Zygmuntowskie czasy/Tom I/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
I.
GOMÓŁKA I GROSZ JAŁMUŻNY.

Chłodnym rankiem jesiennym, Kraków spoczywał jeszcze we mgłach, które nad nim zawisły jak szara wielka opona, gdy młody podróżny zbliżał się ku niemu gościńcem od Rusi wiodącym. Już ukazały się wieże białe i czarne dachy nastrzępione kominami, chorągiewki i gotyckie facjatki kamienic, już dolatywał uszu dźwięk rozkołysanych dzwonów, rozmaitemi głosy wołających na modlitwę, już zaczynało blade i zimne słońce wrześniowe wybijać się z za chmur i tumanów, gdy ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi jego, rzucił kij i sakwę podróżną, a sam usiadł, a raczej ze znużenia czy trwogi, padł na ziemię. Oczy jego zwróciły się na miasto, stanęły nieruchome, zaszły łzami, potem spuściły ku ziemi i smutnie pokryły powieką.
I kto wie co w tej chwili działo się w duszy, drgało w sercu? to pewna, że nie jedna myśl ciężka przeleciała przez głowę, nie jedno uczucie zatrzęsło piersią. — I jemuż to płakać? jemuż myśleć tak głęboko. To dziecina jeszcze, której rówiennicy biegają po łąkach za motylem, za bąkami i śmieją się wesoło tarzając na zielonej murawie. — Dziecina, ale ją nieszczęście, czy cud i łaska Boża, uczyniły młodzieńcem przed laty. Widać z tych łzawych mgłą zaszłych oczów, że już myśli, z czoła sfałdowanego, że cierpiał, z bladego lica, że mu i odrobina życia już zaszła goryczą.
A tak młody jeszcze, tak młody? Nie wiem czy dożył czternastu lat, czy zaczął piętnaście. Cienki, chudy, słabowity, blady na twarzy, drobnych rąk, maleńkich nóg chłopczyk, z siwemi dużemi oczyma, jasnym na ramionach włosem i uśmiechającemi się smutnie usteczkami. W rysach jego jest coś przypominającego kobietę, coś nie męskiego, bojaźliwego, cierpiącego.
Na nim granatowy czekmanik wyszarzany, koszulka z grubego szarego płótna, pod szyją wstążeczką czerwoną związana; na głowie czapeczka maleńka sukienna. Para butów wisi na kiju, który niesie na plecach, razem z lekkim podróżnym węzełkiem.
Jak gdyby się zląkł miasta, upadł na pagórku, zakrył twarz rękoma i płacze gorzko, a niekiedy podnosi oczy, popatrzy i znowu je chowa w dłonie.
A na gościńcu gwar, ruch, bo gdy się miasto ze dniem obudzi, z okolicy spieszą nakarmić olbrzyma — stolicę, i każdy niesie datek na zaspokojenie głodu jego. Tam fury siana, owsa, zboża, dalej wozy z powiązanemi bydlęty, stada owiec na rzeź pędzone, wieśniacy pojedyńczo, ten z nabiałem, ten z kurką, tamten z wiankiem grzybów, z trochą jarzyny, z garnuszkiem masła, z zawiędłym sérkiem! — Na gościńcu gwarno, pył się podnosi kłębami, śpiewy, powitania, rozmowy rozlegają się wesołe, a Kraków coraz głośniej dzwoni, we dwadzieścia, we czterdzieści, w sto dzwonów kościelnych.
I wsłuchawszy się zdaleka w te pomięszane głosy spiżowych ptaków, co tak wesoło teraz, tak dźwięcznie śpiewają, zdaje ci się, że słyszysz rozmowę jakąś pełną tajemnic, dziwaczną, w pół pobożną, w pół szyderską; zdaje ci się, że chwytasz słowa tego języka niepojętego, który tak daleko rozlega się po świecie, a co chwila inaczej, a coraz rozmaiciej. Niekiedy smutnie jęczy, to płacze, to znów wesoło śpiewa, to coś poważnie mówi, to powolnie rozpowiada, to cię drażni urywanemi pół słówkami.
Aż ode dźwięku dzwonów, rozbiły się mgły wiszące nad miastem, porwał je wiater i poniósł kędyś daleko! słońce zajaśniało blade, czyste i pozłociło kopuły, krzyże, dachy, chorągiewki i zielone drzew wierzchy i czerwone wieżyczki bram i murów. Chłopiec podniósł oczy, ujrzał ten nowy widok przed sobą i zgarnąwszy z głowy czapeczkę, ukląkł, przeżegnał się, począł modlić; łzy mu się toczyły po twarzy jak krople rosy, aż smutno było spojrzeć.
I choć ukląkł na pagórku o podal trochę od drogi, przecież nie jeden jadący do miasta, zapatrzył się na niego, widząc go zwróconym twarzą ku Krakowowi, spojrzał nań, czy tam jakiego cudownego zjawiska nie zobaczy, potem na chłopca znowu, potem ruszył ramionami i szedł dalej. Nie jedna kobieta dłużej się zatrzymała, westchnęła, a odchodząc, kilka razy zwróciła głowę, zobaczyć czy się jeszcze modli. On się modlił i płakał ciągle.
Dwie przekupki wyjechały za miasto, żeby taniej dostać czego im było potrzeba do straganów. Wprawdzie ówczesne urządzenia zakazywały wyskakiwać tak na drogi i żywność wykupywać, ale kiedyż to słuchają co do słowa urządzeń? Zawsze się od nich wykręcają ludzie, tłumacząc to tem, to owem, a jest to coś także nawet miłego w przestąpieniu zakazu, w strachu co w szyję pędzi i w zwyciężeniu trudności i niebezpieczeństwa. Tego zapewne nie szukają przekupki za miastem, ale są których i to goni.
Nasze dwie przekupki, pani Marcinowa i pani Janowa, szły drogą, targując jaja i masło u przechodzących, już nawet jedna i druga, miały ich sporo w fartuchach, gdy ujrzały chłopczyka co jeszcze klęczał i modlił się ze złożonemi rękoma.
— Patrzajcie-no jejmość...
— Abo niosą jaja?
— Ej! co mi tam wasze jaja, a toć to tam na pagórku ktoś klęczy i modli się...
— Ho! a gdzie?
— Ot, na prawo.
— A! do kata! prawda! A ot i stara baba niesie garnek, pewnie z masłem.
— Patrzajcie-no bo, na te prześliczne chłopie. Jezu, co to za ładne niebożątko! Jak mi Pan Bóg miły, aniołeczek, jeno mu skrzydeł braknie!
— A ot jaja, pani Marcinowa.
— Wzięło by ich licho! Patrzajcie-no, czego on się tak zamodlił, a łzy mu na oczętach błyszczą?
— Kto go tam wie!... chodźmy lepiej do masła.
— Patrzajcie-no...
— Chodźcie bo potargować...
— Ale bo wy kumo niezważacie!
— Modli się, to się modli — niech mu tam Bóg da wszystko dobre, a my do jaj i do masła, bo dalipan nadejdzie kto... albo...
— Dalipan kumo, aniołeczek...
— Nie chcecie?
— Targujcie sami!
— To dopomóżcież mi.
— Ot, zaraz; a no podejdę i popatrzę, wszakci tu on płacze, trzeba się popytać, zobaczyć, może go jaka krzywda spotkała...
— Pilnowalibyście swego, a patrzali z czego chleb jecie.
Obie kumy ruszyły ramionami, i pani Marcinowa zbliżyła się do chłopaka, a pani Janowa do garnków z masłem i króbek z jajami.
— Dzień wam dobry chłopczyku! dzień dobry — zawołała, potrząsając głową i podnosząc ją w górę.
Chłopiec ani pomyślał żeby się to powitanie do niego stosować miało i nie obejrzał się nawet.
— Patrzajcie, tak się zamodlił że nie słyszy! I powtórzyła swoje.
— Dzień dobry kochaneczku!
W tej chwili skończyła się modlitwa, chłopiec upadł na murawę, pożółkłą, i jakby się wahał, jakby lękał iść dalej, oparty na ręku, siedział nieruchomie. Dosłyszał przecie pozdrowienia i powoli, przez ciekawość, odwrócił głowę i oczy zapłakane. Spotkał się z ciekawem wejrzeniem, poczciwej pani Marcinowej, która swoją czerwoną, połyskującą zdrowiem twarz, trzymała zwróconą w górę. Ale jeszcze nie uwierzył, żeby głos słyszany do niego się miał stosować.
Trzeci więc raz musiała pozdrowić go ciekawa przekupka...
— Dzień dobry ci chłopczyku.
— Dzień dobry, matko — odpowiedział po cichu podróżny i zawstydzony, znowu twarz zakrył dłonią.
— Coście się tak modlili, a podobno i popłakiwali? hę?
— Alboż człowiek wie, zkąd mu płacz i modlitwa przychodzi?... Oboje Bóg daje — rzekł chłopiec.
Marcinowa głową ruszała...
— Jaki rozumny, gada gdyby ksiądz.
— Wy zdaleka? — spytała głośno.
— O! zdaleka matuniu!
— I pewnie do naszego Krakowa.
— A dokądżeby matko?
— Musicież mieć kogoś z sobą?
— Pana Boga.
Marcinowa ciągle kiwała głową.
— Oj! i tak sam jeden szliście aż tu! miły Panie Jezu! sam jeden.
— Różnie bywało, matuniu, po większej części sam jeden.
— Musicież mieć do kogoś zalecenie, albo pismo, albo może krewnych?
— Nic, nic... nikogo... Bożą opiekę i miłosierdzie ludzkie.
— Oj! oj! jakież to biedniątko! — wołała Marcinowa klaskając w dłonie. — Panie Jezu, zdaleka! samo jedno, na łasce ludzkiej, na opiece Bożej. I nie bałeś się tak iść?
— A czegóżbym się miał bać?
— Złodziei, przypadków... Bóg wie — dodała żegnając się — złego ducha.
— Cóż by ze mnie wzięli złodzieje? od złego ducha jest krzyż, na zły przypadek anioł stróż.
— Aż miło słuchać, taki dzieciak rozumny... A cóż myślicie robić w Krakowie?
— Nie wiem... i dla tego widzieliście mnie płaczącego, bo gdy mi już blisko tego Krakowa, o którym marzyłem, na którym nadzieja cała, to mnie strach taki bierze, taki strach matko...
I znowu zapłakał.
— Nie bójcież się moje dziecię! kto z Bogiem, Bóg z nim! Aniołowie pańscy z tobą, mój kochany... nie opuści cię matka Boża, opiekunka sierót i biednych; wielki Kraków, jest w nim litości dość i chleba dostatek!
— Bodajby mi słowa wasze dobrą były wróżbą matko... niech wam Bóg za nie nagrodzi.
— Niema za co! dalipan niema za co! Ot możeście nie jedli? — spytała żywo...
— Mam jeszcze chleba kawałek...
— Naści do niego moje dziecko gomółkę.
— Nie mam grosza...
— A kto cię o niego prosi! To mi później oddasz kiedy ci się w mieście powiedzie! Znajdziecie Marcinowę w straganie na rynku, pierwsza budka od brzegu, zielono malowana na kółkach, na daszku kogut czerwony! Poznacie! A jakby wam chleba zabrakło, to przyjdźcie jutro do mnie, przyjdźcie kochaneczku, zawsze łyżkę strawy znajdziecie.
Chłopak pocałował rękę, która mu drżąc wyciągnęła białą gomółkę i łzy, ale łzy radości zabłysły mu w oczach.
— Niech wam to Bóg zapłaci, dobra litościwa niewiasto! — zawołał — nie urodziłem się na żebraka, na to bym rękę do ludzi wyciągał... Bóg tak chciał, niech będzie wola Jego. O! nigdy nie zapomnę waszej jałmużny! i będę się za was modlił do Boga! Teraz, po waszych słowach, śmielszy i weselej wejdę do Krakowa.
Ale pani Marcinowa, na którą kuma od dawna krzyczała, odeszła już była dawszy gomółkę i zapalała się ogromnie, targując garnuszek masła. — Chłopak tymczasem wdziewał buty, zapinał suknią, roztrząsł włosy poplątane na ramiona i zajadając gomółkę, wziął kij i ruszył ku miastu.
Ale serce tak mu biło, że głód czuć się nie dawał, schował ser i wlepiwszy oczy w stolicę, której przedmieście pełne było gwaru i ruchu niedzielnego targu, szedł dalej, powolnie, oglądając się, ustępując i pilnując ścieżki pod kamienicami.
Mój Boże, jak tu wszystko wydało mu się dziwnem, wielkiem, strasznem prawie i cudownem. Wlepiał wejrzenie w gmachy, w ludzi, zastanawiał spoglądać na gwary, co mu się bitwami wydawały. Niedzielne dzwony głuszyły go, szum miejski niespokoił. Trafił na otwarte drzwi kościelne i zdejmując czapeczkę, wszedł.
Ranna msza właśnie się odprawiać miała u Panny Marji i przed główny ołtarz, wyszedł ksiądz w białym ornacie, za nim dwóch chłopców, we świeżych komeszkach, nie wiele było ludzi w kościele. Kilku dziadów pod kruchtą, kilku mieszczan w odświętnem odzieniu w ławkach, które kluczami sobie otwierali i wchodzili na własne miejsca, kilka kobiet klęczących u kratek dzielących presbyterjum od nawy kościoła. Chłopiec przykląkł w progu, uderzył czołem, złożył ręce, a w tej chwili, rozsunęły się firanki przed obrazem Matki Bożej i jakby światło z Jej wizerunku na ubogiego sierotę padło, organ zahuczał, dzwonki zabrzmiały, nabożeństwo się zaczęło.
On się modlił, modlił, a nieraz łzy gorące na kamienną posadzkę spadały, nieraz zwrócił oczy na twarz Bogarodzicy, złotą uwieńczonej koroną.
Już ksiądz błogosławił krzyżem pobożnych i odszedł od ołtarza, a chłopiec nie wstał jeszcze.
Za nim słychać było szmer, dwoje jego wieku chłopiąt, spoglądając na niego rozmawiali cicho.
— Patrzaj no Pawełku, jakiś obcy!
— I biedota, jak my Janku.
— Oj! a modlił że by się tak, gdyby nie był biedny?...
— Pewnie nie. Zaczepim go, jak będzie wychodził z kościoła, popytamy.
Gdy pacholęta szepczą, jakiś stary w szarej kapocie, siwego wąsa i wystrzyżonej czupryny, ponurej, pomarszczonej twarzy człowiek, który w czasie mszy uważał pilnie na modlitwę gorącą podróżnego chłopięcia i w twarz się jego wpatrywał, zatrzymał się przy nim także, podparł na kiju sękatym i pogładziwszy czoło, kiwnął na niego.
Chłopię, co się tego niespodziało, nie wzięło z początku wezwania do siebie i nierychło go usłuchało, aż go siwy za rękę pociągnąwszy, za sobą na cmentarz wywiódł.
Postawił go przeciw sobie, patrzał mu długo w oczy, marszczył się okrutnie, wąsy gryzł, a nareszcie burknął jakby łajał:
— Co to ty za jeden?...
— Sierota panie!
— Sierota! hm! sierota!! powtórzył kilka razy siwy jegomość kręcąc głową i pod nosem dodał cicho: — Za syrotoju... Boh z kalitoju. — A zkąd?
— Zdaleka panie..
— Z Polski?...
— Z Rusi litewskiej.
— O! z Rusi... Hora z horoju ne zojdetsia patrzajcie Rusin! A z kimżeś przyjechał?
— Przyszedłem sam.
— Sam! — zawsze burkając groźno mówił siwy — hm! po cóż? do kogo?
— Szukam przyporzyska, życia... chleba.
— A tamże to nie masz nikogo? hę?
— Nikogo! — I chłopiec ciężko westchnął, a łzy ciche potoczyły się mu znowu na rękaw sukmanki.
Siwy jegomość podkasał, coś gderając nosem, połę szaraczkowej kapoty, dobył z pod niej sakiewki i wyszukawszy grosza białego, dał go chłopcu.
— Naści, na, dobrześ się modlił, święcieś się modlił, Bóg ci to daje przezemnie, nie ja! nie ja... A nie popsuj się w mieście, a nie oducz się modlitwy!
Chłopak ledwie miał czas począć dziękować, gdy siwy gderając jeszcze coś, szybko odszedł kijem wywijając nad głową, powtórzywszy: — Nad syrotoju — Boh z kalitoju.
Ledwie odszedł, aliści przystąpili do niego dwaj chłopcy, co za młodym podróżnym wyszli z kościoła, spojrzeli mu w oczy i starszy z ostrzyżoną krótką głową, męzkiej postawy, czarnych oczów, rumiany, zatrzymując chłopaka, pozdrowił.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Słyszeliśmy coście mówili z Rusinem, chcemy i my wam pomódz!
— A! mój Boże — zawołał rozrzewniony sierota — zkądże tyle łaski twej na mnie?
— Albożeście się to nie spodziewali od ludzi pomocy?
— O! nie wiele!
— To źle, bracie, to źle... Lud u nas dobry, a Bóg lepszy jeszcze, czasem i złego na poczciwy uczynek nakłoni. Widzicie nas dwóch ubogich przed sobą, a jest nas takich w Krakowie. — I obrócił się do towarzysza.
— Wiele?
— Jak maku! a kto nas policzy?
— Widzicie! I każdy z nas chodzi żebrząc powszedniego chleba, a żadnemu go nie zabrakło jeszcze.
— To cud! — zawołał podróżny.
— To prosto tylko poczciwe serce poczciwego ludu, co się z nami dzieli ostatnim kęsem. Nie chodzim do bogatych, nie stoim u drzwi pałaców, żebrzem u ubogich jak my, u pracujących, u tych co znają niedostatek i rozumieją głód. — U wrót kamienic, chatek, klasztorów, co dzień dają nam jałmużnę, a śpiew żaka nie raz z kaletki i biały grosz wyprowadzi. — Chodź z nami, tyś nasz.
— Pocałujmy się — rzekł drugi.
— Dobrze, uściskajmy się i pocałujmy naprzód.
I uściskali się wesoło, aż raźniej zrobiło się podróżnemu na sercu.
Wzięli go pod ręce.
— A teraz ty nasz, towarzysz... chodź do naszej gospody, poprowadzim cię do swoich, nauczym co masz robić....






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.