Dusze w odlocie/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Gawalewicz
Tytuł Dusze w odlocie
Podtytuł Z pamiętników młodego lekarza
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Emil Lindeman
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Dusze w odlocie p.316.jpg


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jestem ciągle pod wrażeniem wczorajszego dnia i rozmowy z Gierdą.
Przechodząc ulicą dzisiaj, przypatrywałem się ludziom i robiłem rozmaite refleksye dziwaczne, a zdaje mi się nie bardzo właściwe, jak na doktora.
Skąd mi się nagle takie karawaniarskie myśli do głowy przyczepiły?... bo czy to jest sens jaki, żeby mi ni stąd, ni zowąd przychodziły tego rodzaju uwagi:
— Świat cały składa się z samych delikwentów, którzy mają z góry podpisane wyroki śmierci.
To nie jest przecie żadna nadzwyczajna uczoność, ani wielka filozofia, ani genialne odkrycie, bo przecie każdy człowiek wie, że umierać trzeba, i że to takie prawo natury, z pod którego nikt a nikt się nie wykupi za żadną cenę, — ale dlaczego mi się to od wczoraj nowem wydaje i dlaczego ja tak uparcie myślę o tem, jak gdybym Amerykę odkrył?...
Spoglądam na ludzi, jak karawaniarz; daję słowo, aż mi wstyd tego.
Co spojrzę na kogo, to sobie zaraz przypominam słowa Gierdy:
— Wam młodym się zdaje, że życie jest wieczne i dlatego nie pytacie nigdy, kiedy się skończy...
Dziękuję ślicznie!... gdybyśmy ciągle, w każdej chwili o to pytać mieli, ładniebyśmy wyglądali.
Cóż to, życie ma być entreprise des pompes funèbres, czy co takiego?...
Bodaj tego starego dziwaka!... co on mi narobił swoją rozmową.
Ja teraz, gdy spojrzę na najświeższą i najzdrowszą twarzyczkę, choćby dziecka, zaraz mi się wyobraża ona w odbiciu moich rozmyślań, blada, z zapadniętymi policzkami, z zamkniętemi oczyma, z tą obojętną martwotą w rysach, w których zdaje mi się czytam ów straszny wyraz: Finis.
Może dlatego i ten biedny Józio Szlarkiewicz wydał mi się dzisiaj jakiś mizerniejszy jeszcze, niż wczoraj.
Niby mu nie gorzej, ale i nie lepiej.
Patrzył we mnie przez cały czas tak jakoś, jakby chciał się o coś spytać, albo coś bardzo smutnego mi zwierzyć w tajemnicy przed matką.
Chcąc go w dobry humor wprowadzić, zaraz na wstępie powitałem:
— No, jak się masz zuchu?...
Oczy mu się takie zrobiły, jak talary, patrzył na mnie przez chwilę i jakby się dziwił, że się do niego uśmiecham i że go zuchem nazywam; potem swoje spieczone usteczka otworzył i szepnął smutnie:
— Nie wiem.
W nocy miał gorączkę, ale po bańkach niby to lżej mu się zrobiło, tylko osłabione biedactwo i blade, jak ten opłatek, w którym mu matka proszki przy mnie dawała.
— Kole cię jeszcze w boku? — spytałem go, ale nie chciał widocznie odpowiedzieć przy matce, dopiero gdy się odwróciła, kiwnął do mnie głową, że tak. W spojrzeniu jednak wyczytałem pokorną prośbę, aby tylko mamie nie mówić o tem.
Pokazał swojemi chudemi palczętami nieznacznie, w którem miejscu, jakby się obawiał, by matka tego nie dostrzegła przypadkiem.
Jej się wydaje, że mu lepiej i to znacznie od wczoraj.
Jakoś się przyzwyczaiła do mnie już trochę, bo mi sama, nie pytana, zaczęła opowiadać o swoim Józiu, że go ma tylko jednego, że się chłopak uczył i cztery klasy gimnazyalne ukończył w roku zeszłym, że go zaczęła posyłać do konserwatoryum, bo do muzyki się rwał od maleńkości.

— Panowie powiadają, że ma talent — mówiła nieśmiało — i mnie się to samo zdaje. Jeszcze nut nie znał, a już wszystko wygrał ze słuchu. Żeby go pan konsyliarz widział, jak on na tych skrzypeczkach swoich grać zacznie, to się cały w oczach zmienia, całkiem inne dziecko z niego się robi. To, proszę pana konsyliarza, będzie tak grał godzinę, dwie, trzy i nawet odezwać się do niego nie można wtedy, bo jakby ogłuchł zupełnie. Już ja nie wiem, co jest takiego w tym chłopcu do muzyki, ale nic go innego nie bawi i nie zajmuje, tylko to granie. Kiedy ledwie odrósł od ziemi, to najmilszą zabawą dla niego było, wziąć dwa patyki, jeden pod brodę, drugi w rękę, i niby to smyczkiem rzępolić i śpiewać sobie przy tem niestworzone rzeczy.
Marian Gawalewicz - Dusze w odlocie p057.jpg

Rozgadawszy się, opowiedziała mi, że ojciec miał także wielki talent, ale znów do fortepianu; także grał, tylko ze słuchu, nic z nut, bo ciemny był i instytut kończył.
— Zmarło mu się — szepnęła, połykając łzy ukradkiem.
— Dawno?...
— O, jeszcze Józio był maleńkim. Chodził grywać do tańca po domach w karnawale, a tak, to gdzie się zdarzyło, czasem w restauracyi, czasem w ogródku jakim na Kępie; aby żyć i zarobić na nasze utrzymanie. Gdyby żył, byłoby nam inaczej!...
Nie chciała mówić, że musiało jej to życie być ciężkiem bez męża i ojca dla swego dziecka.
Przyrzekłem jej, że będzie miała lekarstwa po zniżonej cenie, bo pewnie nie ma skąd brać na to.
Założyłbym się, że musiała zastawić ślubną obrączkę, którą wczoraj widziałem na jej palcu, a dzisiaj już jej nie miała.
Chociaż ja nic nie biorę, ale wydatki są: felczer, i aptekarz, i życie we dwoje.
Nie śmiałem się jakoś spytać, czy ma pieniądze na lekarstwo, ale jutro spytam. A może najlepiej będzie, nie pytając wcale, podłożyć jej kilka rubli cichaczem; po co ma się wstydzić i dziękować?...
Choć to tylko uboga szwaczka, ale zdaje się, że ma dużo ambicyi. Dawała mi do poznania, iż nie była do takiego losu stworzona; wspominała coś tam o jakimś folwarku, o ojcu, który trzymał dzierżawę, o siostrze, która wyszła dobrze za mąż; ale mówiła tylko półsłówkami, bo widać nie śmie jeszcze wciągać mnie obcego w swoje konfidencye.
Trzeba się jej przed kim wyżalić, to poznać zaraz, a najpewniej nie ma nikogo.
Musiała pójść za mąż trochę późno, bo dzisiaj już ma przeszło czterdziestkę i taka jakaś zwiędła, zahukana, sterana pracą i niedostatkiem, że aż przykro spojrzeć na nią.
A tego chłopca swego musi kochać, i on ją!....
Chwilami przypomina mi zupełnie moją matkę, w tych czułych szeptach i spojrzeniach na swego Józia.
Kiedym już miał odchodzić, chłopak mnie za rękę przytrzymał i błagalnie niemal, z krótkim oddechem przemówił:
— Niech pan będzie taki dobry i powie mamie, że ja będę zdrów zupełnie, aby się nie gryzła i nie płakała po kątach!... ja to przecie słyszę, choć mama udaje, że tylko nos sobie uciera. Mnie już dzisiaj...
Nie mógł dokończyć, bo się zakaszlał i twarzyczka mu się boleśnie skrzywiła, ale próbował to zaraz pokryć takim jakimś biednym, bladym, wymuszonym uśmiechem, aby jej nie przestraszyć.
— To nic, mamo; jak mamę kocham, to tylko ślina... zakrztusiłem się i już... o!... zupełnie mnie nie ukłuło nigdzie a nigdzie. Niech pan doktor powie! — zwrócił się do mnie i musiałem skłamać z nim razem, a ona uwierzyła, choć miała oczy wystraszone i znowu pełne łez.
— Nie, Józieczku, nie, to katar, dziecko — wymawiała się przed nim, nie chcąc się przyznać, że jej na płacz się zbiera nieustannie — pan doktor mi także przepisze co; zobaczysz, zaraz mi lepiej będzie jutro, tak jak tobie.
Jedno przed drugiem udaje, biedactwo!...
Wieczorem samym chyba pójdę go jeszcze raz dzisiaj zobaczyć; co mi to szkodzi?... Czasu mam aż zanadto, a pacyentów tylko trzech, to dlaczego nie mam ich odwiedzać choćby trzy razy dziennie.
Gierda mnie z godzinę zatrzymał u siebie; powiada, że mu się po moich proszkach lepiej zrobiło, ale się tem nie łudzi.
Ciągle mówi o »pakowaniu«.
Jakiś był rzeźwiejszy i rozmowniejszy, niż wczoraj. Wypytywał mnie o moje stosunki, kiedym skończył medycynę, co myślę dalej robić z sobą, dlaczego matki nie sprowadzam do siebie?...
Szczególny człowiek!... wybiera się na drugi świat, a troszczy się wszystkiem, co się dzieje, a o sobie nie chce nawet mówić.
— Co tam ja! — przerwał mi, gdym mu zaproponował, czy nie zechciałby wezwać konsylium — stary jestem, nie mam żyć po co dłużej, ani dla kogo. Sam jestem, jak wierzba w polu... spróchniała wierzba do tego. Nawet mnie nie namawiaj, abym się wypraszał panu Bogu od śmierci. Banasiowa jedna pójdzie za trumną i będzie baba płakała, ja wiem — więcej nikt. Dostanie za to te graty wszystkie i pościel, tylko z książkami nie wiem, co zrobię. Doktor masz bibliotekę?...
— Mam medyczne dzieła głównie.
— Ja mam i medyczne; kiedyś tem wszystkiem się zajmowałem. Czego to człowiek przez ten mózg, jak przez przetak, nie przesiał!... i co z tego?...
Pokiwał głową i westchnął.
— Najmędrszą książką jest samo życie — szepnął — tylko trzeba umieć w niej czytać, bo hieroglifami pisana.
Rozmawiał dzisiaj ze mną już tak, jak gdybyśmy się znali od roku.
Wtrąciłem coś o Szlarkiewiczowej i jej chorym Józiu, bo mnie pytał, czy dużo mam pacyentów; słuchał z takiem zajęciem, jakby go to więcej obchodziło od jego własnej choroby, i zdawało mi się, że mu ten ponury wyraz na twarzy rozpływał się w jakiś łagodny cień smutku i współczucia.
Niema w nim ani śladu tego samolubstwa i obojętności na cierpienie cudze, jaką mają ludzie ciężko chorzy, zajęci myślą jedynie o sobie.
— Ot, widzisz — odezwał się — takiego biedaczka ratuj wszelkiemi siłami i nie pozwól go zabrać; to twój obowiązek i zasługa!... Będzie cię błogosławiła matka...
Banasiowa przyniosła mu mleka na śniadanie; nie chciał pić pomimo mojej namowy.
— Z czegóż pan będzie żył? — zrobiła uwagę stojąc nad nim i z politowaniem przypatrując mu się przez kilka minut. — I to, proszę pana konsyliarza, zawsze tak było, nawet za zdrowych czasów. Żeby to pan wyszedł kiedy, zobaczył ludzi, świat, nałykał się trochę powietrza, ale gdzie zaś!... cięgiem ino w tej izbie, w zaduchu, zamknięty; oknaśmy przez całe lato nie otwarli ani razu, tylo co ten lufcik trocha dla przewiewu. Prawda, co prawda, że z podwórza w lecie tylko fetor idzie, bo to także mieszkanie takie, Boże zmiłuj się, aleć zawsze...
Poruszył się niechętnie i szorstko ją zgromił, że się wtrąca w nieswoje rzeczy.
Poszła do alkierza urażona, mrucząc:
— O ja wiem, za twoje dobro, kolką cię w ziobro!... to tak zawsze.
Zepsuła mu humor odrazu; stracił ochotę do rozmowy i nie zatrzymywał mnie dłużej.
Ofiarowałem się mu, że jestem w każdej chwili na jego usługi, gdyby mnie potrzebował; nawet mi nie podziękował za to, jak gdybym mu był natrętny.
Osowiał i z pod oka spoglądał na zieloną firankę, poza którą słychać było, jak Banasiowa płukała i przemywała statki z dnia wczorajszego.
Odszedłem prawie bez pożegnania.
Do Lewońskich nie zaglądałem dzisiaj; czekam, aż mnie sami zawezwą, jeżeli będę potrzebny. Nie chcę się im narzucać, aby nie myśleli, że na trzyrublówki poluję.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marian Gawalewicz.