Błyskawice/Tom I/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Błyskawice
Podtytuł Powieść z czasów Rewolucyi Francuskiej
Data wydania 1916
Wydawnictwo Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Indeks stron
I.

Przed hotel hrabiny de Bar zajechał najęty kabryolet.
Było jeszcze bardzo rano, jak na dobrze urodzoną i dobrze wychowaną Paryżankę ośmnastego stulecia. Godzina jedenasta zaledwie.
Młody, przystojny blondyn w mundurze rotmistrza dragonów, wysiadłszy z kabryoletu, stał przez kilka chwil przed bramą, namyślając się: wejść czy nie wejść?
Przybył wczoraj do Paryża z prowincyi, z nad rzeczki Lot, z miasteczka Clarac, i uważał sobie za obowiązek zacząć pobyt w stolicy od wizyty u kuzynki, z którą niegdyś, gdy byli oboje dziećmi, bawił się w męża i żonę. Przebrawszy się w oberży po dalekiej podróży, zawiadomił panią de Bar, młodą wdowę, o swojem przybyciu, prosząc o wyznaczenie godziny przyjęcia. Pachnący bilecik wezwał go na godzinę jedenastą.
Dla niego, dla żołnierza i myśliwego, który widział prawie codziennie słońce wschodzące, była to godzina bardzo późna, połowa dnia, ale wielki świat paryski nie uznawał obyczajów tak prostackich. Oficer wiedział, że żadna z dam światowych nie opuszcza łóżka przed południem, a o pani de Bar słyszał, iż należy do najlepszego towarzystwa stolicy.
Wejść, nie wejść? Czy nie zawcześnie? Prosiła na godzinę jedenastą... Jeżeli będę niewygodnym, jej wina...
Zakołatał do bramy.
Szwajcar wskazał mu schody, prowadzące na pierwsze piętro; lokaj na zapytanie: czy pani hrabina przyjmuje o tej porze? — odpowiedział: pani hrabina czeka na pana wicehrabiego.
Uprzedziła więc służbę... nie pospieszył się... nie będzie natrętnym...
Za uchylonemi drzwiami odezwał się głos niewieści:
— Proszę, cię, Gastonie!
Wsunął się bez szelestu, na palcach do pokoju, którego głównym meblem była tualeta damska, spowita cała w tiule i koronki, ustawiona w pobliżu okna, wychodzącego na północ.
Pełne, ale spokojne światło dnia, niezmącone drżącym blaskiem słońca, padało na młodą, ładną kobietę, siedzącą przed dużem lustrem.
Dwoje czarnych, błyszczących oczu zwróciło się ciekawie na gościa. Z błyskawiczną szybkością ogarnęło spojrzenie tych oczu urodziwą postać wicehrabiego, zanim się ładne usta hrabiny uśmiechnęły przyjaźnie.
— Z szarej poczwarki nieśmiałego chłopczyka z palcem w omorusanej buzi, wykluł się i rozwinął ładny, barwny motyl. Witaj mi, Gastonie — odezwała się hrabina.
I dwoje okrągłych, białych, obnażonych ramion wyciągnęło się z pod różowego peniuaru do gościa.
— Omorusany chłopczyk z palcem w buzi zapomniał swojej ślicznej kuzynki, którą miał szczęście zabawiać kiedyś w Clarac — mówił wicehrabia Gaston de Clarac, dotykając lekko ustami palców podanych rąk. — Poznałby ją po stu latach po jej cudownych oczach, świecących kuszącym blaskiem gwiazdy wieczornej.
Temu zdawkowemu komplimentowi towarzyszył wytworny ukłon dobrze wychowanego szlachcica XVIII stulecia.
— Prosiłam cię na jedenastą, abym cię mogła powitać bez świadków (hrabina wskazała kuzynowi miejsce na taburecie obok tualety). Rodzice zdrowi, prawda? Wuj-marszałek zawsze krzepki i czynny? Naturalnie! Stary żołnierz nie lubi próżniactwa. Winnice wasze rodzą obficie? Rozumie się. Błogosławiona dolina nadloteńska płynie od wieków najlepszem białem winem Francyi. Wszystko u was dobrze? Nie wątpię o tem. Czytam odpowiedź pomyślną na twojej zdrowej rumianej twarzy szczęśliwego wieśniaka. Jacy wy szczęśliwi na prowincyi, na wsi!
Pytania te i uwagi rzucała hrabina szybko, nerwowo, końcami ust, nie czekając na odpowiedź, zajęta więcej zwierciadłem, niż gościem.
Krzątały się przy niej dwie pokojowe, dziewczyny młode, ładne, zręczne, ubrane w krótkie, podkasane spódniczki, zakryte z przodu białymi, muślinowymi fartuchami. Ich ręce, obnażone powyżej łokci, pracowały skrzętnie nad upiększeniem pani, co im wcale nie przeszkadzało rzucać od czasu do czasu zalotnych spojrzeń w stronę wicehrabiego. Jedna z nich opinała hrabinę w gorset, druga przygotowywała grzebienie do czesania.
— Błogosławiona dolina, ujęta w widły Garonny i Loty, zawodzi nas już trzeci rok z rzędu — odezwał się wicehrabia — źródła wina wyczerpały się.
— Czy być może? Ach prawda! Czytałam w którejś z ostatnich broszur ekonomicznych, że urodzaje znów tego roku niedopisały w różnych częściach kraju. Nie wiedziałam, że także u was. Gdzież ta broszura?
Na tualecie, pomiędzy mnóstwem buteleczek, słoików, szpilek i wstążek, walało się kilka broszur treści filozoficznej i ekonomicznej.
— Kuzynka nie nudzi się tą ciężką lekturą? — zapytał wicehrabia.
— Może się czasem i nudzę, mój drogi, ale cóż robić? Nauka jest dziś w modzie, jak niedawno temu była modną literatura piękna. Rozyno, ściskasz mnie zanadto w pasie... Chemia, fizyka, matematyka, filozofia, od pewnego czasu także ekonomia polityczna zmiotły z naszych tualet i biurek romanse, tragedye, poezye. Jesteśmy tu wszystkie tak uczone, iż dziwimy się same swojej mądrości. Uśmiechasz się? Zobaczysz sam. Zawiozę cię jeszcze dziś do pani de Beauharnais, gdzie się twoje oczy drwiące, ...dobrze ci z tym drwiącym uśmieszkiem w mądrych oczach... i twoje uszy niewierne przekonają o naszej erudycyi, tak głębokiej, iż ci się w głowie zawróci od tej głębi... Filipino, masz dziś ciężką rękę; zamiast zerkać na pana wicehrabiego, niecnoto, uważaj pilniej na grzebień... Od lat trzech słuchamy, mimo oporu księdza Garnier, onego niepoprawnego wstecznika, wykładów w Collège Royal gdzie zachwycamy się mądrością Lalande'a i Condorcet'a.
— Tych ateuszów? — wtrącił wicehrabia.
— O, jak się zacofanie, po staroświecku wyrażasz, kuzynku z głuchej prowincyi. Z Honolulu przyjeżdżasz, z Otaiti? Mówi się filozofów, boskich filozofów. U nas są wszyscy uczeni, astronomowie, matematycy, chemicy, botanicy, równocześnie filozofowie, bo wszyscy wierzą tylko w rozum.
— I panie z towarzystwa? — zapytał wicehrabia.
— Całe nasze towarzystwo filozofuje. Kłaniamy się dziś wszyscy, składamy wszyscy hołd powinny jednemu tylko bożkowi, któremu na imię Rozum. I Filipina filozofuje, bo zamiast mnie uważnie czesać, słucha naszej dysputy... Robimy porządek z całą stęchłą przeszłością (hrabina zadzwoniła).
— Z Bogiem, z religią, z tradycyą rycerską, z uszanowaniem dla tronu, dla monarchii, z całą, słowem, głupotą naszych ciemnych przodków? — wtrącił wicehrabia.
— Znów się uśmiechasz. Pozwól sobie, nie obrażę się... Piotrze, czy nie zapomniałeś o kwiatach do obiadu? A Pawłowi powiedz, żeby skoczył do modystki i przypomniał jej amazonkę; gdyby się spóźniła, przeniosę się do innego magazynu (przywołany dzwonkiem kamerdyner znikł za drzwiami)... Tak; filozofia wymiotła z naszych głów wszystkie niepotrzebne śmiecie przeszłości, stargała wszystkie pęta, które ciemnota przodków nałożyła na rozum ludzki. Jeżeliś ciekawy, powie ci to wszystko lepiej ode mnie margrabia de Condorcet, którego zobaczysz dziś u pani de Beauharuais. Nudny trochę, suchy, ten sławny pan matematyk i filozof, ale podobno bardzo mądry.
— Podobno?
Hrabina pogroziła kuzynowi długim, białym palcem długiej, białej ręki.
— Cięty masz języczek, Gastonie, ale kuzynowi wolno. Podobno... Bo ja wiem? Tak mówią. Przyznam ci się otwarcie, iż mnie ten cały rejwach naukowy czasami okropnie nudzi, ale cóż chcesz? Hrabina de Voisenon zawstydza lekarzów swoją mądrością medyczną, margrabina de Voyer i hrabina de Coigny krają z większą rozkoszą gnijących trupów, niż wybredny smakosz doskonale upieczonego bażanta, margrabia de Nesle, hrabina de Brancas, margrabina de Pons, nawet ta strojnisia, hrabina de Polignac, palą się do chemii, jak się imperator Hadryan palił do pocałunku Antinousa, każda z dam z towarzystwa uczy się czegoś, dysputuje, chce uchodzić koniecznie za filozofkę. W takiem otoczeniu niepodobna być nieukiem. Prąd chwili niesie nas, jak potok wezbrany, niewiadomo dokąd, niewiadomo po co. Filozofowie powiadają, że do światła, do prawdy, do wolności. Być może. Nie moją rzeczą poddawać krytyce obietnic, uznanych przez cały świat mędrców. Co do mnie, wiem, tylko, że nam, kobietom z towarzystwa, wygodniej z wiarą filozofów, z wiarą w rozum ludzki i w nieomylność natury, niż z ponurym ascetyzmem chrześcijaństwa, który skrępował ciało i jego instynkty. Bardzo przyjemnie wiedzieć i wierzyć, że małżeństwo dozgonne jest nadużyciem, nieznośną tyranią mężczyzny, że wstydliwość niewieścia jest niepotrzebnym konwenansem, za co niech będzie cześć i chwała boskiemu Diderotowi. Zresztą, moda nakazuje być filozofem.
— Zdaje się, że argument ostatni przekonywa najwięcej mądrą główkę mojej ślicznej kuzynki.
— A ciebie to dziwi, uszczypliwy kuzynku? Gdyby moda kazała chodzić na czworakach, chodziłabym na czworakach. Ale a propos czworaków! Dlaczego nie widziałam dziś jeszcze mojej małpeczki, Rozyno?
— Poszła na spacer z forysiem, proszę pani hrabiny.
— A pieski?
— Antoni karmi je właśnie czekoladą.
— Chcę je zobaczyć natychmiast po śniadaniu. Mimi nie miała wczoraj humoru, może się przejadła. Puf lizał ciągle łapkę, może go kto udepnął. Przepraszam cię, Gastonie. Mówimy o różnych rzeczach i wielu innych, wyjąwszy o tych, od których powinniśmy byli właściwie zacząć. Jesteś w Paryżu... Czy wolno zapytać, w jakim celu przybyłeś do naszego rozkosznego Babelu? Może mogę ci być w czemś użyteczną. Rozporządzaj moim czasem i moimi stosunkami, proszę.
— Jesteś równie dobrą, jak piękną, kuzynko — rzekł rotmistrz, całując hrabinę w obnażone ramię. — Przysłał mnie tu ojciec do króla z pokłonem, z hołdem. Nie bardzo było mi spieszno z tym hołdem, którego królowie żądają od nas, starej szlachty, bo nam, młodym, zesztywniał kark i grzbiet, zginąć się w pałąk w ukłonie dworskim nie lubimy, ale wiesz, że mój ojciec nie znosi oporu. Powiedział po żołniersku: Oto dwa tysiące dukatów; jutro wsiądziesz do dyliżansu, pojedziesz do Paryża, i pokłonisz się od siebie i ode mnie królowi, swojemu urodzonemu wodzowi, jak czynili twoi przodkowie. Przyznam ci się, kuzynko, że wolałbym iść w ogień, na kule i groty, niż w ten rój trutniów i szerszeni dworskich.
Hrabina roześmiała się.
— Poznaję Clarac'a — mówiła. — Zdawałoby się, że wam szychowa korona spadnie z głowy, gdy się pokłonicie królowi. Ale nie obawiaj się. Ludwik XVI jest tak dobrym, tak łatwym w stosunkach królem, tak uprzejmym gospodarzem zamku wersalskiego, iż najsztywniejsze karki wychodzą z jego domu bez gorzkiego uczucia poniżenia. Jutro weźmiesz moją karetę i pojedziesz do Wersalu; dam ci kilka słów do wielkiego szambelana, żebyś nie był narażony na protekcyonalne spojrzenia mniejszych piesków dworskich.
Ktoś stuknął lekko w uchylone drzwi i do pokoju wsunął się, zgięty w ukłonie, z bladym uśmiechem zdawkowej uprzejmości na starannie wygolonej twarzy, młody człowiek w czarnych, jedwabnych sukniach, w czarnych pończochach i w trzewikach, spiętych srebrnemi sprzączkami.
Ach, kochany abbé... abbé de Courcel, prezentowała hrabina, najprzyjemniejszy ze wszystkich kaznodziejów paryskich... Rozyno, te loki z lewej strony dotykają prawic ramienia; podnieść je trochę... Czy można dziś pojechać konno do lasku bulońskiego?
Ksiądz w sukniach świeckich, którego stan duchowny poświadczał tylko biały rabat i czarny płaszczyk, sunął więcej niż szedł ku hrabinie, ruszając się z wytworną swobodą skończonego dworaka. Skłoniwszy się wicehrabiemu, zajął miejsce na taburecie po drugiej stronie tualety.
— Trochę dziś chłodno, ale pogodnie — odezwał się, dźwięcznym wyrobionym głosem kaznodziei. — Lasek buloński zaroi się niewątpliwie amazonkami. Wielka szkoda, że hrabina nie zaszczyciła wczoraj naszego zebrania u księstwa Bedford. Bawiliśmy się doskonale.
— Nie mam zaufania do zebrań towarzyskich w domach angielskich. Ci wyspiarze są zwykle tak chłodno zarozumiali, spoglądają na nas, żwawych Francuzów, z takim uśmiechem lekceważącym, iż mrożą swobodną konwersacyę. Ile razy zdarzyło mi się być u księstwa Bedford, doznawałam zawsze wrażenia, iż nas Anglicy nie na to proszą, żeby nas bawić, lecz na to, żeby się nami bawili.
— Doskonała obserwacya — potwierdził abbe — muszę ją puścić w obieg. Anglicy spoglądają na nas w istocie z wyżyn swojej swobody konstytucyjnej, jak na duże dzieci. Ale tym razem nie oni rej wodzili. Osią, dokoła której się wczoraj obracała konwersacya, był margrabia de la Fayette.
— La Fayette? Margrabia jest w Paryżu? Jakże on wygląda, ten sławny obrońca wolności amerykańskiej? Opowiadaj, kochany abbé.
— Bardzo przystojny, bardzo wymowny, bardzo wytworny. Iskry tryskają z jego oczu, kiedy mówi...
Ksiądz de Courcel nie miał czasu dokończyć charakterystyki Laffayette'a, bo do pokoju wszedł lekarz domowy zapytać o zdrowie hrabiny. Zaledwie doktór pożegnał swoją pacyentkę, znalazłszy ją „świeżą, olśniewającą blaskami zdrowia i urody“, zjawił się perfumiarz, zachwalający jakąś nadzwyczajną wodę, która miała przywrócić najstarszej twarzy „cerę pensyonarek klasztornych“. Jeszcze de Bar nie zdążyła obwąchać wszystkich buteleczek perfumiarza, kiedy ukazał się handlarz małp i papug. Stawił się także kolporter uliczny z książkami, broszurami, gazetami, zgłosiła się w końcu modystka z próbkami najnowszych jedwabiów.
Między jednym przekupniem a drugim wchodził jakiś diuk, margrabia, hrabia, kawaler; każdy z nich posiedział kilka, najwyżej kilkanaście minut, obsypał hrabinę garścią wonnych komplementów, opowiedział jakąś plotkę i wychodził, obiecując dalszy ciąg nowin dnia w lasku bulońskim.
Pani de Bar oglądała, wybierała, kupowała, radząc się gości, przerywając ciągle robotę swoich pokojowych.
Swobodzie jej ruchów, odsłaniających wdzięki ładnej, trzydziestoletniej kobiety, dziwił się trochę wicehrabia de Clarac. Wprawdzie obcymi nie były mu zwyczaje i obyczaje wielkiego świata paryskiego, bo towarzystwo prowincyonalne naśladowało skwapliwie stolicę, ale wieś i mniejsze miasta szanowały jeszcze dawną staroświecką wstydliwość. I w Tuluzie, gdzie służył jako oficer Jego Królewskiej Mości, przyjmowały żony jego kolegów płeć brzydką przy tualecie, ale zasiadały przed zwierciadłem zwykle już ubrane. Panie gawędziły, a pokojowe ich poprawiały, kończyły fryzurę, lub zapinały jakąś rozmyślnie zapomnianą haftkę.
A pani de Bar w peniuarze, który nie zakrywał wcale jej pełnego biustu i obnażonych ramion i w maleńkich, różowych pantofelkach, z których wychodziła cała stopa, ubierała się naprawdę w obecności mężczyzn.
Trochę zbyt swobodną wydała się ta swoboda wielkiej damy paryskiej młodemu oficerowi z prowincyi.
Nareszcie, po godzinie była hrabina opięta, uczesana i upudrowana złotym pudrem, który jej czarne, bujne włosy zmienił w rudawe.
Żegnając się z kuzynem, rzekła:
— Nie zapomnij być dziś u mnie na obiedzie. I pan, naturalnie, panie abbé, bardzo proszę. Po obiedzie pojedziemy do pani de Beauharnais na filiżankę kawy. Do widzenia... Ach prawda, byłabym zapomniała. Mam nadzieję powitać wkrótce u siebie zamiast zwyczajnego abbé de Courcel, kanonika de Courcel, kanonika doskonale uposażonego.
Błysk radości zaświecił w oczach młodego księdza.
— Byłażby hrabina łaskawa wstawić się za mną u Jego Eminencyi, kardynała de Rohan?
— Użyłam całej swojej wymowy, aby przekonać Jego Eminencyę, że tak oświeconemu, doskonale wychowanemu i miłemu księdzu, jak pan de Courcel, należy się najlepsza kanonia jego dyecezyi, i zdaje mi się, że nie i trudziłam się daremnie.
— Nie wiem doprawdy, czem zasłużyłem na takie względy. Pani hrabina na mnie zanadto łaskawa.
— Dla dobrych przyjaciół nie jest się nigdy zanadto łaskawym. A teraz do widzenia.
Już była hrabina na progu sąsiedniego pokoju, kiedy się nagle odwróciła.
— Kochany abbé, przepraszam, chciałam pana prosić o drobną grzeczność. Czy mogę?
— Prawem hrabiny rozkazywać, obowiązkiem moim być z radością posłusznym.
— Mówiła mi pani de Grouchy, że Greuze ma na sztalugach prześliczną główkę. Możeby pan był łaskaw zajść do Greuze'a i zobaczyć oną główkę. Jeżeli w istocie tak ładna, jak twierdzi marszałkowa, powiększyłabym nowem dziełem mistrza z przyjemnością moją galeryę. Lubię jego pendzel. Byłabym panu także bardzo wdzięczna, gdybyś zaszedł na chwilkę do księgarni Chevalier'a i przejrzał najnowsze broszury. Ciekawsze, modniejsze, niech mi pan każe przysłać. A teraz już naprawdę do widzenia.
Hrabina uśmiechnęła się do księdza, kuzynowi przesłała końcami palców od ust pocałunnek i znikła za portyerą.
— Pan wicehrabia dawno w naszym miłym Babylonie? — zapytał ksiądz, wychodząc razem z rotmistrzem.
— Dopiero od wczoraj.
— Ale nie po raz pierwszy?
— Byłem w Paryżu kilka razy. Ostatnim razem temu lat pięć.
— W takim razie może pan nie wzgardzi moją znajomością stolicy, która zmieniła się bardzo od lat pięciu. Służę z przyjemnością.
Rotmistrz spojrzał nieufnie na wytwornego księdza w sukniach świeckich. Wiedział on, że Paryż roi się młodymi abbé'ami, którzy pozostają z ołtarzem w związku bardzo luźnym. Jedni pełnią w bogatych domach służbę nauczycielów, inni bawią się w literaturę i dziennikarstwo, jeszcze inni dekorują po prostu swoimi rabatami i płaszczykami salony, nie zajmując się niczem, odgrywając rolę filozofów, bezprzesądnych rezonerów, a wszyscy schlebiają, wysługują się osobistościom wpływowym za obiecaną nagrodę w formie jakiegoś intratnego beneficium.
Przeto zawahał się, namyślając się przez kilka chwil: przyjąć towarzystwo księdza, albo odpowiedzieć mu wymijająco? Ale był szlachcicem francuskim ośmnastego stulecia, wcieleniem dobrego wychowania, uprzejmości, stawiał grzeczność na równi z honorem. Pan de Clarac nie mógł obrazić pana de Courcel.
— Z wdzięcznością będę korzystał z doświadczenia księdza — rzekł rotmistrz.
— Jeżeli pan nie ma w tej chwili nic lepszego do roboty, możemy pojechać do lasku bulońskiego.
— Do lasku bulońskiego! — rozkazał rotmistrz woźnicy.
Minęło już południe.
Nad Paryżem, na pogodnem niebie błyszczało słońce, ale nie był to wulkan płomienny, sypiący z góry na dół potoki światła i żarów. Małe, chłodne, bezpromienne słońce grudnia walczyło daremnie z mroźnym oddechem zimy, który szedł od północy.
Dzień pogodny wywabił na brudne, źle brukowane ulice bez bocznych chodników dla pieszych, tłum ludzi. Ten tłum był jakiś cichy, milczący, osowiały. Wielkie mnóstwo obdartusów wlokło się leniwie wzdłuż domów. Na wszystkich rogach, na schodach kościołów, przed bramami bogatszych domów widać było gromadki żebraków.
— Wesoły temu lat pięć Paryż posmutniał — zauważył wicehrabia.
— Nędza odjęła lekkomyślnemu, wesołemu ludowi paryskiemu jego dawny humor objaśnił ksiądz. — Chleb tak podrożał, że stał się zbytkiem dla ubogich.
— I prowincyę wysmagały okrutnie nieurodzaje ostatnich lat — mówił wicehrabia. — Bieda z nędzą rozgościły się nie tylko w chatach chłopskich, pastwią się nie tylko nad ubogimi. Do naszych zamków szlacheckich ciśnie się niedostatek drzwiami i oknami. Gdyby nie przywileje feodalne[1], wielu z nas nie miałoby z czego żyć.
— Najgorsza, że nędza sączy w dusze ludu jad nienawiści do wszystkich, którzy nie umierają jeszcze z głodu. Niech się pan przypatrzy uważnie twarzom obdartusów i żebraków.
Z urwaną w połowie klątwą, podobną do gniewliwego warknięcia złego psa, ustępowali pauprzy z drogi powozom, które nie uważały za potrzebne zwracać uwagi na pieszych. Te wszystkie kabryolety, berlinki, dyliżanse, alemandy, saboty, gondole, powozy i powoziki najrozmaitszych kształtów, otwarte i zamknięte, pędziły po nierównym bruku co koń wyskoczy, jak gdyby oprócz nich nie było nikogo na ulicach. Tu i owdzie podniosła się wśród tłumu pieszych groźna pięść lub błysło z podełba mściwe oko jaskrawym blaskiem nienawiści.
— Lud paryski, obryzgiwany błotem ulicy, potrącany łbami koni, śmiał się dawniej, dowcipkował po swojemu, swywolił, a teraz warczy i grozi złem okiem — mówił ksiądz. — Idzie ulicami stolicy głuchy pomruk, pochwytny tylko, wyraźny dla tych, którzy patrzą z urzędu w serce ludu. My, księża, słyszymy w konfesyonale, w brudnych norach nędzarzów, dokąd nas śmierć wzywa z olejami świętymi, z ostatniem namaszczeniem, takie skargi i złorzeczenia, iż gdyby je mogli słyszeć nasi salonowi rezonerowie filozoficzni, nasi upudrowani, wyżabotowani reformatorowie, odeszłaby ich ze strachu o własną skórę ochota do wywracania istniejącego porządku. Ale oni nie uważają za potrzebne spojrzeć w duszę ludu. wsłuchać się w tłumiony płacz jego słusznych skarg, chociaż rozprawiają dziś bezustannie o duszy tego ludu.
Wicehrabia słuchał zdziwiony. Ten światowy abbé, składający pięknym damom wizyty przy tualecie, załatwiający w mieście ich sprawunki, słuchał spowiedzi, chodził do chorych z wiatykiem? Wydawało mu się to nieprawdopodobnem.
Rozumny wzrok księdza dostrzegł zdziwienie, malujące się na twarzy oficera.
— Widząc mnie u pani de Bar w roli uprzejmego światowca — rzekł z uśmiechem — zaliczył mnie pan do znanego we Francyi gatunku owych próżniaczych abbés paryskich, owych nędznych karyerowiczów, którzy plamią stan duchowny. Niech się pan nie tłomaczy, ma pan bowiem prawo nie ufać księdzu, który skrada się przez salon do godności kościelnych. Ale jako Francuz ośmnastego stulecia, wie pan równie dobrze, jak ja, że wszystkie posady, godności, zaszczyty, beneficya rozdaje u nas od lat stu łaska lub kaprys kobiety, że nie płeć mocna rządzi Francyą, lecz słaba. Powie pan słusznie: cóż tobie, księdzu, po intratnem beneficyum? Niestety, nie jestem tylko księdzem. Sześcioro ubogiego rodzeństwa czeka na moje fiolety w dziurawym zamku bretońskim. Siostry zostaną staremi pannami, bracia się zmarnują, jeżeli pani de Bar nie zdoła wyżebrać dla mnie u kardynała Rohana jakiej dobrej kanonii. Jako szlachcic z prowincyi, zna pan doskonale smutne stosunki naszej kasty. W starych, dziurawych, wyszczerbionych zamczyskach szlachty wiejskiej drwi ubóstwo z naszych spleśniałych pergaminów, tradycyi historycznych i szumnych tytułów.
Życzliwem okiem spojrzał teraz pan de Clarac na pana de Courcel. I on należał do owej szlachty wiejskiej, która, oddalona od dworu królewskiego, od źródła zaszczytów i złota, sypała się w gruzy, z każdem pokoleniem uboższa.
Byli już w lasku bulońskim.
Z dwu stron, z miasta i do miasta, tam i napowrót przesuwały się obok nich barwne, migotliwe szeregi jeźdźców. Przepyszne konie kłusowały, galopowały alejami, niosąc na grzbietach piękne panie i wytwornych panów. Grzywy, splecione białemi, czerwonemi, zielonemi, złotemi wstęgami, unoszone w ruchu, falowały w powietrzu; błyszczały siodła i uzdziennice gęsto nabijanem srebrem i drogimi kamieniami, co chwila uchylały się kapelusze panów i pochylały się piórami strojne głowy pań.
Słynny doktór Tronchin, „Rousseau medycyny“, i jego następcy: Lorry, Barthès ulitowawszy się nad bladą, więdnącą cerą pań, nakazali płci pięknej używać ćwiczeń fizycznych, poruszać się dużo na świeżem powietrzu. Doktorowie: Tronchin, Lorry[2] Barthès byli doktorami modnymi, światowymi. Więc wsiadł cały beau monde paryski na konia i galopował przed obiadem w lasku bulońskim, naprawiając cerę i nerwy, zniszczone, wyczerpane, rozstrojone nocnemi biesiadami, zabawami, dysputami.
Ciekawie rozglądał się wicehrabia w tym barwnym tłumie, któremu drożyzna chleba nie odjęła humoru, bo nie odczuwał na sobie jej okrucieństwa. Co chwila zatrzymywała się któraś z amazonek, przywołując do swego boku uśmiechem kuszącym któregoś z przejeżdżających panów. Szeptano, śmiano się, gawędzono wesoło.
W pełnym galopie przemknęła obok kabryoletu Clarac'a jakaś młoda dama. Pędziła tak szybko, iż miała zaledwie czas rzucić księdzu de Courcel uśmiech przyjazny. Siedziała doskonale, ze swobodą doświadczonego jeźdźca na czarnej klaczy, której grzywa mieniła się złotemi i srebrnemi wstęgami. Ogień śmiałej, odważnej młodości tryskał z czarnych oczu damy, ubranej w krótką, zieloną amazonkę, z pod której było widać płytkie trzewiki z różowej skóry bez obcasów i w zielony żakiet męski. Szeroki krawat z białej gazy, zawiązany fantazyjnie, zakrywał jej szyję, na włosach, ujętych z tyłu w warkocz, zakończony kokardą, miała kapelusz wełniany, ożywiony pióropuszem.
Kilka razy obejrzał się za nią pan de Clarac.
— Żwawa niewiasta — wyrzekł, gdy znikła w tłumie jeźdźców.
— Żwawa i śmiała nie tylko na koniu — objaśniał ksiądz. — Jest to hrabianka de Laval, kuzynka utalentowanej hrabiny de Laval, zawzięta filozofka i gorliwa apostołka idei przewrotowych. Zdaje się, że ma jakiś majątek w pańskich stronach, nad Lotą czy Garonną. Zobaczy ją pan dziś u pani de Beauharnais.







Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – feudalne.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak przecinka po słowie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.