-Kapisziji, którego szukamy.
Allah akbar! I to muszę wysłuchać?!
— Nietylko wysłuchać, ale i odczuć! Patrz, te flaszeczki ze świętą krwią, rzekomo zapieczętował szeik Kaaby? Dlaczegóż więc widnieje na nich znowu imię Musa Wardan, to samo imię, które jest wyryte na twoim sygnecie?
Otworzyłem, bez żadnej próby oporu z jego strony, flakonik nożem, nabrałem trochę zawartości na drzazgę, obejrzałem, powąchałem i ciągnąłem dalej:
— Ta damm el mukaddas ma pochodzić z bitwy pod Bedr? Odbyła się ona w drugim roku Hedżiry; ta zaś krew ma tylko trzy, najwyżej cztery dni i pochodzi najprawdopodobniej z żył owcy, albo kozy. Cóż by powiedział szeik-ul-Islam, gdyby doszło do jego wiadomości, że istnieje jeszcze krew proroka i że handluje nią ormiański giaur?
— Nie jestem Ormianinem, tylko...
— Milcz, łotrze! — zagrzmiałem. — Święta krew to takie same bezczelne oszustwo, jak dzisiejszego popołudnia święty olej. Może jeszcze poczniesz sprzedawać ma el mukaddas?
Ma el mukaddas? — spytał, zmieszany.
— Tak, ma el mukaddas, świętą wodę! Czy nie wiesz, że prorok Nahum, którego czczą również Mahometanie, wzniósł święty przybytek nad rzeką Zab? Leży on wpobliżu nas, a woda rzeki, u podnóża ruin, uważana jest za świętą i zwana ma el mukaddas. Tam znalazłbyś dość towaru dla swego pobożnego handlu; ja jednak, gdybym był w twojej skórze, wolałbym utopić się samemu w ma el mukaddas, niż siedzieć teraz w tym obozie!
— Możemy ułatwić mu topiel! — zabrzmiał groźny głos nezanuma. — Oszukał nas, sprzedając fałszywą ed damm el mukaddas; już za tę zbrodnię zasługuje na śmierć. Jeśli się okaże nadomiar, że jest Kys-Kaptsziji, utopimy go!
Armeni podniósł się, blady jak mur.
— Jeśli mnie tu podejrzewają i hańbią, muszę się oddalić! — wyjąkał, zduszonym głosem.
Lecz stał już przy nim Halef. Przysunął mu pistolet do nosa i zagroził:
— Czy sądzisz, że się wykręcisz sianem?! Jeden krok, a zastrzelę cię, jak psa! Groziłeś, że spotkanie z tobą przyniesie śmierć nemu sihdi, a wydałeś wyrok na siebie! — Wiązać go!
Nie uciekłem się nawet do umówionego skinienia; zaledwie Halef wypowiedział te słowa, rzuciło się dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu Kurdów kupą na Ormianina i jego pomocnika, obalili ich na ziemie, powiązali, przyczem nie obeszło się bez szturchańców.
Zaledwie upłynęła minuta od tego wypadku, usłyszeliśmy czyjeś głosy i tętent wielu koni. Przybywał szeik wraz ze swymi wojownikami; liczba ich nie przekraczała setki. Zsiadłszy z siodła, spostrzegł mnie natychmiast; stałem bowiem tuż przy ogniu; wydał okrzyk zdziwienia, dopadł mnie i, obejmując, zawołał radośnie:
— Ty tutaj, emirze! Możemy się więc spodziewać, że odnajdziesz ślady zaginionej! Odkąd porwano ją, dwa dni temu, szukamy napróżno. Lecz ty jesteś ulubieńcem Allaha; on odkryje przed tobą jej tropy!
Syn jego, Hamza Mertal, wyciągnął do mnie obydwie dłonie:
— Chciałbym radość swą z powodu twojego przybycia — rzekł — wyrazić okrzykiem; ale smutek i obawa o żonę mego serca, uciska mi duszę. — Uczyniłeś już dla nas tyle... lecz jeśli znajdziesz Szefakę, to...
— Porzuć biadania i rozpacz! — prosiłem — Jesteśmy na tropie! Być może, dzisiaj jeszcze będziesz ją trzymał w objęciach. Tam oto leży skrępowany Kys-Kaptsziji; musi nam powiedzieć, gdzie ją ukrył!
Słowa te wywołały nieopisane wrażenie. Opowiedziałem, gdzie spotkałem Ormianina i co się później zdarzyło. Wreszcie nadmieniłem, czemu go podejrzewam. Szeri Szir, stary szeik, zgodził się z mojem zdaniem. Żałował niezmiernie omyłki popełnionej w stosunku do nas, i powielekroć przyrzekał, że wynagrodzi nam doznane przykrości. Przy okazji dowiedziałem się, dlaczego uważano mnie i Halefa za sprawców porwania. Dwóch ludzi, jeden wysoki, drugi niski, pierwszy ubrany, jak ja, drugi prawie jak Halef, przybyło do Zibarich i zostali gościnnie przyjęci; nazajutrz znikli; Szefaka wraz z nimi. Szeri Szir i Hamza Mertal natychmiast ruszyli na poszukiwania z wojownikami, zebranymi naprędce; jednocześnie wysłano gońców do pozostałych oddziałów szczepu. Jeden z tych oddziałów znalazł się wpobliżu drogi, którą jechałem dzisiaj z Halefem. Jakiś Kurd spostrzegł nas i, sądząc z powierzchowności, wziął za poszukiwanych. Powiadomił o tem nezanuma; ten wysłał za nami wywiadowcę, który doniósł, żeśmy się nie zatrzymali, tylko powracamy tą samą drogą. Nezanum zastawił więc taką pułapkę, na jaką nadawała się najlepiej grota. Boczne rozgałęzienia były obszerniejsze od wąskiego głównego karceru, dlatego ukryli się w nich Kurdowie, by przepuścić mnie przodem a następnie dopaść i powalić. Co do mnie, to dałem się nawet prędzej schwytać, niż przypuszczano; rzekomy pasterz miał zresztą w odwodzie dosyć przyczyn, aby nas zaciągnąć do groty. Halefa miano również tam zwabić, ale i tak dano sobie z nim rade. —
Teraz wzięto się naturalnie do obydwu Ormian; pomimo wszystko, nic z nich nie można było wydusić. Nie przyznali się do niczego, a handlarz pozostał przy swojem twierdzeniu, że jest Assadem Benabi z Mekki i nigdy nas nie widział. Ale nawet w tym zgoła nieprawdopodobnym wypadku, gdyby wierzono nie mnie, lecz jemu, łatwo było udowodnić mu kłamstwo. Miał ze sobą jucznego konia; pakunki poddano rewizji. Natrafiłem na flaszeczki z olejem, wrzekomo świętym, o którym wspomniałem dopiero co podczas swej rozmowy z Armenim w obecności wszystkich Kurdów; to świadczyło, że musiał nas już raz napotkać. Łotr jednak wszystkiemu wręcz zaprzeczał, oburzając mnie w najwyższym stopniu; Halef wskakiwał poprostu ze skóry.
— Człowieku, drabie, łotrze i łajdaku! — ryczał mały hadzi. — Nie składasz się, jak wszyscy inni, z krwi i kości, tylko z mieszaniny kłamstwa, podstępu i fałszu; ale ja zadam twojej duszyczce tak skuteczny munat tik[46], że wszystek z ciebie kłam wycieknie. Popatrz! — lekarstwo trzymam w ręce.
Wyciągnął z za pasa harap i zapytał szeika:
— Prawdopodobnie nic przeciwko temu nie masz, o Szeri Szir, abym tym ulubieńcom szeytana[47] wygładził fałdy na skórze! Czy pozwalasz na to?
Obwieś nie zwrócił się z pytaniem do mnie, gdyż wiedział, że takiego pozwolenia nie udzielę. Szeik zaś zgodził się natychmiast:
— Tak; każemy ich ćwiczyć, dopóki nie wyjawią prawdy, ale nie pozwolę, abyś ty się trudził, mój poczciwy Halefie: Mam tu dosyć ludzi, zaprawionych do harapa. Dostaną łajdacy cięgi! Weźmiemy się do ich stóp, które są czulsze, niż plecy, więc rezultat nastąpi prędzej. Niech przygotują degenek[48]!
Coprawda, był to jedyny sposób wydostania od Ormian niezbędnych wiadomości. — Przewidywałem, że poczną głośno krzyczeć; — wołaniem swojem mogli sprowadzić szpiegów, których zepewne wysłali Kurdowie Szirwani za Armenim, aby przekonać się o jego bezpieczeństwie; — dlatego skłoniłem szeika, żeby przedtem kazał przeszukać okolicę obozu, a potem wystawił warty. Uskuteczniono obydwa moje zarządzenia z największą pieczołowitością, sam zresztą pomogłem w poszukiwaniach; nie znalazłem jednak żywej duszy.
Teraz spytaliśmy powtórnie delikwentów, czy przyznają się do winy, uprzedzając, że zwracamy się do nich po raz ostatni; kiedy ponownie zaprzeczyli, rozpoczęło się to, co Turek nazywa: bir degenek urmak, to jest bastonada. Naturalnie, kazałem ich położyć w takiej od siebie odległości, aby jeden nie słyszał zeznań drugiego; w przeciwnym razie mogliby nas, pomimo bólu, okłamać. Prawdziwe będą zeznania, skoro się dadzą uzgodnić.
Jednakże zdawali się być nieczuli na uderzenia, gdyż przez długi czas nie wydali nawet jęku, chociaż, już po pierwszym kiju, popękały im podeszwy. Nie sądziłem nigdy, aby człowiek zdolny był do takiej wytrwałości! Handlarzowi nie wydarło się nawet westchnienie. Co się tyczy drugiego, nie umiał tak panować nad sobą; w każdym razie jęczeć począł dopiero po dwudziestym razie. Po pewnym czasie jęki zamieniły się w prawdziwy ryk; wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać bólu, poprosił, aby wstrzymano egzekucję. Szeik rzekł do mnie:
— Emirze, pomów z nim; wiesz lepiej ode mnie, o co pytać!
Uprzedziłem draba, aby mówił prawdę, w przeciwnym bowiem razie rozpoczniemy na nowo bastonadę:
— Gdzie rozbiliście obóz?
— W odległości kwadransa drogi, na drugim brzegu.
— Z ilu ludzi składa się oddział?
— Jest nas trzynastu Ormian i trzydziestu Kurdów Szirwani.
— Ile kobiet i dziewcząt macie ze sobą?
— Pięcioro.
— Kim są?
— Córka mirzy Muzaffara, trzy dziewczęta z Serdaszt i Szefaka, żona Hamzy Mertala.
— Czy to wy dokonywaliście poprzednich napadów?
— Tak.
— Czy napadliście dzisiaj ośmiu Persów?
— Tak
— Zostali zabici?
— Siedmiu. Mirzę Muzaffara zostawiliśmy przy życiu, aby dostać okup.
— Poco wam okup?
— Przypadnie Kurdom Szirwani; po otrzymaniu okupu mirzę jednak i tak zabiją.
— Jesteście niegodziwi łajdacy! Dziw, że ziemia was nosi! A najokropniejsze to, że z pośród was — trzynastu zwie się chrześcijanami!
Odpowiedzi nie padały tak jasno i skoordynowanie, jak je podaję, lecz chaotycznie i z przestankami. Gdy przerywano kije, milkły, dopiero świeża porcja uderzeń otwierała usta torturowanego. Dowiedziałem się jeszcze, że stary zdradziecki szeik Melef wysłał rzeczywiście jednego ze swych ludzi do obozu, aby uprzedzić, że znajduję się wraz z Halefem na lewym brzegu rzeki; miano nas zaskoczyć i pojmać. Ponieważ jednak nie znaleziono nas tam, wysłali dwóch wywiadowców, którzy coprawda nas nie wytropili, lecz zato wykryli obóz Zibarich. Wtedy Armeni udał się na przeszpiegi z towarzyszem, aby wywąchać, czy niema gyzel meta[49]. Ofiary upatrzone miano porwać po północy. —
Handlarz nie słyszał ani słowa z tego, co wyduszono z jego towarzysza; sam milczał, jak grób. Przeklinał i jęczał, wreszcie począł krzyczeć przy każdem uderzeniu:
— Bijcie, bijcie, kaci! Niech was Bóg wytępi! Nie wyciągniecie ze mnie ani słowa!
Było to okropne; kazałem zaprzestać. Sądziłem, że pomocnik jego mówi prawdę i poradziłem szeikowi Szeri Szir, aby udać się do obozu rabusiów. Jeśli delikwent oszukał nas, można było zawsze wyciągnąć z niego prawdę kijami. Mieliśmy się spotkać z 41 przeciwnikami, wystarczał więc oddział z sześćdziesięciu ludzi. Konie pozostawiliśmy. Nie zapomniałem o rzemieniach i sznurach. —
Szliśmy gęsiego wzdłuż rzeki; ja z Halefem naprzedzie, gdyż w każdym razie umiałem się lepiej skradać od Zibarich. Po upływie kwadransa podwoiliśmy czujność i wkrótce ujrzeliśmy wartownika, siedzącego na brzegu. Parę szybkich skoków i byliśmy przy nim. Schwyciłem go za szyję; Halef z kilkoma Kurdami związali mu ręce, nogi i wsunęli knebel do ust. Nie można było udać się do obozu ławą, wnetby nas spostrzeżono. Obraliśmy wiec z szeikiem hasło, którem miało być dwukrotne kwakanie żaby. Oddaliłem się nieco i przepłynąłem rzekę, aby dostać się do obozu lądem. Draby musiały się czuć bezpiecznie, bo nie spotkałem po drodze nikogo. —
Szirwani leżeli pokotem wokoło; większa część chrapała głośno. Branki były przywiązane do drzew; pilnowało ich jedenastu Ormian, śpiących również. Nieopodal konie bądź pasły się, bądź leżały w trawie. Persa nie mogłem nigdzie dostrzec. Nie miałem czasu długo szukać, więc poczołgałem się do brzegu, aby dać znak umówiony. Wtem usłyszałem w wodzie dziwny plusk i bulgotanie; przyjrzawszy się uważnie, spostrzegłem na powierzchni coś okrągłego, coś, co przypominało ludzką głowę.
— Mów półgłosem, abym tylko ja słyszał; chcę cię uratować! — szepnąłem. — Czy jesteś mirza Muzaffar, merd adalet z Yaltemiru?
— Tak! Czy ty nie należysz do rabusiów?
— Nie!
Ya rab, o Boże, czyżby zbliżała się pomoc?! Wszystkich ludzi pomordowano mi, a moja córka jęczy w niewoli!
— Czy związano cię w wodzie?
— Tak! Skrępowano mi ręce na plecach, nogi przytroczono do dużego kamienia i zepchnięto wraz ze mną do wody, tak głęboko, że sięga mi prawie do ust. Kimkolwiek jesteś, o panie, zlituj się nade mną i ratuj!
— Jestem tym psem chrześcijańskim, parszywym, którego dzisiaj tyle razy obrzucałeś błotem! Chętniebym przeciął twe więzy, lecz musiałbym przy tem cię dotknąć, a dotknięcie giaura podobno zanieczyszcza!
— To ty, ty!! Emirze, przebacz mi, okaż swą łaskę! Rozwiąż mnie, a nigdy już w życiu nie będę szydził z żadnego chrześcijanina, lecz codziennie modlił się za wszystkich twoich współwyznawców!
— Uczyń tak, uzyskasz wtedy łaskę i błogosławieństwo Allaha! Nie zapominaj nigdy, że jest on ojcem wszystkich ludzi!
Wyjąłem nóż i zanurzyłem się do wody; dopiero po kilkakrotnem nurkowaniu zdołałem przeciąć rzemienie; potem oswobodziłem mu ramiona i wyciągnąłem bezwładnego z wyczerpania, na brzeg.
— Usiądź tutaj i zachowuj się spokojnie, bez względu na to, co się stanie! Począłem dwukrotnie naśladować kwakanie żaby; po chwili ujrzałem skradających się Zibarich. Gdy stanęli już wszyscy przy mnie, wydałem rozkazy; — zaczęliśmy zcicha się skradać. Piętnastu ludzi okrążyło Ormian, a czterdziestu pięciu Kurdów; szli tak bezszelestnie, że nie obudził się nikt z uśpionych. Każdy upatrzył sobie ofiarę i napadł na nią; rozpoczął się ogłuszający hałas i bezsilne ryki wściekłości. Lecz po chwili krótkiego zmagania się, zostaliśmy panami obozu; wrogowie leżeli powiązani na ziemi — wszyscy żywi; kilku jedynie, którym nie można było podołać, odniosło rany.
Nie troszczyłem się o uwolnienie dziewcząt; uprzedził mnie stary szeik ze swym synem, który radośnie rozciął więzy Szeface, by ją utulić w ramionach.
Podczas ogólnej uciechy, pociągnąłem za sobą małego hadżi.
— Chodź, Halefie! Weźmiemy konie Szirwanich i pojedziemy zpowrotem do obozu zawiadomić pozostałych że napad się udał.
— Odjechać, sihdi? — zapytał ze zdziwieniem. — Czyś nie pomyślał o tem, że teraz nastąpi najważniejsze: ogólne uznanie dla nas i podziękowanie?!
— Dlatego właśnie chce odjechać! Sami musimy podziękować Bogu, że udało się nam ujść szczęśliwie wszystkim niebezpieczeństwom. Chodź więc!
Wsiedliśmy na konie Kurdów i chcieliśmy ruszyć.
— Stój, emirze! Dokąd! — zawołał głośno szeik, skoro to zauważył.
— Do naszego obozu!
— Zostań jeszcze, zostań! Szefaka chce cię widzieć!
— Później się ze mną zobaczy!
Ruszyliśmy i przebywszy rzekę, udali się do obozu, gdzie wkrótce zapanowała radość z powodu odnalezienia ulubionej żony wodza. Wszystko, co należało do zwyciężonych, nie wyłączając koni, dostało się teraz, jako prawna zdobycz, Zibarim. Hadżi Halef podszedł do Ormianina i drwił:
— Zwyciężyliśmy; żaden z twojej bandy nie uszedł! Co się stało z twoją wielką gębą i jeszcze większą zemstą?! Czyja śmierć nastąpi po naszem spotkaniu, — mego sihdi, czy też twoja? Pojedziesz ze wstydem do piekła, my zaś powiększyliśmy stokrotnie naszą sławę, będą o nas składać pieśni mężczyźni, kobiety, dziewczęta Turcji, Arabji i Farsistanu[50]. Ty jesteś zdychającym kretem, a ja najwyższym szeikiem Haddedinów i zwę się Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawud al Gossarah! —
Nastał poranek. Zwinięto obóz i przeniesiono go na przeciwległy brzeg, — miejsce wczorajszego zwycięstwa. Teraz nie udało mi się ujść podziękom uratowanych. Co się tyczy małego Halefa, nie zachowywał się zbyt skromnie. Stanął przy moim boku, aby zebrać plon podziękowań i pochwał, na co spokojnie zezwoliłem, przysłuchując się, jak sam najgłośniej wysławiał swoją odwagę.
Mirza Muzaffar czuł się wobec mnie zakłopotany i zmieszany. Atoli ja traktowałem go tak serdecznie, jakby mnie nigdy nie obrażał. Był w siódmym niebie, odzyskawszy córkę, „gwiazdę swego życia“. Skoro poprosiłem go, by zechciał zabrać w powrotnej drodze również trzy dziewczęta z Serdaszt, zgodził się chętnie i odparł:
— Ciebie, emirze, pojmano tam i złem okiem na cię patrzono; teraz ja rozgłoszę twą chwałę i opowiem wszystkim, że trzy córki z Serdaszt tobie li tylko zawdzięczają wolność!
Podał mi rękę, nie pomyślawszy teraz, czy dotknięcie go zanieczyści. —
Starego, fałszywego szeika Szirwanich potraktowałem z pogardą, lecz wstawiłem się za nim i jego ludźmi. Zasłużyli na ciężką karę, jednakże udało mi się, ze względu na ewentualne następstwa, to jest zemstę krwi, przekonać Szeri Szira, by puścił ich wolno; naturalnie wszystko, co posiadali, musieli zostawić, jako łup. Udali się więc w drogę powrotną pieszo. Wpierw jednak musieli być świadkami kary, która miała spotkać Ormian.
Tych oczekiwał cięższy los, niż ich Kurdyjskich wspólników, gdyż oni to byli organizatorami porwania. Szeri Szir zwrócił się do mnie w tej sprawie:
— Co uczyniłbyś z nimi, emirze?
— Zgodnie z kanun ’ilm elhukuk[51] musiałbyś właściwie wydać ich w ręce mutessaryfa z Szehrsor.
— Tego na pewno sambyś nie uczynił! Co mnie może obchodzić jakiś kodeks?! Jeśli zastosuję się do przepisów, to żadnego z tych psów nie dosięgnie najmniejsza kara; pomijam już trudność transportu i uciążliwość drogi. — Jesteśmy wolnymi Kurdami i sądzimy takich ludzi według naszych własnych praw! Proszę cię bardzo, tym razem nie wstawiaj się za nimi; pomimo serdecznego przywiązania do ciebie, nie mógłbym posłuchać!
— Jesteśmy wszyscy grzeszni i dlatego powinniśmy postępować łagodnie z innymi; tutaj jednak mamy do czynienia nie z błędami przyrodzonemi, lecz z recydywistą, zbrodniarzem godnym śmierci. Porywał kobiety na sprzedaż, a wczoraj ludzie jego zamordowali siedmiu Persów! Czyń z nimi, co ci się podoba!
— Wyjąłeś mi słowa z pod serca; dziękuję ci!
— Mam do ciebie jednak prośbę! Nie męcz ich niepotrzebnie i spróbuj dowiedzieć się, dokąd sprzedali uprzednio porwane dziewczęta. Gdybyśmy mogli donieść o tem ich krewnym, byliby może w stanie odzyskać uprowadzone branki.
— Uczynię, jak mówisz! Teraz zgromadzę starszych na sąd. Czy chcesz wziąć w nim udział?
— Nie! Lecz przywołajcie mnie, zanim wypełnicie wyrok! Chcę pomówić z nimi raz jeszcze przed śmiercią. Są chrześcijanami; być może, uda mi się obudzić w nich sumienie!
Oddaliłem się ku rzece. Nie chciałem być członkiem sądu, na którym Mahometanie występują w pełni praw przeciwko chrześcijanom. Przypuszczałem, że potrwa to z godzinę, lecz w każdym razie powróciłem już po trzydziestu minutach; zanim jednakże doszedłem do obozu, usłyszałem odgłos strzałów. Począłem biec z najwyższą szybkością. Gdy przybyłem, zastałem już stygnące trupy dwunastu Ormian!
— Kazałeś ich zastrzelić?! — zawołałem na szeika. — Chciałem wszak z nimi przedtem pomówić!
— Powiedziałem im o tem! Wtedy poczęli przeklinać ciebie, mnie, twoją religię, świat i Boga! Opanował mnie gniew i kazałem ich powystrzelać. Allah zmiłuje się nad ich duszami!
— Widzę tylko dwanaście trupów. Gdzie przywódca, Kys-Kaptsziji?
— Chodź, pokażę ci go! Podprowadził mnie do brzegu, na którym stali jego ludzie, zapatrzeni w wodę. Ujrzałem pośrodku rzeki małą tratwę z trawy; leżał na niej związany handlarz.
— Co to ma znaczyć?!
— Jest to wyrok, który sam wydałeś! Myśmy go tylko wykonali. Sprzedawał fałszywy jagh kuds, oszukiwał nas rzekomym damm el mukaddas, pokryje mu zato głowę święta woda proroka Nahuma! — Ma el mukaddas weźmie go w swoje lodowate objęcia! Szkoda dla niego kuli! Siedzi na tratwie z trawy, która nie unosi się na powierzchni. wody, ale zanurza stopniowo, aż zatonie w rzece. Sam zapowiedziałeś, że najlepsza będzie to dla niego kara!
Dreszcz mię, przebiegł; musiałem jednakże spełnić swój obowiązek i zawołałem do nieszczęśliwego:
— Umrzesz od kuli, nie zaś utopisz się jak szczenię, jeśli...
Przerwał mi klątwą, która nie nadaje się do powtórzenia. Odwróciłem twarz, aby nie być świadkiem tak marnego szczeznięcia. —
Szeik wiedział już, dokąd sprzedano poprzednio porwane dziewczęta. Mieliśmy wszyscy trzej, ja, Pers i szeik, zawiadomić krewnych o miejscu ich pobytu. —
Kurdowie Szirwani opuścili obóz przed południem. Potem pożegnał się z nami Pers wraz z towarzyszkami; ściskał mi ręce i nazywał swoim przyjacielem. — Tymczasem tratwa z handlarzem zniknęła pod wodą. Pogrzebaliśmy trupy Ormian i pociągnęli również do jilaku[52] Zibarich, gdyż stary szeik prosił nas tak długo, że wreszcie zgodziliśmy się zabawić u nich przez tydzień. —
Od tej pory nie słyszano już o Kys-Kaptsziji. — —



Przypisy

  1. Pan.
  2. Tak mnie nazywał.
  3. Jego żona.
  4. Miał wtedy sześć miesięcy.
  5. Nasz towarzysz.
  6. Tratwy ze skór kozich, napełnionych powietrzem.
  7. Osły.
  8. Pan.
  9. Rodzaj zwierzchniej odzieży.
  10. Strzelba czarodziejska.
  11. Jezus.
  12. Jezioro, skrzepłe z nadmiaru soli.
  13. Wielkorządca.
  14. Salon przyjęć.
  15. Niemiec.
  16. Sędzia.
  17. Starszy wioskowy, rodzaj sołtysa arabskiego.
  18. Wieś arabska.
  19. Dolina, suche łożysko rzeki.
  20. Podrzutek, znaleziony.
  21. Wyrazy powitania.
  22. Cmentarz.
  23. Latarnie papierowe.
  24. Kadi-sędzia.
  25. Łowca niewolnic.
  26. Więzienie.
  27. Gazela.
  28. Haczyk.
  29. Kupiec.
  30. Jagh kuds — olej święty.
  31. Patrjarcha ormiański.
  32. Placek z pszenicy tureckiej.
  33. Dysydent, schizmatyk.
  34. Urzędnik policyjny.
  35. Minister sprawiedliwości.
  36. Ormianin.
  37. Ślady i tropy.
  38. Spodnie.
  39. Kurdyjskie: pan.
  40. Mila.
  41. Policzek
  42. Święta krew.
  43. Starszy wioskowy.
  44. Jutrzenka, tutaj imię żeńskie.
  45. Przyjaciel, gość i wódz.
  46. Środek na wymioty.
  47. Szatan.
  48. Bastonada.
  49. Ładny towar.
  50. Persja.
  51. Kodeks prawny.
  52. Obóz letni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.