Zygmuntowskie czasy/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
II.
ŻACY.

W XVI wieku, gdy się nasza powieść zaczyna, Kraków był jeszcze prawdziwą Polski stolicą, dożywał on dni swoich i przeczuwając jakby, że wkrótce utraci ważność, którą młode na Mazowszu odziedziczy po nim miasto; wesoło, raźnie kończył swoją epokę wielkości i blasku... Wszystko tu wówczas było życiem, liczny dwór, bogate mieszczaństwo, znakomite duchowieństwo, pierwsza w kraju szkoła, utrzymywały w nim to życie... Bogate dwory panów polskich, litewskich, ruskich, mieniały się tu otaczając większy i wspanialszy od innych, dwór królewski.... O każdej dnia, o każdej nocy godzinie wrzały i szumiały ulice; zalewał je lud, zalewały ozdobne poczty panów, wspaniałe pochody uroczystości religijnych, lub smutne pogrzebowe kondukta, po rynkach ożywiał miasto handel, po placach rozstawione stragany, budki, szałasy, ławki, stołki, przyciągały i dworaków i mieszczaństwo i służbę wielkich panów. — Gdzieś się obrócił, wszędzie natłok, ścisk, wrzawa wesoła, śmiechy i śpiewy. Na końcach nawet stolicy, z których zwykle życie ucieka aby się skupić w ognisku; żydowstwo w nieustannym ruchu i zajęciu, utrzymywało się dniem i nocą.
Cały rok był jakby jednym wesołym dniem świątecznym, przeciętym tylko kilką odpoczynkami. Ale te chwile spoczynku, teraz już stawały się coraz częstsze — niestety — i nie jeden mieszczanin krakowski wsparłszy się na kiju, poglądał smutnie na zamek królewski, mówiąc w duchu:
— I znowu niema króla Jegomości! I znowu Kraków pusty! Napróżno ksiądz Orzechowski admonicje mu daje słuszne, iż taki woli bawić w swojem Wilnie, przy swoich stadach tykocińskich, niż w starej stolicy Piastów! Litwina ciągnie serce do domu.
A jednak Zygmunt August mieszkał dość często w Krakowie i skargi te przedwczesne na opuszczenie stolicy, dopiero za jego następców ostatecznie usprawiedliwić się miały. Nabranem z dawna życiem i siłami, młodzieńczo żył jeszcze Kraków, nieprzewidując blizkiego upadku.
Ludność jego podówczas niezmiernie rozmaita była, a właściwa miejscowa tonęła w daleko większej liczbie przybyszów. Do tych policzyć naprzód musimy ogromny tłum różnorodnych uczniów szkoły głównej i szkół pomniejszych, zwanych pospolicie jednem zbiorowem nazwiskiem — Żaków. Tłum ten wyróżniający się silnie obyczajami, zajęciem i energią młodości od reszty, składał się z młodzieży majętnej i ubogiej wszystkich prowincji dawnej Polski. Między nim jednak, (choć w mniejszej liczbie) znajdowali się Węgrowie także, Czechy, Niemcy i sąsiednich krajów dzieci.
Pomimo że już w początkach XVI wieku, wszędzie w Europie, zaprzątniono się urządzeniem szkół i ustanowieniem pewnych dla młodzieży praw, w Krakowie jeszcze jak i gdzie indziej, stare zwyczaje silniejsze były od nowych ustanowień.
Młody ten lud, nie łatwo poddający się zmianie, trzymał się tradycji swawoli, jak tarczy. Zwierzchność też szkolna nie nastawała w początku zbyt pilnie na spełnienie urządzeń, które się ostre wydawać musiały. Żacy więc, pomimo licznych rektora uniwersytetu, biskupa kanclerza i samego króla postanowień, byli jeszcze czem dawniej — wielkim tłumem, napełniającym postrachem mieszczan, a zwłaszcza heretyków i żydów.
Odpłacali im za to nie jednym uciskiem dworzanie wielkich panów i swawolna gawiedź magnatów, ale żak sowicie tę chwilę upokorzenia i ucisku oddawał różnowiercom, odemścił na nieznośnych mu Izraelitach.
Żyd był naturalnym wrogiem żaka — oba się niecierpieli, oba na widok swój zadrżeć musieli mimowolnie, a był czas gdy przerażone żydowstwo nieraz kupami przed jednym żakiem pierzchało.
Tłum żaków dzielił się na bardzo wiele klas i części, gdyż wszyscy, nawet ci, co się uczyli przy szkołach kościelnych parafialnych, liczyli się do ciała akademickiego i jego swobód używali. Ci zaś, którzy po bursach mieszkali i w kollegiach akademickich uczyli się, nie tylko tego połączenia z żaki szkolnemi nie unikali, ale widząc w nim powiększenie siły, sami je wyzywali.
W licznych założonych przez dobroczyńców bursach, skupiała się akademicka młodzież, bursy te zostające pod naczelnictwem starszego senjora, jednego z kollegów uniwersytetu, to jest profesorów, mieściły w sobie bogatszą lub uboższą młodzież, wedle początkowego ich ustanowienia. W wielu z nich uczniowie mieli tylko dozór i pomoc do nauki, chleba codziennego żebrząc w pewnych godzinach po mieście. A jak wszędzie więcej jest ubogich niż majętnych i tu w liczbie żaków górowali żacy — żebracy, paupry, którym jak ptakom, Pan Bóg przez ręce litościwych ludzi zsyłał strawę codzienną.
I nie myślcie, że przez to żak nabierał pokornej miny, postawy żebraczej, że się stawał bojaźliwym i płaszczącym. Przeciwnie, młodzież żebrząca owego czasu, szaleńsza była od bogatej i srożej nadzieranej rodziny możnych panów. — Pomimo że przepisy wymagały po uczniach na ulicę wychodzących stroju duchownego, jednostajnego, mało na niego jednak zdobyć się mogło i nie wielu nosiło — pomimo, że surowo zakazywano przypasywać oręż, wszyscy go jednak mniej więcej oczewiście mieli, zwłaszcza starsi, a niezbrojni w szable, nosili potężne kije, nie mniej od białej broni żydom straszne. — Większa część akademickiej młodzieży pod wąsem była, bo aż do trzydziestu i za trzydzieści lat czasem przeciągała się nauka późno zaczęta. Senjorowie w bursach, rektorowie po szkołach, nie mogli utrzymać uczniów w nakazywanej ryzie, musieli patrzeć na ich postępki przez szpary. Młodzież uzuchwalona i co chwila przywodząc w obronie stare zwyczaje, dokazywała też po młodemu. O! bo wiekowi temu wiele potrzeba na zużycie sił, jakie mu Bóg dał, a na dobre czy na złe użyć ich musi koniecznie. I biada temu, kto w sobie nie poczuł młodości.
Tradycje wieków średnich wskazywały żakowi, nieprzyjaciela, wroga w żydzie. Oskarżano żydów naprzód o wielką zbrodnią ich pra-ojców, potem o męczarnię dziatek na Paschę i używanie krwi chrześcjańskiej, o zatruwanie wody i t. p. Znęcano się też nad niemi bez litości, a żak gdziekolwiek spotkał żyda, nie mógł czy słowem czy ręką, nie zaczepić go przynajmniej. — Było też dawne prawo, które dozwalało żakom wybierać opłatę od żydów, wwożących do miasta cokolwiek bądź, wjeżdżających i wyjeżdżających, przechodzących nawet bramy. — Opłata zwała się z hebrajskiego przekręconem nazwiskiem: Kozubalec. Pomimo że Kampsorowie co ją pobierali, mieli na to pewne zwyczajowe przepisy, działy się liczne bezprawia, gdyż żacy sami oprócz tego, a często gwałtownie nieprawy jeszcze Kozubalec w różnych miejscach wydzierali przypadkowie.
Na widok też tłumu żaków, który na dany znak się gromadził wyrastając z ziemi, żyd truchlał i wymykał się ciemnemi zaułki, klnąc po cichu i ukośne za sobą rzucając wejrzenia. — W XVI wieku przybył drugi tej młodzieży nieprzyjaciel — heretycy. Duchowieństwo przez szpary patrzało na prześladowanie protestantów, a młodzież nieraz okrutnych dopuszczała się gwałtów, na domostwach, jeźli nie na osobach nowowierców, ona reprezentowała wówczas oburzenie, opinję ludu. Musiano osobnemi prawami obostrzyć bezpieczeństwo majętności i osób innych wyznań, a i to nie wiele pomogło.
W pewnych porach roku, w pewnych dnia godzinach, rozlegał się śpiew młodzieńczy na ulicach Krakowa. Na ówczas stawali u drzwi swych mieszczanie, uciekali żydzi, otwierały się okienka, bielały w nich główki niewieście w krasnych czółkach bramowanych, żacy to śpiewali chodzący za jałmużną.
To się zastanawiali u drzwi bogatszych mieszczan, panów, duchownych, to wpuszczeni wchodzili wewnątrz, to czasem obrawszy miejsce pod figurą, przy murze kościelnym pod cmentarzem, wzywali litości przechodniów.
Ubodzy nosili garnuszek przy sobie, do którego składali darowane jadło, nosili sakwy, gdzie chleb codzienny chowali, a książka w ręku, znamię żaka, była jakby cechą, po której się on poznawał.
Skłonni do wszelkiego rodzaju gwałtów, między sobą nie przychodzili nigdy prawie do sporów i zatargów, coby ich na długo rozdzielić mogły, owszem silni jednością, utrzymać ją starali się. Żak wspomagał żaka, książką, nauką, chlebem i ręką w potrzebie; na głos jednego zlatywali się wszyscy.
Chociaż wedle przepisów żacy powinni byli mieścić się w bursach ku temu urządzonych, mnóstwo jednakże wpisanych w matrykuły szkolne, nie mieli stałego siedliska. — Latem przepędzali noce na ulicach, u wrót kościołów, zimą wpraszali się do domów; a większa część ubogich, najmując się do posług bogatszym uczniom i mieszczanom, zarabiali i chleb powszedni i przytulisko u pieca.
Jedynem wówczas w całej Polsce miejscem dla nauki był Kraków, w Wilnie zaledwie akademja jezuicka, pod tytułem tymczasowym gimnazjum, urządzać się zaczynała; to też tu zbiegało się z dalekich stron, co było chciwego chleba, nauki i przyszłości. Nie jeden sierota o żebranym kęsie, wlókł się do stolicy jak do portu i znajdował w niej i utrzymanie powszednie i obietnicę weselszego jutra.
Mało młodości potrzeba — bo żyje nadzieją, przyszłością i sama sobą. — Żebrząc chleba, tułając się biednie, żacy byli szczęśliwsi od wielu, a pieśń pobożna, wesoła, djalog świąteczny, powinszowanie, oracja, co z ich ust wychodziły, wylewały się swobodnie, malując dusze pełne stoickiej na teraźniejszość obojętności, pełne nadziei w jutrze. I nie jeden, nie jeden z tych wesołych dzieci ulic, wyszedł na znakomitego człowieka, na użytecznego krajowi i chlubę ubogiej swojej rodziny; nie jeden chodził potem w szkarłacie i złotym łańcuchu.
Ale wróćmy do podróżnego naszego, którego co krok spotyka pomoc, litość i niespodziewana opieka, począwszy od jałmużny Marcinowej, która była wesołą wróżbą, wszystko się dla niego składało tysiąc kroć lepiej, niż marzył. Miał już biały grosz w ręku i dwóch jak on młodych, jak on ubogich, a pełnych najlepszych chęci towarzyszów. Oni ciągnąc go z sobą w głąb miasta, tłumacząc mu nazwania ulic, gmachów, stroje ludzi których spotykali, wypytywali sami ciekawie młode chłopię. — Ale odpowiadając im otwarcie na pozór, w istocie nic nie mówił dzieciak, wzdychał i umyślnie jakby usuwał zapytania dalsze.
— I zkądże ty jesteś? pytali go.
— Zdaleka — z Rusi — nie pytajcie więcej, nie powiem, powiedzieć nie mogę.
— Sierota. —
— Sierota! o! najbiedniejszy z sierot, bo nie mam nikogo na całym Bożym szerokim świecie — nikogo!
— I nic — dodał Pawełek. —
— Prócz tej sukmanki i pary koszul, prócz mego smutku i opuszczenia. —
— A któż cię tu przysłał?
— Kto? Bóg. — Coś mi ciągle do uszu szeptało idź do Krakowa — idź, tam naukę i chleb znajdziesz. — I poszedłem i przyszedłem jak widzicie. —
A potem westchnął znowu. —
— Cóż myślisz począć z sobą?
— Co Bóg natchnie. — Zapiszę się do szkoły — będę służył za chleb powszedni i uczył się. —
— Wszak my tak robim wszyscy! Ale czy znajdziesz służbę? czy wysłużysz chleb, jak się zapiszesz do szkoły?
— A! ja sam tego nie wiem!
— Słuchaj no — rzekł Pawełek — co ty umiesz?
— Ja — prawie nic. —
— Ale przecież coś umiesz?
— Nie wiele, braciszku — bardzo nie wiele.
— Musiałeś gdzieś chodzić do szkoły, choćby do jakiego wiejskiego mistrza. —
— Do szkoły? nie — ale uczyłem się. —
— Gdzieżeś się uczył?
— Sam — sam się uczyłem trochę, trochę ludzie dopomagali. Stary jeden ksiądz. —
— Umiesz czytać?
— Po polsku i po łacinie? —
— O! i po łacinie.
— I trochę tłumaczyć.
— Patrz go! to dość, będziesz się mógł zapisać z nami. — Chodź — chodź. —
— Gdzież mnie prowadzić myślicie?
— Do naszego senjora, to dobre, poczciwe człowieczysko — on nam coś poradzi.
Zastanowili się w ulicy, ho właśnie napotkali tłum studentów, którzy z krzykiem biegli wywijając kijmi, jakby kogoś gonili.
— Dokąd to bracia? dokąd? —
— Czyścim ulice — ksiądz z procesją tędy iść będzie, czyścim ulice z żydów. —
I poczęli wołać.
— Hola! hola — a do chlewa łapserdaki — a do chlewa — precz, z drogi!
Żydzi tłumem nieśli się szybko, oglądając za siebie, w przeciwną stronę. Jeden tylko stał nieruchomy, z rękoma w kieszeniach, z czapką na uszy naciśniętą, poglądał na żaków nieśmiało, ale spokojnie dosyć i nie ustępował. Dwóch na czele wyprawy będących zatrzymali się przy nim i kiwnęli głowami.
Szulim lachem. Herr Hahngold — jak się macie? — I ruszajcie precz, bo procesja idzie.
— Nu! nu! to ustąpię wczas nie bójcie się, ustąpię. —
— I życzę wczas, dodał drugi żak — bo mimo żeś ty nasz kampsor i winniśmy ci wdzięczność i uszanowanie, za twoje pieniądze i zdzierstwo — nie obeszło by się bez admonicji po grzbiecie. —
— A waj! A waj! co za zuchy! odezwał się Hahngold — wojować z żydem.
Mówił to udając zupełną spokojność na pozór, ale w wejrzeniach niepewnych, biegających, w ruchu rąk, które w kieszeniach drgały, wydawała się tajona bojaźń.
Kampsor to jest podskarbi bursy; pan Hahngold, bogaty Izraelita który wybierał kozubalec dla żaków od swoich współwyznawców, nadto jest ważną figurą, abyśmy go tu lepiej czytelnikom poznać nie dali.
Hahngold miał może lat pięćdziesiąt, może więcej, ale wyglądał czerstwo jeszcze i rumiano; długa broda ryża, długie pejsy podobnego lecz żółciejszego koloru, spływały mu na piersi i ramiona. — Trocha twarzy z pod włosów wyglądająca, czerwona, piegowata, z nosem spuścistym, świeciła dwojgiem oczu pokrytych rzęsami i brwiami zwisłemi, żółto-siwemi, z pod których wejrzenie żyda ze źrenic jego żółto-płowych padające dziwniej jeszcze połyskiwało. Oczki te nieustannie latały, obracały się, ciskały na wszystkie strony, a niekiedy ruchom ich towarzyszyły konwulsyjne drgania prawej ręki i nogi. — Sinych ust, ledwie z pod wąsów i brody zarosłej, cokolwiek widać było: kryły się one w czerwone włosy kampsora. — Ubiór jego podobny był dzisiejszemu strojowi żydów, pokrywał go płaszcz po wierzchu czarny, łatany i niepozorny, związany jedwabnym sznurkiem pod szyją. Na głowie miał głęboko wsuniętą czapkę z lisami, której wierzch z wypłowiałego żółtego aksamitu, ledwie coś nad futro wychodził. Za pasem sukni, ukryty wprawdzie, ale jeszcze widoczny, długi miał nóż, w czarnej pochwie, z rękojeścią hebanową zakrzywioną. Obok niego wisiał na rzemyku kałamarz rogowy, futeralik na pióra i zwitek papieru, oplątany sznurkiem jedwabnym. Postać jego nie okazywała wcale dostatku i owszem przeciwnie, a jednak wieść powszechna, pomimo starannie objawianego ubóstwa, czyniła go niezmiernie bogatym. Został kampsorem bursarzy, nie dla zysku, bo zysk w tem nie mógł być wielki, ale raczej dla zabezpieczenia się od napaści. — Dom jego w oddalonej części miasta położony, ukryty w opalisadowanem podwórku, rzadko się dla kogo otwierał, on sam za to jawił się wszędzie, przemykał w miejscach, gdzie mógł być najmniej spodziewany.
Spotykano go snującego się nieraz po korytarzach klasztornych, w ubogich mieszkaniach kollegiów akademickich, nawet na królewskim zamku; a zawsze z nasunioną na oczy czapką, z spuszczoną głową, jak gdyby się taił i ukrywał. — Z jego rozmowy dojść było można, że miał nauki więcej niż pospolicie uczeni żydowscy, a nauka ta nie ograniczała się biblią i talmudem. Umiał po syryjsku, chaldejsku i arabsku, mówił z łatwością wszystkiemi prawie djalektami wschodu; czytał traktaty hermetyczne, dzieła kabalistyczne i astrologiczne, powiadano nawet że się wdawał w alchemją. Niektórzy utrzymywali, że wynalazł wielką tajemnicę, ale tego arkanu nikomu naturalnie powierzyć, do jego nawet zbadania nikomu przyznać się nie chciał. Że zaś ukazywał się wszędzie, gdzie kto zajmował się alchemją; gdzie się kurzyło w kominie od ognia retortowego, mówiono że był w współce ze wszystkiemi alchimistami swojego czasu. Co robił w domu, gdzie nikogo nie dopuszczał, nie wiadomo i chyba w nocy tam zajmować się czemś mógł, bo we dnie, wieczory, a często i późniejsze godziny nawet, postrzegano go w różnych miejscach miasta. Zawsze odarty, brudny, wzgardliwy, przybierający minę pospolitego żyda, ale nie bez szyderstwa w oku, nie bez tajemnego jakiegoś uśmiechu skrytego w brodzie — ustępował z drogi wszystkim, kłaniał się i płaszczył widocznie umyślnie. Z tymi którzy go bliżej nie znali, udawał nawet nieuka i gbura, a po każdy grosz, po każdy choćby najmniej znaczący zysk, równie chciwie wyciągał rękę.
Taki był kampsor Hahngold, którego w tej chwili napotkawszy żacy, usiłowali namówić do odwrotu. — On jakby miał pilną potrzebę pozostać, oglądał się niespokojnie, trwożliwie na wszystkie strony, ruszał konwulsyjnie ręką w kieszeni i stał w bramie domu.
— No! no — ruszaj Hahngold, bo już słychać procesją, już dzwonią. —
— Zaraz — zaraz — ot idę — ot idę. —
A stał uporczywie. W tem błąkający się na wszystkie strony wzrok jego, padł na młodego chłopca, którego prowadzili z sobą dwaj żacy. Obejrzał go od stóp do głowy i wlepiał znowu oczy w twarz podróżnego z upartą ciekawością.
Kilka razy usta otwierał, jakby go coś gryzło i niepokoiło, czego nie śmiał powiedzieć, potem nieznacznie schwycił za rękaw Pawełka Sorokę, który szedł z nieznajomym chłopcem i odciągając go w bramę — spytał cicho.
— Co to za jeden? —
— Kto, ten chłopiec?
— A?
— Pauper jak my, szuka chleba.
Żyd głową pokręcił.
— A zkąd to on?
— Mówi, że z Rusi. —
— On mówi że z Rusi?
— Ale zkąd —?
— Nie chce powiedzieć.
— Dawno on tu — ? I żyd pilnie w twarz przybylca się wpatrywał.
— Tylko cośmy go spotkali.
— A gdzie go prowadzicie?
— Do naszego senjora, do pana Pudłowskiego, niech mistrz pomyśli co z nim zrobić — niebożątko chce się wpisać, a podobno i otrząsin nie będzie miał za co sprawić i wpisu opłacić, — bo mówi taki, że o żebranym chlebie się tu przyciągnął.
— A co jemu pomoże magister Pudłowski?
— Może co poradzi.
Hahngold głową pokręcił, oczyma rzucił i kiwnął na chłopca, który nieśmiało zbliżył się ku niemu.
— Co to? wy do szkoły przyszli?
— Jeżeli mnie przyjmą. —
— Jak wy się nazywacie?
— Maciek.
— Maciek! A! a więcej. —
Chłopiec się zmięszał, zczerwienił i dodał.
— Więcej nie wiem. —
— Jużciż macie nazwisko? —
— A! nazwisko!
— Tak, nazwisko — dorzucił ciekawie Pawełek Soroka.
— Nazwisko — Skowronek. —
— Piękny ptaszek! zaśmiał się Paweł. — Ty Skowronek, ja Soroka, ot nas dwoje ptaków, ale Sroka większa i piękniejsza. Czarna na niej sutana — a komeszka biała.
Chłopię nic nie odpowiedział, a żyd zrobił minę jakby nazwisku nie wierzył, i powtórzył kilka razy pod nosem — Skowronek — Skowronek!!
— A macie wy co pieniędzy z sobą? spytał Hahngold.
— Jeden grosz biały, co mi go dał jakiś litościwy człowiek. —
— W szaraczkowej kapocie — siwy — dorzucił żyd.
— Właśnie. —
— Znam go, mruknął żyd — zawsze jeden! zawsze ten sam!
I dodał po cichu, do siebie:
— To on — to on!
— Jeżeli go znasz, powiedz-że mi kto to taki, niech wiem komu wdzięczen? —
— Wszyscy go znają w mieście. — To Rusin pan Czuryło. — Oj! oj, a kto go niezna. — A dał ci tylko jeden grosz biały, mówisz? —
— Jeden. —
Żyd się zawinął koło pasa, ale bardzo nieznacznie, odszpilił coś pod płaszczem, rozwiązał i milcząc szukał jakby czegoś — potem żywo dobył wyschłą rękę z pod poły, w której błyszczała para srebrnych groszy, włożył je Skowronkowi w dłoń i nieczekając podziękowań, umknął w dziedziniec.
— Dziecko szczęścia! zawołał Paweł Soroka — wszak to same cuda cię spotykają! I ten żydzisko, od którego grosza nie wydusić na zastaw, daje ci jałmużnę, czy pożyczkę! Dziecko szczęścia! No — chodźmy.
Ale Skowronek tak był zdziwiony datkiem nowym, że się nie mógł z miejsca ruszyć, poglądał to na grosze, to na towarzysza swego, ust nie umiejąc otworzyć.
— Ot, potrochu, zbierze się na otrząsiny, chodź Maćku do senjora — do pana Pudłowskiego, — chodź, bo go potem nie zastaniemy.
Gdy to mówili, w ulicy dały się słyszeć dzwonki, śpiew i wszystka ludność poczęła się rozsuwać, przyklękać, czapki z głowy zdejmować. Uklękli i żacy, a Maciek się znowu modlił. — Processja przeszła, Soroka pociągnął go za sobą.
— To już niedaleko, mówił, ot widzisz tam kamienicę na rogu, czerwoną, ganek mały na cienkich słupkach, a nad nim we wgłębieniu obraz ś. Grzegorza biskupa, to nasza bursa — pospieszajmy, abyśmy zastali pana Pudłowskiego.
I szli żwawo, trzeci towarzysz zniknął im połączywszy się z tymi, którzy oczyszczali ulice z żydowstwa. Przyszli pod domostwo, którego wrota otworem stały i schodami na prawo, skierowali się na piętro.
W bursie panowało teraz milczenie głuche, bo żacy z niej wyciekli do kościołów, na ulice — coś tam tylko szelpotało w mieszkaniu starszych od przodu, pewnie któren chory przyzostał, albo słudzy uprzątali izby. W tyłach od dziedzińca były obszerne izby ubogich, od których w tej chwili otwarte okna dawały dojrzeć tablic czarnych, ław porzniętych nożami, porysowanych węglami pieców i rozrzuconych linii i książek.
Wschody do mieszkania pana Pudłowskiego były zaniesione jesiennem błotem, brudne, wykoszlawione, chwiejące, a ściany zasypane napisami, rysunkami i nazwiskami, do których przyczepione dodatkowe kognominacje swawolników, wyciągały się wzdłuż po murach różnemi charakterami i różnokształtnemi litery dopisywane. — Nad niektóremi imionami wznosiły się wysoko nakreślone uszy ośle i wielkiemi literami dodany

Beanus.

Ale oba nasi przychodnie nie mieli czasu zastanawiać się nad stylem lapidarnym i symbolami ściany zdobiącemi, spieszyli do nizkich drzwiczek, u których zawieszona kozia łapka na sznurku, zwiastowała, że nie oznajmiwszy się, nie każdemu wchodzić było można.
— Widzisz Maćku Skowronku, jak się magister nasz ufortyfikował, żeby go żacy nie napadali. Każe dzwonić nim wejdziesz i pocałować kozią łapkę, nim pocałujesz jego łapkę. I nie dziw, ma nie mało pracy, którą nie lubi gdy mu przerywają — pisze śliczną łaciną, fraszka Gamfredowa, poemat! — Nikt nie wie o czem, łapaliśmy tylko karteczki na których pełno było wierszy łacińskich poprzekreślanych i pomazanych. Całe dnie siedzi, a niekiedy aż na dole słychać, jak skanduje. Kto go tam zresztą wie co robi i dla czego się zamyka, że i chłopiec bez pozwolenia nie wejdzie. — Nawet dziurka od klucza zasłoniona. — To człowiek skryty i niedocieczony.
Zadzwonili.
Chropowaty głos ozwał się ze środka po łacinie.
— Kto tam?
Studiosi ad Dominationem Vestram venientis!
Studiosi! pisnął głos ze wnętrza — Ite ad scholam, occupatus sum.
— O! to mu się zebrało na łacinę! a słyszysz jaka łacina! zawołał Pawełek.
Domine magister — dodał — pauper ad te veniens studiosus.
Ite ad diabolum! ite et attendite.
— Czy rozumiesz? mówi żebyśmy szli do djabła, a my przyszli do niego i taki koniecznie się dostaniem — to tak zawsze.
Domine magister — Beanus est, studiosus novus; ad Dominationem Vestram, consilij gratia veniens.
Ite ad diabolum, powtórzył głos ze środka, studiosus et beanus, asini ambo
Gratias agimus. Aperite.
Na te ostatnie słowa uporczywie dopominającego się wpuszczenia Pawełka, odryglowały się drzwi, wysunęła się głowa.
Oczekiwali jej wprawdzie żacy, ale nie w tem miejscu, w którem się im ukazała. Zwykle bowiem o półtrzecia lub dwa łokcie od ziemi, wysuwa się facies patrzącego, tu zaś z podziwieniem Maćka wyrwała się jakby z pod ziemi, bo ledwie o półtora łokcia od podłogi. I jakaż głowa, rozczochrana, z czarnemi włosy, czarnemi ślipiami, gębą wykrzywioną i wiszącemi wargami, popryszczona cała, nakryta biretem, a pierza pełna.
— A to ty Soroko! zawołał magister otwierając — po co nie w porę przychodzisz? — hę?
Dominatio Vestra.
— Daj mi pokój ze swoją paskudną łaciną, którą paplasz jak prawdziwa sroka, aż mi uszy od niej więdną. — Czego chcesz? —
— Przyprowadzam nowego ucznia — Beana, który wpisać się chce niebożątko, choć dawno po ś. Grzegorzu. — Ubogi — nieborak przyszedł do Krakowa za nauką i chlebem.
Senjor dopiero zwrócił krwią zaszłe oczy na Maćka i utkwił je w przybylcu, który się do ziemi pokłonił, potem puścił drzwi i poskoczył wewnątrz, a za nim żacy nasi.
Tu dopiero w całej swej postaci i splendorze okazał się im magister. Była to biedna, połamana figurka, niezmiernie nizkiego wzrostu, garbata, głowa na ramionach przekrzywiono osadzona, ręce długie, nogi cienkie, a na końcu ich ogromne łapska ozute w czarne skórzanne trzewiki. Magister miał na sobie ubior czarny klerykalny, poplamiony i biret na głowie.
Izba do której weszli, wybielona niegdyś, z dwoma wysokiemi wązkiemi oknami, poprzedzona ciemną sionką, pełna była ksiąg, papierów i uczonych rupieci. Między oknami wisiał czarny krzyż drewniany, palma i gromnica. Przy stole stały dwa krzesła skórą wybite, ale przeglądające włosieniem z pod podartych jej kawałków. Oba te krzesła pokryte były pyłem, dawno widać nikt na nich nie siedział; papiery także, chociaż w świeżym jakby nieładzie, książki choć tylko co zdaje się otwarte, kurzem przysypane były.
Maciek mimowolnie zauważał, że sznurek od koziej łapki, szedł mijając pierwszą tę izbę, do drugiej. Widać tam musiał przesiadywać magister, ale od niej ciężko okowane drzwi zaparte były i klucz ogromny w zamku dowodził tylko, że świeżo ją odwiedzano.
— Czego chcecie? spytał garbusek żywo.
— Chce się wpisać Beanus.
— Hę? o tej porze?
— Biedota, aż z Rusi przywędrował piechotą, za nauką. —
Garbusek oczy wytrzeszczył, biret posunął, rękami się po kolanach uderzył, usiadł i rzekł:
— Żywo — żywo — nie mam czasu. — Co umiesz? jak ci imie?
— Imie Maciej — nazwisko Skowronek, a nie umiem nic. —
— Nic —? to idź-że do parafialnej szkółki liter się uczyć. —
— Czytać umiem.
— To już nie nic — a więcej?
— Pisać umiem. —
— A widzisz. —
— Po łacinie trochę. —
— Rób versją.
I rzucił mu Corneliusa na stół. —
Chłopiec otworzył książkę i począł odważnie tłumaczyć. Magister i Soroka równie wielkiemi oczyma patrzali, równie nastawionemi słuchali uszami. —
— To przypadek! — rzekł niecierpliwie Pudłowski — weź fabuły Fedrowe. —
I Maciek począł z równą pewnością tłumaczyć wcale dobrze drugie zadanie.
— Hę! hę! a gada że nic nie umie. — No! no wpiszesz się jutro, możesz chodzić do szkoły, a statkuj wać, a nie bądź ciekawy. —
— Słowo w słowo tak mówi każdemu — szepnął Soroka. —
— Po ulicach się nie włócz darmo i nie w porę, broni nie noś, suknię przyzwoitą wdziej, żydów nie bij i idź sobie do licha, bo ja nie mam czasu. — A nie bądź ciekawy. — Rób swoje, a cudzego nie patrz. —
— Hę! czegoż jeszcze stoicie! zawołał, niedziela, wpisu niema! idźcie do licha i nie przychodźcie więcej — idźcie — A Beanusowi dać pokój!
I pogroził palcem na nosie Soroce. —
Dominatio vestra, pozwoli go trochę otrząsnąć?
— Niepotrzeba — a idźcie z lichem bo nie mam czasu. —
To mówiąc odprowadził ich aż do drzwi, które za niemi zatrzasnął; ale ledwie się one zamknęły, Soroka pochwycił za dzwonek i zawołał:
Domine magister.
— Jeszcze czego —?
— Pozwolicie otrząsnąć?
Ite ad diabolum, cum beano.
— Otóż jest i pozwolenie.
I jakby na przekorę, jeszcze raz porwał za dzwonek.
— Idźcie precz! idźcie precz! Kto tam znowu?
— Ja, Soroka. —
— Jeszcze ty tu?
— Czapkę zostawiłem w izbie. —
Słychać było ryglowanie, stukanie i klęcie, potem ręka wysunęła się ze drzwi, wyrzuciła czapkę i znikła.
Soroka zadzwonił jeszcze raz. —
A diabolus incarnatus! Chcesz abym cię ochłostał?
— Chciałem podziękować za czapkę. —
Głębokie odpowiedziało tylko milczenie.
Soroka śmiał się po cichu, ale serdecznie.
— Teraz chodź do naszej gospody — rzekł do Skowronka — musisz się z beana otrząsnąć.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.