Dwie drogi/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Dwie drogi
Pochodzenie Humoreski z teki Worszyłły
Data wydania 1901
Wydawnictwo Stefan Dembe
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły str 126.png



II.

Panna Fanny Bujnicka, perła okolicy, „fleur de Cuyavie”, siedziała w salonie z matką i jednym gościem, niejakim panem Maciejem Iwaszkiewiczem, inżynierem. Rozmowa biegała koło niezwykłej i niespodzianej wieści, że Złotopolski ma podobno wyjechać do siebie na wieś.
Iwaszkiewicz spoglądał na pannę Fanny, a czasem i ona spoglądała na niego, gdyby kto chciał ściślej brać rzeczy, to może i częściej, niż dobry ton pozwala pannie spoglądać na człowieka, który niżej stoi od niej na drabinie socyalnej.
Bo pan Iwaszkiewicz niżej stał. On był synem profesora, a ona córką obywatela ziemskiego. Któżby chciał porównywać? Ale znali się oddawna. Państwo Bujniccy, chociaż, a raczej dlatego, że mieli majątek ziemski, mieszkali w Warszawie, ojciec Iwaszkiewicza, jako profesor, także w Warszawie i w jednym z Bujnickiemi domu, zatem panna i młodzieniec znali się od małego i ongi, nieraz bywało, bawili się w jednym ogródku.
Bo pani Bujnicka, chociaż młody Iwaszkiewicz nazywał się Maciuś, i choć był tylko synem profesora, pozwalała się Fani z nim bawić.
— Moja Faniu — mawiała zwykle — nawet i tacy ludzie, którzy nie mają majątków ziemskich, są, kochanie, naszemi bliźniemi. Pamiętaj o tem, Faniu!
Bratowa pani Bujnickiej, druga pani Bujnicka, łajała matkę Fani o taką popularność: „Jabym — mówiła — nie pozwoliła bawić się mojej córce z chłopcem, który ma takie trywialne imię, a zresztą bałabym się, żeby dziewczynka nie nasiąkła jakiemi zasadami w złym duchu”.
— Prawda, moja droga, ale młody Iwaszkiewicz ma bardzo dobry akcent — odpowiadała matka Fanny. — Nie rozumiem, skąd tacy ludzie mogą mieć tak dobry akcent.
Wiadomo powszechnie, ile u nas dobry akcent może cudów sprawić. Miś Rossowski mawiał nawet, że nie pojmuje, jak uczciwy człowiek może mieć zły akcent.
Zawdzięczał więc Maciuś francuzczyźnie, że mógł się bawić z panną Franciszką Bujnicką. I bawili się też, bywało, jako dzieci, gwarząc, szczebiocząc, skacząc. Ona biegała naprzód, a on nadążał za jej złotemi lokami, które wiatr w biegu kołysał, i zbierał dla niej to kwiatki, to kamyczki świecące, i co Bóg dał, byle Fania rozweseliła błękitne oczki i powiedziała: „merci!
Płyną lata, jak obłoki po niebieskim przestworzu i w miarę, jak dzieci rosły, coraz milszą zdawała im się wspólna zabawa. Sielanka zmieniłaby się na inny może poemat, gdyby nie interwencya prozy, która pod postacią gospodarza domu, nie dozwoliła Maciusiowi bawić się dłużej z Fanią.
Poprostu profesor, ojciec Maciusia, nie miał czem płacić za mieszkanie i musiał wyprowadzić się, a pan Bujnicki miał czem płacić i został.
Płyną lata, jak fale wiślane! Od tego czasu płynęły jedne za drugiemi, i ani Maciuś nie widywał Fani, ani Fania nie widywała Maciusia. I zapomnieli o sobie, jak kazał czas, czyli owe lata — fale.
Ale los jest miłosierny i zawsze sprawia tak, że ci, co się widywali za rannych lat dzieciństwa, spotykają się i później.
Przez to oni mogą kochać się dalej, a i powieściopisarz może ciągnąć dalej powieść.
Nie wiedziała tedy Fania o Maciusiu nic a nic. Ona wyrosła na pannę Fanny Bujnicką, „perłę okolicy”, a on...
Na wieczorze u hrabstwa W. Fania ujrzała raz między rojem czarnych fraków, białych gorsów, wąsów, bród, breloków, binokli, młodego człowieka, o opalonej twarzy, z czarną brodą, który zaintrygował ją nieco.
Zaintrygował ją, bo zdawało jej się, że go zna.
— Kto jest ten pan, taki wysoki? — szepnęła przyjaciółce swej, Mani Rossowskiej.
— Mania Rossowska przypatrzyła się bacznie młodzieńcowi, pokazywanemu przez Fanię, i odrzekła:
— To coś nowego.
— Wiesz, że ja go znam jakoś.
— Ja go nigdy nie widziałam.
Proszę wystawić sobie zdziwienie Fani, gdy po chwili nieznajomy przedstawił się jej matce, a potem wraz z synem gospodarza domu zbliżył się ku niej.
Mademoiselle! — zawołał syn gospodarza — j’ai l’honneur de vous presenter monsieur Iwaszkiewicz, ingénieur.
Fania zarumieniła się przeciw wszelkim prawidłom dobrego tonu, który nakazuje obojętność, i nie mogła się wstrzymać od dość głośnego objawu zdziwienia.
Poczem spojrzała ciekawie na towarzysza lat dziecinnych! Och! zmienił się bardzo! Dawniej był to sobie poczciwy i nieśmiały Maciuś, a teraz siedział koło niej mąż dojrzały, który więcej zdawał się badać ją, niż usiłował bawić. A mówił przytem poważnie; nie odwoływał się do wspomnień z ogródka. Maciuś nie podobał się Fani.
Ale Fania za to podobała się Maciusiowi. Miała też same złote loki, też same błękitne, wesołe oczy, a obnażone ramiona trzymała tak ślicznie w rąbkach koronek, tiulu i gazy, że jakby dwa gołąbki bliźniacze, zdawały się chcieć ulecieć z tych rąbków, by bujać swobodnie po powietrzu, jak dawniej w ogródku.
Gdy pierwsze wrażenie minęło, to i Maciuś podobał się więcej Fani. Skończył szkołę centralną w Paryżu, był inżynierem, stał na czele jakiejś fabryki, rozmawiał swobodnie, a co nawet dziwnem zdawało się Fani, że słowa jego, choć równie w dobrym tonie, jak słowa innych panów — miały przecie pewien sens i znaczenie.
Odtąd widywali się stale.
A że w księdze wspomnień, którą każdy w mniej więcej głupi sposób zapisuje, najdłużej nie blednieją wspomnienia lat dziecinnych, przeto Iwaszkiewicz bywał u Bujnickich coraz to częściej i Fania wydawała mu się coraz milszą.
Bywał więc często i kto wie, coby się było stało, gdyby nie to, że o Fanię zaczął się starać Złotopolski.
Ktokolwiek on tam sobie był ten Iwaszkiewicz, zawsze był to Iwaszkiewicz, nie Złotopolski. Owo papiery jego spadły głęboko w oczach szczególniej pani Bujnickiej. On chodził piechotą, a Złotopolski jeździł powozem; on był fabrykant, czy tam coś, a Złotopolski obywatel wiejski; Złotopolski miał konia wierzchowego, a on nie; Złotopolski miał grooma w obcisłych ineksprymablach z perłowemi guzikami po bokach, a on nie miał grooma w obcisłych ineksprymablach z perłowemi guzikami po bokach.
— Jednakowoż, dziwna rzecz — mawiała pani Bujnicka — ten Iwaszkiewicz, podobno, ma znaczne dochody; mógłby mieć to wszystko, co ma Złotopolski, a jednak... ale nie! jemu właśnie brak tych instynktów, które w Złotopolskim są wrodzone.
I proszę też posądzać wielki świat o interesowność. Miło nam stanąć w jego obronie: Pani Bujnicka wiedziała, że Iwaszkiewicz ma nawet większe dochody, niż Złotopolski, a jednak bez wahania oddała pierwszeństwo ostatniemu, i nawet rzekła kiedyś do córki.
— Faniu, na miłość Boga! nie pozwalaj Iwaszkiewiczowi poufalić się ze sobą.
Fania podniosła na matkę błękitne oczy.
Soyez tranquille chère mère!
— Ja wiem, że przecie o nim nie myślisz, ale nawet i stosunki zażyłości z takim człowiekiem, to już rzecz trochę kompromitująca.
Papiery Iwaszkiewicza doszły do minimum.
Przyjmowano go odtąd tak zimno, że na dobrą sprawę powinien był poprostu pójść do stu... kropek i nie bywać więcej, ale on mimo to bywał, bo każdy człowiek ma jakąś achillesową piętę, a w Iwaszkiewiczu tą piętą był niewymowny pociąg do błękitnych oczów Fani.
Złotopolski nie uważał go nawet za współzawodnika.
— Ot, jakiś parvenus, który się wcisnął do gramundu — mawiał o nim.
Gramund” znaczy w ucywilizowanym polskim języku: wielki świat.
Iwaszkiewicz za to uważał Złotopolskiego za współzawodnika i zapewne dlatego śmiał twierdzić, że brak mu piątej klepki.
Ale Złotopolski zwyciężał Iwaszkiewicza.
Zwyciężał przynajmniej dopóty, dopóki wieść się nie rozeszła po gramundzie, że na hipotece Złotopola jest przynajmniej tyle długów, co snopów na jego łanach. Nie jedna matka z wielkiego świata pokręciła wtedy głową.
— Ten poczciwy i kochany Jaś! — mówiono — z nim podobno bardzo cienko, a to taki miły chłopak i w takim dobrym duchu.
Taż sama wieść rozniosła się jednocześnie, że Iwaszkiewicz z zarządzającego przeszedł na współwłaściciela fabryki machin.
Gdy doszło to z kolei i do Bujnickich, matka weszła z poważną twarzą do pokoju córki.
— Na Złotopolu pełno długów — rzekła.
— Skąd mama wie?
— To już każdy wie.
Panienka milczała zasępiona.
— Cóż mama każe teraz robić?
— Złotopolski odprawił, podobno, grooma w obcisłych ineksprymablach z perłowemi guzikami po bokach.
— Tego już tylko brakowało.
— To może jeszcze nie prawda. Ale! wiesz, com słyszała?
— Cóż można było gorszego słyszeć?
— To już co innego: że Iwaszkiewicz pochodzi ze szlachty... szkockiej.
— On nawet i nazwisko ma trochę szkockie.
— No! to znowu... nie! ale familia mogła się przezwać! Przyznaj, Faniu, że ty masz pewien „feblik” do tego Iwaszkiewicza.
— Jak tam mama uważa.
— Poczciwe dziecko!
Papiery Iwaszkiewicza skoczyły nagle w górę.
Bo też interesa Bujnickich zaczynały iść na dół. Pan Bujnicki, który mieszkał na wsi i który w ciągu mozolnego swego żywota był generalnym dostawcą pani Bujnickiej, ociężał jakoś na starość, czy co? i zaniedbywał się coraz bardziej w dostawach. On mawiał, że nie może nastarczyć, że robi długi. Jakoż trudno mu było nie wierzyć, a raczej łatwo się było przekonać, że robił długi. Pocieszali się tylko tem państwo Bujniccy, że i co do długów nie pozostali za całem obywatelstwem.
Ale papiery Iwaszkiewicza szły przez to coraz bardziej w górę.
A kiedy jeszcze gruchnęło między ludźmi, że Złotopolski wyjeżdża do siebie na wieś, co było, jak sądzono, oznaką czegoś niedobrego, papiery inżyniera doszły do maximum.
I właśnie widzimy go w tej chwili, siedzącego u państwa Bujnickich i rozmawiającego z matką i panną. On spogląda często na „perłę okolicy”, która zdaje się być zamyśloną i poważną.
— Więc i pan słyszał, że Złotopolski wyjeżdża do siebie na wieś? — pyta pani Bujnicka.
— Tak — odpowiada inżynier.
— Ciekawam, co go powoduje?
— Konieczność zapewne.
— I prędko będzie z powrotem?
— Zdaje się, że nieprędko. Mówił mi Maszko, że zaprosił jego i kilku z młodzieży swojej sfery na obiad do Złotopola. Maszko nazwał obiad ten pożegnalnym.
Pani Bujnicka spogląda niespokojnie na córkę.
— Być może, że przyjdzie pożegnać się z paniami — mówi inżynier.
— Może być — odpowiada obojętnie Fania.
— A kto wie — odpowiada ze znaczącym uśmiechem pani Bujnicka; — może właśnie dlatego, że wyjeżdża, nie przyjdzie. Vous savez... są takie położenia, w których, choć kto wyjeżdża, nie przychodzi jednak...
Z oczu inżyniera strzelił nagle radosny promień, tembardziej, że zdawało mu się, iż na słowa matki Fania uśmiechnęła się z przymusem, a nawet policzki jej powlekł lekki rumieniec.
— Dała mu odkosza. Teraz rozumiem wszystko! — pomyślał.
— Darujcie, moi młodzi państwo, że na chwilę zostawię was samych, ale mam coś powiedzieć służbie. Pardon, monsieur! Faniu, dotrzymaj tu panu towarzystwa.
Na twarzy Iwaszkiewicza nie było znać, by się obrażał tem, że pani Bujnicka zostawia go samego z Fanią; a pani Bujnicka rzeczywiście wyszła na chwilę i, spotkawszy służącego, rzekła:
— Jeśli tu przyjdzie pan Złotopolski, powiedz, że przyjmujemy za godzinę.
Pani Bujnicka nie chciała istotnie, żeby Złotopolski przyszedł przy Iwaszkiewiczu.
Tymczasem Iwaszkiewicz siedział sam na sam z Fanią w salonie. Milczeli przez chwilę oboje, wreszcie Iwaszkiewicz poruszył się niespokojnie i rzekł:
— Towarzystwo straci zapewne wiele na wyjeździe pana Złotopolskiego.
Z kwaśnej miny inżyniera możnaby sądzić, że zapewne chciał powiedzieć coś innego, ale to jakoś tak samo mu się wymówiło.
— Tak pan sądzi? — spytała Fanny.
— Ja? o nie, pani! ja myślałem, że może pani tak sądzi?
— Niech mi pan wierzy, że w tej chwili myślałam zupełnie o czem innem. Ja myślałam o naszym ogródku dziecinnym. Pamięta pan nasz ogródek?
— Jeżeli kto z nas dwojga go zapomniał, to nie ja.
Fania śpuściła oczy.
— I nie ja... także...
— Pani! — rzekł Iwaszkiewicz — dziękuję z całego serca za te słowa. Ja nie trwonię ich nigdy napróżno i nie przypuszczam, żebyś i pani mówiła je bez poczucia prawdy.
— Czy ja panu co złego kiedy zrobiłam, że pan mnie sądzi tak surowo?
— Ja?
— Wiem — mówiła dalej ze smutkiem w głosie. — Pan przy swoim rozumie uważa mnie za próżną i popsutą dziewczynę światową, pan nie wierzy, że ja mogę coś szczerze mówić, a jednak...
W niebieskich oczach Fanny błysnęło coś nakształt łez.
— A jednak mam jeszcze kilka kwiatków zasuszonych z naszego ogródka... ale ja jestem próżna i popsuta dziewczyna światowa? ja nie umiem pamiętać? Prawda?
— Nie, pani, to ja nie śmiałem się spodziewać, że pani pamięta?
— I dlatego nie spytał pan nigdy o to?
— Dlatego. Bałem się spytać, bo nadto ceniłem te wspomnienia. Tak jest, bałem się, byś pani nie rozwiała ich jednym obojętnym uśmiechem.
— Mój Boże! Tyle mówią o pańskiej energii, a pan taki nieśmiały. Czy to tylko ze mną?
— Tylko z panią.
— A przecież my się znamy od tych czasów, kiedy jeszcze pan mi mówił... jak to tu teraz nawet powiedzieć?... kiedy pan mi mówił: „Faniu”.
— O, pani! jeśli to żarty, to złe żarty...
— Jakie przystoją zepsutej, światowej dziewczynie? Ha, jeżeli tak, to dajmy temu pokój. Może pan woli o czem innem mówić. Otóż i mama przychodzi! Dużo pan ma zajęcia w swojej fabryce?
Pani Bujnicka weszła tymczasem do pokoju i, rzuciwszy przenikliwym wzrokiem na Fanię, spytała łaskawie:
— O czem-że to państwo rozprawiacie? o fabryce?
— Tak; łaskawa pani! właśnie mówiliśmy o fabryce.
— Musi to jednak być panu przykro siedzieć od rana do wieczora między robotnikami?
— Nie, pani.
— A jednak są to ludzie bez wychowania; wystawiam sobie, jak straszne muszą mieć maniery.
Iwaszkiewicz uśmiechnął się.
— Przy młotach i ogniskach, buchających skrami, mają wcale odpowiednie.
— Trudno jednakże podobać sobie w takich zajęciach.
— Ja tam miłuję je z całej duszy. Przyczem (tu oczy Iwaszkiewicza ożywiły się) robię teraz wielką próbę, która jeżeli się uda...
— Przyniesie panu wielkie dochody?
— To może nie. Jest to rzecz inna. Pragnę usunąć wszystkich ludzi obcych z fabryki, a mieć robotników swoich, tuziemców. Przez to mam nadzieję wszczepiać powoli między nas zamiłowanie przemysłu. A u nas potrzeba podnosić przemysł.
— Jednak słyszałam bardzo dystyngowanych ludzi, mówiących, że przemysł nie zgadza się z naszym charakterem.
— Często i dystyngowani ludzie mówią absurda.
— Tak pan sądzi?
— Szczerze tak sądzę. Nie przeczę, że z natury kraju, rola zawsze będzie stanowiła główne zajęcie większości, ale i gospodarstwo rolne nie powinno ograniczać się produkcyą surowych materyałów; ono albo musi stać się przemysłowem... albo wyjść z naszych rąk.
— Mówiono mi, że gospodarstwo przemysłowe potrzebuje znacznych kapitałów.
— Bez kwestyi.
— Skądże ich wziąć?
— Z rozumnej pracy, której więcej nam jeszcze brak, niż kapitałów.


Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły str 142.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.