Doktór Pascal/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Doktór Pascal
Podtytuł Powieść
Data wydania 1894
Wydawnictwo Red. tyg. "Romans i Powieść"
Druk Drukiem A. Pajewskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Docteur Pascal
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


III.

W przeciągu miesiąca następnego wzajemne nieporozumienia wzrastały; Klotylda gryzła się nadewszystko widząc, iż Pascal zamyka teraz szafy i szuflady na klucz. Nie żywił już bowiem do niej dawniejszego zaufania, co ją do tego stopnia martwiło, że najniezawodniej spaliłaby owe dokumenta, gdyby choć raz spostrzegła szafę otwartą. Podnieta tedy babki Felicyty zaczynała wydawać owoce. Sprzeczki również zaczęły się ponownie; często nie mówiono do siebie przez dwa dni.
Pewnego poranka, podczas takiego dąsania się, które trwało jeszcze od przedwczoraj, Martyna posługując przy stole, rzekła:
— Przed chwilą, gdy przechodziłam przez plac Podprefektury, widziałam, jak pewien przyjezdny wchodził do domu pani Felicyty. Zdaje się mi, że go poznałam... Tak, proszę panienki, to będzie zapewne brat panienki; doprawdy, chyba się nie mylę.
Nagle tedy Pascal i Klotylda zaczęli do siebie mówić.
— Twój brat? A czyż babka go oczekiwała?
— Nie, nie sądzę... Czeka już bowiem na niego od pół roku. Wiem, że pisała do niego ponownie przed tygodniem.
Oboje więc spytali się Martyny:
— Tam do licha, proszę pana, nie mogę powiedzieć nic pewnego, ponieważ widziałam pana Maksyma jeszcze przed czteroma laty. Bawił u nas w przejeździe do Włoch przez dwie godziny. Musiał się od tego czasu bardzo zmienić... Mimo to zdaje mi się, że z tyłu go poznałam.
Rozmowa potoczyła się w dalszym ciągu; Klotylda okazywała radość widoczną z powodu tego epizodu, dzięki któremu ustało nareszcie owo milczenie uciążliwe, Pascal zaś wywnioskował:
— Zresztą, jeżeli to on w samej rzeczy, odwiedzi nas niezawodnie.
Był to istotnie Maksym.
Przez kilka miesięcy wciąż odmawiając prośbom natarczywym starej pani Rougon, ustąpił nakoniec i zgodził się przyjechać do babki, która ze swej strony chciała już raz położyć kres historyi, dotykającej nader nie przyjemnie całą rodzinę. Ta historya sięgała lat dawniejszych, z każdym rokiem atoli nabierała doniosłości poważniejszej.
Przed laty piętnastu siedemnastoletni Maksym uwiódł służącą i spłodził z nią syna. Była to niedorzeczna przygoda hultaja pieszczonego, przygoda, z której Saccard wraz z macochą Renée, oburzoną jedynie tak niegodnym wyborem przedmiotu zapałów miłosnych, uśmiał się serdecznie. Służąca, Justyna Mégot pochodziła z wsi sąsiedniej; była to dziewczyna również siedemnastoletnia, blondynka, posłuszna i uprzejma; wysłano ją tedy do Plassans, dawszy tysiąc dwieście franków rocznego dochodu na wychowanie małego Karolka. W trzylata później, Justynę poślubił rymarz z przedmieścia, Anzelm Thomas, dobry rzemieślnik i bardzo rozsądny chłopak. Zachęciła go do tego kroku owa renta. Justyna zresztą, od chwili urodzenia się Karolka żyła jak najprzykładniej, utyła i pozbyła się kaszlu, — dziedzicznego spadku po rodzicach pijakach, spadku, mogącego wyrodzić się w następstwa bardzo niedobre. Dwoje dzieci następnych, spłodzonych przez męża, chłopiec dziesięcioletni i mała, siedmioletnia dziewczynka, oboje tłuści i czerwoni, cieszyło się zdrowiem wyśmienitem; byłaby tedy ona kobietą bardzo poważaną i najszczęśliwszą, gdyby nie troski i nieporozumienia małżeńskie, wywoływane z powodu Karolka Tomasz, jakkolwiek brał rentę, nienawidził cudzego dziecka i bił je, nad czem znowu bolała matka, bardzo nadto dobra i cicha żona. Zresztą, ponieważ bardzo go kochała, oddałaby go jak najchętniej celem zapewnienia mu bytu rodzinie męża.
Karolek, mając lat piętnaście, wyglądał na malca zaledwie dwunastoletniego; umysł jego nie rozwijał się zupełnie i pozostał na poziomie niedorzecznym dziecka lat pięciu. Zdumiewająco podobny do swej praprababki, ciotki Didy, obłąkanej z Tulettes, był wiotki, delikatny i zgrabny, podobny do jednego z owych królewiczów anemicznych, na których kończy się ród cały, o włosach długich, a białych, lekkich i miękich niby z jedwabiu. Jego wielkie, jasne oczy były nieruchome i bezmyślne; jego piękność niepokojąca miała na sobie cień śmierci. I nie znalazłbyś tam ani mózgu ani serca; był to tylko mały piesek rozwiązły, który ocierał się o ludzi celem odbierania pieszczot. Jego prababka Felicyta, ujęta tą pięknością, w której, jak sobie podchlebiała, odbiła się krew jej rodziny, początkowo oddała go na pensyą, łożąc na jego utrzymanie; wypędzono go przecież ztamtąd po upływie pół roku, napiętnowanego brzemieniem występków najobrzydliwszych... Po trzykroć uporczywie obstawała przy planie pierwotnym i zmieniała pensyę, by za każdym razem, otrzymać swego prawnuka ponownie z powodu tych samych grzechów szpetnych. Wtedy gdy nie chciał, gdy nie mógł raczej niczego się nauczyć, a równocześnie wszystkich dokoła zarażał zgnilizną, należało się nim zaopiekować; wszyscy członkowie rodziny tedy brali go do siebie po kolei. Doktór Pascal, rozczulony, myślał przez dłuższy czas o wyleczeniu go i dopiero po roku uznał ów projekt za niemożliwy do wykonania, przyczem musiał Karolka wydalić z domu, obawiając się dalszej jego styczności z Klotyldą. Teraz zaś znowu, odkąd nie mieszkał u matki, gdzie prawie się nie pokazywał, niemal na pewno można go było znaleść u Felicyty, albo u któregoś z innych krewnych, zalotnie wystrojonego, otoczonego zabawkami, żyjącego niby mały książę zniewieściały, ostatni potomek starego, zwyrodniałego rodu.
Tymczasem stara pani Rougon martwiła się ustawicznie z powodu tego bękarta o królewskich, złocistych włosach, postanowiła tedy usunąć go z Plassans, chcąc położyć kres wszelkim plotkom. Dążyła zatem do tego, by go zabrał Maksym i trzymał przy sobie w Paryżu. Była to bowiem jeszcze jedna szpetna historya, rzucająca cień na rodzinę i tak już obmówioną. Maksym atoli przez czas długi żadnej nie dawał odpowiedzi pod wpływem obawy, która coraz bardziej zatruwała mu życie Po wojnie, zostawszy bogatym dzięki spadkowi po żonie, powrócił do swego pałacyku przy alei Lasku Bulońskiego, by tam w sposób roztropny korzystać z odziedziczonego majątku. Lecz ustawicznie zakłócała mu spokój myśl o dziedziczności, która mogła go zbyt wcześnie o śmierć przyprawić Nadto podczas dawnych hulanek rozpustnych nabył jakiegoś szalonego wstrętu do wszelkich zabaw i przyjemności. To wszystko wreszcie doprowadziło do tego, że uporczywie unikał wzruszeń, oraz jakiejkolwiek odpowiedzialności, aby tylko żyć możliwie najdłużej. Od pewnego czasu uczuwał w nogach ból nadzwyczajnie silny, który uważał za reumatyzm; już z góry widział się w przyszłości ubezwładnionym, przykutym do fotelu; ostatecznie zaś zastraszył go nagły powrót ojca do Francyi, tudzież ponowna jego działalność ruchliwa. Znał on dobrze tego pożeracza milionów, drżał przeto z obawy, widząc, jak ów ostatni po swoim powrocie kręcił się przy nim z miną dobroduszną i uśmiechem rzekomo przyjaznym. Czyżby ojciec nie zrujnował go oraz nie pochłonął, gdyby on musiał pewnego poranku oddać się mu na łaskę i niełaskę, ubezwładniony owemi bólami, rwącemi teraz jego członki? Wreszcie więc zdjęła go nowa, inna obawa — obawa samotności i ta zwolna kazała mu się pogodzić z myślą zobaczenia syna. Jeżeli malec wyda się łagodnym, rozumnym, porządnym, dlaczegóż ostatecznie nie miałby to zabrać do siebie? Dzięki temu dostałby towarzysza, spadkobiercę, który ochraniałby go wobec podkopów ojca. Stopniowo, jego samolubstwo ukazywało mu różową przyszłość: widział się kochanym, pieszczonym, bronionym. Mimo to przecież, z pewnością nie odważyłby się wybrać w taką podróż, gdyby lekarze nie wysłali go do zdrojowisk w Saint-Gervais.
Ponieważ do Plassans stamtąd było zaledwie kilka mil w bok, przeto pewnego ranka Maksym pojawił się nagle, niespodziewanie u starej pani Rougon, odrazu z zamiarem nieprzepartym, że wyjedzie z powrotem koleją tego samego jeszcze wieczora, jak tylko zobaczy i pomówi z dzieckiem.
Około godziny drugiej, Pascal i Klotylda siedzieli sobie w pobliżu fontanny, pod jaworami, gdzie pili kawę, gdy przybyła Felicyta wraz z Maksymem.
— Moja droga, co za niespodzianka, przyprowadzam ci brata.
Młoda panienka, wstała, wielce zdziwiona przyglądając się temu przybyszowi, wychudłemu i żółtemu, w którym z trudnością zdołała rozpoznać brata. Od chwili ich rozstania się w 1854 r. widziała go zaledwie dwa razy, po raz pierwszy w Paryżu, po raz drugi w Plassans. W pamięci więc zachowała go jeszcze takim, jakim był dawniej, zdrowego, eleganckiego i tryskającego życiem. Tymczasem teraz policzki miał zapadłe, włosy osiwiałe i przerzedzone. Wreszcie atoli zdołała odnaleść w nim podobieństwo, w tej głowie ładnej i zgrabnie zakrojonej, w postaci, pełnej jakiegoś niepokojącego wdzięku dziewczęcego, przebijającego się jeszcze nawet teraz, mimo zgrzybiałość przedwczesną.
— Jak ty świetnie wyglądasz! — odezwał się Maksym poprostu, ściskając siostrę.
— Ależ bo należy — odpowiedziała — żyć na słońcu... Ach! jestem — szczęśliwą, że cię widzę nareszcie!
Pascal swem spojrzeniem lekarza przeszył synowca aż do głębi, poczem i on z kolei go uściskał.
— Dzień dobry, chłopcze... Tak, tak, Klotylda słusznie mówi, widzisz; można być zdrowym jedynie na słońcu tak, jak drzewa!
Felicyta żywym krokiem podeszła aż do samego domu. Powróciła, wołając:
— Czy Karolka tutaj niema?\
— Nie odparła Klotylda. — Widzieliśmy go wczoraj. Wuj Macquart wziął go ze sobą; pobędzie przez kilka dni w Tulettes.
Felicyta zmartwiła się niepowszednio. Przyszła tutaj, sądząc iż napewno zastanie dziecko u Pascala Cóż teraz robić? Doktór wesół i żartobliwy, jak zawsze, radził jej, by napisała do wuja, a ten nazajutrz rano chłopca do niej dostawi. Potem, gdy dowiedział się, że Maksym chce stanowczo odjechać jeszcze tego dnia pociągiem wieczornym o godzinie dziewiątej, nie pozostając ani na noc jedną, wpadł na inną myśl. Pośle się po powóz do remizy i wszystko czworo pojadą odwiedzić Karolka u wuja Macquarta. Będzie to zarazem wycieczka prześliczna. Zaledwie trzy mile francuzkie dzieli Plassans od Tulettes: w godzinę tam zajadą, w godzinę wrócą, będzie można zatem prawie dwie godziny zabawić na wsi, jeżeli koniecznie trzeba wrócić na godziną siódmą Martyna zrobi obiad, Maksym więc będzie mógł jeszcze się i posilić przed odjazdem Lecz Felicyta wmieszała się natychmiast, widocznie zaniepokojona temi odwiedzinami u Macquarta.
— Nie, nie zgadzam się. Ani myślę jechać na wieś wtedy, gdy burza wisi nad nami.. Daleko lepiej będzie posłać tam kogokolwiek, aby nam sprowadził Karolka.
Pascal potrząsnął głową.
Nie zawsze na zawołanie można Karolka sprowadzić. Jest to przecież bezrozumny dzieciak, który niekiedy bez powodu żadnego ucieka zupełnie taksamo, jak zwierzę nieoswojone. W końcu zatem stara pani Rougon, pobita, wściekła, że nie zdołała nic naprzód przygotować, ustąpiła, widząc konieczność zdania się na łaskę losu.
— Zresztą wszystko mi jedno, róbcie jak chcecie! Ach, mój Boże, jak tutaj wszystko idzie złym torem!
Martyna pobiegła poszukać powozu i jeszcze trzecia nie wybiła, a już dwukonny powóz pędził drogą do Nicei, spuszczając się ze spadzistości, która dochodziła aż do mostu na Viornie. Stamtąd skręcono następnie na lewo, by jechać niemal na przestrzeni dwu kilometrów wzdłuż brzegów rzeki, pokrytych gęstą roślinnością Potem znowu droga szła wąwozami de la Seille, przesmykiem ciasnym pomiędzy dwoma ścianami olbrzymiemi skał spalonych i ozłoconych promieniami gwałtownego słońca. W szczelinach zwolna powyrastały sosny; kępy drzew, które, oglądane z dołu, wielkością równały się zaledwie wąsom trawy, zdobiły grzbiety góry i zwieszały się ponad przepaścią. I panował tam chaos, widok piorunujący, przedsionek j piekła, wraz z zakrętami burzliwemi, smugami ziemi krwisto-czerwonej, wysuwającemi się z każdego zręba, z pustką, przeraźliwą, którą przerywały jedynie orły, unoszące się w górze.
Felicyta milczała uporczywie przez całą drogę, wciąż zatopiona w domysłach z miną zasępioną.
Powietrze było istotnie bardzo duszne; słońce paliło, przysłonięte obłokiem z wielkich chmur sinych.
Pascal, niemal sam jeden, mówił ustawicznie, zapalając się do tej przyrody południowej i bujnej, a przytem starając się ów zapał przelać również i na synowca. Napróżno przecież wykrzykiwał, objaśniał mu zaciętość, z jaką oliwki, figi i jerzyny krzewiły się wśród skał, objaśniał mu również i życie tych ostatnich, ów olbrzymi, tudzież potężny szkielet ziemi, po którego szczycie słychać było wiatr hulający Maksym nie rozgrzał się ani na chwilę, milcząc trwożliwie wobec tych łomów o majestacie dzikim, łomów, których ogrom zupełnie go unicestwiał. Wolał raczej spoglądać na siostrę, która siedziała na wprost niego. Wprawiała go ona w coraz większy zachwyt, gdy widział ją tak zdrową, oraz tak szczęśliwą, z piękną główką okrągłą, czołem prostem, dobrze zbudowaną. Chwilami spojrzenia ich krzyżowały się, a wtedy ona posyłała mu słodki uśmiech, co wprawiało go w zachwyt prawdziwy.
Dzikość wąwozu stopniowo łagodniała, obie ściany skaliste zwolna malały; powóz jechał już pomiędzy stokami łagodnemi, o pochyłościach nieznacznych, obficie usianych rumiankami i lawendą. Była to przecież jeszcze pustynia, tu i owdzie widniały przestrzenie łyse, zielonawe i fioletowe, skąd lekki powiew wiatru przynosił jakąś woń gorzkawą. Następnie raptem przy ostatnim zakręcie wjeżdżało się w dolinę des Tulettes, którą nawodniały liczne źródła. W głębi rozciągały się łąki obszerne, w wielu miejscach przerżnięte kępami drzew wielkich. Wieś leżała w pośrodku, wśród drzew oliwnych; domek Macquarta zaś, nieco odsunięty na bok, leżał po lewej ręce, w samem słońcu.
Powóz dążąc tam, musiał przejeżdżać drogą, prowadzącą do Schronienia umysłowo chorych, którego mury białe, frontem zwrócone do drogi, widniały już zdaleka.
Felicyta wciąż milcząca spochmurniała jeszcze bardziej, gdyż bynajmniej nie lubiła pokazywać ludziom wuja Macquarta. To jeszcze jeden ciężar, po którym rodzina odetchnie swobodniej, gdy tenże spadnie i zniknie pewnego pięknego poranka!
Gwoli sławy ich wszystkich, powinien on był już oddawna spać w ziemi spokojnie. Lecz upierał się, tak upierał się przy życiu ten stary pijak nałogowy, przepysznie wyglądając mimo lat osiemdziesięciu trzech, nasiąknięty trunkiem, boć właśnie alkohol, jak się zdawało, pozwalał mu trzymać się tak wybornie.
W Plassans krążyła o nim legenda jako o próżniaku i bandycie; ludzie starzy szeptali sobie na ucho straszne historye o trupach, łączących go z Rougonami, o jakiejś zdradzie z burzliwych dni grudniowych 1851 r., o jakiejś zasadzce, w którą wciągnął towarzyszy, o jakiejś rzezi nikczemnej, a krwawej. Później, gdy powrócił do Francyi, wolał zamiast dobrej posady, którą wytargował sobie poprzednio, wziąść ów mały domek w Tulettes, kupiony mu przez Felicytę.
I mieszkał w nim oddawna bardzo wygodnie, żywiąc jedyne życzenie ciągłego zaokrąglania swych posiadłości, czatując wciąż jeszcze na korzystne okoliczności. W samej rzeczy umiał wydusić nowy kawałek pola, na który długie lata się łakomił, a to dzięki temu, że wyświadczył swej bratowej przysługę, dopomagając jej do odebrania Plassans legitymistom podczas wyborów; to była znowu druga straszna historya, którą również jedynie szeptem sobie opowiadano, historya o jakimś waryacie, skrycie wypuszczonym ze Schronienia, biegnącego wśród nocy, pragnącego się pomścić, podpalającego wreszcie dom własny, gdzie żywcem spłonęło cztery osoby.
Na szczęście przecież były to wszystko historye nader dawne; dzisiaj Macquart, zachowujący się bardzo po rządnie, nie był już bynajmniej owym groźnym oraz niepokojącym rozbójnikiem, przed którym wszyscy bez wyjątku drżeli z rodziny. Przeciwnie postępował wzorowo, z dyplomacyą wyrachowaną, z przeszłości zaś zachował jedynie uśmiech łobuza, drwiącego sobie, zda się z świata całego.
— Wuj jest w domu — odezwał się Pascal, gdy powóz podjeżdżał ku folwarczkowi.
Ów domek wiejski nie różnił się niczem od innych domków Prowancyi; jednopiętrowy, kryty bezbarwnemi dachówkami, miał wszystkie cztery ściany silnie zachwaszczone żółtą farbą. Przed frontem rozciągał się wązki taras, który ocieniały morwy stare, wyrośnięte w kształcie altanki, wyciągające i skręcające naprzemiany swe grube gałęzie.
Tutaj właśnie wuj palił zazwyczaj fajeczkę letnią porą. W oczekiwaniu na powóz, podszedł dalej i usiadł na brzegu tarasu, prostując się, choć i tak już był wysoki. Bluza błękitna, czysta, dobrze uwydatniała jego stan długi. Na głowie miał wiecznie tę samą czapkę futrzaną, którą już nosił z roku na rok.
Skoro tylko poznał, kto do niego przyjeżdża, zaczął się przekomarzać z głośnym śmiechem:
— Patrzcie, patrzcie, co to za towarzystwo wspaniałe!.. Bardzo jesteście łaskawi, powinniście teraz odpocząć i posilić się.
Osoba Maksyma przecież widocznie go rozciekawiła. Kto to mógłby być? Pocóż ten znowu do niego przyjechał? Gdy mu go przedstawiono, a zarazem zaczęto wyjaśniać bliżej, kto to jest, by sobie go przypomniał, wśród zawiłych stosunków powinowactwa i pokrewiestwńa, przerwał natychmiast wszelkie komentarze:
— Ojciec Karolka, wiem, wiem!.. Syn mojego siostrzeńca Saccarda, tam do licha! ten sam zapewne, który się tak bogato ożenił, a żona mu umarła...
I wpijał się formalnie oczyma w Maksyma, czując się szczęśliwym na widok, iż ten ostatni w trzydziestym drugim roku życia ma już zmarszczki i mnóstwo siwych włosów na głowie, oraz w brodzie.
— Pal sześć! — dodał — starzejemy się wszyscy. Co do mnie wprawdzie, nie mogę się skarżyć; czuję się jeszcze wcale silnym.
Upajał się tedy samym sobą, prostując się z zadowoleniem; twarz jego wyglądała niby ugotowana, była zaogniona cała i zaczerwieniona na podobieństwo żarzących się węgli. Oddawna już zwyczajną wódkę pił duszkiem jak wodę źródlaną; jeszcze tylko spirytus, witryolejem nasycony, łaskotał jego gardło przepalone; pił go też w takich ilościach, że ten ostatni wsiąkał w pory ciała, napełniał je całe, tak, iż równało się ono gąbce, umoczonej w spirytusie. Alkohol formalnie z niego kapał.
Ilekroć razy się odezwał, wiatr niósł od niego, z jego ust wyziewy alkoholowe. Bezwątpienia, tak jest, chwat z wuja! — odezwał się Pascal zdziwiony. — A ponieważ wuj nie posługiwał się w tym celu żadnemi środkami sztucznemi, przeto ma teraz zupełne prawo z nas żartować. Widzi wuj, ja boję się tylko jednego wypadku. Oto pewnego dnia zapalając fajkę, może wuj zapalić siebie samego niby wazę tęgiego ponczu.
Macquart, któremu ten żart podchlebił, zaczął śmiać się hałaśliwie.
— Pokpiwaj sobie, pokpiwaj, mój mały! Szklanka koniaku więcej warta, niż wszystkie twoje lekarstwa obrzydliwe... No, a teraz wszyscy napijecie się, hę? ażebyście wiedzieli, że wuj umie was przyjąć. Co do mnie, kpię sobie z wszelkich plotek. Mam zboże, mam oliwki, mam migdały i wino, mam tyle ziemi, ile ma każdy pan. Latem palę sobie fajeczkę w cieniu własnych morw; podczas zimy, oto idę palić ją tam pod murem na słońcu. Hę? za takiego wuja, jak ja, wcale niepotrzeba się rumienić!.. Klotyldo, mam i syrop, jeżeli sobie życzysz. Ty, Felicyto droga, wiem — wolisz nad wszystko anizetkę. U mnie wszystko się znajdzie, powiadam wam, nie brakuje niczego.
I zakreślał ręką ruch szeroki, jakby chciał objąć całą posiadłość, ten stary łotr, zmieniony w pustelnika; Felicyta tymczasem, przerażona już od kilku minut owem wyliczaniem szerokiem nabytych bogactw, nie spuszczała z niego oczów, wciąż gotowa mu przerwać w chwili drażliwej.
— Dziękuję ci, Macquart, nie będziemy nic pili, spieszymy się... Gdzież więc jest Karolek?
— Karolek, dobrze, dobrze! natychmiast! Domyśliłem się, że papa przyjechał zobaczyć swego synalka... Lecz to nie przeszkadza, byście nie mieli wypić po szklaneczce..
Kiedy mu jednak odmówiono raz jeszcze. lecz jak najbardziej stanowczo, obraził się i odezwał z właściwym sobie uśmiechem złośliwym:
— Karolka tutaj niema; jest w Schronieniu u starej.
Następnie ująwszy Maksyma za rękę, poprowadził go na koniec tarasu i pokazał mu wielkie, białe zabudowania, które wraz z ogrodami wewnętrznemi przypominały nieco więzienie.
— Uważaj, siostrzeńcze. Czy widzisz te trzy drzewa przed nami. A więc dobrze! Z boku tego po lewej ręce widnieje w jednem z podwórzy fontanna. Patrz teraz na parter. Piąte okno, licząc na prawo, należy do celi ciotki Didy. I tam właśnie siedzi mały... Tak jest, zaprowadzę was natychmiast do nich.
Zarząd Schronienia pozwalał na takie odwiedziny. Od lat już dwudziestu jeden przebywała staruszka w zakładzie i ani razu jeszcze nie sprawiła kłopotu dozorczyni Bardzo spokojna, bardzo łagodna, nieruchomo siedząca w fotelu, spędzała dni całe, bezmyślnie patrząc w dal; ponieważ zaś ożywiała się, ile razy dziecko bawiło się przy niej, patrzono przez palce na owo naruszanie przepisów i zostawiano Karolka w jej celi nieraz dwie lub trzy godziny, gdzie zajmował się nader pilnie wycinaniem obrazków.
Ta nowa zwłoka przecież do reszty już rozgniewała i tak nadąsaną Felicytę. Uniosła się formalnie, słysząc, iż Macquart zaproponował, by wszyscy razem, w pięcioro, gromadą całą poszli zobaczyć małego.
— Cóż za pomysł znowu! idź sam i powracaj prędko... Nie mamy czasu do stracenia..
Przy tych słowach aż drżała z gniewu, co zdawało się niezmiernie bawić wuja; to też dla tego właśnie widząc, że umiał porządnie jej dokuczyć, upierał się przy swym projekcie wśród szyderczych kpinek.
—Tam do licha! moje dzieci, będziemy mieli przecież temsamem sposobność zobaczenia naszej starej matki matki nas wszystkich. Boć nie potrzeba wam przypominać, pamiętacie o tem wybornie, że wszyscy bez wyjątku od niej pochodzimy; nie byłoby tedy grzecznie, żeby jej nie odwiedzić, skoro mój siostrzeniec, który z tak daleka przybywa, być może, nigdy jej jeszcze nie widział... Co do mnie, ja jej się tam nie zapieram, ach, do dyaska, zupełnie nie zapieram! Bezwątpienia jest ona waryatką; nie napotyka się jednak tak często starych kobiet, które przeżyły już przeszło lat sto, i ten sam wzgląd nakazuje nam zachować się wobec biedaczki z całym szacunkiem.
Zapanowało milczenie. Lekki, zimny dreszcz wstrząsnął obecnymi. Tym razem pierwsza odezwała się głosem wzruszonym Klotylda, która dotychczas stałe zachowywała milczenie:
— Masz słuszność, wuju, pójdziemy tam wszyscy razem.
Nawet Felicyta musiała się zgodzić.
Towarzystwo wsiadło do powozu, Macquart zaś usadowił się na koźle przy stangrecie. Jakaś gorączka okryła bladością zmęczone oblicze Maksyma; podczas krótkiej tej przejażdżki wypytywał Pascala o Karolka niby to z rodzajem czułości ojcowskiej, pod którą ukrywał się wzrastający niepokój.
Doktór, pod wrażeniem surowo nakazujących spojrzeń matki, starał się złagodzić prawdziwy stan rzeczy. Mój Boże! dziecko nie posiada zdrowia zbyt silnego; z tego też powodu rodzina nader chętnie na całe tygodnie zostawia go u wuja na wsi; żadnej jednak oznaczonej choroby tutaj niema.
Pascal zamilczał, że przez czas pewien marzył o wyposażeniu chłopca w mózg, tudzież muszkuły, zastrzykując mu dawki odpowiednie substancyi nerwowej; wszelkie jego usiłowania przecież rozbiły się o jedno stale powracające zjawisko; najmniejsze choćby zastrzykiwania wywoływały u małego krwotoki, które za każdym razem trzeba było powstrzymywać za pośrednictwem bandażów i okładów; było to rozprzężenie tkanek, powstałe ze zwyrodnienia, lub rosa z krwi, przeciekającej przez skórę; nadewszystko zaś krew rzucała mu się nosem i to tak gwałtownie, tak obficie, że nie można go było zostawić samego z obawy, by wszystka krew z jego żył nie wyciekła. I doktór zakończył swoją relacyę zapewnieniem, że inteligencya Karolka, jeżeli dotychczas nie jest świetną, rozwinie się z pewnością, skoro chłopiec znajdzie się w otoczenia, zmuszającem mózg do żywszej, zaostrzonej czynności.
Powóz zatrzymał się przed Schronieniem, Macquart, który słyszał wybornie słowa doktora, zsiadając z kozła, dodał:
— To bardzo spokojny chłopaczek, bardzo spokojny. A przedewszystkiem jest prześliczny niby anioł!
Maksym, wciąż jeszcze blady, a przytem mimo upału dzwoniący zębami, już nie pytał się więcej, Przypatrywał się rozległym budynkom Schronienia, skrzydłom rozmaitych pawilonów, przedzielonym ogrodami, przeznaczonemi już to dla mężczyzn, już to dla kobiet, już to dla obłąkanych spokojnych, już to dla furyatów.
Stary Macquart znał wszystkich strażników. Zresztą i doktór Pascal miał wszędzie wstęp wolny, gdyż posiadał prawo doglądania niektórych chorych.
Towarzystwo poszło nasamprzód przez korytarz, potem zawrócono na podwórze: tam właśnie ciotka Dida zajmowała jeden z pokoi parterowych, wylepiony obiciem jasnem i umeblowany łóżkiem zwyczajnem, szafą, stołem, fotelem, tudzież dwoma krzesłami. Dozorczyni, która nigdy nie powinna była opuszczać chorej, właśnie wyszła na chwilę. W celi z
atem na dwu krańcach stołu siedzieli: obłąkana, ponuro wyglądająca w swym fotelu i chłopiec, pochylony na krześle i zatopiony cały w wycinaniu obrazków. — Wejdźcie, wejdźcie! — zachęcał Macquart. — Niema żadnego niebezpieczeństwa; chora jest nader spokojną!
Prababka Adelajda Fouque, którą wszystkie wnuczęta, cały ród, z niej powstały, nazywał przezwiskiem pieszczotliwem ciotki Didy, nawet nie zwróciła głowy na hałas, spowodowany pojawieniem się tylu osób. Już od młodości wyprowadzały ją z równowagi napady histeryczne. Żywego usposobienia, kochająca namiętnie, prześladowana katastrofami, dożyła w ten sposób sędziwego wieku lat ośmdziesięciu trzech, gdy wtem boleść straszliwa, przeraźliwy cios moralny, rzucił ją w objęcia obłędu.
Od owej chwili, od lat dwudziestu jeden wszelkie objawy inteligencyi u niej zanikły; była to nagła niemoc, której niepodobna już było usunąć. Obecnie, mimo stu czterech lat, wciąż jeszcze pozostawała przy życiu, zapomniana niejako, obłąkana łagodnie, podczas gdy mózg skosniał, skutkiem czego pomięszanie zmysłów utrwaliło się, bynajmniej nie sprowadzając śmierci. Przez ów przeciąg czasu jednak dołączyła się do tego i zgrzybiałość, która zwolna skazała muszkuły na wyschnięcie. Ciało jej wyglądało niby wiekiem zjedzone; sama jedynie skóra pokrywała kości do tego stopnia, że trzeba ją było zanosić na łóżko i fotel. I ów szkielet żółty, wyschły tak, jak drzewo stuletnie, na którem również tylko kora zostaje, trzymał się przecież prosto, oparty o grzbiet fotelu. Tylko oczy Adelajdy płonęły ogniem żywym, osadzone w długiem, szczupłem obliczu. Ustawicznie patrzyła na Karolka.
Klotylda, nieco drżąc ze wzruszenia, zbliżyła się do chorej.
— Ciotko Dido, przyszliśmy cię tutaj odwiedzić.. Czy nie poznajesz mnie? Przecież to ja, twoja wnuczka, która niekiedy przychodzi cię uściskać.
Zdawało się jednak, iż obłąkana ich nie słyszy. Ani na chwilę nie spuszczała oczów z dziecka, które kończyło właśnie wycinać nożyczkami obrazek, króla purpurowego w złotym płaszczu.
— Popatrz, mamo, — odezwał się z kolei Macquart — nie udawaj głupiej. Możesz przecie popatrzyć, na nas. Oto jeden pan, twój wnuczek, który umyślnie przybył tutaj z Paryża.
Na dźwięk tego głosu ciotka Dida ostatecznie obróciła głowę. Zwolna przesunęła swe bezmyślne, jasne oczy po wszystkich przybyłych, potem znowu zatrzymała je na Karolku i ponownie zaczęła się mu, jak dawniej, przypatrywać. Nikt już nie odezwał się do niej ani słowem jednem.
— Od czasu ciosu straszliwego, który spadł na nią zaczął w końcu wyjaśniać Pascal głosem przytłumionym — wciąż pozostaje w niniejszym stanie; cała inteligencya, pamięć wszystka, zdaje się w niej zagasły. Najczęściej milczy, niekiedy znowu wyrzuca z siebie szereg wybełkotany słów niezrozumiałych. Śmieje się i płacze bez powodu; jest poprostu rzeczą, którą nic a nic nie obchodzi... A przecież nie odważyłbym się twierdzić, że już noc zupełna zapadła w jej życiu duchowem; być może, wspomnienia tkwią tam jeszcze w głębi, nagromadzone i niezatarte... Ach! biedna, stara matka, jak ja ją żałuję, gdyby to niebyło jeszcze ostateczne unicestwienie! O czem też może ona rozpamiętywać od lat dwudziestu jeden, jeżeli sobie przypomina przeszłość?
I energicznym ruchem ręki chciał niejako odsunąć ową przeszłość straszną, którą znał dobrze. Widział ją młodą, wyrośniętą, wiotką i bladą, o oczach płomienistych, gdy owdowiawszy po Rougonie, ociężałym ogrodniku, którego gwałtownie pragnęła poślubić, natychmiast i jeszcze nie doczekawszy końca swej żałoby, rzuciła się w ramiona kontrabandzisty Macquarta; tego znowu kochała miłością wilczycy, choć wcale poślubić go nie chciała. W ten sposób żyła przez lat piętnaście mając przy sobie dziecko prawe i dwóch bękartów, wśród ustawicznych hałasów i kaprysów; niejednokrotnie wówczas znikała na tygodnie długie, by powrócić na poły umierającą z rękami czarnemi. Potem Macquart poległ od kuli, zabity niby pies wystrzałem z karabinu przez żandarma; ten cios pierwszy zamroził w niej niejako wszystkie uczucia; żywemi pozostały tylko oczy przezroczyste niby woda źródlana, osadzone w twarzy bladej.
Usunęła się tedy od świata w głąb pustki, którą jej zostawił kochanek, gdzie przez lat czterdzieści prowadziła życie prawdziwie zakonnicze, życie, zakłócane niestety strasznemi atakami nerwowemi. Lecz jeszcze jeden cios miał ją dosięgnąć i ten właśnie przyprawił ją o obłęd. Pascal przypomniał sobie scenę okrutną, której był świadkiem naocznym: biedne dziecko, którem się babka zaopiekowała, przyjąwszy je pod swój dach, siostrzeniec Sylwester, ofiara kłótni i krwawych starć rodzinnych, poległ z ręki żandarma. Podczas tłumienia rokoszu w 1851 r. kula pistoletowa strzaskała mu czaszkę. Słowem, zawsze obryzgiwała ją krew.
Felicyta znowu zbliżyła się do Karolka, tak zatopionego w swych obrazkach, iż nic nie mogło go od nich oderwać.
— Mój mały, mój kochanku, to twój ojciec ten pan... Uściskaj go.
I wszyscy od tej chwili zajęli się Karolkiem. Ubrany był bardzo ładnie, w kurteczkę i spodenki z czarnego aksamitu z naszywanemi pętlicami złotemi Białości iście liliowej, przypominał naprawdę syna jednego z owych królów, których wycinał, z swemi wielkiemi, jasnemi oczyma, oraz pierścieniami włosów złocistych. Lecz co w nim uderzało najbardziej — teraz właśnie — to nadzwyczajne podobieństwo do ciotki Didy, podobieństwo, które przetrwało przez trzy pokolenia i łączyło owo oblicze stuletnie, wyschłe, zużyte z owemi delikatnemi rysami dziecięcia, choć i one już były również zatarte i nadgryzione wymieraniem rodu. Jedno naprzeciw drugiego, to dziecko zidyociałe, promieniejące pięknością śmierci, tworzyło niejako ogniwo ostatnie zapomnianej matki rodu.
Maksym schylił się, by pocałować malca w czoło; lecz serce jego nie rozgrzało się ani na chwilę; już sam rodzaj piękności dziecka napełniał go niepokojem; jego niezadowolenie, tudzież gorączka wzrastały w owej celi szpitala waryatów, gdzie wszystko dokoła oddychało nędzą ludzką, od wieków nagromadzaną.
— Jaki ty jesteś piękny, mój pieszczochu!.. Czy też kochasz mię choć trochę.
Karol popatrzył na niego, lecz nic zrozumiał go i powrócił z powrotem do swoich obrazków.
Wszyscy przecież zdziwili się. Ciotka Dida płakała, a równocześnie martwota twarzy ani na chwilę nie ustąpiła; potoki łez ściekały z oczu żyjących na martwe policzki. I wciąż ani na chwilę nie przestawała patrzeć na chłopca, płacząc łagodnie, bez końca.
Pascal na widok tego niespodziewanego zjawiska wzruszył się niezwykle. Ujął rękę Klotyldy i ścisnął ją mocno, choć panienka nie umiała odgadnąć przyczyny. Przed oczyma doktora bowiem rozwijał się cały ród, jego gałęź prawa i jego gałęź bękarca, które wyrosły z owego pnia, już nadwyrężonego przez newrozę. Zgromadziło się tutaj pięć pokoleń, Rougonowie i Macquarci, Adelajda Fouque u korzenia samego, potem wuj, bandyta stary, potem on sam, potem Klotylda i Maksym, a wreszcie Karol. Felicyta zajmowała miejsce zmarłego męża. Nigdzie nie było szczerby; łańcuch rozwijał się w całej swej logicznej i nieubłaganej dziedziczności. I co za okres czasu widniał w tej tragicznej ciupie szpitalnej, gdzie wegetowała ta biedaczka, przybyła z daleka To też wszystkimi wstrząsnął, mimo upał przygniatający, zimny dreszcz przestrachu.
— Co to jest, mistrzu? — spytała Klotylda po cichu głosem drżącym.
— Nic, ależ nic! — szepnął doktór. — Powiem ci później.
Macquart który sam jeden nie przestawał dowcipkować, burczał starą matkę.
— Także pomysł przyjmować gości łzami, gości, którzy umyślnie się trudzili, aby was, matko, odwiedzić. To wcale niegrzecznie!
Następnie zwrócił się z powrotem do Maksyma i Karolka.
— Otóż, mój siostrzeńcze, widzisz wreszcie swego gagatka. Nieprawdaż, grzeczny chłopczyk, który wcale nie przynosi ci ujmy?
Felicyta, bardzo niezadowolona z obrotu rzeczy i życząca sobie jedynie wynieść się stąd jak najśpieszniej, szybko się wtrąciła:
— Rzecz jasna, że to ładne dziecko i bynajmniej nie tak mało rozwinięte, jakby kto przypuszczał.. Przypatrz się tylko, ile on zręczności posiada w rękach.. I zobaczysz, jak go w Paryżu wyprowadzisz z owej martwoty, że będzie innym, nieprawdaż? My tego tutaj w Plassans zrobić nie możemy.
— Bez wątpienia, bez wątpienia — pomrukiwał Maksym. — Nie mówię: nie. Namyślę się.
Zakłopotał się jednak i dorzucił:
— Pojmujecie, że przyjechałem, aby jedynie go zobaczyć... Teraz zresztą nie mogę go wziąść z sobą, ponieważ muszę cały miesiąc spędzić w Saint Gerwais. Lecz za powrotem do Paryża, namyślę się i napiszę.
Tu wyciągnął zegarek:
— Do dyabła! już wpół do szóstej... A wiecie o tem, iż za nic na świecie nie chciałbym się spóźnić na pociąg o godzinie dziewiątej...
— Tak jest, tak — odezwała się Felicyta. — Nie mamy nic tutaj więcej do roboty.
Napróżno Macquart usiłował ich zatrzymać, opowiadając najrozmaitszego rodzaju historye. I tak twierdził, że ciotka Dida w chwilach, w których bredzi, śpiewa piosenki miłosne z dni swojej młodości; przysięgał, że słyszał to na własne uszy. Zresztą nie potrzebuje bynajmniej powozu i wybornie odprowadzi do siebie chłopca pieszo, skoro chcą go mu jeszcze zostawić.
— Uściskaj ojca, mój mały, ponieważ zawsze wiemy, że się widzimy, a nikt nigdy nie wie, kiedy zobaczymy się znowu.
I tym razem Karolek, jak poprzednio, podniósł głowę z wyrazem obojętnego ździwienia, Maksym zasmucony zaś po raz wtóry wycisnął pocałunek na jego czole.
— Bądź bardzo grzeczny i bardzo ładny, mój pieszczochu... A kochaj mię choć trochę.
— Już chodźmy, chodźmy — zachęcała Felicyta — nie mamy czasu do stracenia.
Teraz atoli weszła dozorczyni. Była to tęga, silna dziewczyna, wyłącznie przeznaczona do strzeżenia obłąkanej. Nosiła ona chorą, kładła do łóżka, dawała jeść, pielęgnowała niby dziecko. I natychmiast zaczęła rozmawiać z doktorem Pascalem, który zadawał jej pytania w rozmaitych kwestyach.
Jednem z marzeń doktora, najbardziej ulubionem i roztrząsanem, było zastosowanie metody zastrzykiwania substancyi do leczenia, tudzież uzdrowiania obłąkanych.
Ponieważ w tych ostatnich szwankował mózg, dlaczegóżby właśnie zastrzykiwania substancyi nerwowej nie miałyby im przywrócić hartu ducha, tudzież woli, naprawiając szczerby, powstałe w odpowiednim organie? Był tedy czas przelotny, kiedy doktór chciał zacząć robić doświadczenia z swem lekarstwem na starej prababce; potem atoli zjawiły się pewne skrupuły i wahanie, jakiś rodzaj obawy przed świętokradztwem; zresztą uprzytomnił sobie również, że obłąkanie w tych latach podeszłych musi już być ruiną zupełną i niepodobną do naprawienia. Wybrał więc sobie innego pacyenta za objekt swych doświadczeń, kapelusznika Sarteura, który już od roku przebywał w Schronieniu, zamknięty na własną prośbę; bał się bowiem, pozostając na wolności, popełnić zbrodnię.
Podczas ataków owładała nim taka chęć mordowania, że rzucałby się na przechodniów. Mały, silny brunet; czoło niskie, tudzież cofnięte w tył; twarz w kształcie dzioba ptasiego, z wielkim nosem i bardzo krótkim podbródkiem; miał on jeszcze na dobitek policzek lewy daleko grubszy, aniżeli prawy. I w samej rzeczy doktór otrzymał wyniki zdumiewające, lecząc owego maniaka, który przynajmniej już od miesiąca nie miał zwykłego napadu. Dozorczyni na zapytanie właśnie odpowiedziała, że Sarteur uspokojony przychodził coraz bardziej do zdrowia.
— Słyszysz, Klotyldo! — krzyknął Pascal, upojony radością. — Nie mam już czasu pójść do niego dzisiejszego wieczora, lecz przyjdziemy tutaj jutro. Jutro bowiem przypadają zwykłe moje wizyty... Ach, jak nie wahałbym się ani chwili, gdyby ona była jeszcze młodą...
Tu jego spojrzenia padły na ciotkę Didę. Lecz Klotylda, która uśmiechała się na widok jego zapału, odpowiedziała łagodnie.
— Nie, nie, mistrzu, nie w twojej mocy leży na nowo odbudować życie... Chodźmy, pójdź! I tak jesteśmy ostatni.
Mówiła prawdę, inni wyszli już przed chwilą. Macquart stojąc na progu, spoglądał na oddalających się Felicytę i Maksyma z miną, właściwą człowiekowi, który kpi z świata całego. Ciotka Dida zaś, zapomniana, chuda nad wszelki wyraz, pozostała nieruchomą, utkwiwszy ponownie oczy w bladą, zmęczoną twarz Karolka, opromienioną królewskiemi pierścieniami włosów.
Powrót odbywał się wśród atmosfery ogólnego zakłopotania. Wśród ciepłych wyziewów, wydostających się z ziemi, powóz jechał bardzo wolno. Na niebo, chmurami pokryte, pomroka rzucała cienie popielato-miedzianej barwy. Z początku zamieniono jeszcze garść słów ulotnych; potem, gdy wjechano już w wąwozy de la Seille, rozmowa wszelka ucichła, olbrzymie skały bowiem, z obu stron na pozór zbliżające się ku sobie i grożące zmiażdżeniem wszystkiego w pośrodku, rzucały zarzewie niepokoju w serca jadących. Czyż to już nie koniec świata; czyż owa szczelina nie prowadzi do jakiejś przepaści nieznanej i bezdennej? Orzeł olbrzymi przeleciał i wydał okrzyk głośny.
Ukazały się wierzby i odtąd jechano wzdłuż brzegów Viorny. Wówczas Felicyta zaczęła mówić, bez żadnych wstępów omawiających, jak gdyby prowadziła w dalszym ciągu rozpoczętą rozmowę:
— Nie obawiaj się bynajmniej jakiejkolwiek odmowy ze strony matki. Kocha ona wprawdzie Karolka bardzo namiętnie, lecz z drugiej strony jest kobietą nader rozsądną, rozumie więc doskonale, że dla dziecka będzie najlepiej znaleźć się pod twoją opieką. Na dobitek bowiem muszę ci wyznać, że biedny malec nie czuje się zbytnio szczęśliwym u matki, ponieważ, rzecz naturalna, mąż lubi daleko więcej własnego syna i własną córkę... Zresztą powinieneś wiedzieć całą prawdę.
I ciągnęła znowu dalej, pragnąc bezwątpienia uwikłać Maksyma, tudzież wydostać od niego uroczystą obietnicę. I mówiła w ten sposób aż do Plassans. Po tem nagle, kiedy powóz podskakiwał po bruku przedmieścia, odezwała się:
— Lecz patrz! oto właśnie ona sama, oto tam, matka... Ta tłusta blondynka, w tych drzwiach.
Siedziała na progu sklepu rymarskiego, gdzie widniały pozawieszane zaprzęgi, tudzież uzdy. Justyna chcąc użyć świeżego powietrza, wysunęła swoje krzesło ku ulicy i robiła pończochę, podczas gdy dzieci, mała dziewczynka oraz mały chłopiec, bawiły się u jej stóp; w tyle, poza niemi, w głębi ciemnawego sklepu, można było dostrzedz Tomasza, mężczyznę grubego i rosłego, bruneta, naprawiającego właśnie w tej chwili siodło.
Maksym wyciągnął głowę, bez żadnego jednak wzruszenia ot, poprostu kierowała nim ciekawość. Zdziwił się niesłychanie, widząc ową silną, trzydziestodwuletnią kobietę, o powierzchowności tak przyzwoitej i mieszczańskiej, która nic a nic nie była podobną do tego figlarnego łobuza, dokazującego wraz z nim przed laty, gdy oboje zaczęli zaledwie rok siedmnasty życia. Być może tylko, że żal do losu ścisnął mu serce, do losu, który jemu, schorowanemu już niezmiernie i niezmiernie zestarzałemu; kazał napotkać ją, jeszcze piękniejszą, chłodną, spokojną i bardzo tęgą.
— Nigdy bym jej nie poznał — odezwał się po chwili.
A powóz, wciąż toczący się po bruku miejskim, zawrócił na ulicę Rzymską. Justyna zniknęła z oczów; owo widmo przeszłości, tak różniącej się od dnia dzisiejszego, po chwili utonęło w mroku wieczornym wraz z Tomaszem, dziećmi i sklepem.
W Soulejadzie stół już był zastawiony. Martyna przygotowała węgorza z Viorne’y, królika duszonego w maśle i comber barani. Wybiła teraz zaledwie siódma, miano tedy bardzo dużo czasu do odejścia pociągu i można było obiadować zupełnie spokojnie.
— Nie śpiesz się! — powtarzał doktór Pascal siostrzeńcowi. — Odprowadzimy cię na kolej; idzie się stąd na stacyę najwyżej dziesięć minut.. Ponieważ zostawiłeś na dworcu torbę podróżną, kupisz zatem jedynie bilet i wskoczysz do wagonu, a to wszystko wiele czasu ci nie zajmie.
Gdy jednak napotkał Klotyldę w przedpokoju, gdzie ta ostatnia zawieszała na kołkach kapelusz oraz parasolkę, szepnął jej półgłosem:
— Czy wiesz, iż zdrowie twego brata wielce mię niepokoi?
— Dlaczego?
— Obserwowałem go pilnie; jego chód mi się nie podoba. Takie objawy, jak u niego, nigdy mnie nie zawiodły... Jednem słowem, temu człowiekowi grozi paraliż.
Klotylda zbladła i powtórzyła drżącemi wargami:
— Paraliż.
I przed jej oczyma mignął obraz okrutny, wspomnienie pewnego sąsiada, człowieka jeszcze młodego, którego przez lat dziesięć musiał wozić służący w fotelu na kołach. Widywała go nieraz. Czyż to nie najgorsze z nieszczęść, niedołęstwo, cios topora, oddzielającego człowieka jeszcze żywego od życia?
— Lecz on sam — mruknęła — uskarża się jedynie na reumatyzm.
Pascal podniósł ramiona w górę, potem przyłożywszy palce na usta celem nakazania tajemnicy, powrócił do sali jadalnej, gdzie Felicyta i Maksym już siedzieli przy stole.
Obiad upłynął bardzo przyjacielsko, Klotylda, gwałtownie zaniepokojona przez Pascala, zdobywała się na czułość niezmierną dla brata, przy którym właśnie siedziała. Wesoła, pamiętała o nim ustawicznie i zmuszała do wybierania najlepszych kawałków. Dwukrotnie przyzywała Martynę, która zbyt szybko podawała półmiski. To też Maksym coraz żywiej zachwycał się ową siostrą tak dobrą, tak zdrową, tak rozsądną, siostrą, której wdzięk i czar niezmiernie mile na niego oddziaływały. Sprawiła wreszcie na nim wrażenie tak potężne, że zwolna, stopniowo dojrzał w jego głowie projekt, który zrazu kołatał się tylko jako myśl ulotna.
Ponieważ syn, Karolek, wielce się mu nie podobał zarówno z powodu swej piękności, noszącej piętno śmierci, jak i z powodu swej powierzchowności królewsko-chorobliwej, oraz niedołężnej, dlaczego nie mógłby sprowadzić do siebie, do Paryża siostry, Klotyldy? Myśl o stałym pobycie kobiety w jego domu zawsze niezmiernie go przestraszała, ponieważ wątpił o każdej z nich, gdyż zbyt wcześnie zaczął z niemi przestawać; tę ostatnią przecież, Klotyldę uważał niemal za matkę prawdziwą. Powtóre, skoro już raz zamieszkałaby u niego kobieta uczciwa, dużo musiałoby się w nim samym i naokoło niego zmienić, a to byłoby wcale dobrze. Co najważniejsza, ojciec nie odważyłby się przysyłać mu dziewczyn przeróżnych. Podejrzywał go zaś, że robi to naumyślnie, by go czemprędzej zabić i zagarnąć po nim jak najprędzej majątek. Obawa i nienawiść, żywione ku ojcu, przechyliły ostatecznie szalę.
— Czy ty nie wychodzisz za mąż? — spytał, chcąc wybadać teren.
Klotylda zaczęła się śmiać.
— Och! nie śpieszy mi się wcale a wcale.
Następnie z rodzajem kaprysu na twarzy, patrząc na Pascala, który podniósł głowę, dodała:
— Zresztą kto tam wie?.. Może wcale nie pójdę za mąż.
Lecz Felicyta tutaj głośny założyła protest. Widząc ją bowiem tak przywiązaną do doktora, często w duszy życzyła sobie, by związek małżeński Klotyldy, rozerwał ową przyjaźń. Chciała widzieć syna osamotnionym, zgnębionym, oraz upadłym na duchu, by wówczas zapanować nad nim niepodzielnie i zostać jego samodzielną władczynią. Natychmiast więc powołała się na samego Pascala: nieprawdaż, że kobieta powinna koniecznie zawrzeć śluby małżeńskie, pozostawanie bowiem niezamężną, narażanie się na staropanieństwo sprzeciwia się nawet prawom przyrody.
Doktór poważnie, nie spuszczając oczów z Klotyldy, potwierdził wywody matki.
— Tak, tak, należy wyjść za mąż... Ależ ona sama wie o tem, jest przecież za rozsądną, ona wyjdzie za mąż...
— Ba! — przerwał Maksym — czy naprawdę będzie to dobrem?.. Małżeństwo dzisiaj nieraz tyle sprawia zgryzot; takie mnóstwo obecnie niedobranych par małżeńskich!
A potem dorzucił, odważając się ostatecznie:
— Nie wiesz tedy sama, co masz ze sobą robić?.. A zatem moja droga, powinnaś przyjechać do Paryża, by mieszkać razem ze mną... Zastanowiłem się, że niepodobna mi brać na siebie ciężaru takiego, jakim jest dziecko. Stan mojego zdrowia nie pozwala na to. Czyż ja sam nie jestem dzieckiem, nie jestem chorym, potrzebującym opieki troskliwej?.. Ty się mną zajmiesz; ty nie odstąpisz mnie z pewnością w chwili, gdy stanowczo i ostatecznie utracę władzę w nogach.
Tu głos jego nabrał jakiegoś odcienia łzawego, gdyż rozczulił się nad sobą samym. Widział się już z góry bezsilnym, ją zaś przy swem łożu jako siostrę miłosierdzia; jeżeli tedy zgodzi się pozostać panną, on z całą ochotą zapisze jej majątek, byle tylko ojciec nie dostał ani centyma. Obawa, którą zawsze żywił wobec grożącego mu osamotnienia i katastrofa, której nadejścia się spodziewał, potrzeba zatem zdobycia sobie opiekunki, zrobiły go nadzwyczajnie czułym.
— Postąpisz dzielnie w całem znaczeniu tego słowa i nie będziesz bynajmniej żałowała.
Martyna przecież, która właśnie podawała baraninę, aż się zatrzymała ze wzruszenia; to samo wrażenie niespodziewane wywarła owa propozycya i na innych współbiesiadników. Felicyta, pierwsza, zdobyła się na pochwalenie zamiaru Maksyma, czuła bowiem, iż to wszystko, ów cały odjazd pomagałby jej planom. Patrzyła na Klotyldę, wciąż jeszcze milczącą i niejako osłupiałą, podczas gdy doktór Pascal, blady, bardzo blady, czekał, co będzie.
— Ach! mój braciszku, mój braciszku — wybełkotała wreszcie Klotylda, nie umiejąc się zdobyć na nic wyraźnego.
Wówczas zaczęła pośredniczyć babka.
— Czyż to już wszystko, co mogłabyś odpowiedzieć? Ależ propozycye Maksyma są arcywyborne! Jeżeli obawia się teraz zabrać ze sobą Karolka, to w każdym razie ty możesz do niego pojechać; później zaś, sprowadzisz tam i malca... Patrzcie, patrzcie, ależ to wszystko wybornie się układa. Maksym ufa twojemu sercu dobremu... Pascalu, czyż nieprawda, że Klotylda żadną miarą nie może odmówić?
Doktór wreszcie, dzięki wysiłkowi olbrzymiemu, zapanował nad sobą. Czuć jednak było w jego głosie dreszcz zimny, który nim wstrząsał. Mówił bardzo wolno.
— Powtarzam wam raz jeszcze, że Klotylda jest osobą rozsądną i przyjmie ową propozycyę, jeżeli tylko będzie to jej obowiązkiem.
Panienka, wzburzona cała, stawiła opór.
— Jak to, mistrzu, czy chcesz mię wydalić z domu?... Bez wątpienia, Maksym okazał dużo dobroci. Lecz, mój Boże! opuścić wszystko, tak opuścić wszystkich, którzy mię kochają, opuścić wszystko, co do tej pory kochałam!
I machnęła ręką jakimś ruchem szalonym, oznaczającym istoty i rzeczy, obejmującym całą Soulejadę.
— Zważaj atoli podjął znowu Pascal, wpatrując się w nią uporczywie, — jeżeli Maksym istotnie nie obszedłby się bez ciebie?
W tej chwili oczy jego napełniły się łzami; dreszcz niemal widoczny wstrząsnął jej ciałem, gdyż ona jedna Pojęła znaczenie słów doktora. I znowu mignęło przed jej oczyma widmo okrutne: Maksym, bez władzy w członkach, wożony w wózku przez służącego, zupełnie, jak ten sąsiad, którego napotykała. Lecz jej dawniejsze uczucia walczyły z tą czułością siostrzaną. Czyż cięży na niej jakikolwiek obowiązek wobec brata, który przez lat piętnaście ani razu się do niej nie zbliżał? Czyż jej obowiązek nie powinien zdążać tam, gdzie podążało serce?
Wreszcie więc odezwała się:
— Posłuchaj, Maksymie, pozwól mi się zastanowić! Zobaczę, tak zobaczę... Bądź przekonanym, iż czuję wdzięczność dla ciebie za twoje dobre serce. I, jeżeli z czasem istotnie potrzebowałbyś mojej obecności, wtedy bezwątpienia zgodzę się przyjechać!
Istotnie nie można było zobowiązywać się z góry. Felicyta wprawdzie, wiecznie gorączkująca się, usiłowała ją nakłonić do wyjazdu; doktór jednak teraz pospieszył dodać, że Klotylda postąpiła nader roztropnie. Martyna przyniosła krem, jawnie okazując radość niepomierną: zabrać panienkę! patrzcie państwo! także dobry projekt, aby pan pozostawszy sam, umarł ze zmartwienia!
Ten wypadek opóźnił zresztą przebieg całego obiadu.
Jeszcze siedziano przy deserze, gdy wybiło wpół do dziewiątej. Wówczas Maksym zaczął się niepokoić, dreptać z niecierpliwości i chciał już wyjść z domu. Na dworcu kolei, dokąd wszyscy go odprowadzili, jeszcze raz jeden uściskał siostrę.
— Pamiętaj! — Nie obawiaj się — oświadczyła Felicyta — już my tutaj będziemy jej przypominali daną obietnicę.
Doktór uśmiechnął się, i wszyscy troje, gdy pociąg ruszył zwolna w drogę, zaczęli powiewać chustkami.
Tego wieczora doktór Pascal i Klotylda, odprowadziwszy babkę aż do bramy jej domu, powrócili w zgodzie zupełnej do Soulejady, by tam przepędzić pospołu kilka rozkosznych godzin. Gorączka tygodni ubiegłych, głuche przeciwieństwo pojęć, które ich oddalało od siebie, zniknęły na pozór bez śladu. Nigdy jeszcze nie odczuwali słodyczy podobnej wspólnego, nierozdzielnego pożycia. Mieli wrażenie, jak gdyby odzyskali zdrowie po chorobie ciężkiej, jak gdyby odzyskali nadzieję, tudzież uciechę z życia. I przesiedzieli też jeszcze do nocy późnej pod jaworami, przysłuchując się kryształowemu szmerowi fontanny. Przesiedzieli w milczeniu, nie zamienili ani słowa jednego, jeno rozkoszowali się w pełni uciechą przebywania nawzajem tak blizko siebie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.