Balzak/1. Dziecięctwo i młodość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Balzak
Data wydania 1934
Wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
1. DZIECIĘCTWO I MŁODOŚĆ

Honorjusz Balzac urodził się w Tours, dnia 20 marca, roku 1799. Mimo że później miał się podpisywać de Balzac, a nawet, w epoce swoich światowych sukcesów, zdobić drzwiczki powozu starożytnym herbem rodziny Balzac d’Entragues, w żyłach jego płynęła tęga krew francuskich chłopów. Rodzina ta nie pochodziła z Turenji, ale z ziemi Albigensów, z południa Francji; i w istocie kipiąca wyobraźnia, furja temperamentu Balzaka mają coś południowego. Ale ziemia Turenji, ziemia szczęśliwego klimatu i słodkiego far niente została dla niego zawsze idealnem miejscem wypoczynku, gdzie najchętniej się chronił ilekroć upadał pod brzemieniem prac. Dziadek Balzaka był wieśniakiem, a jeszcze ojciec nosił za młodu nazwisko Franciszek Balssa. Z zamętu panującego we Francji po Rewolucji, która zniosła szlachectwo, skorzystało wielu ambitnych plebejuszów, aby się... uszlachcić; toteż ów ojciec Balzaka, człowiek rzutki i przedsiębiorczy, pierwszy — dość nieśmiało jeszcze — dokonał na swojem nazwisku tej operacji. Nie pozostało to może w przyszłości bez wpływu na arystokratyczne poglądy wielkiego pisarza, które nieraz tak się kłócą z demokratycznym charakterem jego dzieła.
W tej samozwańczej nobilitacji Balzac nie był bez poprzedników. Niejeden z tych, którzy dziełami swojemi przygotowali wielką Rewolucję, ulegał tej słabostce, która zresztą nikogo nie oszukiwała. „Nie mogąc zmienić przesądu, trzeba mu się poddać“, powiedział młody syn zegarmistrza, Caron, i przybrał sobie, od jakiegoś niewiadomo czy istniejącego folwarczku, nazwisko de Beaumarchais. Pan de Voltaire nazywał się Arouet i był synem adwokata. Pan de Chamfort był nieprawem dzieckiem i miał tylko imię — Nicolas. A młodość Balzaka i początki jego karjery przypadają na epokę, w której, po upadku Napoleona i powrocie wygnanej dynastji, powróciły również dawne rodowe przywileje i przesądy, wskrzeszając urok arystokratycznego pochodzenia.
Czem był ojciec Balzaka, Bernard Balssa, za dawnej monarchji, — nie bardzo wiadomo. Liznąwszy nieco łaciny i prawa — z łaski proboszcza i rejenta, uderzonych inteligencją chłopca — dostał się do Paryża. Ale podczas Rewolucji jest sekretarzem ministra marynarki, potem czemś w intendenturze armji północnej. Żeni się z córką jednego ze swych przełożonych, panną Salambier, i za jego poparciem robi karjerę w intendenturze.
Ojciec Balzaka był to człowiek nieprzeciętny. Okazałej powierzchowności, olimpijski i jowialny, gaduła i weredyk, miał swoje poglądy — często bardzo oryginalne — na wszystko. Jako prawy syn XVIII w. i wyznawca Jana Jakóba Rousseau — mimo że na stoliku przy jego łóżku leżał zawsze tom Montaigne’a lub Rabelego — tworzył sobie swoje własne poglądy społeczne, ale również i eugeniczne. Zastanawiał się np. nad sposobami poprawienia rasy, gorsząc się tem. że rządy tak mało poświęcają uwagi hodowli człowieka. Uważał, iż pełnia życia zaczyna się po przekroczeniu lat stu i obiecywał sobie doczekać tej pełni. Studjował (jak margrabia d’Espard w Kurateli) obyczaje Chińczyków, znanych z długowieczności; miał swoje teorje co do równowagi sił życiowych. Napisał kilka memorjałów, np. O sposobach zapobieżenia kradzieżom i morderstwom, O nieporządkach spowodowanych przez uwodzenie dziewcząt, — co nie przeszkodziło, że sam, w siedemdziesiątym roku życia stał się podobno autorem takiego „nieporządku“. Balzac odziedziczył po ojcu jego werwę, jego grandilokwencję, encyklopedyczną pamięć, a także jego pasję do uogólnień, reform i teoryj, w których rozwinął niejedną myśl swego życiodawcy (np. w Fizjologji małżeństwa).
W czasie pobytu w Tours, gdzie Bernard Balzac był dyrektorem przytułku i zastępcą mera, państwo Balzakowie prowadzili tryb zamożnych mieszczan. Ojciec cieszył się pobłażliwą sympatją miasta; matka, pani Laura, o trzydzieści dwa lata młodsza od męża, — który, zaślubiając młodziutką dziewczynę, mówił o sobie: „Jestem piękny jak marmur, a krzepki jak drzewo“, — ładna i sprytna osoba w typie kobiet z XVIII wieku, królowała w swoim światku. Uważająca na formy, trochę despotka, nerwowa, niespokojna i niecąca w domu niepokój, niezadowolona potrosze ze wszystkich i ze wszystkiego, miała pewną skłonność do lektur mistycznych; w jej szafce podobno znajdzie Balzac Swedenborga, Jakóba Boehme, Saint-Martina, kiedy, pod wpływem „Cudzoziemki“ — kobiety z Północy — nabierze ciekawości do nich.
Przyszły wielki człowiek kochał matkę i bał się jej straszliwie: nawet kiedy przestał być dzieckiem, głos jej przyprawiał go o drżenie. W domu Balzaków mieszkała i babka, pani Salambier, niecierpiąca swego sędziwego zięcia i jeszcze nerwowsza od córki, tak że był to dom równie burzliwy jak oryginalny. „Ha-ha! pisał później młody Balzac do siostry; ładna kolekcja oryginałów, ta nasza święta rodzinka! Co za szkoda, że nie mogę jej wpakować do powieści!“
Państwo Balzac mieli czworo dzieci. Powieściopisarz był pierworodnym; miał brata Henryka i dwie siostry, z których starsza, Laura (z męża Surville) była jego przyjaciółką i powiernicą i zostawiła później wspomnienia o nim.
Honorjusz był to pyzaty chłopak, silnie ale ciężko zbudowany, tryskający życiem, hałaśliwy. Natura jego, kochająca, skłonna do wylewów, z trudem poddawała się rygorom patrjarchalnego wychowania, oraz wymaganiom „dobrego tonu“, którego przestrzegała matka. Chłopiec, który ubóstwiał matkę, cierpiał przez całą młodość na zdławioną czułość, podczas gdy faworytem pani Laury był Henryk, który miał rodzinie zgotować same zgryzoty. Coś z tych niesprawiedliwości matczynego serca, coś z tych własnych bólów pisarza odbije się w powieści Kawalerskie gospodarstwo, gdzie Balzac włożył dużo z siebie samego w wielkiego malarza, Józefa Bridau. Wogóle, dla kogoś kto umie je czytać, utwory Balzaka są cennym materjałem do jego biografji duchowej.
Zresztą, dzieciak niewiele czasu był w domu. Do czwartego roku życia — francuskim obyczajem — na mamkach; od piątego roku posłano go do szkółki. Od dziecka trawiła go żądza czytania, rzucał się wprost na książki. Uczniem był lichym: zahukany w szkole, zmrożony w domu, uciekał w marzenie, tworzył sobie urojony świat, w którym był bohaterem.
W dziewiątym roku oddano chłopca do kolegjum w Vendôme, prowadzonego przez Oratorjanów. Wspomnienia tych lat opisuje w Ludwiku Lambert, powieści poniekąd autobiograficznej. Panował tam surowy rygor wojskowy i zakonny zarazem.
„Reguła zabraniała wyjazdu na wakacje. Raz wszedłszy, uczniowie nie opuszczają kolegjum do ukończenia studjów. Z wyjątkiem przechadzek pod dozorem Ojców, wszystko zmierzało ku temu, aby dać zakładowi charakter klasztornej dyscypliny. Za mego czasu, korektor był jeszcze żywem wspomnieniem, a klasyczna feruła skórzana odgrywała zaszczytnie swą klasyczną rolę. Kary, niegdyś wymyślone przez OO. Jezuitów, groźne zarówno moralnie jak fizycznie, przechowały się w nienaruszonej postaci. Listy do rodziców w pewne dni były obowiązkowe; toż samo spowiedź. Wszystko nosiło piętno klasztornej jednostajności. Przypominam sobie, wśród innych pozostałości dawnego zakładu, inspekcję, której poddawano nas co niedziela. Staliśmy w galowych mundurach, w szeregu jak żołnierze, oczekując dwóch dyrektorów, którzy, w otoczeniu rzemieślników i nauczycieli, badali nas pod trojakim względem: stroju, higjeny i moralności“. (Ludwik Lambert).
W tych posępnych murach z niewielkim ogrodem, jak w więzieniu, w brudnych salach, ponurych refektarzach i sypialniach, z odmrożonemi wiecznie nogami w zimie a rękami posiniaczonemi od feruły prefekta, młody Honorjusz pędził smutne życie, oraz pobierał nauki, od których zresztą uciekał ile mógł, aby bezładnie pochłaniać książki. Pasja czytania wzmogła się w nim jeszcze. Uchodził za chłopca leniwego i upartego, przynoszącego wstyd zakładowi. Tępy zwłaszcza do łaciny i greki, ożywiał się jedynie przy historji. Pozatem ociężały, apatyczny... Nie wiedzieli nauczyciele, jaki wulkan wrze pod sklepieniem czaszki tego dziecka. Spadały nań wieczne kary, pensa, koza wreszcie, na którą skazywano go na całe tygodnie. Ale to mu najmniej dolegało, byle mógł myśleć, czytać i — być sam. Z księdzem, który go miał obuczać matematyki, zawarł cichy układ: nauczyciel zajmował się uczniem jak najmniej, a w zamian pozwolił mu czerpać bez ograniczeń z zakładowej bibljoteki. Chłopiec pochłaniał bez wyboru najpoważniejsze dzieła: traktaty religijne, chemję, fizykę, historję, filozofję. Czytywał chętnie nawet słowniki, dumając nad sensem słów, nad ich przeobrażeniami w ciągu wieków.
Być może, iż Balzac, pisząc swoją powieść, ubarwia nieco owe wspomnienia z dzieciństwa, że czyni się dojrzalszym niż był w istocie. Tam, w tem posępnem Vendôme, — jeżeli brać dosłownie zwierzenia jego z Ludwika Lambert — zaczął pisać Traktat o woli, w sensie pojmowania woli jako materjalnego niemal fluidu; tam czynił pierwsze obserwacje z zakresu metapsychiki, nauki która wówczas nie była nawet w zalążku, a której zjawiska — jasnowidzenie, przenoszenie się na odległość — miały go zajmować zawsze.
Co się stało z tym Traktatem o woli? W Ludwiku Lambert znajduje się dramatyczna scena, gdy, po zaciętej obronie, władze szkolne zagarniają skrzynkę z niedozwolonemi rękopisami. „Ojciec Haugoult sprzedał zapewne jakiemu sklepikarzowi w Vendôme Traktat o woli, nie znając doniosłości skarbów, których zarodki zmarniały w rękach nieuków“, kończy Balzac nawpół żartobliwie a nawpół z żalem.
Próbował się i w literaturze pięknej. Koledzy nazywali go „poetą“: istotnie spłodził nieszczęśliwy poemat o królu Inkasie, z którego jakiś niewydarzony wiersz stał się w szkole przysłowiem i przyczyną prześladowania kolegów. Znany jest los nieszczęsnego chłopca, w którym koledzy odkryją skłonność do pisania wierszy...
W tem kolegjum spędził tępy i leniwy uczeń sześć lat, oddany pracom, których nikt nie podejrzewał. Ten tryb życia podkopał wreszcie zdrowie chłopca; owo zdrowie, którem tak tryskał w domu rodzicielskim. Pobladł, oczy mu się zapadły. Jego wygląd, stale jakby nieprzytomny, zaniepokoił wreszcie przełożonych. Wezwano rodziców, poradzono im, aby zabrali syna do domu.
Tam, na powietrzu, w ruchu, dzieciak rychło przyszedł do siebie, odzyskał humor i rumieńce. Bezładne lektury miały czas ułożyć się w głowie. Pod ciężkawemi pozorami kiełkuje w tym chłopcu niepospolita inteligencja a zarazem rodzi się w nim nieusprawiedliwiona napozór niczem wiara w siebie. „Zobaczycie, że bedę wielkim człowiekiem“, zwierza się siostrom. I siostry wierzą w niego; matki tylko nie zdoła przekonać bardzo długo, nawet wówczas, kiedy nim już będzie naprawdę. Kiedy zrobi jakąś nad wiek inteligentną uwagę, matka przywołuje go do porządku swojem oschłem: „nie rozumiesz widocznie tego co mówisz“.
Miał lat piętnaście, kiedy rodzina przeniosła się do Paryża, gdzie pan Balzac otrzymał posadę w urzędzie aprowizacji. Honorjusz chodzi na pensję pana Lepître, zagorzałego rojalisty, gdzie w dalszym ciągu jest miernym uczniem, ale wreszcie kończy gimnazjum. Ojciec decyduje, że ma chodzić na prawo; aby zaś połączyć teorję z praktyką, będzie jednocześnie praktykował u rejenta i u adwokata.
W istocie, spędził młody Balzac półtora roku u adwokata Merville (jeden z dwu najtypowszych adwokatów Komedji ludzkiej będzie się nazywał Derville); poczem odbywa praktykę u rejenta. To — poza późniejszemi osobistemi doświadczeniami — tłumaczy doskonałą znajomość wnętrza kancelaryj prawniczych, która przejawia się w tylu utworach Balzaka. Tu musiał młodemi oczami oglądać niejeden z owych paryskich dramatów, które później umiał tak genjalnie ożywić. Widział bardziej ludzi, niż akta które kopiował; ale ileż miejsca w jego dziele zajmą później testamenty, procesy, kruczki prawne!
Przez te trzy lata prowadzi Balzac życie bardzo pracowite — na swój sposób. W kancelarji ospały, zyskał sobie u kolegów-gryzipiórków przydomek „słonia“. Pilniej uczęszcza na kursa prawne; ale równocześnie, wciąż dręczony obsesją literacką, wykrada się do Sorbony na wykłady pp. Villemain, Guizot, Cousin, którzy rewolucjonizowali martwe wówczas we Francji dziedziny krytyki, historji i filozofji. I pisze, i marzy o laurach wielkiego człowieka. Mieszka w domu; matka pilnuje go, aby nie miał zadużo swobody; o piątej musi wstawać, o dziewiątej ten posłuszny dwudziestoletni chłopiec musi iść spać; a jest pod kontrolą, bo pokój ma obok gabinetu ojca. Musi zdać sprawę ze sposobu, w jaki spędził każdą godzinę. Jedyna rozrywka, to wist lub boston w partyjce babuni, pani Salambier. Partyjka ta ma tę zaletę, że czasem dobra babunia da mu umyślnie wygrać parę groszy; manna z nieba dla chłopca, systematycznie — zasada rodzicielskiej pedagogji! — pozbawionego pieniędzy. Może te lata wytworzyły w Balzaku „kompleks pieniądza“: ileż miejsca miał zająć pieniądz w jego dziele!
„Ojciec — opowiada sobowtór Balzaka, Rafael de Valentin, w Jaszczurze — nie opuszczał mnie nigdy; do dwudziestego roku nie zostawił mi nigdy do dyspozycji nawet głupich dziesięciu franków, — olbrzymi skarb, którego niedścigłość kazała mi śnić niewymowne rozkosze; ale starał się bodaj dostarczyć mi czasem jakiej rozrywki. Kazawszy mi czekać na tę przyjemność przez całe miesiące, prowadził mnie do teatrzyku, na koncert, na bal, gdzie marzyłem spotkanie kochanki. Kochanka! To była dla mnie niezależność. Ale, płochliwy i nieśmiały, nie znając języka salonów, wracałem z sercem równie dziewiczem jak szalonem od pragnień. Potem, nazajutrz, osiodłany przez ojca niby koń żołnierski, znów szedłem do adwokata, na wykłady, do sądu“...
To były ciężkie lata: opisał je, przetworzone wedle wymagań powieści i udramatyzowane, w Jaszczurze, w Lekarzu wiejskim. Mimo to, nie traci humoru, a zwłaszcza wiary w siebie. Ten wiecznie roześmiany, hałaśliwy i niezręczny chłopak, wciąż drażnił poważnych członków rodziny zapewnieniem, że — będzie wielkim człowiekiem.
Na tę drogę wielkości pchał go i brak sukcesów w życiu światowem. Mimo lekcyj, jakich udzielał mu sam baletmistrz Opery, młodzieńcowi zdarzyło się przewrócić w tańcu; od tego dnia wyrzekł się tej sztuki i przyrzekł sobie tem mocniej zapanować nad społeczeństwem władzą ducha. Wskutek tych braków, stał się od młodu tem bystrzejszym obserwatorem: „Jedynie — powiada — zapoznane i obolałe dusze umieją obserwować, bo wszystko je rani, a obserwacja rodzi się z cierpienia“.
Wspomnieliśmy, że w owej epoce pisał. Co pisał? — Wszystko. W papierach jego z owej doby znaleziono liczne wiersze, niedokończony poemat o św. Ludwiku, przekłady, satyry, fragment dzieła O bałwochwalstwie, deizmie i religji naturalnej, plany dramatów, tragedyj... Czuć, że jest jeszcze pod silnem ciśnieniem wieku XVIII i klasyków. Nic z tych pierwocin nie nosi znamion jego talentu ani indywidualności, i wogóle dużo, dużo wody upłynie, zanim Balzac, nawet zacząwszy naprawdę pisać, odnajdzie swą drogę. Mało który z wielkich pisarzy wykłuwał się tak wolno i tak mozolnie.
Kiedy, w roku 1819, dwudziestoletni Honorjusz złożył egzaminy prawnicze, ojciec oznajmił mu radosną nowinę. Zostanie rejentem, rejentem w Paryżu! Są widoki, że przyjaciel rodziny Balzaków, — mający nawet wobec niej pewien dług wdzięczności, — z zawodu rejent, po kilku latach które młody Balzac spędzi u niego jako dependent, odstąpi mu swoją kancelarję. Szansa niesłychana: kancelarja rejenta w Paryżu, to dostatek, niemal bogactwo, stanowisko, widoki na dobre małżeństwo, los! A bardzo było trzeba, aby najstarszy syn pomyślał o losie dla siebie i dla rodziny. Ojciec był stary (o pięćdziesiąt parę lat starszy od syna), przeszedł już na emeryturę, kapitał stopniał znacznie w nieszczęśliwych interesach; słowem, położenie materjalne rodziny Balzaków mocno się pogorszyło. Honorjuszowi przypadło być opiekunem rodziny, myśleć o bracie, wydać za mąż siostry...
Toteż, cóż za zdumienie, zgorszenie, kiedy chłopak odpowiedział, że — za nic w świecie nie będzie rejentem! Zrobił się gwałt. Matka wyrzuca mu niewdzięczność, ojciec nazywa go zakałą rodziny. Ale delikwent, który dotąd pozwalał się tyranizować bez oporu, odpowiada na wszystko z uporem muła, że nie będzie rejentem, że chce być sławnym pisarzem. Wszyscy w śmiech. Pisarzem! jakież ma dane na to, jakie próbki talentu? To są fanaberje smarkacza, kiedy tu trzeba myśleć o życiu serjo! Ale wszystko rozbijało się o stanowczy opór chłopca.
Ojciec, domorosły filozof, wpółdrwiąco patrzący na sprawy świata, łatwiej dałby się przekonać; ale matka, mieszczka francuska do szpiku kości, była w rozpaczy. Już nie o same względy materjalne chodziło; ale co powiedzą przyjaciele, sąsiedzi, skoro się dowiedzą, że syn porządnych rodziców jest literatem, — wstyd! Wreszcie, kiedy nie było rady na upór, rozwiązano sprawę tak. Dano Honorjuszowi dwa lata czasu na udowodnienie swego genjuszu. Znajomym, dla zachowania decorum, powiedziano, że wyjechał do krewnych; gdy w istocie wynajęto mu izdebkę na poddaszu w Paryżu, przeznaczając na wszystko 1500 franków rocznie. Został sam, bo rodzina przeniosła się dla oszczędności do Villeparisis, miasteczka opodal Paryża; przydano mu starą służącą jako opiekunkę. Ulokował się przy ulicy Lesdiguières, o dwa kroki od bibljoteki Arsenału (czynsz izdebki na poddaszu — 60 franków rocznie), swobodny, szczęśliwy, pełen wiary w siebie i w przyszłość.
„Od dzieciństwa mianowałem się wielkim człowiekiem — zwierza się jako młody Rafael de Valentin w Jaszczurze. Och, nie chciałbym za przyjaciela młodego człowieka, który w marzeniach nie splatał sobie wieńców, nie wznosił sobie jakiegoś piedestału, nie roił tkliwych kochanek. Bywałem generałem, cesarzem, byłem Byronem, i znów niczem. To igrałem na szczytach spraw ludzkich, to znów spostrzegałem, że trzeba mi dopiero przebyć wszystkie góry, wszystkie trudności. Ta kipiąca we mnie olbrzymia ambicja, ta wspaniała wiara w los, — wszystko to ocaliło mnie“...
Ileż razy Balzac w swoich powieściach powróci do tych wspomnień młodości, malując owo klasztorne niemal życie, ową płodną i twórczą nędzę paryską. Ileż razy opisał ten swój pokoik, w którym marzył o podbiciu Paryża, świata: biurko, parę krzeseł, szafa w ścianie, łóżko żelazne, parę półek na książki, niezawsze ogień na kominku... Tak mieszkali w Straconych złudzeniach Lucjan de Rubempré i wytrwalszy od niego d’Arthez; i tylu innych, którzy dali się strawić nędzy lub ulegli pokusom. „Wszyscy wielcy ludzie chowali się w szkole nieszczęścia“, tak szczebioce w listach do brata siostrzyczka Laurence, będąc zapewne echem osób dorosłych. Bezpośrednie i wzruszające nieraz dokumenty owego życia znajdują się w listach Balzaka z owej epoki do drugiej siostry, do Laury; a prawdziwe życie zazębia się, jak zawsze u Balzaka, z twórczością: imieniem Laury nazwie siostrę Rastignaca (Ojciec Goriot) — też jednego z rasy młodych zdobywców, któremu tkliwe oddanie siostry będzie osłodą twardych realności Paryża.
W istocie, cóż za kontrast! — dostatnie, przynajmniej co do materjalnych warunków, życie w domu Balzaków, a ta izdebka nędzarza, nieznośnie gorąca w lecie, lodowata w zimie, gdzie koszt oliwy do lampy — trzy su — równy był dziennemu kosztowi chleba, gdzie młody panicz sam dla oszczędności chodzi po wodę, a najmniejsze zachcenie — np. spożycie melona — opłaca dniem postu. Ale w zamian co za bogactwo humoru, radości życia, wiary w siebie! Siostra pyta go o nowiny? — oto nowina: „Ogień chwycił się przy ulicy Lesdiguières, nr. 9, głowy biednego chłopca i strażacy nie mogli go ugasić. Zażegła go piękna kobieta, piękna nieznajoma: zwie się Sława“.
Dodajmy, że, przez wzgląd na wstyd rodziny, Honorjusz miał surowo wzbronione pokazywać się przez czas swojej próby w domu, a nawet w miejscach, gdzie mógłby go spotkać ktoś ze znajomych. Trzeba przyznać, że tego rodzaju układ, mocą którego ambitny młodzieniec miał, w ciągu dwóch lat, wykazać przed rodziną swój genjusz, nie był może najsposobniejszy aby pobudzić fantazję pisarską. „Dostałem twój list, w którym powiadasz... Pisz, pisz, pisz!“... czytamy w liście Balzaka do siostry z owych czasów. I pisał biedny genjusz i męczył się idąc najfałszywszą drogą, osamotniony, nie zorjentowany w życiu literackim ani w sobie samym, silący się dociągnąć do pseudoklasycznych wzorów, gdy już dokoła szumiały wichry młodej sztuki. Siostra poddaje mu jako przykład jakąś współczesną tragedję o Marji Stuart; on sam chodzi do teatru oglądać Talmę w rolach wielkich Rzymian, czyta Tacyta. „Pochłaniam naszych czterech autorów tragicznych — pisze do siostry. Crébillon uspokaja mnie, Wolter przeraża, Corneille porywa, Racine każe mi rzucić pióro“...
Ale nie rzuca pióra. Wśród mnóstwa szkicowanych w owej epoce dramatów, komedyj, powieści, decyzja jego zatrzymuje się wreszcie na Kromwellu; to będzie jego arcydzieło, tragedja wierszem. Siedzi na swojem poddaszu w szlafroku i starym szalu, o którego przysłanie prosił siostry, i rymuje bez wytchnienia, pokonywając wrodzony brak talentu do wierszy. „Chcę aby moja tragedja była brewiarzem królów i ludów“, powiada ze szczęśliwym brakiem skromności, który go cechuje. „Trzeba albo zacząć arcydziełem, albo kark skręcić“.
Wiara w siebie kipi w nim poprostu. Pisząc powieści, nowele, nawet libretto do opery komicznej, równocześnie marzy o karjerze politycznej. Przewiduje rozkwit parlamentaryzmu, — tego parlamentaryzmu, który tak surowo osądzi później w Lekarzu wiejskim. „Wielcy pisarze będą potrzebni: alboż nie jednoczą wiedzy, daru spostrzegania i głębokiej znajomości serca ludzkiego?“ Kto wie, może zostać nietylko wielkim pisarzem, ale i wielkim obywatelem! Jedynie miłość i sława zdolne są wypełnić ogrom jego serca, — spowiada się siostrze, jedynej, która go nie wyszydzi, której może się zwierzać z takiemi myślami.
Życie jego w owej porze jest bardzo niewinne, jak życie d’Artheza (Stracone złudzenia), jak życie Rafaela de Valentin. Samotność, praca... Czasem — wielkie święto! — teatr na najtańszem miejscu, skromna uczta skoro z domu nadejdą jakie smakołyki. Napozór ubóstwo wrażeń. Ale sam Paryż, ten Paryż który poznał aż do najmniejszego zaułka, który tak miał ukochać i zrozumieć, czyż nie starczy za wszystko? Chodzi po tych ulicach, jakże niepodobnych wówczas do dzisiejszego Paryża (Paryż Balzaka, który on tak wyolbrzymił, który stworzył poniekąd, był mniejszy od dzisiejszej Warszawy); widzi, słyszy i chłonie wszystko: budowle, ludzi, odgłosy ulicy. Ogarnia spojrzeniem horyzont miasta z wyżyn cmentarza Père-Lachaise, jak młody Rastignac w owem wspaniałem zakończeniu Ojca Goriot. „Sprobujemy się“, — mówi do tego drapieżnego miasta.
Później, siłą swego geniuszu, udramatyzuje Balzac uroczne działanie tego Paryża — miasta wszystkich możliwości — na młodą wyobraźnię. Pokusy Paryża ucieleśnią się w pięknych i wytwornych kobietach, w oszołamiającym sukcesie zręczności i talentu, w kontrastach zbytku i nędzy, w demonicznym błysku zbrodni. Ale on sam, w owym okresie, pracując zbożnie nad swoją tragedją, zachował dziwną niewinność duszy: „Śnić o pięknej przyszłości, myśleć o was wiedząc że jesteście szczęśliwi, mieć za kochankę Julię Roussa, za przyjaciół Moliera i La Fontaine’a, za mistrza Rasyna a Père-Lachaise za miejsce przechadzki... Och, gdyby to mogło trwać wiecznie!“
Istnieje opowiadanie, w którem Balzac wprost mówi nam o swojem ówczesnem życiu. To ów sławny ustęp z noweli Facino Cane[1], gdzie wyjaśnia swoją wręcz medjumiczną zdolność wcielania się w cudze egzystencje:
„Kiedy było ładnie, przechadzałem się po bulwarze. Jedna jedyna namiętność odrywała mnie od moich studjów — czyż i to nie było również studjum? — chodziłem obserwować obyczaje przedmieścia, jego mieszkańców, ich charaktery... Obserwacja stała się u mnie już intuicyjna; wnikała w dusze nie zaniedbując ciała; lub raczej tak dobrze chwytała zewnętrzne szczegóły, że biegła natychmiast poza nie; dawała mi zdolność życia życiem osobnika który był jej przedmiotem, pozwalając mi wcielić się weń, jak derwisz z Tysiąca i jednej Nocy przybiera ciało i duszę osób, nad któremi wymówi zaklęcie.
„Porzucać swoje nawyki, stawać się innym człowiekiem przez napięcie duszy, uprawiać tę grę wedle ochoty, to była moja rozrywka. Czemu zawdzięczam ten dar? Czy to jasnowidzenie? Czy to jedna z owych właściwości, których nadużywanie wiodłoby do szaleństwa? Nigdy nie dochodziłem źródeł tej władzy: posiadam ją i posługuję się nią, to wszystko“.
Tak, to prawda: zdumiewające dzieło Balzaka potwierdziło te wyznania. Twórczość jego da się wytłumaczyć jedynie zdolnością wizyjną. Ale widocznie kapitał nabytych wówczas obserwacyj gromadził się gdzieś niby w magazynach jego twórczej istoty. Bo wówczas, przy ulicy Lesdiguières, Balzakowi nie śniło się jeszcze, że ów drobny człowiek, którego życie i troski tak odgadywał, może być materjałem twórczym, ba nawet — bohaterem. Wówczas jeszcze, w jego pojęciu, bohater musiał być na tronie, albo choć w pobliżu tronu. Wracał tedy z przechadzki do domu i w pocie czoła pisał — Kromwella.


Przypisy

  1. W polskiem wydaniu w tomie p. t. Kuratela.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.