Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pierwszeństwo ostatniemu, i nawet rzekła kiedyś do córki.
— Faniu, na miłość Boga! nie pozwalaj Iwaszkiewiczowi poufalić się ze sobą.
Fania podniosła na matkę błękitne oczy.
Soyez tranquille chère mère!
— Ja wiem, że przecie o nim nie myślisz, ale nawet i stosunki zażyłości z takim człowiekiem, to już rzecz trochę kompromitująca.
Papiery Iwaszkiewicza doszły do minimum.
Przyjmowano go odtąd tak zimno, że na dobrą sprawę powinien był poprostu pójść do stu... kropek i nie bywać więcej, ale on mimo to bywał, bo każdy człowiek ma jakąś achillesową piętę, a w Iwaszkiewiczu tą piętą był niewymowny pociąg do błękitnych oczów Fani.
Złotopolski nie uważał go nawet za współzawodnika.
— Ot, jakiś parvenus, który się wcisnął do gramundu — mawiał o nim.
Gramund” znaczy w ucywilizowanym polskim języku: wielki świat.