Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XLIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLIII.

Pochmurny, dżdżysty poranek nie sprzyjał podniesieniu uczuć wśród niewyspanych, zmęczonych wygnańców.
Wstawali ze snu leniwo, jakby przygnębieni wspomnieniem tego, co się stało, i rozmyślaniem o tem, co ich czeka. Wolno porządkowali zmiętą w czasie spoczynku odzież i umywali się kolejno na ganeczku. Tymczasem kucharze przyrządzali strawę u suto płonącego ogniska, a kolejni wartownicy szykowali swą broń i ładownice.
Dusze jednak wszystkich były nazewnątrz, wsłuchane w najmniejszy dźwięk, przedzierający się przez szum łopocącego na wietrze lasu, przebijający się przez plusk i szmer pluchoty.
— Trzeba ich czemś zająć!... — szepnął Beniowski do Chruszczowa, oglądając chmurne twarze spiskowców. — Czy wszystko gotowe do drogi?
— Ach, tak! Wczoraj jeszcze powiązaliśmy węzły!...
— Każ Baturinowi, żeby ich przemustrował!... Tu w izbie częściami, żeby nie zmokli na deszczu...
Po śniadaniu zaczęły się więc ćwiczenia z bronią, które istotnie podniosły trochę ducha.
W tym czasie przyszła pierwsza wieść pomyślna; wrócił Sybajew ze spotkanym na drodze wysłańcem Kuzniecowa, który zawiadamiał, iż reduta jest zupełnie opuszczona, że Czurin przychylił się stanowczo do rebelji i poprze ją z okrętu w razie potrzeby armatami. Kuzniecow szedł ze swoim oddziałem na pomoc i miał zjawić się lada chwila.
Niedługo potem przybył zbieg z miasta, Kamczadal, niewolnik kupca Oleskowa, i opowiedział, że żołnierze i kozacy rewidują domy, ulice i zaułki w miasteczku, szukając zaginionego Izmaiłowa, pisarza Sudejkina i kamczadalskiego „taju“, którzy mieli wczoraj jeszcze przybyć do fortecy, aby świadczyć przeciw Beniowskiemu; że wściekły z powodu ich zniknięcia Niłow zaczyna wszystko uważać za intrygę sekretarza Nowosiłowa; kazał go nawet aresztować, a sam skłonny jest do zgody z rebeljantami.
Beniowski wypytał zbiega, co z tego opowiadania widział na własne oczy, a co słyszał i od kogo? Poczem ku zdziwieniu wszystkich kazał go związać i wtrącić do lochu z innymi jeńcami.
Wkrótce jednak istotnie przybył goniec z listem od gubernatora, ogłaszającym powszechne przebaczenie wygnańcom i pozwalający im na zatrzymanie komendanta Czernych oraz innych zakładników, ale żądający wzamian, aby Beniowski poddał się czterem żołnierzom, których w razie zgody niezwłocznie on, gubernator, po niego przyśle, żeby przybył pod ich strażą do fortecy złożyć usprawiedliwiające go zeznanie.
Jeszcze Beniowski nie zdążył dać na te punkty odpowiedzi, gdy przybiegła chyłkiem niewolnica Niłowowych i wręczyła mu list od Nastazji. Panienka zaklinała go, iżby co prędzej przybywał do fortecy, zaręczając mu bezpieczeństwo oraz upewniając o bezwzględnej przychylności ojca.
„Ojciec przejrzał i zrozumiał całą zdradliwość sekretarza w tej sprawie. Już kazał go zakuć w dyby. Przyjdź więc i dokonaj swego zwycięstwa. Liczę na twą miłość!...“ — pisała.
Wahał się chwilę Beniowski, a Chruszczow, któremu list ów pokazał, nawet nastawał, by raz jeszcze użył swej zręczności i zyskał pożądaną zwłokę aż do ustąpienia lodów z zatoki...
— Nie wytrzymamy oblężenia tak długo. Nawet gdy Kuzniecow z nami się połączy, nie będziemy mieli więcej jak sześćdziesięciu kilku ludzi. Obecnie jest nas wszystkiego pięćdziesięciu siedmiu... Czyż z taką siłą zdołamy złamać dziesięć kroć razy silniejszego i zasobniejszego w broń i amunicję nieprzyjaciela!... — dowodził.
— W dodatku ludzie nasi wcale kiepskie dziś mają miny... — podtrzymał go Baturin.
Wtem z wytrząśniętej przez Beniowskiego koperty wypadł strzępek czerwonej wstążki.
— Wszystko to jeno fortel! Znam ja dobrze waszych jenerałów!... — odrzekł spokojnie Beniowski. — Wyprowadźcie natychmiast swoje oddziały na podwórze i obsadźcie palisadę, aby wiedzieli, że się strzeżemy. A posłańca z moim listem odeślijcie natychmiast do miasta — zwrócił się do Winblatha, Baturina i Panowa.
O piątej wieczorem zjawił się przed bramą zapowiedziany kapral z czterema żołnierzami i imieniem Imperatorowej głośno zażądał, aby mu ją otwarto.
— Ach, głupi chłopie!... Cóżto myślisz w nas wmówić, że Imperatorowa takich jak ty drabów na posłańców sobie wybiera?... A gdzie masz rozkaz cesarski?... — żartował z żołnierza Winblath.
— Jego Wysoka Szlachetność naczelnik powiedział, że mam wziąć Beniowskiego, który obiecał się poddać!
— A w takim razie chodź po niego, ale sam jeden!... Beniowskiego może nie dostaniesz, ale dostaniesz zato wódki i list od niego do twojego gubernatora!
Żołnierz zgodził się; zaledwie wszakże próg furtki przekroczył, rozbrojono go, zatkano mu gębę szmatą i poprowadzono do domu przed oblicze Beniowskiego.
Tam musiał wyśpiewać wszystko, co wiedział o przygotowaniach i zamiarach rządowych. Poczem kazano mu wezwać jednego po drugim towarzyszy, niby na wódkę; wszystkich rozbrojono i zamknięto w piwnicy.
Już gęsty zmrok wieczorny zapadł nad lasem, gdy czujki znać dały, że ciągnie przez gęstwinę duży oddział żołnierzy. Aby upewnić się, czy to czasem nie Kuzniecow, wziął Beniowski Winblatha z dwudziestoma ludźmi i ruszył na spotkanie oddziału.
Oddział szedł drogą boczną wielką, ciemną kupą, migając w ciemnościach białemi lampasami ładownic. Po miarowem stąpaniu i tych białych błyskach poznał łacno Beniowski, że są to żołnierze. Puścił ich na strzał i okrzyknął, żeby nie ważyli się dalej posuwać. Kupa zatrzymała się, poczem naraz zachrzęściały zamki muszkietów, błysnęła podwójna nić czerwonych ogni, zahuczały strzały i kule ze świstem śmignęły po gałęziach drzew.
— Ognia z kolana!... — krzyknął zkolei Beniowski.
Zerwali się z ziemi leżący w ukryciu wygnańcy i dali salwę. Rozległy się jęki, krótka komenda i ciemna gromada, zamykająca przelot drogi, zniknęła w ciemnościach. Zapanowało głuche milczenie, nawet jęki ustały, szumiał jeno wiatr i słychać było ciche, pojedyńcze kroki oddalające się śpiesznie w stronę miasta.
— Położyli się i posłali po sukurs do miasta!... Słuchaj, Winblath, ty tu ich przytrzymaj!... Jak się ruszą, pal zaraz, a jak się zaczną cofać, gnaj ich przed sobą, ale niezbyt daleko!... Pójdę tymczasem rozporządzić się, żeby nas czasem nie oskrzydlili inni!
Z niecierpliwością czekano na Kuzniecowa, aby pod osłoną ciemności rozpocząć odwrót ku reducie pod morską latarnią. Zamiast niego jednak około północy usłyszano znowu od strony miasta wielki chrzęst, łoskot i chlupanie na głównej drodze, po których poznano, że toczą ku nim tamtędy działa.
Beniowski z oddziałem Baturina pośpieszył naprzeciw idącym. Zobaczył wśród swoich żołnierzy Stiepanowa z bronią w ręku i kiwnął mu życzliwie głową.
— Jak tak dalej pójdzie, to znowu będziemy przyjaciółmi! — rzekł mu dość głośno, aby usłyszano to w szeregach.
Oddział raźno ruszył przekątną dróżką wbok nieprzyjacielowi. Było ciemno, jak oko wykol, ale wygnańcom znany tu był każdy nieledwie wybój i sęczek, szli więc cicho. Gdy byli już na strzał i przygotowali się do niespodzianej salwy, krzyknął im nagle oficer rządowy, iżby się poddali, gdyż inaczej ma ordonans w pień ich wyciąć. Widocznie usłyszano ich.
— Możemy kapitulować, ale wprzód wiedzieć potrzeba na jakich warunkach? — odparł Beniowski.
— Jakież podajesz kondycje?...
Tak rozmawiając, oba oddziały zwolna zbliżały się do siebie; wtem Beniowski zauważył podejrzany ruch u armat, kazał więc pocichu swoim położyć się co prędzej i strzelać, leżąc.
W tejże chwili ryknął spiż, zaświegotały górą po gałęziach kartacze, a wśród czerwonego blasku i dymu wygnańcy spostrzegli tuż przed sobą paszcze dział wśród kolumny żołnierzy na dwie strony rozstąpionej.
Niezwłocznie puścili w nią swe kule raz za razem i rzucili się z krzykiem wielkim do ataku; z boku Winblath podtrzymał ich strzałami do swego leżącego na ziemi nieprzyjaciela. Zmieszani żołnierze, uważając się za otoczonych, pierzchnęli w stronę przeciwną w las, zostawiając bez osłony armaty. Beniowski w okamgnieniu opanował je, zwrócił na oddział przyczajony nad rowem pod strażą Winblatha i poczęstował go z flanku kartaczami. Niewiele pewnie wyrządził nieprzyjacielowi w ciemnościach szkody, lecz tak go przeraził, że chyłkiem rozpełzli się natychmiast i pośpieszyli wślad swych towarzyszy. Beniowski kazał zabrać rannym i zabitym muszkiety oraz ładownice, zebrał wszystkie oddziały razem i, tocząc przed sobą armaty, pomaszerował ku bolszerieckiej fortecy.
Powodzenie i obecność dział wielce dodały ducha rebeljantom. Jedynie Chruszczów szepnął w drodze do Beniowskiego:
— Czy nie lepiej jednak trzymać się starego planu i pomaszerować ku reducie nad morzem!?
— Na to zawsze będzie czas!... — odparł równie cicho Beniowski. — Spróbujemy przedtem ostrzelać fortecę! To im dobrze zrobi!... A może uda się i co innego!...
Zbliżył się do Sybajewa i, wziąwszy go pod rękę, szeptał z nim coś długo.
Szli przez miasteczko puste, jakby wymarłe, bez najmniejszego gdziekolwiek światełka. Wdali czerniała również ciemna, nieprzenikniona warownia. Ciężka, kwadratowa baszta wznosiła się wysoko za zwodzonym mostem; między drewnianemi bastjonami zębiły się długie linje ostrokołu.
Gdy zbliżyli się do zwodu, szyldwach otworzył nad furtą okienko i zapytał ich, czy prowadzą jeńców.
Wziął ich widocznie za swych kamratów.
— Spuszczaj, gapiu, most!... Naco czekasz!? — zagrzmiał oficerskim basem Sybajew.
Żołnierz widać poznał głos dawnego naczelnika, bo mruknął:
— Słucham, Wasza Szlachetność! — i zamknął okienko.
Zazgrzytały łańcuchy, most opadł, otwarła się czarna paszcza bramy z niewyraźnie majaczącemi u jej wejścia figurami zbrojnych żołnierzy.
— Naprzód! — zakomenderował Beniowski.
Spiskowcy rzucili się ławą i nim grenadjerzy zdołali krzyknąć, już opanowano wejście, broniących się zabito, innych zamknięto rozbrojonych na odwachu.
Niezwłocznie Beniowski kazał zwód napowrót podnieść, wysłał oddziały do obsadzenia bastjonów oraz do zajęcia koszar i rozbrojenia śpiących tam żołnierzy, sam zaś pośpieszył z małym oddziałem do domu Niłowa.
W sam czas, gdyż już wszczął się popłoch w twierdzy, wywołany strzałami napastowanych szyldwachów. W oknach domu płonęły i ruszały się niespokojnie światła.
Gdy Panow zastukał do drzwi, nie odpowiedziano mu wcale; natomiast w głębi rozległ się krzyk i płacz kobiet. Kazał Panow pod drzwi podłożyć petardę, a Beniowski tymczasem obszedł pośpiesznie dom dookoła i przez otwarte okno wpadł do pokoju Nastazji.
— Jestem!... Nie lękajcie się, nic wam nie będzie! Gdzie ojciec?
— W świetlicy. Szykuje się do obrony! Bądź ostrożny, Maurycy!... — szepnęła drżącym głosem dziewczyna.
Beniowski przebiegł korytarz, pokój jadalny, gdzie przy blasku kaganka dojrzał nawpół ubraną panią Niłowową, tulącą do piersi młodsze dzieci.
— Nieszczęście!... Nieszczęście!... Już są!... Auguście Samuelowiczu, co robić!? Łaski! — wołała.
— Niech się pani uspokoi, ręczę, że nikomu z was włos z głowy nie spadnie!
Wtem drzwi otwarły się i na progu ukazał się Niłow z pistoletem w ręku.
— Kto tu?... Co znaczą strzały?... Ach, Beniowski, więc przyszedłeś?...
— Poddaj się, Iwanie Piotrowiczu!... Opór daremny!... Twierdza wzięta, w naszej jesteś mocy!...
Niłow patrzał nań długą chwilę, jakby nie rozumiał. Dopiero gdy Beniowski krok ku niemu postąpił, wyprężył się stary, twarz mu się krwią nalała i krzyknął:
— Zdrajco!... Wprzód mi zapłacisz!
Wypalił jednocześnie w pierś napastnika; zachwiał się Beniowski, lewe ramię opadło mu bezwładnie, lecz nim dym się rozsiał, już rzucił się ku Niłowowi, błagając go rozpaczliwie:
— Poddaj się, poddaj!... Oddaj broń i uchodź do dziecinnego pokoju... Za chwilę będą tu moi żołnierze!... Słyszysz!
Istotnie do drzwi w korytarzu coraz gwałtowniej dobijał się wystraszony strzałem Panow...
Ale Niłow ani myślał się poddawać, wywijał pustym pistoletem i cofał się, klnąc brzydko.
— Komuż to ja mam się poddać, podły niewolniku?... Tobie?... Ja, Naczelnik Kraju, zastępca Jej Cesarskiej Mości! Kawaler orderów! Nie twoje doczekanie, podły psie!... Hej, do mnie, żołnierze!... Raczej ty sam zginiesz przedtem, plugawy Polaku! Niedoczekanie twoje, żebym ja, kapitan Niłow, weteran z pod Oczakowa, poddał się...
Skoczył do stołu i szukał na nim nowego ładunku, ale Beniowski przypadł i, pociągnąwszy za róg kilimu pokrywającego stół, zrzucił wszystko na ziemię. Wtedy stary z nalanemi krwią oczyma cisnął się jak dzik na przeciwnika i schwycił go za gardło. Po krótkiem szamotaniu się twarz Beniowskiego posiniała, zacharczał i potoczył się w tył, ale w tej chwili gwałtowny huk wstrząsnął domem, wyleciały drzwi, wysadzone petardą i zbrojny orszak wdarł się do domu. Zagrzmiały strzały...
Gdy Beniowski przyszedł do siebie, pierwszą rzeczą, jaką spostrzegł, była pochylona nad nim blada twarz Panowa, drugą — leżący obok niego trup starego Niłowa z przestrzeloną głową.
— Gdzie kobiety?... Postaw straż u drzwi! — wyszeptał cicho. — Dajcie mi wody!...
Podano mu kielich wódki, wypił go chciwie, a że nazewnątrz dalej huczały strzały i wzrastał tumult, Beniowski dźwignął się ciężko z ziemi i, poleciwszy straż nad domem Panowowi, zostawił mu paru ludzi, a resztę poprowadził w bój. Ogień regularny z ręcznej broni za palisadą wskazywał, ze fortecę atakują żołnierze. Szyldwach postawiony u bramy, wołał rozpaczliwie na całe gardło:
— Tutaj!... Tutaj!... Nieprzyjaciel idzie!...
Ale nikt nań nie zważał, wszyscy zajęci byli walką z rozproszonemi tu i tam gromadkami załogi, szturmowaniem do koszar, do składów, gdzie odstrzeliwali się zamknięci żołnierze.
Beniowski kazał zaprzestać szturmów i gromadzić się wszystkim ku bramie. Przy koszarach zostawił zaledwie czterech, aby pilnowali wyjścia i straszyli zamkniętych częstemi strzałami. Winblathowi polecił zbierać i prowadzić spiskowców na wały. Sam Beniowski obsadził niezwłocznie bastjony i raził stamtąd skutecznie nacierających kozaków i żołnierzy nieustającym ogniem z muszkietów. Ci raźno odpowiadali, wybornie wskazując cel błyskami swych strzałów. Wkrótce nadciągnął Winblath z dwudziestoma spiskowcami i przyprowadził zapasowe armaty. Zatoczono je natychmiast na wały i dano ognia kartaczami do rojących się za fosą kup. Za wydaniem powtórnego strzału rozproszyli się doszczętnie i nie ponawiali już ataku.
Beniowski kazał rozstawić warty, uprzątać trupy, opatrywać rannych, poprawić niezwłocznie uszkodzenia palisad i mieć się wciąż na baczności, w pogotowiu do odparcia ponownego szturmu.
Winblath, Chruszczow, Panow, Sybajew, Gurcynin rozbiegli się w rozmaite strony spełniać wydane rozkazy.
Zamknięci w koszarach żołnierze poddali się pod grozą ustawionych przeciwko nim armat.
Już świtało, gdy Beniowski, zlustrowawszy posterunki, posłał wreszcie Baturina do pani Niłowowej z prośbą, aby go przyjęła. Zanim posłany wrócił, pikieta postawiona od miasta dała znać, że z tamtej strony słychać wielki szmer jakowyś i łoskot. Wstąpił więc znowu Beniowski na bastjon i, spostrzegłszy wielką moc ogni płonących i poruszających się wśród miasta, wysłał Chruszczowa z dwoma odważnymi towarzyszami na zwiady. Sam, powiadomiony przez Basturina, że Niłowowa nań czeka, udał się do domu naczelnika.
Smutne to było spotkanie. Zbolała, nawpół przytomna z przerażenia, siedziała pani Niłowowa w giezle jeno i w spódnicy na ławie w tej samej sali, gdzie na stole leżał wyciągnięty trup jej męża.
Upadł przed nią na kolana Beniowski, ręce i nogi całował; błagając o przebaczenie. Nie odpychała go, nie broniła mu swych rąk, jeno nic nie mówiła, nie płakała nawet, jakby nieczuła na wszystko, co się dokoła działo.
— Gdzie dzieci?... — spytała wreszcie cichym głosem.
— Nastazja Iwanowna z resztą rodzeństwa jest zamknięta w piwnicy dla ochrony przed kulami!... Jest tam z niemi felczer, któremu kazałem puścić im krew dla bezpieczeństwa. Pani też by to należało zrobić!...
— Ale... wartę!... Poco postawiono wartę!? Nie puszczają mię!...
— Warta postawiona jedynie dla ochrony państwa. Każę ją natychmiast zdjąć, gdyż jest pani po dawnemu panią w swoim domu!
— Więc niech przyprowadzą dzieci!...
Beniowski wydał rozkaz i odszedł, nie chcąc spotkać się z Nastazją.
Tymczasem wrócił Panow i, wziąwszy na stronę Beniowskiego, zdał sprawę, że wszyscy mężczyźni wyruszyli z miasta, zostawiając jeno kobiety i dzieci, że uwolniony z lochu przez żołnierzy komendant gromadzi resztki garnizonu kozaków i okolicznych Kamczadalów, że obrał stanowisko na górach, gdzie się okopał w półmilowej odległości od miasta, że czeka jeszcze przybycia posiłków, aby ponownie szturm do fortecy przypuścić, a w razie niepowodzenia otoczyć ją i ogłodzić; że ma już koło siedmiuset ludzi i że napływają coraz nowi.
Beniowski zwołał natychmiast radę wojenną do kancelarji fortecznej i zaproponował przedewszystkiem wypuścić z więzienia aresztowanych za rozmaite przestępstwa, darować im winy i wkluczyć ich do szeregów spiskowych dla wzmocnienia siły zbrojnej. Następnie przedstawił położenie rzeczy, wykazał, że forteca ściśle oblężona długo się nie ostoi, że szczupłość załogi nie pozwoli obronić całego jej obszaru przed szturmem generalnym, poprowadzonym zewszechstron jednocześnie, że trzeba wyszukać jakich innych sposobów wysunięcia się z matni, albo obezwładnienia nieprzyjaciela.
— W takim razie wróćmy do starego planu i rejterujmy na redutę do Czekawki!... — radził Chruszczow.
— A armaty?... Czyż zdołamy wziąć z sobą wszystkie armaty i potrzebną do nich amunicję!... To na nic!... — oponował Winblath.
— Armaty zagwoździmy, amunicji weźmiemy tyle, ile trzeba, resztę utopimy w fosie... — dowodził Baturin.
— Nie dojdziemy nawet do Czekawki! — przerwał spór Beniowski. — Skoro zauważą, że opuściliśmy fortecę, napadną na nas i zgniotą przeważną liczbą w czystem polu!...
— Okopać się i obwarować tutaj w jakim z kątów fortecy, pomniejszyć linję obronną... — radził Gurcynin.
— Nie podobna, wszystko jest tak z sobą powiązane, że zdobywszy pewną część okopów, zapalą zaraz palisadę, budynki i żywcem nas upieką, albo wysadzą w powietrze, dzięki wybuchowi prochów! — zauważył Baturin.
Panow milczał i spoglądał na Beniowskiego. Ten słuchał i dopiero wkońcu, gdy wypowiedzieli się wszyscy i rozpacz zaczynała dźwięczeć w słowach radzących, ozwał się surowo:
— Niema co, trzeba będzie uciec się do środka ostatecznego, barbarzyńskiego, ale... nie widzę innego sposobu! Trzeba będzie dzieci i kobiety pozostałe w mieście spędzić do cerkwi i zagrozić, że je spalimy, w razie jeżeli ojcowie nie upokorzą się, nie wydadzą nam broni i zakładników!...
— I spalimy ich... doprawdy?... — spytał drżącym głosem Chruszczow.
— I spalimy ich doprawdy!... — groźnie powtórzył Beniowski.
Oficerowie powstali.
— Nie!... Nawet za cenę życia!... Toć to wszystko znajomi!... Nie!... — zaszeptali Sybajew, Gurcynin, Chruszczow.
— Pocóż ich palić?... Można udać, że ich spalić chcemy! Można w ostatniej chwili ich tajemnie z cerkwi wyprowadzić i spalić ją pustą! — radził Baturin.
— Ja też myślę, że do spalenia nie dojdzie, ale... wojna wymaga przedewszystkiem szczerości postanowienia, gotowości pójścia do końca! Jak się zacznie pożar i walka, to nie wiadomo co z temi nieszczęśliwemi ofiarami stać się może! — odrzekł Beniowski.
Długo milczeli oficerowie, wreszcie Winblath i Panow wypowiedzieli się za Beniowskim, zgodził się z nimi po pewnem wahaniu i Sybajew. Plan niewielką większością został przyjęty.
Niezwłocznie zabrano się do wykonania postanowienia. Kazał Beniowski sprowadzić więźniów z turmy i ogłosić im rezolucję Rady, że będą wolni, ale muszą wstąpić do wojska i słuchać ślepo rozkazów.
Stojący na przedzie ogromny kozak z wyrwanemi nozdrzami padł natychmiast na kolana i, wyciągając rękę ze złożonemi do przysięgi palcami, zawołał:
— Dotrzymałeś słowa watażko! Przysięgam ci na duszę mą i Zbawiciela, że będę ci służył... jak miecz katowski!...
Pochylił się, pocałował ziemię i uderzył po trzykroć czołem, inni więźniowie powtórzyli przysięgę i uczynili to samo.
— Pamiętajcie, że za najmniejsze nieposłuszeństwo kula w łeb bez długiego zachodu... Teraz tu rządzą prawa wojenne!... — surowo zapowiedział im Beniowski.
Odprowadzono ich do koszar, ubrano w mundury, wzięte ze skarbowych składów, i dano im broń.
Inna część załogi pod dowództwem Panowa i Łoginowa wyszła do miasta i rychło spędziła gromadę lamentujących kobiet i dzieci do cerkwi na placu przed forteczką.
Woddali widać było wśród zgromadzonych na stoku wzgórza kozaków i żołnierzy wielkie zaniepokojenie, ruch i formowanie szyków.
Beniowski przez lunetę pilnie śledził za nimi, stojąc na bastjonie; przed nim u armat, skierowanych na plac i drogę, stali z zapalonemi lontami artylerzyści Winblatha.
Obok z jednej strony skupiła się garstka oficerów, z drugiej strony stała w pogotowiu reszta załogi pod bronią, składająca się przeważnie z niedawnych „nowobrańców“, z ludzi piętnowanych, z osobników o twarzach dzikich, okrutnych, odrażających. Wszyscy z zapartym oddechem śledzili za gromadzeniem dookoła cerkwi palnych materjałów, sągów drzewa, desek, wiórów i chróstu.
Wysłany przez Beniowskiego niewolnik kamczadalski z listem już dosięgał obozu nieprzyjacielskiego; widać było wybornie, jak drapał się z trudem pod górę, wymachując białą chustką, widać było, jak obstąpili go kozacy, żołnierze, jak komendant w błyszczącym mundurze odbierał odeń pismo, jak je czytał. Następnie widać było, jak przybyła delegacja kobiet, jak zawrzało znowu, jak poruszyły się kolumny żołnierzy, jak kobiety padły przed niemi na kolana, jak przemawiał coś długo chytry komendant...
I, oto, nadspodziewanie znów wszystko uspokoiło się, cofnęły się na pozycje i wyrównały złamane na chwilę szeregi nieprzyjacielskiego wojska.
Długo czekał daremnie Beniowski, coraz spoglądając w lunetę, i czekali wokoło niego coraz bledsi i coraz bardziej wzruszeni spiskowcy.
Wreszcie przybiegł od cerkwi Łoginow i zapytał z odległości przez fosę:
— Co robić?...
— Powiedzcie kobietom, że zaraz zostaną żywcem spalone, i na mój znak chorągwią podpalcie z czterech rogów wióry!...
Po chwili okropny krzyk, wycia i łkania, pisk przeraźliwy dzieci buchnęły z cerkiewnego budynku. Przyglądający się w głębi placu Kamczadale częścią rozpierzchli się, częścią z jękiem popadali na ziemię; jeszcze chwilę i Beniowski podniósł rękę i powiał czerwoną chorągwią.
Białe dymki z początku małe, potem coraz gęstsze i ciemniejsze, słupem popłynęły z czterech rogów ku górze.
I wydało się na chwilę Beniowskiemu, że odległość między nim i jego oficerami jakgdyby zwiększa się, że oni jakgdyby bezwiednie cofają się, że zostaje on osamotniony z tą zgrają piętnowaną, stojącą bez ruchu po drugiej jego stronie z bronią u nogi. Gorzki uśmiech wykrzywił mu usta, podniósł lunetę i skierował ją ku kozackiemu obozowi.
— Wstrzymajcie ogień!... Gaście!... Idą, już idą!...
— Chwała niech będzie Miłościwemu Bogu!.. — krzyknął gorączkowo Chruszczow.
Istotnie na górze znowu wszczął się gwałtowny ruch, pojawiła się na dzidach moc białych chustek, roje ludzi bezładnie zbiegało po zboczu, a na przedzie pędziło dwóch kozaków, trąbiąc, wymachując papierem i białą chorągwią.
Pożarem już niepodobna było owładnąć, huczał i szalał i słał ku błękitom nieba czarne słupy dymu, przesnute krwawym płomieniem i siwym oparem. Ale budynek cerkiewny czerniał wśród wianka ognia jeszcze nietknięty.
— Wyprowadzajcie kobiety, wyprowadzajcie kobiety!... Zgadzamy się!... Komendanta, który nas oszukał, mówiąc, że ty nie ośmielisz się zapalić cerkwi, że to tylko z twej strony fortel, związaliśmy... Prowadzą go oraz innych oficerów, kupców i zakładników, których żądałeś... I my wszyscy idziemy poddać się; broń złożona została na górze... Poślij swoich, żeby ją odebrali!... Ale przedtem wyprowadźcie z ognia kobiety i nasze dzieci!... I nie pal miasta! Wyprowadźcie kobiety!...
— Owszem, wyprowadzimy je tu... pod armaty!... I wy wszyscy zgromadzicie się na tym tu placu pod armatami, zanim nie odbierzemy od was broni i zakładników! — rozkazywał Beniowski.
I tak się stało.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.