Colas Breugnon (Rolland, 1923)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

X.
ROZRUCHY
Koniec sierpnia.

Gdy minęło wzruszenie, powiedziałem Robinetowi:
— Dość tego! Co z gęby wypadło... to i przepadło... zastanówmy się nad tem, co dalej czynić należy?
Kazałem mu opowiedzieć zwięźle i jasno, co zaszło w mieście w ciągu mej nieobecności, to jest od czternastu, czy dwudziestu dni. Historja wczorajszego dnia, to dzieje starożytne, rzecz główna wiedzieć jaka jest sytuacja danego momentu. Dowiedziałem się, że nad Clamecy zawisła klęska zarazy i strachu, a raczej niemal wyłącznie strachu, bo zaraza widocznie szukała sobie już innego terenu operacyjnego. Ustępowała teraz miejsca sępom ścierwożercom, zlatującym się zewsząd, przyciąganym odorem zgnilizny. Inne ptactwo, przerażone, zgłodniałe, nie broniło im przystępu, albo, biczem strachu smagane, czyniło to samo. Wagabundy i draby wszelkiego rodzaju opanowali wszystko i wydzierali zarazie lup ze szponów. Prawa przestały „istnieć, a ci, którym powierzono ich straż, porozbiegali się pilnować swych pól i winnic. Z czterech naszych ławników jeden zmarł, dwu uciekło, a prokurator... wycofał się na inny odcinek frontu. Kasztelan zamku był to człowiek dzielny, ale stary i podagryczny, w dodatku stracił jedną rękę, nogi miał opuchłe, a mózg godny cielęcia. Pozostał tylko jeden radny Raquin, ale znalazłszy się w obliczu rozpętanego tłumu, skutkiem strachu i braku odwagi, a także powodowany chytrością, zamiast stawić czoło, uznał za stosowane ustąpić i przyłączyć się nawet do większości. Za jednym zachodem mógł teraz zaspokoić swe dawne urazy, kierując podpalaczy w stronę tych, których szczęście kłuło go w oczy. Mścił się, to rzecz jasna, znałem go dobrze, i ten fakt objaśniał dostatecznie, dlaczego mój dom pierwszy padł ofiarą. Spytałem malca:
— Co robią mieszczanie?
— Czekają z otwartemi gębami, co los przyniesie, — odparł Binet — to trzoda owiec. Siedzą w domu, spodziewając się przyjścia rzeźnika. Zabrakło pasterzy i psów, tedy nie wiedzą co czynić.
— No... drogi chłopcze... a ja to nie pies? Cóż ty na to? Czyż sądzisz, że mi stępiały zęby? Spróbujemy!
— Majstrze! Jeden pies nie da rady!
— Spróbuję... spróbuję!
— Oni was złapią w pazury, majsterku.
— To i cóż? Nie mam nic... kpię sobie z wszystkich. Jakże uczeszą djabła, który wyłysiał ze starości... ha?
Zaczął tańczyć.
— Ha... ha... ha... a to ci frajda!... tra ra ra... tra... ra ra... hop... siup... hop... siup!
Poparzonemi rękami machał w powietrzu, brał się pod boki i tańczył, jak warjat.
Przybrałem gęstą minę.
— Małpo szkaradna... czyż teraz czas tańczyć, skakać z drzewa na drzewo. Cicho bądź i słuchaj uważnie, co powiem.
Słuchał z roziskrzonym wzrokiem.
— Nie będziesz się śmiał za chwilę. Oświadczam, że natychmiast udaję się i to sam jeden do Clamecy.
— A ja?
— Ty pójdziesz, jako mój ambasador do Dormecy i powiesz magistrowi Nicole, jednemu z naszych ławników, że jutro zabiorą się złodzieje do jego piwnicy. Jest to człek rozumny, ma dobre serce, jeszcze lepsze nogi i kocha swoje mienie bardziej niż własną skórę. Stamtąd posuniesz się aż do Sardy i powiesz panu prokuratorowi Wilhelmowi Courtignon, że dom jego zostanie tej nocy niewątpliwie spalony, zdemolowany, okradziony itd., jeśli natychmiast nie przybędzie. Nie potrzebuję ci dyktować, co masz mówić, potrafisz łgać sam... prawda?
Malec poskrobał się za uchem i powiedział:
— Naturalnie, to rzecz łatwa, ale... nie chcę was opuszczać, majstrze.
— Czy się pytałem co chcesz, a czego nie chcesz? Ja tak chcę i basta! Twoja rzecz słuchać! Zaczął się wykręcać.
— Dość tego! — krzyknąłem.
Niepokoiło go, co się ze mną stanie.
— Nie zabraniam ci przecież pospieszyć się. Załatw sprawę i wracaj. Najlepszy sposób pomocy, to sprowadzić posiłki.
— Lecę galopem, jak koń wyścigowy! — wrzasnął malec — Na nogach, na głowie, na brzuchu będę leciał i sprowadzę Courtignona i Nicola, choćbym miał im wydrzeć wszystkie włosy z brody.
Ruszył w podskokach, ale zatrzymał się i krzyknął:
— Majstrze! Powiedzcie mi przynajmniej co chcecie uczynić?
Przybrawszy poważną, tajemniczą minę, odparłem:
— Coś niezwykłego!
Pojęcia najmniejszego nie miałem w tej chwili, jak się wziąć do rzeczy.


∗             ∗

Przybyłem do miasta około ósmej wieczorem. Słońce zaszło, a złote chmury snuły się jeszcze po zachodniem niebie. Noc się ledwo rozpoczęła. Cudna noc, ale nie było komu rozkoszować się nią. U bram nie napotkałem ni jednego strażnika, ni jednego włóczęgi nawet. Wszedłem, jak do otwartej stodoły. W głównej ulicy napotkałem kota, gryzącego kromkę chleba, gdy mnie ujrzał najeżył się, parsknął, a potem uciekł. Domy pozamykały oczy, stały oślepłe, drętwe, zgasłe. Ni jeden dźwięk głosu nie dolatał znikąd.
— Wszyscy pomarli! Przybyłem zapóźno! — powiedziałem do siebie.
Wtem usłyszałem szelest poza okiennicami. Śledzono uchem odgłos moich kroków. Zastukałem tedy:
— Otwierać!
Nikt się nie poruszał. Podszedłem do drugiego domu. Stukałem ręką, kolanem, laską. Nie otwarto. Posłyszałem tylko wewnątrz, jakby chrupot myszy.
Teraz zrozumiałem wszystko.
— Aha! Siedzą, jak świstaki w jamach! Czekajcie, już ja was wykurzę głuptaki! Kroćset djabłów!
Idę do księgami i walę w drzwi, niby w bęben, a przytem trąbię:
— Hejże, stary ośle, przyjacielu Denisie Saulsoy... otwieraj! Inaczej połamię wszystko w kawałki. Otwieraj bałwanie, to ja, Colas Breugnon!
Ledwo te słowa przebrzmiały, nagle jakby dotknięte różdżką czarodziejską rozwarły się wszystkie okiennice domów, potem okna i oto ujrzałem, jak długa ulica, twarz przy twarzy, przerażone fizjognomje mych kochanych mieszczuchów. Tkwiły przy sobie rzędem, niby jabłuszka na półce piwnicy.
Patrzyli na mnie... patrzyli... patrzyli... Nie wiedziałem, że jestem tak piękny... Poklepałem się tedy po brzuchu. Na ten widok twarze rozjaśniły się nagle, a tu i owdzie błysnął nawet uśmiech.
— Kochają mnie te bałwany! — pomyślałem, nie bacząc, że nietyle miłość, co obecność moja w tej chwili dodała im otuchy i rozpogodziła oblicze.
Zaczęła się rozmowa Breugnona z gęsiami. Gęsi gęgały wszystkie razem, a ja musiałem sam jeden odpowiadać.
— Skąd wracasz? Coś robił? Coś widział? Co zamierzasz? Jak mogłeś dostać się do miasta? Którędy można uciekać?
— Hola! — krzyknąłem — Dość tego! Widzę, że języków wam nie powyrywano... to dobrze... ale szkoda, że wam dusze powpadały do majtek. Czegóż siedzicie w dziurach, wyjdźcież na świat, noc śliczna. Czy wam pokradziono portki i spódnice?
Miast odpowiedzi, pytali:
— Breugnon, powiedz kogo spotkałeś na ulicach?
— Pocóż wam będę opowiadał o ulicach, skoro siedzicie wszyscy w gniazdach?
— Pewnie spotkałeś złoczyńców?
— Rabują i palą...
— Gdzież to...?
— W Beyant!
— Więc chodźmy ich schwytać!
— Wolimy strzec domów.
— Najlepiej strzeże domu ten, kto broni domu bliźniego.
— Każdemu bliższy własny...
— Czyli, jak mówi przysłowie: kocham mego sąsiada, ale niech tam przepada! Głuptaki! Idziecie na rękę złoczyńcom. Gdy skończą łupić tamtych, przyjdą do was! Nikogo to nie minie!
— Pan Racquin powiedział, że to niebezpieczne. Najlepiej siedzieć spokojnie w domu, brać udział w paleniu domów zarażonych i czekać, aż zostanie przywrócony ład.
— Któż go przywróci?
— Książę de Nevers.
— Oho... dużo przedtem wody upłynie. Ma on swoje sprawy na głowie, a tymczasem całe miasto spłonie. Dalejże, dzieci, wyłaźcie z jam. Każdy powinien bronić własnej skóry sam i to w kupie...
— Ależ ich jest dużo! Mają broń!
— Skąd wiecie? Strach ma wielkie oczy!
— Nie ma kto nami kierować!
— Kierujcież sobą sami! Zaczęli gadać, rozprawiać z okna do okna niby ptaki w koronie drzewa. Kłócili się, ale nikt nie ruszył z miejsca. To mnie zniecierpliwiło.
— Więc zostawicie mnie na całą noc w ulicy, z nosem zadartym w górę i przekrzywionym karkiem? Nie przyszedłem po to, by śpiewać serenadę i słuchać szczękania waszych zębów. Otwórzcież... wpuśćcie mnie... inaczej... dalibóg podłożę ogień pod pierwszy lepszy dom. Dalejże... niech przyjdą tu koguty... kury starczą na obronę gniazd!
Rozległy się klątwy i śmiechy, potem uchyliły się jedne drzwi, potem drugie... ukazał się jakiś nos... węszył... za nosem wylazło całe zwierzę... A kiedy zobaczono pierwszego barana na polu, wysypała się cała trzódka. Każdy oglądał mnie od stóp do głowy.
— Czyś całkiem zdrów?
— Zdrów jestem, jak głowa kapusty!
— I nikt cię nie zaczepił po drodze?
— Tylko sroka! Krzyczała z drzewa!
Widząc, żem uszedł jakoś zarazie, odetchnęli i polubili mnie tembardziej. Powodzenie budzi sympatję.
— Przypatrzcież mi się dobrze! — powiedziałem — Jestem w komplecie, nie brak mi ni jednego kawałka!... Może weźmiecie okulary... No, dość tego... jutro będzie wam wygodniej przy słońcu. A teraz, dosyć gadania... Gdzie możemy się naradzić?
— U mnie w kuźni! — zaproponował Gangnot.
W kuźni dusznej i niskiej rozłożyliśmy się na ziemi, udeptanej kopytami koni. Zamknięto drzwi, postawiono lampkę i zaraz ogromne cienie poczęły skakać po czarnych ścianach i pułapie. Zrazu wszyscy milczeli, potem wszyscy zaczęli mówić naraz. Gangnot ujął młot i trzasnął w kowadło. Cios rozdarł zgiełk, nastała znowu cisza. Skorzystałem z niej i powiedziałem:
— Szczędźmy słów. Znam całą historję. Złoczyńcy są wśród nas... wyrzućmy ich tedy precz!
— Są silni. Flisacy i hołownicy drzewa są po ich stronie.
— Flisacy — odparłem — to to samo co złoczyńcy. Pożądają cudzego dobra. Widząc, że inni piją, czują sami pragnienie! Nie wódź nas na pokuszenie... Jeśli zezwolicie na rabunek, to bądźcie pewni, rozwielmożni się to do tego stopnia, iż wszyscy zejdziecie na dziady. Ani jeden się nie uchroni! Uczyńmy rzecz mądrą, przyłóżmy siekierę do korzenia zła!
— Ależ pan Racąuin, jedyny radny jaki pozostał, zabrania mieszać się do tego! A wszakże on jeden daje dziś rękojmię porządku i bezpieczeństwa...
— Czy istnieje porządek i bezpieczeństwo?
— Podobno...
— Tak... czy nie?
— Hm... właściwie to nie!
— Tedy my obejmiemy władzę!
— Pan Racquin obiecał, że jeśli się zachowamy spokojnie to zło nas ominie.. Rozruchy zostaną ograniczone do przedmieść.
— Skądże on wie o tem?
— Musiał rad nie rad zawrzeć umowę ze złoczyńcami...
— Ależ taki fakt, to zbrodnia!
— Powiada, że uczynił to, by uśpić ich czujność...
— Ich czujność... albo waszą czujność... ha... — ha! Waszą, cymbały... waszą!
Gangnot huknął znowu młotem w kowadło. To był jego sposób zabierania głosu.
— Breugnon mówi prawdę! — oświadczył.
Wszyscy zamilkli zawstydzeni, wściekli i przerażeni, a Denis Saulsoy wymruczał półgłosem:
— Gdyby człek śmiał mówić, co myśli... ho, ho, ho!
— Czemuż nie gadasz? Jesteśmy w kole przyjaciół... Czegóż tu się obawiasz?
— Hm... ściany mają uszy!
— Nie jest tak źle! Gangnot... mój drogi, weź do garści młot i stań pod drzwiami. Ktokolwiek chciałby tu wejść, lub stąd wyjść przed czasem, palnij go w sam brzuch. Czy mury mają uszy czy nie, by szpiegować, to zaręczam, że nie starczy im języka, by denuncjować. Wyjdziemy stąd dopiero po uchwale, jako władza wykonawcza i nas będzie słuchało całe miasto! Kto piśnie słowo, będzie wisiał. No... gadajcież! Kto milczy, ten jest zdrajcą!
Uczynił się straszliwy hałas. Wybuchła nagle cała nienawiść, cały tłumiony strach. Każdy wytrząsał pięścią i darł się co sił:
— Ten łajdak Racquin trzyma nas w łapie! Judasz śmierdzący sprzedał nas i mienie nasze złodziejom i podpalaczom. Ale cóż robić? — Niema rady. Ma władzę, siłę, policję!
Spytałem:
— Gdzież jego gniazdeczko?
— W ratuszu. Spędza tam dni i noce, dla większego bezpieczeństwa otoczył się bandą nicponiów, złodziei i kryminalistów. Czuwają nad nim, a może nawet pilnują go, by nie uciekł... któż tam wie?
— Tedy jest więźniem? Doskonale! Pójdziemy przedewszystkiem uwolnić go! Gangnot, otwórz drzwi!
Nie mogli się jeszcze zdecydować.
— Czegóż czekacie? — spytałem.
— To sprawa gardłowa. Nie boimy się, ale zważno, Breugnon, że właściwie nie mamy prawa. On jest przedstawicielem władzy, a występować przeciw władzy, to znaczy brać na siebie wielką...
— Od-po-wie-dzial-ność! Czy tak? Dobrze! Oświadczam, że całą odpowiedzialność biorę sam na siebie. Uspokój się, Denis. Gdy widzę przed sobą zbója, zaczynam od rozbicia mu czaszki, a potem dopiero pytam jak się zwie: prokurator, czy papież? Tak być powinno i tak się stanie! Gdy bezład rządzi, rząd prawdziwy spocząć musi w rękach uciemiężonych!
Gangnot rzekł:
— Idę z tobą! Wziął w potężną łapę swój młot ogromny, oparł go o ramię i ruszył przodem wysoki, czarny, poważny, niby maszerująca wieża. Inni zaczęli się cisnąć skryci za bastjon jego olbrzymiego ciała. Każdy spieszył do domu po strzelbę, kuszę, młot, kosę lub siekierę. Rozpierzchli się, a mnie napadły wątpliwości czy wrócą. Wrócili, wprawdzie przerzedzeni trochę, ale zbrojni i zdecydowani.
Bardzo nam to było na rękę, żeśmy zastali drzwi ratusza otwarte. Pasterze byli tak pewni głupoty swych owieczek, tak dalecy byli od przypuszczenia, że oprą się rozpoczętej już strzyży swej wełny, iż spali najspokojniej snem niewiniątek, podjadłszy przedtem do syta.
Ofensywa nasza, przyznaję szczerze, me miała zgoła cech bohaterstwa. Wystarczyło poprostu wybrać pisklęta z gniazdka. Wyciągnęliśmy wszystkich wprost z łóżek. Byli porozbierani niemal do naga, niby króliki, z których zdarto skórę.
Racquin był to sobie człowieczek tłuściutki, różowiutki, na czole miał poduszeczki słoniny, na karku cały połeć, oczęta zaś słodziutkie połyskiwały zgoła nie głupio. Od pierwszego momentu wiedział, o co idzie. Mignęła mu w oczach błyskawica strachu, ale się opanował i głosem władczym spytał, pocośmy przyszli, napastując dom i naruszając prawo.
— Przyszliśmy cię sądzić, obwiesiu! — powiedziałem cichutko.
Oburzył się, zaczął kląć. Saulsoy rzekł mu wówczas spokojnie:
— Panie Racquin, nie groź pan. Jesteś oskarżony. Przychodzimy z żądaniem zdania sprawy z zarządu miastem. Broń się, jeśli możesz! Natychmiast zmienił ton:
— Drodzy współobywatele! — powiedział słodko — nie pojmuję czego sobie życzycie? Komuż się stała krzywda? Czyż nie pozostałem w mieście, narażając własne życie, a to dla waszego dobra? Wszyscy uciekli, tylko ja jeden stawiam czoło zarazie i rozruchom... Więc dlaczegóż przypisujecie mi jakąś winę, miast okazać uznanie?
Rzekłem mu:
— Wiadomo, że chytry lekarz jątrzy ranę, bo z niej żyje. To samo czynisz ty, oprawco miasta. Podniecasz rozruchy, żywisz się zarazą, porozumiewasz się ze zbójcami, palisz nasze domy, wydajesz na łup tych, których ci bronić przystało, a szczujesz na nich tych, których zwalczać trzeba. Powiedz nam tedy, zdrajco, czy przez chciwość zysku, czy ze strachu oddajesz się temu haniebnemu procederowi? Powiedz, jaki ci mamy napis zawiesić na szyi, czy taki: Oto człowiek, który zaprzedał zbójom rodzinne miasto za trzydzieści srebrników — czy taki: Oto radny miasta, który, salwując własną głowę, oddał głowy obywateli pod topór! Gadaj!
Wpadł w złość i krzyknął:
— Czynię, com czynić winien! Mam władzę! Palę domy nawiedzone zarazą, gdyż tak mówi prawo!
— Znaczysz krzyżem zarazy domy tych obywateli, którzy nie trzymają z tobą! Kto chce psa uderzyć, łatwo znajdzie kij! Ha... ha... Więc pewnie pozwalasz także rabować domy, by zwalczyć zarazę?
— Nie mogę temu zapobiec! Zresztą złoczyńcy, rabując domy zapowietrzone, zarażają się i giną. Stąd podwójna korzyść, bo się pozbywam tej hołoty.
— Genjalny wynalazek! Jeśli tak dalej pójdzie, to zostaniesz królem na zgliszczach miasta... co? Wybornie! Zczeźnie choroba i zczeźnie chory, a sam lekarz zostanie i schowa zysk za pazuchę. Nie uznajemy twej metody, mój Racquin! Od tej chwili obejmujemy sami opiekę nad miastem, a ponadto zaopiekujemy się tobą, by cię nie spotkał jaki wypadek, aż do czasu, kiedy zostaniesz wynagrodzony...
— Piękną tablicą pamiątkową na grobie! — dokończył Gangnot.
Jakby ktoś rzucił kość między psy, wszyscy zaczęli się cisnąć do Racquina z wrzaskiem nieludzkim:
— Pochować go żywcem! Podpalacz! Zdrajca!... Do grobu! Do grobu!
Wyrwał się i uciekł do alkowy. Tam oparty o mur, blady, szczerzył zęby, gotów gryźć. Powstrzymałem sforę:
— Czekajcie! Ja to załatwię!
Nędznik szczękał zębami ze strachu i zimna. Był nagi. Uczułem litość i powiedziałem:
— Wdziewaj portki. Dość mamy widoku twego zadka!
Śmiech się rozległ donośny. Korzystając z momentu, zaapelowałem do rozsądku obywateli, a Racąuin tymczasem ubierał się, rzucając złe spojrzenia. Uczul, że niebezpieczeństwo nie jest już tak bezpośrednie, więc, ubrawszy się, nabrał odwagi i zaczął krzyczeć. Nazwał nas buntownikami i zapowiedział, że będziemy oskarżeni o zbrodnię obrazy urzędnika. Odpowiedziałem:
— Nie jesteś urzędnikiem, zbóju! Wypędzam cię z urzędu!
Teraz wściekłość zwróciła się przeciwko mnie. Żądza zemsty wzięła górę nad rozsądkiem. Powiedział, że mnie zna, że ja jestem przywódcą buntowników i że na moją głowę spadnie odpowiedzialność. Wymyślał mi ostatniemi słowy i pluł na mnie.
— Czy go ubić? — spytał Gangnot.
— Sprytny jesteś, Racquin. Wiesz dobrze, że natychmiast mogę cię zakatrupić, ale nic uczynię tego, gdyż myślanoby, że się mszczę za spalenie domu. Jednak należy ci się stryczek... ale ten stryczek założy ci kto inny na szyję. Zaczekaj troszkę. Tymczasem mamy cię w rączkach, składamy z urzędu i zaczynamy rządzić sami.
Wybełkotał:
— Wiesz chyba, Breugnon, czem to pachnie!
Odparłem:
— Wiem, skróceniem o głowę! Zaryzykuję tedy głowę własną za głowy obywateli.
Zamknięto go w więzieniu. Zajął miejsce po wypuszczonym przez nas policjancie starym, którego kilka dni przedtem wtrącił do lochu, ponieważ nie chciał wykonywać jego łajdackich rozkazów.


∗             ∗

Do tej pory nasz plan rozwijał się i posuwał tak gładko, jak hebel po suchuteńkiej, wolnej od sęków desce orzechowej. Byłem tem wprost zdziwiony i pytałem siebie samego:
— Gdzież są właściwie złoczyńcy?
Ale w tej chwili rozległy się okrzyki:
— Do broni! Do broni!
Rabowano gdzieś. Zbiegliśmy na ulicę i tam człowiek jakiś zadyszany powiedział nam, że banda złodziei podpala i rabuje składy Piotra Poullarda w Betlejemie, tuż za bramą Louvredeaux.
— Rzekłem do współobywateli:
— Możebyśmy im zagrali do tańca? Pobiegliśmy do Mirandoli. Z terasy pałacowej widać było dolną część miasta i właśnie od tej strony dolatał zgiełk i wrzawa. Trąba z wieży Św. Marcina grzmiała na trwogę.
— Przyjaciele, trzeba nam będzie wleźć do tego pieca, niema innej rady! Będzie trochę ciepło. Czyście gotowi? Ale przedewszystkiem potrzeba dowódcy! Czy chcesz objąć komendę Saulsoy?
— Nie! Nie! Nie! — zawołał odskakując wstecz trzy kroki — Nie chcę! Nie umiem! Nie znam się na tem... Uczynię co trzeba, ale komenda?
— Więc kto się zgłasza?
Nikt się nie odezwał. Znam ja was, ptaszki pomyślałem, maszerować, gadać... to jeszcze jakoś idzie, ale gdy trzeba coś czynić, niema nikogo! Ot tak zawsze bywa z mieszczuchem. Wyciągam przeto rękę:
— Jeżeli nikt nie chce, tedy ja obejmuję komendę!
Powiedzieli chórem:
— Zgoda!
— Ale musi mnie każdy słuchać bez gadania. Inaczej djabli nas wezmą! Do rana jestem tedy wyłącznym panem sytuacji. Jutro będziecie mnie sądzić, zgoda?
— Zgoda! — powtórzyli.
Zeszliśmy ze wzgórza. Szedłem na przedzie po lewej miałem Gangnota, po prawej Bardeta, herolda miejskiego z bębnem. U samego początku przedmieścia natknęliśmy się na rozbawiony tłum, który naiwnie, bez wszelkiej złośliwości dążył ku miejscu, gdzie rabowano. Szli, jakby na uroczysty obchód jakiś. Wiele kobiet niosło koszyki, niby na targ...
Ludzie zatrzymywali się i patrzyli na nasz oddział, rozstępowano się z wielką uprzejmością. Nikt nie wiedział co to znaczy i wielu przyłączyło się, maszerując w takt w ostatnim szeregu. Jeden z takich wolontarjuszów niósł papierowy lampjon ze świeczką płonącą w środku, był to fryzjer Perruche. Zbliżył lampjon do mego nosa i, poznając mnie, zawołał:
— To ty Breugnon, chłopcze kochany! Wróciłeś... a to doskonale, właśnie jest sposobność popicia razem!
— Jest na wszystko czas właściwy, mój Perruche! Popijemy jutro!
— Postarzałeś się widzę, Colasie! Pragnienie nie uznaje przepisanej pory. Zresztą do jutra wino będzie już wypite. Ot, właśnie otwierają beczki! Spieszmy się! Czyżbyś stracił gust do wina?
— Do kradzionego wina nigdy gustu nie miałem!
— Kradzione? Przeciwnie... uratowane! Gdy dom płonie należy przecież ratować dobre i smaczne rzeczy!
Odsunąłem go na bok.
— Złodzieju! — warknąłem.
— Złodzieju! — powtórzyli Gangnot, Bardet, Saulsoy i inni. I minęliśmy fryzjera. Stał chwilę, jak skamieniały, potem usłyszałem jego klątwy i pogróżki i obejrzawszy się, spostrzegłem, że biegnie, wytrząsając pięścią. Gdy nas doścignął, zamilkł nagle i maszerował w szeregu.
Doszedłszy do brzegu Jonny, stanęliśmy u przyczółka mostu. Ścisk panował taki, że nie sposób było przejść. Kazałem bębnić. Pierwsze szeregi rozstąpiły się bezwiednie. Wbiliśmy się klinem i utknęli w ciżbie. Spostrzegłem dwu flisaków, znanych mi dobrze, Joachima z Kalabrji, zwanego „Królem“ i Gadina, zwanego „Gueurlu“.
— Cóż, majsterku Breugnon? — spytał mnie Joachim — Cóż to robisz? A taki poważny... ho ho... uzbrojony.. phi! Gdzież to wybierasz się, na wojnę?
— Zgadłeś, Kalabryjczyku. Właśnie jestem komendantem Cłamecy i będę go bronił przed wrogami!
— Wrogami? Czyś oszalał? Któż jest tym wrogiem?
— Podpalacze!
— I cóż cię to obchodzi? Wszakże twoja chałupa już spalona! Coprawda, przyznajemy, bardzo nam żal, zaszła omyłka, nie należało palić twego domu! Ale Poullard, ten piernik, ten drab utuczony naszym potem, ten rabuś, który pyszni się wełną, zdartą z naszej skóry, a potem obdarłszy udaje moralnego i pogardza biedakami... o, musi on dzisiaj beknąć. Kto go okradnie, ten pójdzie prosto do nieba po śmierci!
Chciałem z nim pogadać przed użyciem przemocy.
— Kalabryjczyku, a gdzie honor?
— Świstam na honor! — zapiał Gueurlu — Mam gdzieś honor. To dobre dla bogaczy, którym stawiają nagrobki z napisami. Cóż zostanie z honoru nędzarza we wspólnym grobie? Śmiecie drwią sobie z honoru!
Nie odpowiadając Gueurluowi, odezwałem się do Joachima.
— Honor to wielka rzecz, królu Kalabrji! Ty sam wiesz o tem! Tak, niemała to rzecz honor dzielnych flisaków Burgundji. Gdy minie sława wielkich rodów, gdy znikną ich nazwiska, wówczas pozostanie jeszcze pamięć pracowników 0 namulonych dłoniach, którzy spławiali drzewo lasów naszych dla budowy domostw... Jakże straszną byłoby rzeczą, by właśnie tych budowniczych nazwać miano kiedyś podpalaczami 1 złodziejami!
— Gwiżdżę na to! — wrzasnął Gueurlu.
Ale „Król“ krzyknął, spluwając:
— Gwizdaj sobie, ścierwo! Breugnon mówi prawdę! Nie ścierpię myśli tak ohydnej. Na św Mikołaja, tego o nas nikt nie powie! Honor nie jest wyłącznem prawem bogaczy. Te siry, czy mesiry nie warte żadnego z nas!
— Ee, nie ma co się krępować! Czy oni sobie robią jakieś skrupuły? Trudno znaleźć większych drabów niż książęta i duki. Weźmy naprzykład Kondeusza, lub grubasa d’Epemon, poplecznika Włoszki, dalej księcia Soissons, a wreszcie choćby i naszego Neversa! Czyż nic nadziewają się do pęknięcia miljonami, niby świnie kasztanami? A kiedy zmarł nasz Henryk, to przecież wszyscy, jak byli, rzucili się kupą i rozkradli skarb państwa. Oto macie honor magnatów... Tfu! Więc dlaczegóż my mamy być gorsi?
Kalabryjczyk zaklął.
— Czekajcie! Jeszcze przyjdzie na nich kreska! Henryk się zjawi, wyjdzie z grobu i porznie ich, jak świnie, albo nie... lepiej my zrobimy ’ z nimi porządek, upieczemy ich, nadziawszy złotem niby prosię kluskami, na wolnym ogniu. Tak ukarzemy kanalje, to wolno... lecz nie wolno nam pod żadnym warunkiem naśladować ich łajdactw. Powiedziałem już i powtarzam, że flisak ma więcej honoru w pięcie, niż taki... rozbójnik w całem sercu.
— Tedy, królu drogi, przyłącz się do nas! — zawołałem.
— Dobrze... i Gueurlu pójdzie z nami!
— Nie... nie, ja nie pójdę! — wrzasnął Gueurlu.
— Widzisz rzekę? — spytał król — Pójdziesz tam z nami razem, albo sam, do wody. Marsz, naprzód! Heej... rozstąpić się! — wrzasnął w tłum — Idzie król Kalabrji, kiełbaśniki zatracone! Z drogi!
Uciekano przed nim, bo walił w prawo i lewo sękatym drągiem, my zaś sunęliśmy za nim, niby płotki?a potężnym szczupakiem. Złoczyńcy byli zbyt pijani, by z nimi dysputować. Każda sprawa ma swój czas. Przeto staraliśmy się tylko przewracać ich na ziemię w ten sposób, by jak najmniej ucierpieli. Pijany człowiek, to rzecz święta!
Znaleźliśmy się u drzwi składu. W domu Piotra Poullarda roiło się od bandytów’, niby od wszy na baranie. Jedni wyciągali kufry i toboły, inni je rozbijali i ubierali się w kradzione suknie, jeszcze inni wreszcie zabawiali się rzucaniem z piętra na dół naczyń porcelanowych i glinianych. Na środek podwórza zatoczono beczułki. Widziałem jednego, który pił, przyłożywszy usta wprost do szpuntu, a potem przewrócił się w kałużę czerwonego wina, wznosząc w górę wszystkie cztery łapy. W bagniskach cennego płynu chlapały się dzieci. Przyświecano sobie, tworząc ogniska z mebli. Z głębi piwnic dolatywały przygłuszone uderzenia młotów i siekier, ryki i wrzaski, kaszel i śpiew. Cały dom tętnił, jakby mu wlazł do brzucha rój szerszeni. Tu i owdzie z pod dachu wymykały się języczki płomienia i wstęgi dymu, snując się po belkowaniu ścian.
Dostaliśmy się w podwórze. Nikt nie zwracał na nas uwagi; wszyscy byli zbyt zajęci sobą. Tedy rzekłem Bardetowi:
— Uderz w bęben!
Bardet załomotał co sił w psią skórę i okrzyknął głośno, iż miasto oddało mi w ręce władzę. Zabrałem potem głos i wezwałem hołotę, by się wynosiła precz. Na odgłos bębna zbiegli się, niby rój much, obsiadający pełny kocioł, i zamilkli, gdy jednak bębnienie ustało, zaczęli na nowo brzęczeć, kląć, śmiać się, oraz rzucać w nas kamieniami. Chciałem wyważyć drzwi piwnicy, ale rzucali ze strychu na nas belkami i dachówkami. Weszliśmy mimo to odparłszy łajdactwo, ale nie bez strat. Gangnot stracił dwa palce, a Kalabryjczykowi wybito lewe oko. Ja sam, podpierając drzwi, które chciano zatrzasnąć, znalazłem się w pułapce, niby lis, bo oto palec mój znalazł się pomiędzy zawiasami. Do licha! Mało co nie zemdlałem i już napół przytomny z bólu waliłem się na jakąś kobietę, na szczęście jednak spostrzegłem napoczętą baryłkę z wyśmienitą wódką, tedy zakropiłem sobie brzusiwo i wymoczyłem mój biedny kciuk. Nabrałem straszliwej odwagi i wziąłem się do roboty. Wściekłość moja rosła w miarę jak owa.. musztarda... coraz więcej biła do głowy.
Walczyliśmy teraz na stopniach schodów piwnicznych. Należało skończyć co prędzej, bo te djabły strzelały z muszkietów wprost w twarze i z tak bliska, że Saulsoyowi zapaliła się broda, który to pożar ugasił Gueurlu w swych namulonych, twardych dłoniach. Szczęściem strzelającym pijakom dwoiło się w oczach, inaczej żaden z nas nie byłby wyszedł żywy z tego piekła. Po chwili musieliśmy wykonać odwrót i wrócić po schodach na górę.
Stojąc u wnijścia, zobaczyłem że pożar posuwa się wzdłuż obu skrzydeł obejścia wgłąb ku piwnicom. Kazałem przeto wznieść wał z kamieni i szczątków, wysoki na człowieka, na wierzch zaś nakłaść skorup i kłujących przedmiotów, uniemożliwiających przedostanie się na drugą stronę. Potem krzyknąłem:
— Zbóje, lubicie ogień, przeto użyjecie sobie teraz dowoli.
Nie zrozumieli niebezpieczeństwa, a gdy się połapali, o co idzie, było już za późno. Pożar ogarnął ściany i gdy zaczęły się sypać płonące krokwie, a z piwnicy zagrzmiały wycia szatańskie, z drzwi piwnicy wylał się potok ludzkich postaci. Na wielu płonęło już ubranie. Zwarta fala uderzyła czołem o mur przez nas wzniesiony i ci, którzy wyszli pierwsi, utworzyli coś w rodzaju korka, który uniemożliwił ratunek pozostałym. Ryki potępieńcze dobywały się ciągle z podziemi. Straszna to była, zaprawdę, muzyka. Okropnie jest słuchać rozpacznych wołań cierpiącego i zdjętego strachem śmiertelnymi człowieka. Gdybym był zwykłym sobie Colasem Breugnon, byłbym niezawodnie zawołał:
— Ratujmy ich!
Ale dowódcy nie wolno mieć serca i uszu, a tylko oczy i rozum posiadać on winien. Widzieć i czynić nieugięcie to co trzeba, oto jego zadanie. Uratować bandytów znaczyło tyle co zgubić całe miasto, gdyż w razie wydobycia się. na wierzch, jako kilkakrotnie liczniejsi i lepiej od nas uzbrojeni byliby wzięli nad nami górę, a co zatem idzie, myśliwi staliby się zwierzyną. Trudno... trzeba było udusić trutnie w ulu.
Widziałem, jak płomienie z lewej i prawej strony połączyły się nad piwnicami, strzelając i rzucając w powietrze pióropusze dymu.
Nagle ujrzałem u wnijścia do piwnicy, wciśniętego w tłum, stojącego bez ruchu, starego znajomego, znanego pod zawołaniem Gambi. Był to nicpoń zgoła nieszkodliwy, odznaczający się tylko niesłychaną pożądliwością wina. Płakał, to znów śmiał się, jakby stracił zmysły. Skąd u licha wziął się on pomiędzy bandytami? Zasłużył na karę, ale mimo wszystko, nie mogłem przecież pozwolić, by się żywcem usmażył. Bawiliśmy się jako malcy, a potem przystąpiliśmy razem do pierwszej komunji.
Odsuwam tedy gapiów, przesadzam zaporę, i stąpając po głowach (gryźli mnie w nogi), idę poprzez miazgę ciał ludzkich, z której się już kurzyło ku Gambiemu. Chwytam go za kołnierz, ciągnę... Niepodobna! Ciągnę mocniej... Nie sposób wyrwać go w całości, chyba krajać po kawałku! Szczęście jednak zawsze sprzyja pijakowi. Gambi wynurzył się o głowę w górę, ci, którzy pchali się z tyłu, podtrzymali go w powietrzu, tak że był jako pestka wyduszona ze śliwki. Kopiąc obcasami w prawo i lewo. zdołałem wyłuskać go do końca.
A był już czas najwyższy. Płomień dął, niby straszliwa trąba powietrzna kominem schodów piwnicznych. Piekło chyba tak wygląda! Swąd piekących się ciał odurzał nos. Pryskał tłuszcz ludzki jak masło na patelni. Z najwyższym wysiłkiem, krocząc ciężko, bo z ciężarem, niebaczny na to, gdzie stawiam nogi, wróciłem za barjerę, wlokąc Gambiego za sobą. Potem odszedłem na bok i rzuciłem ocalonego na ziemię. Mimo śmiertelnego strachu nie puścił dwu emaljowanych talerzy i obrazka, którą to zdobycz wyniósł licho wie skąd. Ściskał je pod pachą. Kiedy wstał i przyszedł do siebie, odrzucił precz swój łup, a potem, zanosząc się od płaczu, zaczął wymiotować. rycząc w przerwach:
— Nie chcę kraść... oddaję wszystko, co zrabowałem... Nie chce kraść...


∗             ∗

O — świcie przybył prokurator Wilhelm Courtignon, eskortowany przez Robineta, który go dostawił na miejsce niemal jako więźnia. Wraz z nimi przybyła kompanja żandarmerji w liczbie trzydziestu zbrojnych, oraz oddział chłopów z kosami. W ciągu dnia przysłał mi magistrat większe posiłki, nazajutrz zaś książę de Nevers odkomenderował poważne siły do Clamecy i okolicy. Armja stwierdziła straty, „osobistości powołane“ spisały całe góry protokółów, oszacowały wartość objektów zniszczonych, dodały do rachunku koszta swego urzędowania i podróży, a potem „władza“ oddaliła się drogą, którą przybyła.
Morał całej awantury brzmi w ten sposób:
— Pomagaj sam sobie nieboże.
A król ci dopomoże!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.