Balzak/10. Balzac na codzień

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Balzak
Data wydania 1934
Wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

10. BALZAC NA CODZIEŃ

Widzieliśmy dwie fizjognomje Balzaka: jedna to ów Balzac z pomnika Rodina, — wielki złom marmuru, z którego wyłania się potężna twarz jasnowidza i pogromcy — twórca Komedji ludzkiej, w części jedynie rozumiany przez współczesnych i który od śmierci swojej rośnie, aby zająć miejsce obok Szekspira i Moljera, obok największych. Drugi, to ów Balzac również nieznany współczesnemu Paryżowi, taki jak go nam ujawniają te pękate listy słane do Wierzchowni. Trzeba nam teraz pokrótce pokazać go takim, jakim go widywali blizcy — na codzień.
Ale i w tem miał różne fazy. Pierwsza, — to młody genjalny dzikus, którego Paryż oglądał jak osobliwość: lwia głowa, ogromna choć nie wysoka postać wciśnięta w ubranie urągające modzie, w bieliźnie z grubego płótna, w grubych niebieskich pończochach i ciężkich podkutych buciorach. Zjawienie się jego w salonie było zawsze niespodzianką, wymowa jego, spojrzenie miały coś hipnotycznego, iskry sypały się z tej butelki lejdejskiej nabitej genjuszem.
Potem, jak już opisałem, przyszedł okres światowy, dandyzm, uprawiany zresztą nie bez humoru. Balzac, ten człowiek tak straszliwie serjo przy pracy, wstawszy od biurka był niby student na wakacjach, bawił się sam i bawił sobą potrosze. Opowiadał o sobie niesłychane historje, fanfaronował, tworzył sam swoją legendę, którą rozpowszechniały potem brukowe dzienniki. Słynna była laska Balzaka, która stała się przedmiotem powiastki pani de Girardin pod takim tytułem. Laska ta miała ogromną szczerozłotą rzeźbioną rękojeść, w której wydrążeniu było miejsce „na włosy kochanek“... Mówiono, iż do tej laski był tak przywiązany, że kiedy raz jej gdzieś zapomniał, zemdlał...
Mówiono... mówiono... Czegóż nie mówiono! Nie jedna ale sto legend! Dość wyrzec słowo: Balzac, aby się znowuż zjawiła w naszej wyobraźni wspaniała głowa, oraz postać w białym habicie dominikanina, opasana złotym łańcuchem, ze złotemi nożyczkami u boku: to był jego strój do pracy, w epoce, gdy, nawiedzony wizją Komedji ludzkiej, nałożył sobie niemal klasztorną regułę życia. W epoce pracy, tygodniami nie wychodził z domu: wstawał po północy, pracował do popołudnia. Progu jego strzeżono surowo, a ostrożność ta wynikała nietylko z obawy przed komornikiem, ale i z absolutnej niechęci do pełnienia służby gwardzisty narodowego, — obowiązku, który spadł na obywateli wraz z demokratycznem panowaniem Ludwika Filipa. W oznaczony dzień w miesiącu, trzeba było włożyć mundur i stać z karabinem na warcie. Balzac poprzysiągł sobie, że nie podda się temu przymusowi, co naraziło go na konflikty z władzą, raz nawet na trzydniowy areszt. Głównym powodem wyprowadzenia się później poza rogatki Paryża, do Jardies, była chęć uwolnienia się od służby gwardzisty.
Ale i nieład finansowy, w jakim, mimo olbrzymich honorarjów, pisarz grzęznął całe życie, też był powodem tej surowej klauzury. Aby się doń dostać, trzeba było wymienić skomplikowane hasło. Teofil Gautier — jeden z jego najwierniejszych — opowiada taką wizytę u Balzaka. Odźwiernemu należało powiedzieć: „Nadeszła pora śliwek“, poczem puszczał przez próg; służącemu mówiło się: „Przywożę belgijskie koronki“, na co prowadził przez schody; wreszcie lokajowi: „Pani Bertrand jest zdrowa“ i dopiero wchodziło się do pokoju pisarza. Oczywiście, hasło takie zmieniało się często... i mieszkania również...
Brzmi to jak anegdota; również niektóre rysy balzakowskich powieści mogłyby się wydać fantazją i zmyśleniem. Technika życia zmieniła się; jak wyglądała w epoce Balzaka, niech posłuży następujący przykład.
Pewnego dnia, gdy Balzak pracował, gospodyni oznajmiła mu, że przywieziono wielką skrzynię pod jego adres. „Jak oni mnie znaleźli?“ wykrzyknął Balzac, który, mając nieczyste sumienie wobec obowiązków gwardzisty, starannie się ukrywał. Wysłał gospodynię po informacje. Wróciła z wiadomością, że skrzynia zawiera cenną wazę etruską, przybyłą z Włoch; że zaś komisjoner objeżdża od trzech dni dzielnice Paryża, szukając napróżno pana de Balzac, prosi usilnie, aby pisarz był łaskaw sprawdzić stan opakowania i zawartość skrzyni. Balzac-kolekcjoner dał się wziąć: w szlafroku i w pantoflach schodzi na ulicę, witając z życzliwym uśmiechem doręczyciela skrzyni. Nagle rozlega się za nim krzyk: „Mamy ptaszka!“ — Balzac widzi się otoczony strażą, która, przez wyrafinowaną złośliwość, nie pozwala mu się nawet przebrać i wlecze go do plugawego aresztu, podczas gdy wóz z rzekomą wazą etruską oddala się szybko...
W epoce pracy, Balzac, jakby stworzony przez naturę na żarłoka, poprzestawał na bardzo skromnych posiłkach, a podtrzymywał się ogromnemi dawkami czarnej kawy, której działanie opisał tak plastycznie. Zato kiedy, dokończywszy jakiego utworu, użyczał sobie krótkich wakacyj, wówczas biesiady jego — wedle naocznych świadków — możnaby porównać z ucztą rabelesowskiego Gargantui. Nie palił i tworzył teorje o fatalnym wpływie tego nałogu na mózg.
Jedną z ulubionych teoryj Balzaka była teorja czystości, której jakoby sam ściśle przestrzegał, twierdząc iż czystość rozwija w najwyższym stopniu władze myśli i daje człowiekowi dosięgnąć wysokiego stopnia uduchowienia. Kiedy mu cytowano (opowiada z humorem Gautier) wielkich genjuszów, którzy nie gardzili rozkoszami ciała, odpowiadał: „Byliby zdziałali o wiele więcej, gdyby się ich wyrzekli“. Spędzić z ukochaną raz na rok pół godziny, — oto jedyne ustępstwo jakie dopuszczał. Zezwalał natomiast wspaniałomyślnie na listy: mówił, że to „wyrabia styl“. Coprawda, te piękne teorje spotykały się u przyjaciół ze sceptycznym uśmiechem; podobno miały one na celu zmylić czujność pani Ewy, która z dalekiej Wierzchowni żądała od pisarza rachunku z każdej dochodzącej ją plotki czy pogłoski.
Ten ton pobłażliwej i uśmiechniętej czułości jakim mówią o Balzaku najbliżsi jego przyjaciele, jest charakterystyczny. Podziwiano, uwielbiano go i — bawiono się nim. Ci, co go znali, szanowali jego szlachetność, wielkoduszność, prawość. Niemiej miał i wrogów. Drażnił ludzi małych, urażał ich ambicje, zrywał maski wielu władcom opinji paryskiej. Nienawidzili go dziennikarze, z którymi porachował się w Straconych złudzeniach. W oczach ludzi oficjalnych szkodziła mu jego prostota wzięcia, jego nieład życiowy, jego wieczna cyganerja, jego długi. Długi były główną przyczyną, że nigdy nie wszedł do Akademji: kiedy, na szczycie wielkości, zgłosił swoją kandydaturę, dostał — dwa głosy, jeden Wiktora Hugo, a drugi jakiegoś niedorajdy, któremu Hugo wyjął kartkę z ręki. Długi unicestwiły może jego ambicję polityczną; w epoce Ludwika Filipa przykład Cezara i jego długów nie trafiał mieszczuchom do przekonania.
Patrząc na dzieło Balzaka, na jego Komedję ludzką, można się zdumieć kiedy on to zdołał napisać, zwłaszcza skoro się wie z jego własnych zwierzeń jak bardzo musiał walczyć z oporem słowa. Kiedy zdołał poznać, zgłębić tyle światów? Spytano go raz naiwnie, czy on „obserwuje“; odpowiedział z humorem: „Kiedyż miałbym czas obserwować, skoro zaledwie mam czas pisać?“ W istocie, trzeba przypuścić, że obserwacja jego miała charakter wizyjny. Umiał zresztą jak nikt „wypić“ człowieka do dna. Parę godzin naprzykład, spędzonych ze słynnym naczelnikiem policji a niegdyś hersztem zbrodniarzy Vidocq’iem, dało mu materjał do jego Vautrina. Lecz jakże mizerny wydaje się model przy obrazie!
Ta sama wyobraźnia, która stworzyła tyle dzieł, niepokoiła go w życiu. Ale wszystko to, co w dziele przybiera charakter potęgi i grozy, w życiu Balzaka wyrażało się dobrodusznie, niemal dziecinnie. Treścią jednego naprzykład z najbardziej fantastycznych jego cyklów (Ferragus, Księżna de Langeais, Dziewczyna o złotych oczach) jest tajny związek trzynastu zdeterminowanych na wszystko ludzi, bez względu na różnicę sfer, od salonów aż do galer, związanych na śmierć i życie, pomagających sobie wzajem we wszystkiem, wyzutych ze skrupułu i panujących tajemnie nad Paryżem. Jest w tej szajce i generał, i margrabia, i przyszły minister, i galernik... (Godzi się zaznaczyć, że pomysł był mniej fantastyczny niż się nam dziś wydaje, i że w epoce napoleońskiej i po-napoleońskiej istnienie takich związków było faktem.) Otóż, ta rzecz ma zabawny odpowiednik w życiu Balzaka. Marzył o stworzeniu takiego bractwa. Przyjaciel Balzaka, Gozlan, opowiada, jak pisarz zorganizował tajną instytucję Czerwonych koni, tak nazwanych od tego, iż schodzili się, niby spiskowcy, w nędznej oberży pod Czerwonym koniem. To miała być owa legja sprzysiężonych, z tą różnicą że nie chodziło tu o zbrodnię, tylko o bezwzględne a tajne popieranie się wzajem w prasie w owym tuzinie dziennikarzy i literatów, z trudem wybranych z różnych obozów. Ale łatwiej jest zespolić tuzin chwatów prawdziwą zbrodnią, niż zestawić i sprząc ludzi, których codnia rozdziela gra drobnych interesów życiowych. Toteż, instytucja Czerwonych koni nie przetrwała dłużej niż kilka kolacyj. Naiwny genjusz nie wiedział, że związki takie istnieją, i to bez żadnych statutów, instynktownie: są to tworzące się wszędzie ligi ludzi miernych; ale do takiej ligi nie mógł on należeć, choćby nawet chciał... Przez całe jego życie, prasa, krytyka, tworzyły ligę, ale zjednoczoną przeciw niemu.
Nie mogąc opanować prasy, postanowił stawić jej czoło. Założył pismo, które miał całkowicie wypełniać sam. Pismo miało mówić prawdę, bez kompromisów: można się domyślić, że każdy numer był skandalem! Ale cała prasa odpowiedziala tak bezwzględnym bojkotem pisarza, że, mimo powodzenia, Revue de Paris musiała przestać wychodzić.
Dla niecierpliwej natury, dla tej żarłocznej wyobraźni, sukces, jaki miał u publiczności, był wciąż za powolny; ogromne honorarja jakie mu płacili księgarze nigdy nie wystarczały jego zachceniom, jego nieładowi finansowemu. Toteż wciąż marzył o teatrze, jako o trybunie, z której mówi się wprost do tłumów, a przedewszystkiem jak o „kopalni złota“. Ale pochłonięty swem prawdziwem dziełem, nie mógł oddać teatrowi duszy; chciał zdobyć sukcesy teatralne niejako lewą ręką. Ta cała teatralna karjera Balzaka też obfituje w zabawne epizody. Nie mając czasu na pisanie sztuk, przybierał sobie współpracowników, i to dwojakiego rodzaju: jednych, którzy mieli wykonywać jego pomysły, drugich znowu, którzy mieli dostarczać jemu pomysłów, jemu któremu głowa poczynała pomysłów więcej niż pióro mogło spisać! Jednego z takich współpracowników, literacinę z pod ciemnej gwiazdy, zobowiązał się gościć u siebie, żywić, ubierać, opierać, w zamian za prawo do wszystkich płodów jego ducha. Nieborak jadł, pił, spał, ale nie wymyślił nic, mimo iż Balzac, który, w myśl swego trybu życia, z nocy uczynił dzień roboczy, budził go po kilka razy ze snu, żądając scen komedyj czy dramatów... Wkońcu biedak uciekł, wolał głód i chłód, niż tę ciężką służbę.
Jednego dnia (znów opowiada z humorem Gautier) Balzac wezwał go na gwałt do siebie. „Jutro (oświadczył) czytam dyrektorowi teatru wielki dramat w pięciu aktach. Ale ten dramat nie jest napisany. Napiszemy go w ciągu nocy. Sprosiłem was tu czterech; każdy napisze po akcie; ja biorę na siebie piąty: przez dzień i noc można napisać przecież akt dramatu. — Ale, zapytał Gautier, czy masz przynajmniej plan, figury, temat? — Och! wykrzyknął Balzac zrozpaczony, jeśli się wdamy z drobiazgi, nigdy nie dojdziemy końca“.
Faktem jest, że pisarz, którego powieści obfitują w tyle scen w najwyższym stopniu dramatycznych, którego zdobycze powieściowe tak bardzo miały oddziałać na teatr dziewiętnastego wieku, sam nie miał daru scenicznego. Ze wszystkich jego sztuk, jedynie Mercadet, wystawiony po jego śmierci, posiadał istotną wartość. Melodramat Vautrin zdobył sukces skandalu: zdjęto sztukę na rozkaz policji ze sceny, ponieważ wielki aktor Lemaître, grający tytułową rolę awanturnika, ucharakteryzował się na Ludwika Filipa. Ale kiedy król ofiarował Balzakowi odszkodowanie za stratę jaką poniósł, pisarz nie przyjął.
Oryginalny był sposób, w jaki Balzac chciał zapewnić powodzenie jednej ze swoich sztuk. Zajął w kasie miejsce kasjerki i odmawiał wszystkim biletów, oświadczając, że właśnie ostatnią lożę wzięły księżna V..., margrabina Y..., etc. Zrazu sztuczka się udała, rozbijano się o bilety, ofiarowywano ogromne sumy; ale, kiedy ustaliła się wiadomość, że na dziesięć pierwszych przedstawień bilety są już rozebrane, zrezygnowano ze starań. I w dzień premiery sala była prawie pusta...
Później, po śmierci Balzaka, próbowano przerabiać jego utwory dla sceny. Ale bez powodzenia. Brak jest na scenie owego wielkiego monologu Balzaka, jakim on wciąż komentuje, demonstruje, potężnie naświetla swoje figury. Zostają cienie, latarnia czarnoksięska bez czarownika.
Toż samo w kinie. Bo dziś Balzac wszedł do kina. Oglądając jakiś film balzakowski, dumałem sobie, że też on tego nie dożył, on, na którym wynalazek fotografji przez Daguerre’a uczynił wstrząsające wrażenie i nasunął mu tak głębokie refleksje. Tu byłby z pewnością w swoim żywiole: improwizowałby scenarjuszów ile dusza zapragnie! Ale z powieści jego, wyświetlanych w kinie, też niewiele zostaje. Żaden obraz tak nie stworzy tła, jak on je umiał stworzyć słowami. A cała potężna gra myśli, cały ładunek inteligencji, — wszystko to nie chwyta się ekranu. Można powiedzieć, że najlepiej nadaje się dla kina to, co w dziele Balzaka jest najsłabsze.
Teatr był tylko jednem z „przedsiębiorstw“ Balzaka, ale w głowie jego wciąż roją się nowe. Obraca tyloma miljonami na papierze, że całkiem naturalną drogą chce je przenieść w życie, ile że dla niego rzeczywistość i urojenie nigdy nie były rozgraniczone zbyt ostrą linją. Robi się w wyobraźni wynalazcą, wielkim spekulantem etc. Gdzie spojrzy, widzi miljony. W czasie podróży do Polski projektuje natychmiast po przybyciu wielki interes na sprowadzenie polskich dębów do Francji: kalkuluje co do grosza wszystko, prowadzi korespondencję z fachowcami; rzecz okazuje się nierealna, ponieważ konieczność dwukrotnego przeładowywania czyni transport zbyt kosztownym. Jednego dnia, dochodzi z urywku jakiejś rozmowy do wniosku, że muszą istnieć na Sardynji kopalnie srebra nie wyczerpane do dna przed dwoma tysiącami lat przez Rzymian: z dnia na dzień puszcza się na Sardynję z zamiarem uruchomienia tego interesu... Traci trzy miesiące drogiego czasu i sporo gotówki, aby się przekonać, że myśl jego pochwycił już kto inny. Bo trzeba dodać, że pomysły Balzaka były najczęściej trafne i że ktoś inny robił na nich majątek (tak było np. z owymi nieszczęsnymi tanimi klasykami).
Namiętność budowania, zmieniania mieszkań i urządzania ich, to też była jedna z jego kosztownych manji. Słynne były dzieje jego willi Les Jardies, zbudowanej opodal Paryża na gruncie tak gliniastym i pochyłym, iż trzy lata, które Balzac tam spędził, były nieustanną walką z osuwaniem się murów, nie mówiąc o... braku schodów, których zapomniano w planie. Kiedy otyły pisarz chciał stanąć na ścieżce w ogrodzie, musiał robić z kamieni podpórki pod nogi. Jednego dnia, cały mur otaczający posiadłość zwalił się dla braku fundamentów, których architekt nie uważał za stosowne położyć. Tegoż dnia odrzucono Balzakowi sztukę, którą złożył w teatrze: z wściekłości i rozpaczy rzucił rękopis do ognia.
Z wszystkich tych anegdot, które możnaby mnożyć, bije jedno: niespożyta energja i czynność wyobraźni. To zarazem jeden z najciekawszych przyczynków do psychologji genjuszu. Dominującem uczuciem, jakie rodzi ta biografja anegdotyczna, jest wrażenie dziecka, którem jest ten genjalny pisarz, jeden z najgłębszych, najdojrzalszych historyków życia, twórca dzieła o olbrzymiej wadze i powadze. Dzieckiem jest w swoich naiwnościach, zapałach i zawodach, dzieckiem w swojej niecierpliwości i furji życia, dzieckiem w żywości swoich pragnień i złudzeń. Owo coś dziecinnego, dobrodusznego, co jest w Balzaku, czyni go nam nad wyraz sympatycznym; ale, kiedy znów z innej strony spojrzeć na tę egzystencję, kiedy ujrzymy tego męczennika swego genjuszu nie wstającego tygodniami po kilkanaście godzin od biurka, skracającego świadomie swoje dni poto aby wydać z siebie własną wizję świata, wówczas życie to przerazi nas nagle intensywnością swej halucynacji.
Żadnego może z pisarzy tej miary — a miara to najwyższa! — nie znamy tak blisko, tak poufale jak Balzaka. O Szekspirze nie wiemy prawie nic; po Molierze nie zostało nam ani jednego dokumentu, ani jednego świstka jego ręki. Balzac jest stosunkowo blisko nas: jego bogata i szczodra natura kipiała na wszystkie strony, przelewała się poza brzegi. Możemy go obejść dookoła, znamy dzień po dniu niemal jego życie, znamy go w szlafroku, przy biurku, przy stole... I rzecz dziwna, ten człowiek tak prosty, tak poufale dozwalający do siebie przystępu, pozostaje wszakże, mimo tego zbliżenia, wielką tajemnicą, ma w sobie coś z żywiołu...
W liście swoim do księżnej d’Abrantès w r. 1828, Balzac pisze:
„Studjuję samego siebie jakby kogoś obcego. Same sprzeczności. Ktoby sądził, że jestem próżny, marnotrawny, uparty, lekkomyślny, niekonsekwentny, zarozumiały, niedbały, leniwy, roztrzepany, bez głowy, bez cienia wytrwałości, gadatliwy, bez taktu, źle wychowany, niegrzeczny, zgryźliwy, nierówny, będzie miał tyleż racji, co ten, ktoby powiedział, że jestem oszczędny, skromny, wytrwały, energiczny, pracowity, stały, milczący, subtelny, uprzejmy, wesoły, równy. Dochodzę wkońcu do wniosku, że jestem jedynie instrumentem, na którym grają okoliczności. Czy ten kalejdoskop pochodzi stąd, że w duszę tych, którzy silą się malować wszystkie uczucia i całe serce ludzkie, los wkłada wszystkie te uczucia, iżby mogli siłą wyobraźni odczuwać to co malują? Byłażby obserwacja jedynie rodzajem pamięci, wspomagającej tę ruchliwą wyobraźnię? Zaczynam w to wierzyć“.
Tak, Balzac to cały świat. Jest w tym człowieku wszystko: wielki poeta i wielki realista, mistyk i szarlatan, subtelność i rubaszność, asceta i gargantuiczny temperament. I takim zapewne trzeba było być, aby móc napisać prawdziwą Komedję ludzką. Jak jego dzieło, tak i on sam jest jedną z najpełniejszych kolekcyj dokumentów ludzkich. I dlatego „nad brzegiem“ Balzaka można bez końca dumać i zapamiętywać się jak nad brzegiem morza, i patrzeć jak gdyby na grę fal, wciąż zmienną, wciąż nową...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.