Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zdaje się, że nieprędko. Mówił mi Maszko, że zaprosił jego i kilku z młodzieży swojej sfery na obiad do Złotopola. Maszko nazwał obiad ten pożegnalnym.
Pani Bujnicka spogląda niespokojnie na córkę.
— Być może, że przyjdzie pożegnać się z paniami — mówi inżynier.
— Może być — odpowiada obojętnie Fania.
— A kto wie — odpowiada ze znaczącym uśmiechem pani Bujnicka; — może właśnie dlatego, że wyjeżdża, nie przyjdzie. Vous savez... są takie położenia, w których, choć kto wyjeżdża, nie przychodzi jednak...
Z oczu inżyniera strzelił nagle radosny promień, tembardziej, że zdawało mu się, iż na słowa matki Fania uśmiechnęła się z przymusem, a nawet policzki jej powlekł lekki rumieniec.
— Dała mu odkosza. Teraz rozumiem wszystko! — pomyślał.
— Darujcie, moi młodzi państwo, że na chwilę zostawię was samych, ale mam