Doktór Pascal/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


IV.

Po tygodniu pod dachem doktora znowu zapanowała gorączka niezgody. Pascal i Klotylda na nowo całe przedpołudnia nie mówili do siebie ani słowa; potem zaś raz po razu ścierali się i objawiali wysoce zły humor. Nawet Martyna wpadała w gniew, oraz rozdrażnienie. Pożycie we troje zaczynało równać się piekłu.
Potem, nagle całe położenie znacznie się jeszcze pogorszyło. Do Plassans na misyę przybył pewien kapucyn, używający rozgłosu wielkiej świętobliwości; rozpoczął on szereg kazań zwyczajem przyjętym w miastach południowej Francji. O sklepienie kościoła św. Saturnina odbijały się echa jego nawoływań potężnych. Był to rodzaj apostoła, wyposażonego wymową przystępną i rozpłomieniającą, słowem kwiecistem i obfitującem w obrazy plastyczne. A uczył o upadku, oraz nicości wiedzy współczesnej, kazał poglądy nadzwyczajnie mistyczne, zaprzeczając rzeczywistości świata tego, i ukazując na świat rzeczy nieznanych oraz na tajemnicę, tkwiącą poza wszystkiem. Poruszył tem więc do głębi wszystkie dewotki, oraz wszystkie nabożnisie z całego miasta.
Już po pierwszym wieczorze, gdy Klotylda powróciła z kazania w towarzystwie Martyny, Pascal dostrzegł w niej gorączkę i rozdrażnienie, skrzesane słowami zakonnika. Dni następnych działo się coraz gorzej. Klotylda się unosiła i wracała coraz później, całą godzinę jeszcze spędzając na modlitwie w ciemnym kącie jednej z kaplic. Potem niemal już nie wychodziła z kościoła, a powracała złamana z oczyma połyskującemi, jak u jasnowidzącej; gorące słowa kapucyna wstrząsały nią do głębi. Tylko gniew i pogardę żywiła, na pozór, do ludzi i do świata całego.
Pascal, silnie tem wszystkiem zaniepokojony, chciał się rozmówić z Martyną. Zeszedł tedy na dół pewnego ranka o wczesnej godzinie właśnie w chwili, gdy ta ostatnia zamiatała jadalnią.
— Wiecie o tem, iż wam pozostawiam swobodę zupełną, Klotyldzie i tobie; możecie chodzić do kościoła, ile razy się wam tylko podoba. Nie chciałbym nigdy wywierać nacisku na niczyje sumienie... Lecz nie życzę też sobie, aby panienka zachorowała przez ciebie, Martyno.
Służąca, ani na sekundę nie przestając zamiatać, odezwała się posępnie.
— Chorymi są, być może, właśnie ci, którym się zdaje, że są zdrowi.
A powiedziała owe słowa z taką siłą przekonania, że Pascal musiał się uśmiechnąć.
— Tak jest; to ja, ja posiadam umysł nierozwinięty, który wy pragniecie oświecić i nawrócić, podczas gdy wam znowu nie brakuje ani zdrowia dobrego, ani mądrości niepodzielnej... Martyno, rozgniewam się, jeżeli nie zaprzestaniesz męczyć i mnie i siebie samą.
Wypowiedział te słowa głosem tak zrozpaczonym, oraz tak szorstkim, że służąca nagle zatrzymawszy się, spojrzała mu prosto w oczy. Jakaś czułość niewymowna, oraz smutek niezmierny odzwierciedliły się na tej zwiędłej twarzy kobiety, która nigdy za mąż nie wyszedłszy, poświęciła się wyłącznie obowiązkom służby. Łzy zaświeciły jej w oczach, uciekła więc, bełkocząc:
— Ach! pan nas nie kocha!
Pascal tedy stanął rozbrojony, a smutek coraz większy ogarniał go z chwilą każdą. Wyrzucał sobie zbytnią pobłażliwość, i to właśnie go martwiło. Żałował, że danego czasu nie pokierował sam wyłącznie, oraz stanowczo wychowaniem i wykształceniem Klotyldy. Wierząc zdaniu, że drzewa wyrastają prosto, jeżeli się ich nie krępuje, pozwolił dziewczynie dojrzewać samodzielnie, nauczywszy ją poprzednio tylko czytać i pisać. I działo się to bez planu z góry obmyślanego, działo jedynie skutkiem przyzwyczajenia, zrodzonego ich wspólnem pożyciem, że zwolna, stopniowo zaczęła czytać wszystko, zwłaszcza zaś namiętnie zajęła się naukami przyrodniczemi, pomagając przy przeprowadzeniu doświadczeń, poprawianiu korekt, kopiowaniu, tudzież porządkowaniu rękopisów. Ach! jakże żałował dzisiaj gorzko swej obojętności! Co za silny kierunek mógłby był nadać owemu trzeźwemu umysłowi, tak chciwemu wiedzy, zamiast pozwolić mu się skrzywić, oraz zwikłać w tym chaosie pojęć mrocznych, oraz tajemniczych, gdzie ją pchały chętnie babka Felicyta i Martyna poczciwa! Podczas gdy on sam pozostawał zawsze przy faktach i starał się nigdy nie przekraczać granicy, wytkniętej przez zjawiska dotykalne, co mu się udawało dzięki metodzie ścisłej, — Klotylda wiecznie garnęła się do świata niepoznawalnego, do tajemnicy. Przeradzało się to u niej w szał niezrozumiały, w ciekawość instynktową, która dla niej samej przemieniała się w męczarnię, skoro nie zostawała zaspokojoną. I tkwiła w niej jakaś żądza wiadomości, której nigdy nie można było nasycić; jakieś dążenie nieprzeparte ku pierwiastkom niedostępnym i niepoznawalnym. Już w latach dziecinnych, kiedy była jeszcze małą, a nadewszystko później, gdy już wyrosła na pannę, zawsze przy każdem zagadnieniu pytała się: dlaczego i jak, zawsze wymagała podania przyczyny ostatecznej. Jeżeli pokazywał jej kwiat, pytała się natychmiast, dlaczego ów kwiat wydaje nasienie i dlaczego owo nasienie kiełkuje następnie. Potem znowu zajmowały ją nadewszystko tajemnica poczęcia, płci, urodzenia, śmierci, sił nieznanych, Boga i wszystkiego. W czterech pytaniach umiała zawsze, za każdym razem przyprzeć go do muru, gdzie się rozpoczynała owa nieunikniona nieświadomość; a skoro on nie umiał już jej odpowiedzieć i chciał się jej pozbyć gestem komicznego oburzenia, wówczas wybuchała szalonym śmiechem tryumfu i na nowo pogrążała się bez pamięci w otchłani marzeń, w bezgranicznem wyobrażaniu sobie wszystkiego; czego nikt nie znał, oraz wszystkiego, czemu można było wierzyć. Często też wprawiała go w zdumienie swemi wyjaśnieniami. Umysł jej bowiem, karmiony wiedzą ścisłą, wychodził z założenia prawd uznanych, lecz natychmiast robił taki skok, że odrazu znajdowała się w samym odmęcie legend i baśni. Ukazywali się jej rozmaici pośrednicy, aniołowie, święci, natchnienie nadprzyrodzone, którzy zmieniają materyą i zaszczepiają w niej życie; albo jeszcze lepiej, była to naprawdę jedna i ta sama siła, dusza świata, gnieżdżąca się w głębi wszystkich rzeczy, oraz istot wszystkich, i krystalizująca się ostatecznie w jednym, powszechnym, piędziesięciowiekowym pocałunku. I zawsze powtarzała, że to właśnie wszystko może jej wytłomaczyć.
Nigdy zresztą do tej pory Pascal nie widział jej tak zasmuconej i wzburzonej. Od tygodnia już, kiedy się zaczęły owe misye kapucyna w katedrze, zaledwie zdołała pohamować się z niecierpliwości, oczekując owego wieczornego kazania, szła zaś tam ze skupieniem, pełnem uniesienia, dziewczyny, udającej się właśnie na pierwszą schadzkę.
Potem zaś, nazajutrz mnóstwo objawów świadczyło, że nie przywiązuje żadnej wagi do życia zewnętrznego, do zwykłego trybu swych zajęć, zupełnie tak, jak gdyby świat widzialny i wszystkie szczegóły życia codziennego, były głupstwem i ułudą. To też kolejno zaniedbywała zatrudnienia dawniejsze, całemi godzinami hołdując jakiemuś rodzajowi nieprzezwyciężonego lenistwa; ręce opuszczała na kolana; oczy bezmyślnie tkwiły gdzieś w próżni, lub w dali; co najwyżej malowało się w nich jakieś marzenie, jakieś fantazyowanie nieuchwytnie. Ona poprzednio tak czynna i zrywająca się tak rano, wstawała późno i ukazywała się dopiero przy drugiem śniadaniu; a przecież bezwątpienia nie przy gotowalni spędzała owe godziny długie, ponieważ zaniedbała się nawet pod względem zwykłej zalotności kobiecej; czesała się nader niestarannie, ubierała bez ładu, nie zapinając sukni lub zapinając ją krzywo; bądźcobądź przecież zachowała jeszcze dużo czaru, dzięki promieniejącej młodości. Ustały już owe przechadzki ranne naokoło Soulejady, które tak lubiła, owo zbieganie z górnych tarasów na dolne, porośnięte oliwkami i drzewami migdałowemi, owo odwiedzanie sośniny, pełnej woni żywicznej, owo długie przebywanie pod gołem, rozpalonem niebem wśród skwarnych promieni słońca; nic jej się nie chciało robić, wolała raczej pozostać u siebie przy okiennicach zamkniętych, siedząc tak nieruchomie i cicho, że żaden szmer nie dobywał się z głębi jej pokoju. Potem popołudniu, w sali objawiała jedynie rozlazłe próżniactwo, bezczynność zupełną, zmęczenie i niechęć do wszystkiego, co ją poprzednio zajmowało. Nawet na jednem krześle długo nie umiała wysiedzieć.
Pascal musiał się wyrzec wszelkiej pomocy z jej strony. Notatka, którą dał jej do przepisania, leżała przez trzy dni, na pulpicie, nawet nie ruszona. Nic odtąd nie porządkowała, a nawet nie schyliłaby się, gdyby było trzeba podnieść rękopis z ziemi. Nadewszystko zaniedbała pracę około pasteli, około owych rysunków nader dokładnych tego lub owego kwiatu, które miały następnie posłużyć za ryciny do dzieła, o sztucznem zapładnianiu. Wielkie czerwone malwy o bardzo niezwyczajnem zabarwieniu, zwiędły w wazie, Klotylda zaś ani pomyślała o ich odtworzeniu. Raz znowu przez całe popołudnie męczyła się nad wymalowaniem niebywałego rysunku, jakichś wyśnionych kwiatów, rośliny nadzwyczajnej, wybujałej w słońcu cudów, pęk wytryskujących promieni złotych w kształcie kłosów, otoczonych szerokiemi koronami purpurowemi, podobnemi do serc otwartych, skąd wyskakiwały, opierając się na słupkach, potoki gwiazd i miliardy światów, biegnących po niebie niby droga mleczna.
— Ach! moja biedna Klotyldo! — odezwał się do niej tego dnia doktór — czyż to godzi się tracić tyle czasu na podobne fraszki fantazyjne! A ja czekam do tej pory daremnie na wizerunek owych malw, którym pozwoliłaś zwiędnąć bezpożytecznie! Zachorujesz zresztą z własnej winy. Po za życiem rzeczywistem nie może istnieć ani zdrowie, ani nawet piękność.
W ostatnich czasach Klotylda często już zgoła nie odpowiadała doktorowi. Nie chciała bowiem rozprawiać, obstając gniewnie i uporczywie zarazem przy swojem przekonaniu. Tym razem atoli musiał on dotknąć do żywego jakąś strunę jej przekonań.
— Niema zupełnie żadnej rzeczywistości — odparła stanowczo.
Pascal, którego zabawiło takie filozofowanie wielkiego dzieciaka, zaczął się śmiać.
— Wiem już, wiem... Nasze zmysły są omylne; świat poznajemy jedynie za pośrednictwem naszych zmysłów; a więc z tego wypływa, że być może, świat zupełnie nie istnieje... Otwórzmy przeto drzwi na oścież obłędowi; uznajmy za całkowicie możliwe rozmaite niestworzone dziwactwa; wierzmy w zmory, przekraczając granicę praw i faktów... Czyż jednak nie zdajesz sobie sprawy, że odrzucając poza nawias przyrodę, niweczysz przez to samo wszelkie stałe prawidła; jedynym zarazem punktem ciężkości w życiu jest wiara w życie, jest miłość życia, jest dążenie do ściślejszego poznania tegoż życia mocą wszystkich swych sił i całej inteligencyi?
Klotylda uczyniła jakiś gest niedbały i pełen zuchwalstwa zarazem; na tem też rozmowa się skończyła. Po chwili schwyciwszy za ołówek błękitny, zamazywała pastel śmiałemi pociągnięciami, by rzucić pewien blask płomienny na czystą noc letnią.
W dwa dni później atoli, skutkiem ponownej sprzeczki położenie rzeczy znacznie się pogorszyło.
Wieczorem, po skończonym obiedzie, Pascal poszedł z powrotem na górę, by pracować w sali, podczas kiedy Klotylda pozostała na dworze, usiadłszy na tarasie. Godzina biegła za godziną. Pascal tedy zdziwił się i zaniepokoił zarazem, gdy północ wybiła, a Klotylda jeszcze nie wróciła do swego pokoju. Powinna była przejść przez salę; doktór zaś ani na chwilę nie wątpił, że usłyszałby odgłos jej kroków, jeżeli usiłowałaby przemknąć się choćby najciszej poza jego plecami.
Zeszedłszy na dół, stwierdził, że Martyna już śpi. Drzwi, prowadzące do przedsionka, nie były zamknięte na klucz, a więc bezwątpienia Klotylda zasnęła pod gołem niebem. Przytrafiało jej się to niekiedy podczas nocy ciepłych, ale jeszcze nigdy nie zapóźniła się do takiego stopnia.
Niepokój doktora spotężniał, skoro dostrzegł próżnem krzesło, na którem Klotylda zwykła była przesiadywać przez czas dłuższy. Spodziewał się, że znajdzie ją tutaj, pogrążoną we śnie. Jeżeli przecież tutaj jej nie było, dlaczego nie powróciła do siebie; gdzież zresztą mogłaby powędrować sama o tej godzinie spóźnionej?
Noc wprawdzie czarowała wdziękami, noc prawdziwie wrześniowa, jeszcze skwarna, z olbrzymim stropem niebieskim, nasianym gwiazdami, nieskończonym, o połysku ciemnego aksamitu; w głębi zaś tego nieba bezksiężycowego, gwiazdy pobłyskiwały tak żywo i tak silnie, że rzucały promienie aż na ziemię.
Początkowo przechylił się poza balustradę tarasu, przyjrzał się stokom i schodom z kamieni wyschłych, podbiegającym aż do toru kolei żelaznej; nic się atoli nie ruszało; dostrzegł jedynie główki okrągłe, tudzież nieruchome małych drzew oliwnych. Wówczas strzeliła mu myśl do głowy, że Klotylda bezwątpienia musi się znajdować pod jaworami, tuż przy fontannie, w pobliżu tego wiecznego wytrysku owej wody wśród mroków tak gęstych, iż nawet on sam, który znał wybornie każdą gałąź drzewa, musiał iść z rękoma wyciągniętemi naprzód, aby się nie potknąć. Wreszcie krocząc w ten sposób po omacku doszedł do końca sośniny i wynurzył się z cieni, nie napotkał atoli nikogo. Ostatecznie tedy postanowił wołać głosem, przytłumionym zrazu:
— Klotyldo! Klotyldo!
Cisza przecież panowała ustawicznie ta sama i niema. Krzyknął tedy głosem nieco silniejszym.
— Klotyldo! Klotyldo!
Ani żywego ducha, ani jednego tchnienia. Nawet echa zdawały się spać snem głębokim; jego okrzyki tonęły w nieskończonych przestworach łagodnych, błękitnawych ciemności. Doktór przeto zaczął krzyczeć z całej siły, wrócił pod jawory, zawrócił do sośniny, szalejąc z obawy i zwiedzając całą dokoła posiadłość. Wreszcie nagle znalazł się na podwórku czyli dawnem klepisku.
O tej godzinie olbrzymie klepisko, pusty krąg, wybrukowany starannie, spoczywało również snem spokojnym. Ponieważ od lat wielu nie młócono tam zboża, z pomiędzy kamieni powyrastała przeto trawa, którą słońce natychmiast paliło bez miłosierdzia; wyglądało to wszystko więc jak wierzchni włos dywana. A łby okrągłe kamieni, pootaczane kępkami miękiej roślinności, nigdy nie ziębły, parując wśród pomroki, promieniując w nocy ciepło, zebrane podczas tylu skwarnych południ.
Klepisko zataczało krąg nagi i opuszczony, pełen owego parowania przy niebie spokojnem i łagodnem; Pascal zaś przebiegał je, kierując się do sadu, gdy w tem zatoczył się, potykając o jakieś ciało, rozciągnięte wzdłuż, którego poprzednio nie zdołał dostrzedz. Wydał okrzyk stłumiony.
— Jakto, to ty jesteś tutaj?
Klotylda nie raczyła nawet odpowiedzieć. Leżała wyciągnięta na grzbiecie, z rękoma splecionemi i założonemi pod głową, z twarzą zwróconą ku niebu; z tej ostatniej, całej pobladłej, widniały jedynie wielkie, błyszczące oczy.
— A ja się tutaj niepokoję i wołam na ciebie przynajmniej od kwadransa!... Musiałaś przecież słyszeć, gdyż krzyczałem na cały głos?
Klotylda ostatecznie podniosła powieki.
— Tak.
— A więc to głupio z twojej strony! Dlaczego nie dałaś znać o sobie?
Lecz dziewczyna ponownie zaczęła milczeć uporczywie, nie chciała się tłumaczyć i usprawiedliwiać, jeno z uporem głuchym posyłała spojrzenia ku niebu.
— A więc, dzieciaka niegodziwy, chodźmy spać! Powiesz mi o wszystkiem jutro.
Lecz ta ani nie myślała nawet ruszać się z miejsca; Pascal zaś prosił ją i prosił z dziesięć razy, by zechciała powrócić; wszystko daremnie, gdyż Klotylda leżała jak martwa. Ostatecznie zatem on sam przy niej usiadł, na trawie spalonej, czując wybornie pod sobą powolne ostyganie bruku.
— Krótko mówiąc, moja droga, nie możesz nocować pod gołem niebem... Zresztą odpowiadaj przynajmniej na moje pytania. Co tutaj porabiasz?
— Patrzę.
I jej wielkie oczy nieruchome, rozszerzone i uporczywie utkwione w jeden punkt, jej spojrzenia zdawały się biedź bardzo wysoko aż ku gwiazdom. Utonęła niepodzielnie w owej nieskończoności czystej tego letniego słońca, w pośrodku gwiazd.
— Och! mistrzu — podjęła głosem łagodnym, równym. niezałamującym się ani na chwilę — jak ta twoja wiedza jest skromną i ograniczoną w porównaniu z tem, co jest bezwątpienia tam w górze... Tak jest, nie odpowiadałam dlatego, ponieważ właśnie o tobie myślałam z wielką, ciężką troską... Nie sądź atoli, że się gniewam na ciebie.
I taki dreszcz czułości wstrząsnął jej głosem, iż Pascal czuł się mocno wzruszonym. Wyciągnął się tedy u jej boku, również twarzą do góry. Ich łokcie się stykały. Zaczęli mówić.
Obawiam się niesłychanie, moja pieszczoto, że te zmartwienia nie opierają się na podstawie słusznej... Myślisz o mnie i martwisz się. Dlaczego jednak?
— Och, z powodu tych wszystkich spraw, które muszę ci wyjaśnić, choć przyjdzie mi to z wielkim trudem. Nie jestem uczoną. Tymczasem, tyś nauczył mię wiele, a sama w naszem pożyciu wspólnem nauczyłam się jeszcze więcej.. Zresztą, to są rzeczy, które ja czuję.. Być może, iż będę się starała ci je powiedzieć, skoro jesteśmy już tutaj razem, wśród takiego spokoju i nocy tak pięknej.
Jej serce przepełnione, czuło potrzebę wywnętrzenia się, po tylu godzinach roztrząsań, wśród ciszy pojednawczej tych podziwu godnych mroków nocnych. Pascal zaś nie chciał mówić, by jej nie niepokoić.
— Gdy byłam jeszcze maleńką i słyszałam, jak mówiłeś o wiedzy, zdawało mi się, że opowiadasz o dobrym Panu Bogu, tyle tryskało z ciebie dobrej wiary i nadziei. Wszystko wydawało ci się możliwem. Z pomocą wiedzy można było zdobyć tajemnicę wszechświata i urzeczywistnić jak najdoskonalsze szczęście ludzkości... Zdaniem twojem, posuwano się wówczas ku temu celowi olbrzymiemi krokami. Codziennie zdobywano się na nowe odkrycie, zdobywano nową pewność. Jeszcze dziesięć lat, jeszcze pięćdziesiąt lat, jeszcze może lat sto, a niebo się otworzy; oko w oko spotkamy się z prawdą.. A więc dobrze! tymczasem lata biegły i nic nie widzimy, prawda zaś ustawicznie przed nami ucieka.
— Nie umiesz się zdobyć na cierpliwość — odpowiedział Pascal z prostotą. — Nawet gdyby było potrzeba dziesięć wieków, to i tak należałoby je cierpliwie przeczekać.
— Prawda, nie umiem czekać. Odczuwam potrzebę dowiedzenia się wszystkiego, muszę natychmiast zostać szczęśliwą. Tak. dowiedzieć się wszystkiego naraz i stanowczo, koniecznie być szczęśliwą!... Och widzisz teraz, iż właśnie to sprawia mi boleść, ta niemożliwość zanurzenia się do głębi w otchłani świadomości zupełnej, ta niemożliwość rzucenia się w objęcia bezgranicznego szczęścia, wolnego od wszelkich skrupułów i zwątpień. Czyż można nazwać życiem takie posuwanie się naprzód wśród ciemności krokiem żółwim, takie niepodobieństwo zakosztowania choćby jednej godziny spokoju, spokoju niezakłócanego myślą o nowych powątpiewaniach i obawach! Nie! nie! Trzeba jednego dnia odrazu zdobyć całe poznanie i całe szczęście!... Wiedza nam to obiecała; skoro więc przyrzeczeń swych nie może dotrzymać, bankrutuje, tak, jest bankrutem!
Wtedy już on sam zaczął się unosić.
— Ależ to istne warjactwo, dzieciaku mały, co ty teraz pleciesz! Wiedza nie jest objawieniem. Idzie ona torem ludzkim; sława jej tryska już z samych wysiłków... A następnie kłamstwem jest, jakoby wiedza obiecywała szczęście.
Klotylda przerwała mu żywo:
— Jakto, nie prawda? Zajrzyj tam na górze do swoich książek! Wiesz dobrze, że je przeczytałam co do jednej. Obietnic tam istny potop! Czytając je, człowiekowi się zdaje, że dąży na zdobycie ziemi i nieba. Burzą one wszystko, przyrzekając wzamian uroczyście, że na to miejsce postawią co innego; zrobią zaś to z pomocą wyłączną wszystkiego rozumu i roztropności na wieki wieków... Bezwątpienia, pod tym względem równam się dzieciom. Obiecano mi dać jakąś rzecz, żądam więc, aby dotrzymano tajemnicy. Moja wyobraźnia pracuje; trzeba tedy, by ów podarunek był bardzo ładny, inaczej mnie nie zadowolni... Boć przecież było to rzeczą tak zwyczajną, nic nie obiecywać. A nadewszystko, w tej chwili, wobec mojego żądania bolesnego i zrozpaczonego, byłoby to dla mnie ciosem usłyszeć, iż nic mi nie obiecywano.
I zrobiła znowu jakiś gest przeczący podczas tej nocy tak poważnej i tak błogiej.
— W każdm razie — ciągnęła dalej — wiedza zrównała wszystko z ziemią; ziemia jest pusta, niebo jest puste; cóż więc chcesz, aby się zemną stało, skoro nawet ty bronisz wiedzy i nie przypisujesz jej takich nadziei, jakie do niej przywiązywałam?... Nie potrafię przecież żyć bez pewności i bez szczęścia. Na jakimże trwałym gruncie mam zbudować mój dom od chwili, gdy zburzono świat stary, a z takiem ociąganiem biorą się do zbudowania nowego? Całe społeczeństwo starożytne runęło w gruzy. podczas owej katastrofy wiecznego badania i analyzowania; pozostała teraz jedynie ludzkość oszalała, wywracająca wszystko do reszty, nie świadoma, na jakim kamieniu ma oprzeć głowę, obozująca wśród burzy, pożądająca schronienia trwałego i ostatecznego, gdzie mogłaby na nowo rozpocząć życie... Nie trzeba zatem dziwić się naszemu popłochowi oraz naszej niecierpliwości. Nie zdołamy dłużej czekać. Skoro wiedza bankrutuje i jest zbyt powolną, wolimy cofnąć się z powrotem w tył, tak! ku wierzeniom dawniejszym, które przez ciąg wieków długich, wystarczały szczęściu świata.
— Ach, więc to tak! — krzyknął — więc do tegośmy doszli, w tym wirze końca wieku, w tem zmęczeniu, w owem zdenerwowaniu, w tej strasznej massie rozmaitych wierzeń oraz haseł, które ów wiek roztrącił i poruszył. Stale zatem pojawia się potrzeba wieczna kłamstwa, wieczna żądza ułudy, która obałamuca ludzkość i prowadzi ją w tył, z powrotem ku niemowlęcemu zachwytowi dla świata niepoznawalnego... Skoro się nigdy nie wie wszystkiego, poco tedy starać się o dowiedzenia czegoś więcej? Od chwilą kiedy prawda zdobyta nie darzy bezpośredniem i niezawodnem szczęściem, dlaczegóż nie zadawalniać się zupełną nieświadomością, tem legowiskiem marnem, gdzie ludzkość przespała ociężale swoje pierwsze stulecia?... Tak, to jest jawny powrót mistyki tajemniczej, to jest ruch wstecz po stu latach badań doświadczalnych. I nie mogło stać się inaczej, należało koniecznie oczekiwać zbiegostwa z pod sztandaru, skoro nie zdołano zaspokoić odrazu wszystkich oczekiwań, tudzież pragnień. Jest to przecież naprawdę jedynie przestanek chwilowy; pochód naprzód będzie się odbywał w dalszym ciągu, przez nas nawet niedostrzegany, wśród nieskończonego potoku czasów.
Na chwilę zamilkli, leżąc nieruchomie, z oczyma błąkającemi się bez celu wśród miliardu światów, które błyszczały na ciemnem niebie. Jakaś gwiazda spadająca przesunęła się szlakiem ognistym poprzez konstelacyą Kassyopei. I wszechświat, błyszczący tam w górze, zwolna obracał się naokoło swej osi, z wdziękiem niedoścignionym, podczas gdy z przyćmionej ziemi, dokoła nich, unosiły się tylko wyziewy lekkie, niby słodki, tudzież ciepły oddech śpiącej kobiety.
— Powiedz mi — spytał się wreszcie doktór swym zwykłym tonem dobrodusznym — czy to twój kapucyn tak ci głowę zawrócił dzisiejszego wieczora?
Klotylda odpowiedziała zupełnie szczerze.
— Tak, wypowiada on bowiem na kazalnicy takie poglądy, które muszą mną wstrząsać do żywego; walczy ze wszystkiem, czego mię nauczyłeś i właśnie ta wiedza, którą tobie zawdzięczam, teraz zmieniona w truciznę, zabija mię, zabija... Mój Boże, co się też ze mną stanie?
— Moje biedne dziecię!... Ależ to rzecz straszliwa trawić się w podobny sposób! A przecież jestem jeszcze dosyć o ciebie spokojnym, ponieważ posiadasz dużo równowagi duchowej; z ciebie jest prawdziwie dobra, mała, okrągła łepetyna, trzeźwa i wytrwała, jak ci to często powtarzałem. Uspokoisz się zwolna najniezawodniej... Cóż atoli za burza musi panować w mózgach, jeżeli nawet ty, taka rozumna, uległaś zamętowi! Czyż straciłaś wiarę?
Milcząc, Klotylda wzdychała jedynie.
— Bezwątpienia, z punktu zwyczajnego szczęścia, wiara tworzy bardzo mocny okręt, w którym można bezpiecznie podróżować. Jeżeli się posiada wiarę, wędrówka przez życie jest łatwą, tudzież przyjemną.
— Ech! nie wiem już o niczem więcej! — odezwała się. Są dni, podczas których wierzę, zdarzają się inne, kiedy znowu staję po twojej stronie, oraz twoich książek. To właśnie ty wstrząsałeś mną do głębi, to właśnie przez ciebie cierpię. I, być może, całe cierpienie tryska z owego oporu i buntu przeciwko tobie, którego kocham... Nie, nie! nie mów do mnie ani słowa, nie zaręczaj, że się uspokoję. To rozgniewałoby mię jeszcze więcej w tej chwili... Zaprzeczasz istnieniu świata nadprzyrodzonego. Tajemnica, nieprawdaż? To coś niemożliwego do wytłomaczenia. Nawet ty sam przyznajesz, że ludzie nigdy wszystkiego nie poznają; stąd też jedynym interesem, jaki życie przedstawia, jest ustawiczna dążność do pokonania i rozświetlenia rzeczy niepoznawalnych, ustawiczny wysiłek dowiedzenia się czegoś więcej i więcej... Ach, ja już wiem zbyt dużo, bym mogła zachować wiarę, ponieważ zbyt silnie mię przekonałeś pod wielu względami, i dlatego też trafiają mi się chwile, kiedy niemal umieram z rozpaczy.
Pascal wziął ją za rękę, leżącą wśród traw ostygłych, i ścisnął gwałtownie.
— Ależ, mała dziewczynko, ty się poprostu obawiasz życia!... Zresztą słuszność masz, mówiąc, że szczęściem jedynem jest tylko ustawiczny wysiłek! Boć nietrudno zresztą przyznać, iż gnuśność wśród nieświadomości jest zgoła niemożliwą. Przy dobrowolnem oślepianiu się, nie wyczekiwaj ani jakiejkolwiek granicy, ani jakiejkolwiek spokojności. Trzeba wciąż iść naprzód, iść bez oglądania się na nic zgoła, równolegle z życiem, które zawsze postępuje. Te środki, które wam doradzają, cofanie się w tył, religie umarłe, religie na nowo poklejone, zastosowane do świeżych potrzeb, są tylko przynętą... Poznaj tylko dobrze życie, pokochaj je, żyj w taki sposób, w jaki żyć się powinno: nie istnieje inna mądrość, inna nauka.
Lecz Klotylda wyrwała rękę ruchem gwałtownym, a gniewnym. W głosie zaś zadrżała nuta niesmaku.
Życie jest obrzydliwem, skądże tedy możesz wymagać, abym żyła szczęśliwa i spokojna?... Twoja wiedza rzuca na świat potok strasznej jasności, twoja analiza dosięga wszystkich naszych ran ludzkich, by tylko wzniecać jeszcze większy popłoch. Mówisz wszystko, mówisz bez ogródek, zostawiasz nam tylko nudy po ludziach i rzeczach, nie użyczając żadnego, możliwego pocieszenia.
Pascal przerwał jej tutaj okrzykiem, pełnym głębokiego przekonania.
— Wszystko trzeba powiedzieć, ach, tak! aby wszystko poznać i wszystko wyleczyć!
Gniew się wzmagał; Klotylda usiadła.
— Gdyby jeszcze przynajmniej istniała w twojej przyrodzie równość i sprawiedliwość! Przyznaj atoli przed sobą samym, iż życie należy do najsilniejszych; słaby musi ginąć niemal na mocy przeznaczenia, ponieważ jest słabym. Niema dwóch istot równych, ani pod względem zdrowia, ani pod względem piękności, ani pod względem inteligencyi: wszystko zależy od losu, od przypadku, od ślepego doboru... To też wszystko wali się w gruzy, od kiedy zniknęła święta i wielka sprawiedliwość!
— To prawda — szepnął Pascal półgłosem, niby do siebie samego — równości daremnie szukać! Gdyby społeczeństwo oparło się na równości, musiałoby ono zginąć! Przez ciąg długich wieków sądzono, że będzie można złemu zaradzić z pomocą miłosierdzia. Lecz świat potrzaskał się na kawały; dzisiaj zaś znowu, proponują jako środek leczniczy sprawiedliwość... Czyż przyroda jest istotnie sprawiedliwą? Ja uważam ją raczej za logiczną. Logika to właśnie, być może, sprawiedliwość naturalna i wyższa, zmierzająca prosto ku sumie wspólnej pracy, ku wielkiemu trudowi końcowemu.
— A więc, prawda! — zakrzyczała — To jest sprawiedliwość, miażdżąca jednostki na korzyść rasy; niszcząca gatunek osłabiony, celem utuczenia gatunku zwycięskiego... Nie, nie! To zbrodnia! Istnieją tylko sprośność i zbrodnia. Dzisiejszego wieczora w kościele, ksiądz miał słuszność: ziemia jest zepsutą, wiedza zaś pomnaża tylko gnicie ogólne; do nieba należy nam wszystkim spoglądać i uciekać O! mistrzu, błagam cię, pozwól, abym zasłużyła na zbawienie; pozwól też, abym i ciebie mogła zbawić!
Teraz wybuchnęła płaczem, odgłos zaś jej łkań rozlegał się wokoło z hałasem szalonym wśród ciszy nocnej. Napróżno Pascal usiłował ją uspokoić, Klotylda wciąż tem silniej głos podnosiła.
— Wysłuchaj mię, mistrzu, wiesz, że cię kocham, ponieważ jesteś dla mnie wszystkiem... A właśnie tylko ty jeden wznieciłeś we mnie taką burzę, którą daremnie usiłuję stłumić, ponieważ wciąż prześladuje mię myśl, że nie zgadzamy się i bylibyśmy rozłączeni na zawsze, gdybyśmy jutro oboje umarli.. Dlaczego nie chcesz wierzyć?
Doktór usiłował ją jeszcze przekonać.
— Ależ, moja droga, ty nie jesteś przy zdrowych zmysłach...
Wówczas Klotylda uklęknąwszy, schwyciła go za ręce i przyczepiła się do niego gorączkowym uściskiem. I zaklinała go jeszcze głośniej, takim okrzykiem rozpacznym, iż cała okolica mroczna, z oddali, wtórzyła jej łkaniom.
— Posłuchaj, co ksiądz powiedział w kościele... Potrzeba zmienić tryb życia i zacząć czynić pokutę; trzeba spalić wszystkie błędy przeszłości, tak, spalić wszystkie twoje książki, dokumenta, rękopisy... Uczyń to poświęcenie, mistrzu, błagam cię na kolanach. A zobaczysz, co za życie prześliczne będziemy odtąd prowadzili we dwoje.
Ostatecznie Pascal uniósł się gniewem.
— Nie! tego już za dużo, milcz!
— Mistrzu, jeżeli rozumiesz mię choć trochę, uczynisz, o co cię proszę... Zapewniam, iż jestem strasznie nieszczęśliwą, nawet kochając cię tak, jak ja cię kochani. Czegoś niedostaje naszej miłości. Do tej chwili była ona ziemską i bezużyteczną; czuję zaś popęd nieprzeparty do wypełnienia jej pierwiastkami boskiemi i wiecznemi... Brakuje między nami jedynie Pana Boga? Uklęknij i módl się ze mną!
Doktór ruchem gwałtownym wyrwał się z jej rąk, silnie już rozgniewany.
— Milcz, bo gadasz od rzeczy. Pozostawiłem ci wszelką swobodę, pozostaw ją i mnie także.
— Mistrzu, mistrzu, przecież ja pragnę tylko naszego szczęścia! Uniosę cię daleko, bardzo daleko. Pójdziemy na pustynię, gdzie będziemy żyli razem z Panem Bogiem!
— Milcz... Nie, nigdy!
Przez chwilę więc patrzyli sobie, twarz w twarz, milczący i nawzajem sobie grożący. Dokoła nich Soulejada oddychała ciszą nocną i rozlewała cienie lekkie oliwek, oraz czarnych sosien i jaworów, wśród których źródełko śpiewało głosem zasmuconym; a nad ich głowami niebo rozległe, gwiazdami nasiane, zda się, pobladło, mimo daleką jeszcze jutrzenkę, od dreszczu, który niem wstrząsał.
Klotylda podniosła rękę, jakgdyby chciała wskazać na ową nieskończoność drżącego nieba. Pascal atoli ruchem nagłym ujął teraz jej rękę w swoją i skierował ją ku ziemi. Poza tem zresztą nie wymówili ani jednego słowa; pałali ku sobie niechęcią; roznamiętnienie tryskało z ich oczów groźbą głuchą. Było to już poróżnienie na ostro.
Klotylda wreszcie szybko wyciągnęła rękę i odskoczyła na bok, niby zwierzę niepoczytalne i silne, które się wspina; potem zaś pędem pobiegła, pomimo mroków nocnych, ku domowi. Słychać było odgłos jej bucików małych, stukających po kamieniach klepiska; ten odgłos ucichł następnie, gdyż Klotylda musiała biedź po piasku alei. Doktór, już tylko zasmucony, przyzywał ją głosem usilnym. Lecz synowica nie chciała go wysłuchać, nie odpowiadała mu i biegła ustawicznie. Wówczas Pascal, zdjęty obawą, z sercem ściśniętem, rzucił się za nią, obiegł naokoło rogu kępy jaworów, lecz spóźnił się, gdyż dostrzegł, jak pędem szalonym wbiegła do przedsionka. Pędził więc również jak szalony, przeleciał po schodach i rzucił się ku drzwiom jej pokoju, które ona właśnie gwałtownie zamykała na klucz. Tutaj dopiero się uspokoił, i całą siłą zapanowawszy nad sobą, powstrzymał okrzyk, który mu się wyrywał z piersi, chęć przywołania jej, żądzę wyłamania owych drzwi, celem jej odzyskania, przekonania i zachowania wyłącznie dla siebie. Przez chwile pozostał nieruchomy, wobec ciszy, panującej w owym pokoju, skąd ani jeden szmer nawet nie dolatywał. Bezwątpienia, rzuciwszy się twarzą na łóżko, w poduszkach topiła swoje krzyki i łkania. Ostatecznie postanowił zejść na dół, aby zamknąć drzwi przedsionka, poczem cichutko wszedł z powrotem do sali, by podsłuchać, czy Klotylda się nie skarży; i dzień jasny już się rodził, gdy zrozpaczony i zduszony łzami, kładł się na spoczynek.
Od tej chwili zapanowała wojna bez litości. Pascal czuł naokoło siebie szpiegostwo, zdradę, groźbę. Już przestał nadal mieszkać niejako u siebie; już nie miał więcej domu: nieprzyjaciel był tutaj ustawicznie, zmuszając go do ciągłych obaw, do ustawicznego zamykania szaf i szuflad. Raz po razu rozbito mu na kawałki dwa flakoniki substancyi nerwowej, którą przyrządził; musiał tedy zamykać się w swoim pokoju, skąd przez dni całe dochodził odgłos tłuczka, nie wychodził zaś stamtąd nawet w godzinach, przeznaczonych na odpoczynek. W dni zwykłych odwiedzin nie brał już ze sobą Klotyldy, ponieważ zastraszała chorych zachowaniem się, które jawnie zdradzało napastniczą niewiarę w ów środek. Ile razy przecież wyszedł, spieszył się strasznie, celem powrócenia jak najprędzej, ponieważ obawiał się, by nie oderwano zamków i porozbijano szaf. Nie używał też Klotyldy do porządkowania lub przepisywania notatek od chwili, gdy kilka z tych ostatnich zginęło bez śladu, jak gdyby je wiatr pounosił. Nie śmiał się nawet posługiwać nią przy robieniu korekt, odkąd stwierdził, że wyrzuciła cały ustęp w artykule, ustęp, rażący jej wiarę katolicką. Klotylda zaś rozpróżniaczyła się zupełnie, włóczyła się tylko z kąta w kąt i czekała na sposobność, która pozwoliłaby jej schwytać klucze od wielkiej szafy. To dostanie kluczy musiało tworzyć główne jej marzenie, musiało być zamiarem, wciąż pieszczonym w duszy podczas ustawicznego milczenia, w jakie wpadała; oczy jej wówczas błyszczały niezdrowym blaskiem, a ręce drżały gorączkowo: dostać klucz, a potem otworzywszy szafę, wszystko za brać, wszystko zniszczyć, wszystko ofiarować na ołtarzu całopalenia, co niezawodnie Panu Bogu sprawi przyjemność.
Kilka kartek rękopisu, które doktór przez zapomnienie zostawił na rogu stołu, idąc umyć ręce i przebrać się, zniknęły natychmiast; jedynym po nich śladem była kupka popiołu w głębi kominka. Pewnego wieczora, gdy zapóźniwszy się przy jednym z chorych, szybkim krokiem o zmroku podążał ku domowi, zdjął go strach paniczny. Będąc bowiem na przedmieściu, ujrzał olbrzymią smugę czarnego dymu, w kłębach podnoszącego się ku górze i brudzącego czyste niebo. Czyż to przypadkiem nie paliła się cała Soulejada, podpalona jego papierami, rzuconemi na stos ofiarny? Popędził tedy naprzód niemal biegiem i uspokoił się dopiero wówczas, gdy zobaczył, iż na polu sąsiednim wypalano korzenie, skąd dym zwolna podnosił się ku niebu.
I jakże strasznie skutkiem takiej obawy musiał cierpieć ów uczony, widząc, iż godzą w ten sposób na jego umysłowość, oraz na jego prace! Przecież owe odkrycia, których dokonał, owe rękopisy, przez niego opracowane, tworzą tytuł jego chwały; są to niejako istoty, jego krwią zapłodnione, jego dzieci niemal; kto więc niszczyłby je lub palił, paliłby jego własne ciało. W całej tej nagance zresztą, przedsiębranej na jego myśl, najbardziej martwił go fakt, iż ów nieprzyjaciel mieszka nietylko pod jego dachem, ale zagnieździł się i w jego sercu, skąd nie może go wypędzić, ponieważ mimo wszystko kocha go pełnią uczuć. Był więc rozbrojonym, nie zdatnym do obrony, nie chcącym i nie mogącym działać, nie mającym innego środka, jak tylko nadzwyczajną czujność. Czuł przecież, iż go naciskają ze wszystkich stron, czuł niemal owe małe, złodziejskie rączęta, jak wślizgują się w głąb jego kieszeni; był ustawicznie niespokojnym, nawet przy drzwiach zamkniętych, ponieważ obawiał się, by go nie okradziono przez szczeliny.
— Ależ, dziecię nieszczęśliwe! — zawołał pewnego dnia, — kocham ciebie tylko jedną na świecie i właśnie ty mię zabijasz!... A przecież i ty mię kochasz, wiem, iż robisz to wszystko jedynie dlatego, że mię kochasz, a to rzecz tak szkaradna, i może byłoby lepiej, abyśmy skrócili owe męczarnie natychmiast, rzucając się z kamieniem u szyi w głębiny wody.
Klotylda milczała, lecz jej oczy dzielne aż zanadto wyraźnie i ogniście mówiły, że umarłaby chętnie odrazu, gdyby tylko mogła umrzeć wraz z nim.
— Gdybym więc umarł tej nocy, nagle, cóżby się tutaj działo jutro... Opróżniłabyś szafę, opróżniłabyś szuflady i wszystkie moje prace zrzuciłabyś na stos jeden i spaliłabyś je pospołu? Tak jest, nieprawdaż?... A czy wiesz, że taki czyn równałby się prawdziwemu morderstwu; byłoby to zupełnie to samo, jak gdybyś kogo zabiła? A cóż to za podłość wstrętna zabijać myśl!
— Nie! — odpowiedziała głosem stłumionym — zabijać zło znaczy przeszkadzać mu, by się nie rozszerzało i nie odrastało z powrotem!
Każda obopólna rozmowa podsycała jedynie ich gniew. Formalne burze rozgrywały się pomiędzy nimi. Pewnego wieczora stara pani Rougon trafiła właśnie na jedną z takich sprzeczek. Gdy więc została sama z Pascalem, Klotylda zaś uciekła do swego pokoju i tam się zamknęła, nastało przez chwilę milczenie kłopotliwe. Stara matka usiłowała wprawdzie odgrywać rolę zmartwionej, ale w głębi jej źrenic ruchliwych świecił blask radości.
— Ależ wasz dom biedny — krzyknęła wreszcie — zmienił się teraz w piekło!
Doktór odpowiedział tylko gestem. Przeczuwał bo wiem oddawna, że poza młodą dziewczyną kryje się jego matka, podniecając w niej wierzenia religijne i zużytkowując ów ferment przeciwko niemu, aby tylko wzbudzać zamęt jej potrzebny. To też nie łudził się, wiedział bowiem wybornie, iż za dnia obie kobiety widziały się ze sobą, i właśnie tej rozmowie trującej i obliczonej z góry, zawdzięcza ową scenę okropną, po której jeszcze drżał na całem ciele. Bezwątpienia, matka przybyła teraz oglądać postępy, jakie robi jej robota podziemna, oraz sprawdzić równocześnie, czy prędko nastąpi ostateczny wybuch.
— Tak dalej — podjęła znowu — dziać się nie może. Dlaczego się nie rozłączycie, skoro już nie zgadzacie się z sobą? Powinieneś odesłać Klotyldę do brata, do Maksyma, który właśnie w tych dniach znowu pisał do mnie z prośbą o jej przyjazd.
Doktór, blady, energicznie zaprotestował.
— Mielibyśmy rozstawać się w gniewie, nie, nie; odczuwałbym z tego powodu do końca życia wyrzuty ostre i smuciłbym się nieskończenie ciężko. Jeżeli Klotylda ma wreszcie odjechać, to pragnąłbym, abyśmy, choć zdaleka, mogli się kochać... Dlaczegóż atoli ma odjeżdżać? Nie skarżymy się, ani jedno, ani drugie.
Felicyta zrozumiała, że zbytnio się pospieszyła.
— Bezwątpienia, jeżeli tylko lubicie się kłócić, nikt się nie będzie do tego wtrącał... Pozwól przecież, biedny przyjacielu, abym ci oświadczyła, że w tym wypadku przypisuję nieco słuszności, również i Klotyldzie. Zmuszasz mię w ten sposób do wyznania, że ją widziałam przed kilku godzinami: tak jest, lepiej, ażebyś o tem wiedział, nie chcę dłużej zachowywać milczenia, nawet mimo dane przyrzeczenie. A więc, Klotylda nie jest szczęśliwą, skarży się ustawicznie; bądź pewien wprawdzie, że zburczałam ją porządnie i poleciłam, aby była zupełnie wobec ciebie uległą. To jednak nie przeszkadza mi do wydania trzeźwego sądu o tobie, do stwierdzenia, że nie robisz nic a nic dla swego szczęścia.
Usiadła i zmusiła go, by również usiadł w kącie sali, gdzie zdawało się, że ku wielkiej swojej radości trzyma go osamotnionego, zupełnie w swojej mocy. Już kilka razy chciała go w taki sposób zmusić do pewnych wyjaśnień, których on unikał. Jakkolwiek od wielu już lat trapiła go ustawicznie, zupełnie nie pojmując jego wartości, to przecież ani na chwilę nie przestał być synem nader oddanym i przyrzekł sobie nigdy nie przekroczy granic zachowania się pełnego szacunku. To też, choćby nie wiem, jakie poruszała przedmioty, doktór zachowywał zawsze milczenie uporczywe.
— No, przypuśćmy — ciągnęła dalej — że nie chcesz ustąpić Klotyldzie, rozumiem to; zrób atoli dla mnie!... A gdybym cię tak błagała o poświęcenie dla mnie tych wstrętnych dokumentów, zamkniętych tam w szafie! Przypuśćmy na chwilę, że umrzesz nagle, te papiery zaś wpadną w ręce osób zgoła obcych: niesława spadnie na nas wszystkich... Przecież tego życzyć sobie nie możesz, nieprawdaż? Jakiż ostatecznie więc twój cel? Dlaczego upierasz się przy zamiarze tak niebezpiecznym?... Przyrzeknij mi, że je spalisz.
Doktór milczał i milczał, aż wreszcie odpowiedział:
— Moja matko, prosiłem cię już raz. abyśmy nigdy o tem nie mówili... Nie mogę bowiem zadosyć uczynić twej prośbie.
— Więc ostatecznie — krzyknęła — podaj mi powód takiego postępowania! Powszechnie mówią, że dobro naszej rodziny tyle cię obchodzi, co tamto stado wołów, pasących się tam na dole... A przecież należysz do rodziny... Och! wiem wybornie, że robisz wszystko, by uwolnić się od łączności z nami. Ja sama niekiedy dziwiąc się, pytam, skąd ty do licha się wziąłeś. I czyż to nie jest bardzo szpetnie z twojej strony wszelkiemi siłami starać się nas zbrukać, nawet nie troszcząc się na myśl, iż to wszystko smuci mnie, twoją matkę... Jest to poprostu grzech śmiertelny.
Doktór oburzył się i na chwilę uległ chęci bronienia się, mimo pierwotny zamiar stanowczego milczenia.
— Ależ, matko, jesteś niesprawiedliwą, gdyż zgoła nie masz słuszności. Wierzyłem zawsze w skuteczność, oraz konieczność prawdy. Prawdą jest, że nie taję nic zgoła, ani o innych, ani o sobie; robię zaś to dlatego, że wierzę niezachwianie, iż mówiąc wszystko, postępuję drogą jedynie dobrą... Przedewszystkiem, owych dokumentów nie przeznaczyłem na widok publiczny; są to poprostu moje notatki osobiste, z którymi rozstać się byłoby dla mnie rzeczą nader bolesną. Następnie, jestem pewien, iż nie tylko te jedne papiery przeznaczacie na spalenie: oto chcielibyście także rzucić w ogień wszystkie inne moje prace, nieprawdaż? Ja zaś wcale sobie tego nie życzę, czy mię rozumiecie? Nigdy, póki żyję, nikt tutaj nie zniszczy ani skrawka rękopisu.
Lecz wnet pomiarkował się, że mówi za dużo. Widział, jak już matka się do niego zbliża, przyciskać go zacznie do muru i zmusi do nader okrutnego wyjaśnienia.
— A więc — zaczęła — idźmy już aż do końca, powiedz otwarcie, co masz nam do zarzucenia... Tak jest, mnie naprzykład, cóż możesz zarzucić? Czyż nie wychowałam was nader starannie wśród trosk rozlicznych? Och, jakże długo szczęście nie chciało się uśmiechnąć! Jeżeli dzisiaj znajdujemy się w niezłem położeniu, to zasłużyliśmy na nie w pocie czoła. Ponieważ byłeś świadkiem wszystkiego, a zarazem wszystko pchasz do swoich papierów, możesz sam najlepiej zaświadczyć, iż rodzina nasza więcej oddała usług innym, aniżeli odniosła wzamian za to zysków. Bez nas Plassans dwukrotnie znalazłoby się w ładnych opałach. A przecież to zupełnie zrozumiałe, że pobudziliśmy niechętnych i zazdrosnych do tego stopnia, iż dzisiaj całe miasto zachwycałoby się skandalem, któryby nas obryzgał... Do tego przecież chyba doprowadzać nie zechcesz; jestem też przekonaną, że przyklaśniesz mojemu postępowaniu od chwili upadku cesarstwa, tudzież nieszczęść, pod ciężarem których Francya nigdy nie zdoła się podnieść.
— Nie tykajmy Francyi, moja matko! — odezwał się doktór na nowo, ponieważ Felicyta świadomie uderzała w najczulsze struny jego serca. — Francya ma organizm wytrwały, to też jestem pewien, iż niebawem zadziwi świat cały szybkością, z jaką będzie przychodziła do zdrowia... Bezwątpienia, istnieją tutaj żywioły zgniłe. Nie ukrywałem ich nigdy, być może nawet, iż zawsze wyciągałem je aż na samą powierzchnię pod światło. Nie zrozumiesz mnie matko zgoła, kiedy powiem, iż wierzę święcie w ostateczne uzdrowienie, — ponieważ teraz pokazuję rany i rozpadliny. Wierzę przecież w życie, że samo wydziela bezustanku nabytki szkodliwe, odnawia ciało celem zagojenia ran, samo przez się ciągle podąża ku zdrowiu, ku ustawicznemu odnawianiu się poprzez nieczystości i śmierć.
Uniósł się, lecz zdając sobie z własnego stanu sprawę, zrobił tylko gest gniewny i umilkł. Matka znowu przerzuciła się do płaczu, płakała małemi, urywanemi łzami, które z trudnością wyciekając z pod powiek, natychmiast wysychały. Teraz zaczęła znowu opowiadać o swoich obawach, zatruwających jej całą starość, błagała go, tak, ona również, aby pogodził się z Panem Bogiem ze względu na rodzinę. Czyż ona sama nie tworzyła przykładu odwagi bohaterskiej? Całe Plassans, dzielnica św. Marka, Stare Miasto i Nowe Miasto oddawały hołd jej zachowaniu, pełnemu godności. Żądała więc tylko, by dzieci pomagały jej, wedle możności, żądała od wszystkich dzieci podobnych, jak i z jej strony wysiłków. Tak więc przypomniała Eugeniusza, wielkiego męża stanu, który, spadłszy z tak wysoka, zadawalniał się teraz rolą zwyczajnego deputowanego, broniącego aż do ostatniego tchnienia upadłych rządów, kiedy to był ich sławą i podporą. Nie szczędziła też pochwał i dla Aristidesa, który nigdy nie rozpaczał, za czasów rzeczypospolitej zaś zdobył z powrotem bardzo piękne stanowisko, mimo katastrofy niezasłużonej, grzebiącej go na chwilę wśród gruzów zrujnowanego „Związku powszechnego“. Tylko on sam Pascal pozostawał na boku i nie chciał zrobić żadnych ustępstw, aby jego matka umarła spokojną, widząc i ciesząc się ostatecznym tryumfem Rougonów? A przecież on, Pascal, jest tak rozumny, tak czuły, tak dobry! Czyżby to istotnie było rzeczą niemożliwą, by w niedzielę nadchodzącą on, Pascal, poszedł na mszę i spalił te obrzydliwe papierzyska, o których na myśl samą już zapada na zdrowiu?
Prosiła go, nakazywała mu, groziła. Pascal atoli milczał, spokojny, niepokonany, obwarowany zresztą zwykłem swojem postępowaniem, pełnem uległego szacunku. Nie chciał wdawać się w żadne rozprawy, znał ją bowiem zbyt dobrze, by łudzić się nadzieją jej przekonania lub śmiało pomówić o przeszłości.
— Otóż to właśnie — krzyknęła wreszcie, widząc go niewzruszonym — bieda! Ty nie należysz do naszej rodziny, zawsze to powtarzałam. Zniesławiasz nas tylko.
Pascal uchylił głowy.
— Moja mamo, po namyśle przebaczysz mi z pewnością wszelką.
Tego dnia Felicyta już nie umiała nad sobą zapanować; spotkawszy tedy Martynę u drzwi domu, tuż przed jaworami, ulżyła sobie głośnemi narzekaniami, nie wiedząc, iż Pascal słyszał wszystko, ponieważ zaraz potem poszedł do swego pokoju, gdzie okna były pootwierane. Nie kryła gniewu ani trochę i posunęła się tak daleko, że poprzysięgła sobie zdobyć papiery i zniszczyć je, skoro nie chce dobrowolnie uczynić tej ofiary. Doktora przecież najbardziej zranił sposób, jakim Martyna ją uspakaja, sposób, wyrażający nie tylko współczucie, lecz i zgodę zupełną. Widocznie była tutaj wspólniczką Felicyty, powtarzała jej bowiem, iż trzeba czekać i nie śpieszyć się zbyt gwałtownie, ponieważ i panienka i ona już przysięgły poprowadzić pana tam, gdzie było potrzeba, nie pozostawiając mu ani jednej godziny spokoju. Tak, poprzysięgły, że pogodzą go z Panem Bogiem, ponieważ to rzecz niemożliwa, by taki święty człowiek, jak pan, żył bez religii. I tu głosy obu kobiet, stłumione, zmieniły się w szept, w szept cichy, w mruczenie plotkarskie lub spiskowe; od czasu do czasu dolatywały tylko słowa niezrozumiałe, jakieś rozkazy, wydawane przez matkę, obietnice, składane przez Martynę, słowem zamach na jego wolność osobistą. Gdy wreszcie matka oddaliła się swym krokiem lekkim, kołysząc się w kibici, niby młoda dziewczyna, Pascal spostrzegł, iż cała jej postawa wyraża wielkie zadowolenie.
Nadeszła godzina zwątpienia, zniechęcenia całkowitego. Pascal, upadłszy bezsilnie na krzesło, zaczął się w duchu pytać, po co walczyć dalej, skoro jedyne osoby, ukochane przez niego właśnie, przeciwko niemu się zwracają. Ta Martyna, która na jedno jego skinienie rzuciłaby się bez wahania w ogień, teraz zdradza go w taki sposób — dla jego dobra! Klotylda zaś łączy się z ową służącą i spiskuje po kątach, każąc jej pomagać w zastawianiu na niego sideł! Teraz już został naprawdę sam, zupełnie sam, otaczały go zaś same zdrajczynie, zatruwające naokoło niego wszystko, nawet owo powietrze, którem oddychał. Te dwie jeszcze przynajmniej go kochały, mógł więc się spodziewać, iż z biegiem czasu zdoła je rozczulić i rozbroić; odkąd atoli spostrzegł poza ich plecami matkę, panią Felicytę, wytłomaczył sobie natychmiast ich zaciętość i nawet nie spodziewał się ich ułagodzić. Bojaźliwy, jak niemal każdy uczony prawdziwy, żyjący zawsze zdała od kobiet, oddający się stale ulubionym badaniom, uginał się formalnie na myśl, iż wszystkie trzy kobiety razem sprzysięgły się, aby go opanować i zmusić do posłuszeństwa. Jednę z owej trójcy instynktownie zawsze czuł w pobliżu; zamknąwszy się w pokoju, odczuwał ich obecność poza ścianą; dręczyły go one najbardziej ową obawę ciągłą, że ukradną mu jego myśli, zanim ta ostatnie jeszcze zdołają dojrzeć pod jego czaszką.
Była to bezwątpienia najnieszczęśliwsza epoka z życia doktora Pascala. Ciągły przymus, ciągła obrona, o której musiał myśleć, złamały go całkowicie; chwilami zdawało się mu, że podłoga domu załamuje się pod jego stopami. Żałował wówczas bardzo gorąco, że się nie ożenił i nie miał własnych dzieci. Czyżby i on sam również obawiał się życia? Czyż los nie karze go teraz za takie samolubstwo? Owa tęsknota za dziećmi przestraszała nieraz jego samego; łzy ukazywały się mu teraz w oczach, gdy spotykał na drodze małe dziewczynki o wesołem spojrzeniu, które się do niego uśmiechały. Prawda, że posiadał Klotyldę, lecz to była zgoła inna miłość, jak na teraz, przerywana burzami, nie zaś miłość spokojna, niewymownie słodka, miłość słodka, miłość dziecka, w której cieple pragnąłby złożyć swoje serce zbolałe. Zresztą, przeczuwając bliski kres własnego istnienia, pragnął przedewszystkiem przedłużenia swojego „ja“, pragnął dziecka, będącego niejako dalszym ciągiem jego samego. Im bardziej cierpiał, tem większą pociechę sprawiała mu jego wiara w życie. Według własnego zdania, nie odziedziczył zboczeń fizyologicznych całej rodziny; lecz nawet myśl, iż dziedziczność omija niekiedy jedno pokolenie tak, iż jego syn mógłby posiadać wszystkie wady przodków, zbytnio go nie przestraszała; tak więc trafiały się dni, że życzył sobie owego syna nieznanego mimo starego, zgniłego pnia, mimo długiego szeregu krewniaków przeklętych, tak, życzył go sobie, jak sobie życzymy szczęścia niespodziewanego, wesołości, rzadko się trafiającej, łaskawego uśmiechu szczęścia, które pociesza i wzbogaca raz na zawsze. Wśród wiru innych jego uczuć, teraz pobudzonych, serce płakało na widok, iż to wszystko zapóźno.
Pewnej nocy dusznej, pod koniec września, Pascal żadną miarą nie mógł zasnąć. Otworzył jedno z okien swego pokoju; niebo było czarne; gdzieś zdala musiała szaleć burza, ponieważ głuchy turkot pioruna nie milkł ani na chwilę. Trudno nawet było odróżnić wyraźnie ciemną kępę jaworów; jaśniejsze zaledwie błyski ukazywały w ciemnościach chwilami tylko plamy niewyraźne posępnej zieloności. Duszę jego przepełniały jakieś smutki posępne; przypominał sobie ostatnie dni niedobre, wciąż jeszcze sprzeczki, męczarnie, zdradą sprawiane lub podejrzeniami, które rosły bez miary. Nagle, w tej właśnie chwili przypomniał sobie drobną okoliczność, która dreszczem trwogi wstrząsnęła całe jego ciało. Z obawy, by go nie zrabowano, nosił ostatecznie klucz od wielkiej szafy zawsze przy sobie. Tego przecież popołudnia, zmordowany upałem, zdjął kamizelkę i właśnie przypomniał sobie, iż widział, jak Klotylda ją wieszała na gwoździu w sali. Otóż tutaj właśnie wstrząsnął nim dreszcz gwałtowny: jeżeli domacała się klucza w głębi kieszeni, ukradła go z pewnością. Rzucił się w tył i zbadał kamizelkę, którą rzucił na krzesło. Klucza nie było. Przeczuł więc natychmiast, iż teraz, właśnie w tej chwili musiano go w najlepsze rabować Druga godzina po północy wybiła; nie ubierając się tedy, ot, poprostu w spodniach, z stopami gołemi w pantoflach, a piersią odsłoniętą, wyglądającą z pod pomiętej koszuli nocnej, gwałtownie roztworzył drzwi do sali i wskoczył tam z lichtarzem w ręku:
— Ach! — zakrzyczał — wiedziałem o tem! Złodziejko! morderczyni!
I była to prawda czysta. Klotylda tu była, nieubrana, tak jak on boso, w płóciennych swych pantofelkach, bez pończoch, z gołemi ramionami, zaledwie okryta krótką spódniczką i koszulą. Przez ostrożność nie przyniosła ze sobą świecy i tylko uchyliła okiennice jednego z okien. I burza, która szumiała właśnie wprost okna ku południowi po niebie smołowo czarnem, ciągłe błyskawice wystarczały jej, nadając wszystkim przedmiotom jakąś dziwną trupią fosforescencyę. Stara szafa o szerokich bokach była na oścież otwarta. Już wypróżniła z niej całą górną półkę, wydobywając akta naręczami i rzucając je na długi stół, stojący na środku, gdzie się ze sobą mieszały. I gorączkowo, z obawy, że nie będzie miała czasu ich spalić, robiła z nich właśnie paczki, z tą myślą, że je schowa, że je odeśle potem do babki swojej, gdy w tem nagła jasność świecy, oświecając ją całą, unieruchomiła ją, w pozycyi niepokoju i walki zarazem.
— Kradniesz mnie i zabijasz!... — powtórzył Pascal z wściekłością.
W obnażonych ramionach trzymała jeszcze jedne takie akta. Chciał je odebrać jej, ale ściskała je z całych sił swoich, uparta w swojem dziele zniszczenia, bez pomieszania, ani żalu, jak żołnierz walczący, wierzący w prawo swoje do łupu zdobytego. Wtedy on zaślepiony, rozszalały, rzucił się na nią i bić się zaczęli. Pochwycił ją w pół w jej nagości i ból jej zadawał.
— Zabij mnie!... zabij!... — jąkała. — Zabij, bo wszystko podrę w kawałki!...
— Jeśli dziecko kradnie... to je karać trzeba!..
Kilka kropel krwi ukazało się pod obojczykiem i wzdłuż ramienia jej toczonego, którego jedwabną skórę, lekkie draśnięcie rozerwało. I w jednej chwili poczuł ją tak rozgorączkowaną, tak boską kształtami swego smukłego ciała dziewiczego, że ją puścił. Ostatnim wysiłkiem wyrwał jej akta.
— A teraz!., pomożesz ułożyć mi je tam na półce!.. Do miliona dyabłów!.. Chodź tu i zacznij od tego, żeby je uporządkować tu na stole!... Rozumiesz mnie!...
— Rozumiem, mistrzu...
Zbliżyła się, pomagała mu, zwyciężona, złamana, tym potężnym uściskiem mężczyzny, który niejako wdarł się w jej ciało. Świeca, paląca się wysokim płomieniem, wśród tej nocy ciężkiej, oświecała ich, a w dali odgłosy przeciągłe grzmotów i piorunów nie ustawały, okno, otwarte na burzę, wydawało się w ogniu gorejącem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.