Colas Breugnon (Rolland, 1923)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XI.
KSIĄŻĘCA ŁĄKA
Koniec września.

Powrócił spokój, zgliszcza ochłodły i zaraza gdzieś przepadła. Ale miasto długo pozostawało pod wrażeniem katastrofy. Mieszczuchy przeżuwali przeróżne rzeczy, jakie przeżyli. Próbowali stopą ziemi niepewni, czy się pod ich ciężarem nie zapadnie. Nie mogli uwierzyć, iż zwyciężyli. Kryli się po domach, co najwyżej przemykali popod ścianami domów ze spuszczonemi uszami i ogonem między nogami. Djabli wzięli ambicję, nikt nie śmiał spojrzeć bliźniemu w oczy. Bano się własnego odbicia w lustrze... albowiem wylazło czasu onych dni szydło z worka. Kanał ja. ludzka ukazała się w całej nagości... A to nie było miłem... o, nie! Jedni wstydzili się drugich, niedowierzano sobie wzajem. Ja sam nie czułem się zadowolony. Zrobiłem wprawdzie co trzeba, ale zawsze, owa masakra masowa, owo autodafé... ten odór pieczonego ciała Judzkiego... brr!... Uuf! Ponadto wspomnienie łajdactwa, okrucieństwa u ludzi z najbliższego otoczenia/wszystko to wytrąciło mnie z równowagi. A ludzie czuli co o nich myślę i mieli urazę. Krępowaliśmy się wzajem. Radbym był im powiedzieć: kochani współobywatele, przebaczcie mi... oświadczam, że nie widziałem nic... Upał jesienny ciężył miastu, koniec lata przepoił wszystko dziwnem odrętwieniem.
Racquin odstawiony został pod dobrą eskortą do Nevers, a rząd i książę zaczęli spierać się o to, kto go ma sądzić. Korzystając z tej dywersji śnił plany wykręcenia się sianem. Co do mnie, kasztelański urząd raczył patrzyć przez palce na to co uczyniłem. Okazało się, że, ocalając miasto, popełniłem mnóstwo zbrodni i przekroczeń prawa, za co powinienbym właściwie zostać zesłany na galery. Ale ponieważ nie byłbym się mógł dopuścić tych deliktów, gdyby władza była wytrwała na stanowisku, przeto nie nastawano na karanie mnie, a ja również nie upominałem się oczywiście o wymiar sprawiedliwości. Człowiek czuje się niewinnym, ale djabeł sam jeden wie, co o tem mówi tak zwane prawo. Wystarczy włożyć jeden palec w maszynę ustawodawczą, a całe ramie stracone! I trzeba odciąć rękę, bo inaczej... adiu Fruziu... człeka licho bierze z kościami! Tedy bez niepotrzebnych słów stanął między mną, a... tymi panami od zielonego stolika milczący pakt tego rodzaju, że ja nic nie zrobiłem, a oni niczego nie widzieli, zaś to co się stało onej nocy pod moim przewodem, stało się z woli i ramienia władzy. Ale to teorja. Ani ja, ani obywatele nie mogliśmy zapomnieć, przeto bano mnie się w całem mieście... prawdę mówiąc, uczuwałem sam przed sobą rodzaj strachu i zdziwienia, iż mogłem być tak okrutnym. Pal sześć rolę Atylli, czy Cezara. Piorun jowiszowy wyobrażam sobie w formie fantazji, czy uniesienia przy szklance wina, ale wojna... wojna domowa zwłaszcza... to nie moja rzecz! Krótko i węzłowato, wszyscy byliśmy rozstrojeni i niezadowoleni z siebie, czuliśmy wyrzuty sumienia i ucisk w trzewiach.
Zabraliśmy się z zapałem do roboty. Praca, niby gąbka wypija poczucie wstydu i wyrzuty sumienia, przy pracy dusza okrywa się nową skórą i wzbiera krwią świeżą. A pracy tej nie brakło, bowiem ruiny i zgliszcza zaległy wokół. Ziemia tego roku wspomogła nas dzielnie i wydatnie. Oddawna nie było takiej obfitości owoców i zboża, a szczytem dostatku stało się tegoroczne winobranie.
Zdało się doprawdy, że ta kochana matka nasza chce nam w winie oddać krew, która w nią wsiąkła. Zaprawdę nic nie ginie w świecie. Wszakże woda, spadająca z nieba, wraca w postaci oparu, czemuż tedy wino nie ulegałoby takiej samej cyrkulacji pomiędzy ziemią, a krwią ludzi. Toż to ten sam sok! Wyobraźmy sobie, że jestem szczep winny albo, że byłem nim ongiś, lub kiedyś będę. O, jakżebym pragnął zostać w ten sposób nieśmiertelnym, odnawiać się z każdą wiosną, czuć że rosnę, puszczam liście, wydaję krągłe pełne jagody, pękające z obfitości soku na słońcu a potem... zostać zjedzonym... (to najlepsze!). Jak się tedy powiedziało, soku winogradowego było tego roku co niemiara, aż zbrakło beczek. Musiano użyć wszystkich garnków, balij, koryt i nie można było dać rady z wyciskaniem. Zdarzyła się rzecz niesłychana dotąd, mianowicie stary winiarz z Andrie, ojciec Coullemard obwieścił, iż sprzeda beczkę winogron za trzydzieści sous, pod warunkiem, że nabywca sam sobie je zabierze z winnicy.
Wyobrazić sobie łatwo nasze wzruszenie. Wszakże, jako ludzie oszczędni i stateczni nie mogliśmy ścierpieć, by się dar boży zmarnował. Musieliśmy się poświęcić i pić... pić... pić... bohatersko, by sprostać tej pracy Herkulesa. Nieraz też biedny Herkules musiał dotykać ziemi, wyręczając w tem słynnego Anteusza. Dobrą stroną tej ciężkiej pracy było, że myśli nasze przybrały inny kierunek, że czoła się rozchmurzyły, a policzki nabrały kolorów.
Ale mimo wszystko zostało coś na dnie puharu, jakieś męty ciemne i niesamowite sprawiały, że ludzie trzymali się zosobna, unikali się i patrzyli na się zpodełba. Każdy przyszedł potrochu do siebie, odzyskał równowagę (zresztą bardzo chwiejną) umysłu, ale nikt nie chciał zbliżać się do sąsiada, pito w pojedynkę, zamykano się u siebie, a jak wiadomo, jest to bardzo niezdrowa rzecz. I byłby ten przykry stan trwał Bóg wie jak długo, gdyby nie przypadek. Przypadek to chytra sztuka. Dzięki niemu właśnie natrafiliśmy na coś, co łączy ludzi, mianowicie na wspólnego wroga. Miłość także zbliża, ale uczynić z całej gminy jednego męża może tylko wróg wspólny, zaś wrogiem owym stał się nasz władca.
Tej jesieni strzeliło do głowy księciu Karolowi, by zabronić nam używania łąk podmiejskich, będących rzekomo jego własnością, a zwłaszcza pastwisk zwanych zdawna Pre-le-Comte. Łąki owe czy pastwiska, położone tuż za bramami miasta, przez które snuje się kapryśny wężyk Beuwronu, to od lat trzystu przedmiot sporu. Książę ciągnie potężnemi swemi zębiskami w jedną stronę, a my naszemu zębami w drugą. Mniejsze i nie tak potężne mamy zęby, ale nie nawykliśmy puszczać zdobyczy z paszczy.
Ni po jednej, ni po drugiej stronie niema żadnego zacietrzewienia, śmiejemy się wzajemnie, mówimy do siebie: drodzy przyjaciele... jaśnie oświecony książę... ale przeciwnicy czynią wszystko co ich w mocy, by zalać sobie wzajem sadła na skórę i ani im w głowie ustępować choćby piędzi ziemi. Prawdę powiedziawszy, nie przyznano nam nigdy słuszności. Wszystkie trybunały, aż do najwyższego, zadekretowały jednozgodnie po wiele razy, iż nasza łąka nigdy naszą nie była. Wiadomo jednak, że tak zwana sprawiedliwość jest to sztuka robienia... za dobre pieniądze... czarnem tego, co jest białe. To też wyroki sądów mało nas obchodziły. Sądzić, to rzecz sędziów... posiadać, to rzecz nasza. Czy czarna krowa czy biała, rzecz główna — komu mleko dawała... Nam dawała mleko, przeto uważaliśmy ją za swoją. Łąka nie daje coprawda mleka, ale daje różne korzyści. Po pierwsze, był to jedyny w Clamecy kawał gruntu, nie należący wyłącznie do żadnego z obywateli. Będąc tytularnie własnością księcia, była własnością wszystkich i każdy mógł ją niszczyć dowoli. Robiono też tam wszystko, czego nikt nie chciał robić u siebie-Pracowano tam, czyszczono, trzepano materace i dywany, wyrzucano śmieci, grano w gry towarzyskie, spacerowano, pasiono kozy, tańczono przy muzyce, ćwiczono się w strzelaniu z kuszy i samopału, oraz w bębnieniu, zaś nocą, wśród traw rozkwieconych różnobarwnemi papierami, przy szmerze Beuwronu, który się niczemu nie dziwił (widział bowiem niemało).. uprawiano miłość.
Póki żył nasz kochany książę Ludwik, wszystko szło po staremu, bo udawał że niczego nie widzi. Człowiek ten wiedział, że chcąc mocno trzymać wodze rządu trzeba na niejedno pozwolić poddanym. Cóż mu to szkodziło, że mieliśmy złudzenie swobody, gdy on był w rzeczywistości panem. Ale synalek jest pyszałkiem i ile razy któryś z kogutków na jego podwórku zapieje, zaraz pokazuje pazury władzy (w rzeczywistości władzy zresztą nie posiada, tylko udaje pana). Nie rozumie, że Francuz musi kpić ze swego władcy. Jeśli się nie śmieje, napewne zamyśla podnieść bunt. Nikt Franzuzem nie owładnie, jeśli sprawę bierze serjo, kocha on bowiem tylko tych, z których się może śmiać, będąc tego zdania, iż śmiech równa ludzi.
Otóż gąsior ów, Karolek, zaprzeczył nam pewnego pięknego poranku prawa tańczenia, deptania i kochania się na Pre-le-Comte. Zaiste, właściwy obrał czas do zakazu! Powinienby był nas raczej, wobec strat poniesionych zwolnić od podatków! Ale trafiła kosa na kamień! Postanowiliśmy pokazać pyszałkowi, że Clameceńczycy nie są zrobieni z drzewa fletowego, by na nich miało grać byle książątko, ale z suchej, twardej dębiny, w którą z trudem wbija się siekiera, a wydobyć jej już zgoła nie można.
Odbierać nam łąkę? A to co? Wszakże posiadamy ją (prawem kaduka coprawda, ale kradzież uświęcona trzystoletniem posiadaniem jest nienaruszalna)... posiadamy ją, uczyniliśmy sobie z niej podarek, a przytem zdobyliśmy cal po calu w wytrwałej, upartej walce zaborczej... Wszakże to jedyna rzecz, która nas nic me kosztowała, a przeto zabór jej sprawił nam tyle uciechy! Czyż wartoby coś brać wogóle, gdyby się miało oddawać? Cóż warteby było życie? Zaprawdę, gdybyśmy ustąpili, przodkowie nasi wstaliby z grobów ku obronie zagrożonej łąki. To kwestja honoru miasta! Tak zawołaliśmy jednogłośnie i stanęliśmy jak jeden mąż do rozprawy.
Wieczorem onego dnia, kiedy tambor miejski obębnił i ogłosił fatalny dekret (uczynił to w sposób tak ponury, jakby głosił wyrok śmierci na kogoś), wszyscy znaczniejsi obywatele, urzędnicy, przewodniczący stowarzyszeń i starsi bractw zgromadzili się na rynku. Znalazłem się tam i ja, jako przedstawiciel bractwa Św. Joachimy, babki św. Anny (jak każdemu wiadomo). Różne posłyszałem zdania co do sposobu wprowadzenia w czyn akcji obronnej, wszyscy jednak godzili się, że trzeba koniecznie zaraz działać.
Gangnot, przedstawiciel Św. Eljasza, i Kalabryjczyk, imieniem Św. Mikołaja, oświadczyli się za użyciem metody silnej pięści. Proponowali obaj, aby niezwłocznie podpalić bramy zamku, by rozwalić mur, porozbijać głowy straży książęcej, oraz zniszczyć wszystko na łące aż do gołej ziemi.
Przeciwnie piekarz Florimond, wyobraziciel łagodnego z natury Św. Honorjusza, oraz ogrodnik Maclou, wyznawca Św. Fiakra, objawili uczucia zgoła jagnięce, pojednawcze i wskazywali, że właściwą jest jedynie droga pisemnych układów, przedstawień i suplik, popartych zresztą znacznemi dawkami wytworów pieca piekarskiego i produktami ogrodu owocowego, złożonemi na ręce księżnej.
Owe wnioski nie przeszły, gdyż na szczęście, ja z moją Joachimą, oraz Jan Bobin, przedstawiciel bractwa Św. Kryspina, i Edmund Poilou, z takiegoż bractwa Św. Wincentego, nie dopuściliśmy ani do gwałtu, ani do upadlającego włażenia księciu bez mydła tam, gdzie nie potrzeba. In medio virtus! Każdy rozumny Burgund znajdzie sposób zakpienia sobie z kogoś, kto mu jest nie na rękę i napluje mu spokojnie w brodę, nie wyrywając zaraz włosów garściami. To jest nawet oszczędniejsze, bo nie tyle kosztuje, a zemsta jest tem milsza, gdy ubawi zarazem.
Czyż mam opowiedzieć farsę przez siebie wymyśloną, zanim się rozegrała? Nie... nie. Wystarczy, jeśli zanotuję, że wielka nasza tajemnica przez dwa tygodnie dochowana została ściśle, mimo, iż wiedział o niej każdy obywatel miasta. Idea przewodnia była moją, ale każdy dorzucił coś od siebie celem upiększenia, tak że wspólne nasze dziecko przedstawiało się ślicznie, nie brakło mu bowiem ojców. Mer i ławnicy dowiadywali się codzień dyskretnie co słychać z projektem, a notarjusz Delavau, otulony płaszczem, co nocy przychodził na posiedzenia i wskazywał nam sposoby gwałcenia prawa, pod pozorem najwyższej uległości dla jego postanowień.
Pokazywał nam też wypracowane starannie sentencje łacińskie, gloryfikujące księcia i dające wyraz naszego posłuszeństwa, które były tak skonstruowane, że można było je interpretować wprost przeciwnie.


∗             ∗

Nareszcie nadszedł wielki dzień. Zgromadziliśmy się ogoleni, przybrani odświętnie, ustawiając się rzędami pod godłami brackiemi. Oczekiwaliśmy mera i rady miejskiej. Z wieży Św. Marcina wybiła dziesiąta, a jednocześnie zagrały wszystkie dzwony. Na dany znak rozwarły się na ściężaj podwoje ratusza i podwoje katedry i na obu terasach, niby marjonetki, ukazała się z prawej biała komża kanonika, a z lewej zielonożółty korowód radnych. Zamieniono ponad naszemi głowami uroczyste ukłony, potem z prawej, poprzedzony ponsowo ubraną służbą kościelną (nosy były też ponsowe) począł kroczyć po schodach kanonik, a z lewej rada, poprzedzona strażą miejską i sługusami, przybranymi w łańcuchy, emblematy i godła. My, ugrupowani wokoło placu Św. Marcina, staliśmy szeroko zatoczonym kręgiem, pośród którego znalazły się władze i dostojnicy. Nie brakło nikogo, nikt się nie spóźnił. Palestra, urzędnicy prokuratorji i notarjusz pod sztandarem Św. Iwona, doradcy prawnego Boga Ojca. zaś aptekarze, kuglarze i lekarze, wykwintni znawcy uryny i klistyrodawcy sub invocatione Św. Kośmy, który odświeża pono wnętrzności mieszkańców raju, tworzyli wokół kanonika coś w rodzaju świętej gwardji. Zpośród mieszkańców brakło tylko jednego, mianowicie samego prokuratora, przedstawiciela księcia.
Przez czas jakiś czekano na placu, który zdawał się beczką pełną musującego moszczu. Rozbrzmiewały radosne pomruki, śmiechy, strojono skrzypce, naszczekiwały psy... Czekano widocznie na coś ważnego... Cierpliwości... Oto niebawem... wszystko się wyjaśni... Już idzie... niosą! Jeszcze, zanim ujrzano niespodziankę, zapowiedziały ją okrzyki, a głowy wszystkich, niby chorągiewki pod uderzeniem wiatru, zwróciły się w jedną stronę.
Z ulicy Targowej poczęła się wysuwać niesiona na ramionach ośmiu tęgich młodzieńców, wzniesiona wysoko ponad tłum jakaś dziwna budowla z drzewa. Miała kształt piramidy, coś niby trzy coraz to mniejsze stoły, postawione jeden na drugim. Nogi wszystkich stołów otoczone były wstęgami, galonami, obandażowane jaskrawą materją jedwabną, zaś na szczycie widniała pod baldachimem bogato przystrojonym w pęki wstęg, jakaś zawoalowana figura. Nikt się nie dziwił, bowiem wszyscy znali tajemnicę. Każdy zdjął grzecznie czapkę przód figurą, ale śmiali się wszyscy ukradkiem.
Cała maszyna ustawiona została pośrodku placu pomiędzy murem a kanonikiem, a korporacje z muzyką na czele zaczęły defilować wokoło. Pierwszy, jak przystoi, kroczył Św. Mikołaj. Kalabryjczyk ubrany w infułę ze słońcem, wymalowańem na plecach, trzymał w żylastych, czarnych rękach swych godło patrona rzek w kształcie okrętu z figurą świętego, błogosławiącego dwoje dzieci. Towarzyszyło mu czterech starych marynarzy z grubemi jak pałki, żóltemi, twardemi jak drzewo świecami w dłoniach, których w razie potrzeby można było użyć do innego celu. Kalabryjczyk kroczył uroczyście, wznosząc w niebo swe jedyne oko i kiwając się pompatycznie na nogach.
Za nim postępowali metalowcy, synowie Św. Eljasza, nożownicy, ślusarze, kowale pod wodzą Gangnota, który w nadwerężonej czasu walki ręce niósł wysoki krzyż, na drzewcu którego widniały emblematy cechu, kowadło i młotek. Dalej kroczyli winiarze i bednarze śpiewając hymn do wina, do swego patrona św. Wincentego i wznosząc godło cechu na wysokim drągu... Trudno wymienić wszystkich. Gdy korowód przesunął się koło dziwacznej figury, drewniana budowla drgnęła i ruszyła.
A przed nią, niby przed arką przymierza, kroczyły biało ubrane dziewczęta, piszcząc jakieś pieśni. Mer i trzej ławnicy postępowali obok, dzierżąc w dłoniach kwasty wstążek spływających z baldachimu. Radnych otaczała świta dzieci Iwona i Kośmy, za nimi kroczył szwajcar katedralny, wyglądający niby czerwony kogut, a za nim kanonik w asyście księży, którzy śpiewali litanję.
Dalej płynęła fala tłumu, zbita, gęsta jak powidło, a ruchliwa, jak rój os. Wyszliśmy z miasta i udali się wprost na łąkę. Wstępu na nią broniła świeżo ustawiona bar jera, trzej policjanci oraz kapitan, który niedawno objął służbę w zamku. Kapitan był przybyszem świeżym, przeto wziął wszystko zbyt poważnie i w pierwszej chwili chciał wzbronić procesji wstępu (biegał i przewracał oczyma). Toż samo, ale tylko na pozór czynili wtajemniczeni policjanci. Z tłumu, jak to było zawczasu ułożone, podniosły się okrzyki i pogróżki, które jednak mogły bardzo łatwo zmienić farsę w walną bitwę, bo godło Św. Mikołaja drgało już w rękach Kalabryjczyka, a świece w dłoniach jego akolitów.
W sam czas wysunął się mer i zawołał:
— Odkryć głowy!
W tej chwili spadła zasłona okrywająca figurę, a heroldowie miejscy wrzaśli:
— Z drogi! Idzie książę!
Hałas ucichł natychmiast. Wszyscy święci, uszeregowani w szpaler, sprezentowali broń, a kapitan i policjanci przestali bronić wstępu. Korowód wtłoczył się, prowadząc z sobą księcia in effigie. Tak przynajmniej głosił urbi et orbi notarjusz, ale prawdę mówiąc, figura wcale nie wyobrażała księcia. Nie mając ani czasu ani ochoty rzeźbić go, wzięliśmy z jakiegoś strychu starą figurę (nigdy nie dowiedziano się, kogo przedstawiała, ani kto ją robił), na podstawie której widniał napół zatarty napis: Baltazar.
Ale cóż to szkodzi? Wszakże wiadomo, wiara zbawia. Książę tedy przeszedł środkiem szpaleru, a chorągwie skłoniły się przed nim. Wkraczał w ten sposób na swoją łąkę, a my z nim, jako jego świta, z muzyką, śpiewem, wianiem sztandarów... Któż mógł coś zarzucić, kto upatrywać choćby cień nieposłuszeństwa? Chcąc nie chcąc, i kapitan musiał się zgodzić. Miał do wyboru, albo zaaresztować księcia, albo przyłączyć się do orszaku. Oczywiście uczynił, co musiał uczynić.
Wszystko szło jak najlepiej, gdy nagle nawa omal że nie zatonęła w samym porcie, skutkiem sporu reprezentanta Św. Mikołaja i Św. Eljasza o to, kto ma wejść pierwszy na łąkę. Jako wielbiciel wszystkich świętych pospieszyłem na pomoc.
— Bracia! Niema tutaj u nas pierwszych i ostatnich! Pierwszym jest sam tylko książę, reszta to ludzie równi sobie, a jeśli już chcecie, bym wam wskazał kogoś godniejszego od innych... oto macie go... macie przedstawiciela boga Bachusa!
W tej chwili chwyciłem za kołnierz stojącego tuż obok mego zacnego, napół pijanego Gambiego i, niosąc go przed sobą niby godło, wkroczyłem na łąkę wśród śmiechu tłumu.
Cała łąka zapełniła się ludźmi. Rozpoczęły się tańce wokoło księcia, zabawy, jedzono, pito, biwakowano do późnego wieczora, a nazajutrz łąka wyglądała, jak chlew, jak śmietnik. Ani śladu trawy, wszystko wdeptały w miękką ziemię podeszwy czcicieli księcia, a zapał, z jakim czciło go całe miasto, zniweczył doszczętnie jego własność. Sądzę, że był zadowolony, a my także.
Wprawdzie prokurator, wróciwszy nazajutrz, zaprotestował i rozpoczął śledztwo, ale go nie ukończył i... drzwi zostały otwarte. Nikomu zresztą nie zależało na tem, by rzecz wyjaśnić.
W ten sposób pokazaliśmy światu, iż możemy być dobrymi poddanymi księcia i czynić co się nam podoba, nie licząc się z jego wolą, a ta udana farsa wprowadziła wszystkich w doskonały humor.
Ci i owi zbliżali się do siebie, mrugali oczyma i mówili:
— Jeszcze trochę nam zostało fantazji... prawda... Nie damy się! Wszystko będzie dobrze!
I wspomnienie przebytych klęsk uleciało z dusz mieszkańców Clamecy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.