Balzak/2. Szukanie drogi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Balzak
Data wydania 1934
Wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

2. SZUKANIE DROGI

Dwa lata spłynęły szybko; nadeszła chwila, gdy młody twórca miał przedstawić owoc swej pracy rodzinie, która zupełnie serjo traktowała tę dość niedorzeczną próbę. Kreśli i poprawia, maże i znów kreśli, kolejno przechodzi ataki zwątpienia i wiary, aż wreszcie decyduje się przeczytać owego Kromwella, który ma go wyzwolić z czeladnika na majstra.
Cała rodzina zgromadziła się w saloniku w Villeparisis, aby wysłuchać przyrzeczonego arcydzieła: ojciec, matka, siostry, przyjaciele rodziny, zaproszeni na sędziów, zgodnie zresztą z życzeniem samego autora, który chciał mieć najliczniejszych świadków swego tryumfu. W gronie tem znajdował się i zgryźliwy staruszek, który zdawna przepowiadał młodemu Balzakowi, że, dzięki foremnemu pismu, może być dobrym ekspedytorem, ale tylko tem...
Zaczyna się czytanie. Honorjusz atakuje swoją tragedję z furją, ale stygnie mimowoli od chłodu słuchaczy. Kochająca siostra Laura, opisując później tę lekturę, przyznaje, że wrażenie było dość żałosne. Przyjaciel domu, ten który już wprzódy przeznaczył młodego Balzaka na djurnistę, mówi bez ogródek co sądzi o tem „arcydziele“; inni potwierdzają jego ocenę.
Honorjusz daremnie próbuje bronić swego utworu; wobec zwartej większości ustępuje; ale apeluje od tego wyroku. Sprowadzają superarbitra, powagę: starego profesora politechniki. To już będzie wyrok ostateczny! Staruszek przeczytał tragedję i orzekł, że jej autor może być wszystkiem, wyjąwszy literatem.
Wszystko to nie zachwiało ani na chwilę wiary w siebie młodego autora. Wysłuchał spokojnie i uznał, że widocznie tragedja nie jest dlań właściwą drogą; ale wyrzec się literatury — przenigdy!
Dwa lata paryskiej głodówki nadszarpnęły zdrowie młodego genjusza. Wyglądał jak zmora. Rejent czy literat, ale musi się odjeść, — to pierwszy nakaz matczynego serca. Zatrzymała go tedy pani Balzakowa w Villeparisis. Zresztą mieli czas się już oswoić z tem, że Honorjusz nie jest taki jak inni młodzi ludzie i że rodzinie zaszczytu nie przyniesie; niechże już sobie żyje po swojemu. Ale, kiedy nieszczęsny autor Kromwella chciał przedłużyć próbę, żądając od rodziny jeszcze swej głodowej pensyjki — tysiąc pięćset franków rocznie, — aby dalej pracować nad sobą w Paryżu, spotkał się ze stanowczą odmową. Dach nad głową i życie w domu — w Villeparisis — nic więcej.
Siedzi tedy w domu w Villeparisis w beznadziejnej i upokarzającej sytuacji, bez książek, bez spokojnego kąta do pracy, bez atmosfery Paryża, a zato w atmosferze ironji i niedowierzania. Jakże tęskni za swojem poddaszem! Siostry powychodziły za mąż, młodszy brat sprawia same zgryzoty, matka robi się coraz nerwowsza, ojciec coraz bardziej sarkastyczny. Sprzeczki, obrazy, nieporozumienia. W dodatku przyjaciele rodziny szukają mu potajemnie zajęcia, w nadziei że jednak usłucha głosu rozsądku. Biedny chłopak pisze do siostry:
„Zdaje mi się, że pan G... szuka dla mnie pocichu posady: straszny człowiek! Zginąłem, jeśli mnie nakryją tem gasidłem; zostanę koniem w maneżu, który obchodzi swój krąg czterdzieści razy na godzinę, je, pije i śpi o porach oznaczonych zgóry. I nazywają życiem to machinalne kręcenie się w kółko, ten wiekuisty kołowrót tych samych rzeczy!“
Później, kiedy Balzac zostanie wielkim pisarzem, wówczas, cały oddany swemu dziełu, sam sobie nałoży regularny aż do pedantyzmu tryb życia: będzie jadł, pił i spał o oznaczonej godzinie, robił co dnia jedno i to samo, siedział przy biurku i pisał. Tak oto przeciwległe krańce spotykają się czasem, przynajmniej pozornie...
„Gdybyż jeszcze — zwierza się dalej siostrze — ktoś rzucił jakiś urok na moje bezbarwne istnienie! Niema kwiatów w mojem życiu, a to jest przecież pora, w której one kwitną! Na co majątek i rozkosze, kiedy młodość minie? Naco kostjum aktora, kiedy się już nie ma ról? Starzec, to jest człowiek, który jest po obiedzie i który przygląda się jak jedzą inni; a ja jestem młody, talerz mój jest próżny i jestem głodny! Lauro, Lauro, moje dwa jedyne i olbrzymie pragnienia, — być sławnym i być kochanym, — czy nasycą się kiedy?“...
W tem przykrem położeniu młody Honorjusz robi się smutny, robi się nieswój, traci swój radosny humor. Czuje swą fałszywą rolę; ciągłe aluzje do tego, że trzebaby myśleć o sobie, że trzebaby się wziąć do czegoś, przywodzą go do rozpaczy. Ale trzyma go w domu poprostu brak pieniędzy. O ile ma co jeść, o tyle nie ma się w co ubrać. Ileż później poświęci miejsca w swojej Komedji ludzkiej cierpieniom młodego człowieka, który widzi rówieśników, eleganckich, dobrze ubranych, a sam musi się wstydzić nieświeżego i niemodnego stroju (Ojciec Goriot, Dwaj poeci, Stracone złudzenia etc.). Ileż miejsca poświęci owym drobiazgom życia, których ważność tak nauczył się rozumieć! Pieniądze na „osobiste wydatki“, — to rzecz, dla której jego młodzi bohaterowie gotowi są niemal duszę zaprzedać. Wprowadzenie w literaturę tych pogardzanych wprzódy i niedostrzeganych przyziemności, udramatyzowanie ich, to wielki wynalazek Balzaka. Czytajcie Jaszczura — przygodę młodego Rafaela, zmuszonego odwieźć do domu miljonową hrabinę Fedorę: męki, jakie przeżywa młody człowiek bez grosza w kieszeni, zaskoczony u wyjścia z teatru nagłą ulewą. Ukradłby bez wahania w takiej chwili! Ta powieść — poemat ogarniający największe zagadnienia życia i śmierci — ma za centralny punkt pięciofrankówkę... której niema.
Tu, w tem Villeparisis, ma młody Balzac czas robić dosyta studja nad prowincją, którą później będzie prześladował aż nazbyt złośliwą karykaturą. Tak blisko Paryża, a cóż za oddalenie, cóż za przepaść! W Paryżu powietrze przesycone myślą; ulica bogata możliwościami, niespodzianką, wdziękiem, kaprysem: nędza nawet ma tam swoją wielkość. Tu, wszystko małe, płaskie, codzienne, jednakie, beznadziejne... Będzie się też mścił na prowincji za te swoje straszne lata.
W domu robi się coraz trudniej, odkąd zabrakło w nim Laury, siostry i przyjaciółki. Ojciec, blisko ośmdziesięcioletni, pobłażliwy ale ironiczny, nie jest powiernikiem myśli dla tego nieuznanego geniusza; a matka — matka jest wprost groźna w swojej starannie wychowanej francuskiej dulszczyźnie. — Balzac ucieka z domu ile może; robi wypady do Paryża, stara się nawiązać jakieś stosunki literackie (ale jak to zrobić w starym i pociesznym garniturze?), szuka jakichś robót. Wreszcie, cudem zdobywa się na to aby wynająć pokój w Paryżu, i zamyka się w nim z heroicznem postanowieniem zarabiania piórem na życie. Ale, może dlatego że własne jego dążenia twórcze były zgoła nieskrystalizowane, wpada na dosyć dziwaczny pomysł. Postanawia na razie zrezygnować z marzeń, pisać rzeczy, co do których wartości sam nie ma złudzeń, i tak, dostarczając księgarzom żądanego na rynku towaru, zdobyć piórem niezależność, aby później zacząć tworzyć naprawdę. Ale przedewszystkiem być wolnym, zdobyć wolność! Znajduje współpracownika i, co ważniejsze, wydawcę i sprzedaje swój pierwszy romans, pod straszliwym tytułem: Dziedziczka z Birague, historja zaczerpnięta z rękopisów dom Rago, ex-przeora benedyktynów, ogłoszona przez jego dwóch bratanków, A. de Vilergle i lorda R’Hoone. (Lord R’Hoone, to Balzac). Za ten pierwszy romans otrzymuje od księgarza 800 franków — olśniewająca suma — która jednak maleje, kiedy przychodzi się nią podzielić ze wspólnikiem, no i potrącić lichwiarską stopę dyskontu, ponieważ honorarjum wypłacono wekslami. Słowem, zaczynają się dla Balzaka wszystkie owe doświadczenia, które później miał tak żywo opisać w Straconych Złudzeniach, przeżywając je na nowo za młodego Lucjana de Rubempré, autora romansu Łucznik Karola IX.
Niemniej, pierwszy ten zarobek piórem przejmuje go upojeniem i utwierdza w powziętym zamiarze. W ten sposób powstał szereg powieści, pisanych pod pseudonimami, powieści, których Balzac nigdy nie uznał za swoje „prawe dzieci“ i których nie włączono nigdy nawet do pełnych wydań jego dzieł. Figurują wstydliwie jako utwory młodości, i można powiedzieć, że poza specjalistami nikt ich nie zna. Historja młodzieńczych utworów Balzaka, to jest unikat w dziejach literatury.
Te pierwsze utwory Balzaka mają tę zaletę, że pozwalają nam zmierzyć dystans między powieścią jaką Balzac zastał a jaką zostawił.
Bo te pierwsze jego płody nie były ostatecznie gorsze, a może lepsze od przeciętnej ówczesnej produkcji powieściowej której noszą piętno. Były fantastyczne i historyczne, w duchu mody stworzonej przez panią Radcliffe i Walter Scotta, których olbrzymie powodzenie regulowało żądania księgarzy. Przyświecała też młodemu Balzakowi gwiazda Richardsona i... Paul de Kocka. Miejscami zakrawają te powieści na parodję, jakby ich autor bawił się niemi. Bądź co bądź, dowodzi jakiejś niezłomnej wiary w swój genjusz i wysokiego poczucia odpowiedzialności artystycznej ten stosunek Balzaka do własnych utworów, które określa w liście do siostry zwięźle jako „świństwo literackie“ i których nie podpisuje, aby mu nie szkodziły na przyszłość! Niejeden dwudziestokilkoletni chłopak jakże byłby dumny na jego miejscu ze swego sukcesu!
Wspomniałem Walter Scotta, który miał wywrzeć tak znaczny wpływ i na prawdziwego Balzaka, a to przez swoje odkrycie — jakże pogłębione przez autora Komedji ludzkiej! — że człowieka trzeba opisywać w związku z tłem i środowiskiem. Już wówczas Balzac dawno się oderwał od martwego pseudoklasycyzmu i zaczął z bogatych lektur czerpać soki dla swego przyszłego dzieła. Więcej korzysta z obcych literatur niż z własnej, którą miał zrewolucjonizować. Obok Walter Scotta, namiętnością jego jest Fenimore Cooper, autor Jeziora Ontario; dalej uwielbiany Sterne, którego tylekroć będzie cytował; i Jean-Paul, i Hoffmann ze swemi fantastycznemi opowieściami, — i chmurny buntownik Byron, Goethe i Schiller wreszcie; — jesteśmy wszak w okresie romantycznego braterstwa duchów.
Ale nietylko literatura piękna stanowi treść ówczesnych zainteresowań młodego Balzaka. Wielka dyskusja przyrodnicza między Cuvierem a Geoffroy-Saint-Hilaire; teorje Lawatera i Galla, mesmeryzm, fizjologja, chemia, — wszystkiem tem nasiąkał, mimo że nie wiedząc jeszcze jak płodnie spożytkuje kiedyś te wiadomości.
Niebawem miał się Balzac rozczarować do swojej w ten sposób uprawianej literatury; ale w tej chwili młody autor ufnie patrzy na świat. Widzi się wolnym, w niedalekiej przyszłości bogatym; już oblicza w listach do siostry, ile mu może przynieść to „romansopisarstwo stosowane“. Już wtedy rozpoczynają się u Balzaka owe bardzo jakby ścisłe, a w gruncie bardzo fantastyczne kalkulacje finansowe, które miały wypełniać — i mącić — do końca jego życie.
Pisze tedy i pisze, wymyśla coraz to efektowniejsze tytuły. Po Dziedziczce z Birague idzie Odnaleziona córka, Pirata Argow, Blada Jane, Klotylda de Lusignan czyli piękny Żyd, romans za który dostaje — o upojenie! — dwa tysiące franków. Ale to wszystko idzie mu jakoś za wolno; w ten sposób nie rychło dojdzie do upragnionej fortuny i swobody. Dla pośpiechu, próbuje zaprzęgnąć do współpracownictwa siostrę: on ma napisać jeden tom, ona drugi, potem uzgodnią całość...
Brzmi to wszystko cokolwiek humorystycznie. Ale to jest właściwością życia Balzaka, że jest ono w równej mierze patetyczne i wspaniałe, jak obfitujące w komiczne epizody. Zdarza się to u genialnych ludzi dość często, a przyczyną tego nadmiar wyobraźni, która jest jak owe olbrzymie skrzydła albatrosa w wierszu Baudelaire’a: stworzone do lotu, przeszkadzają chodzić po ziemi.
Po okresie wytężonej pracy, oblegają młodego pisarza melancholijne refleksje. Czuje całą niedorzeczność tego marnotrawstwa talentu. „Zaczynam mierzyć i poznawać swoje siły, pisze do siostry. Czuć co jestem wart i obracać kwiat swoich myśli na podobne brednie! Rozpacz! Och, gdybym miał co jeść, znalazłbym sobie rychło miejsce i stworzyłbym rzeczy, któreby może zostały“...
Ogarnia go zniechęcenie. Jeszcze spłodzi jakąś Ostatnią wróżkę czyli nową cudowną lampę, ale czuć, że już ustaje w swoim dzikim zamiarze. Przytem coraz mu trudniej lokować te powieści, pisane z niechęcią. Ostatni z utworów młodości przypada na rok 1825. Dwudziestosześcioletni autor uznał, że ta droga nie prowadzi do niczego; rzuca się tedy w inną, jeszcze bardziej okrężną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.