Wspólny pokój/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Wspólny pokój
Wydawca Wydawnictwo Współczesne
Data wydania 1932
Drukarz Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.

Jest niedziela. Wszyscy, za wyjątkiem Lucjana i Dziadzi, są już ubrani lub ubierają się. Ci dwaj dosypiają późne położenie się. Ponieważ kobiety nie poszły do swych zajęć, więc w mieszkaniu jest rozgardjasz i dochodzi do różnych nieporozumień. Panna Felicja naprzykład: chciałaby wreszcie umyć się porządnie, coś więcej jak twarz, ale jest to niemożliwe; niema czem zamknąć drzwi, a pukanie nie jest w zwyczaju u współlokatorów tego mieszkania. Tedy Felicja bierze się na sposób. Powiada wielkim głosem: nie wchodźcie do kuchni, bo będę się myła. Wszyscy to słyszą. Felicja zamyka się w kuchni na klamki i opiera o drzwi do swego pokoju wielką deskę do prasowania, zaś drugie, od alkowy, opiera sprytnie urządzoną barykadę ze szczotek, krzeseł i mokrych gałganów. Poczem rozbiera się do naga i ochoczo włazi do balji z wodą. Starzy mieszkańcy znają metody panny Felicji i nie próbują przeszkadzać Felicji w obrządku czystości. Czyż ma jednak wiedzieć o jej strategicznych posunięciach nieszczęsny Dziadzia. Wstaje oto z łóżka powodowany nagłą potrzebą, nakłada w pośpiechu swą flanelową pyjamę i rzeźko otwiera drzwi od kuchni. I wali się na nieszczęśnika szereg przedmiotów: szczotka delikatnie muska mu twarz, mokra płachta otula mu głowę, a krzesło i taburet paraliżuje ruchy. Naga Felicja z krzykiem wyskakuje z balji, Dziadzia traci swą powagę i zupełnie oszołomiony drze się wniebogłosy. Rozbudzony Lucjan przychodzi mu z pomocą, wszyscy wyją ze śmiechu, a oburzony Dziadzia z trzaskiem zamyka za sobą drzwi ustępu. Niedomyta Felicja klnie jak tylko potrafi. Stukonisowa i Teodozja uspakajają ją, a studenci w pokracznym tańcu duszą się ze śmiechu. Wreszcie mija wrażenie incydentu, bowiem na widownię wypływa taka oto rozmowa między matką a synem:
— „Mieciek“, mówię ci umyj nogi, bo jak pamiętam, to już dwa tygodnie nie myłeś.
— Co matka tam pamięta, dwa tygodnie, a już! — matka sobie zapisuje?
— Zapisuje czy nie zapisuje, ale umyj kulasy chociaż raz przy niedzieli.
— Nie umyję, w d...e mam, będę się chlapał niewiadomo po jaką cholerę!
— Skarpetki się przez to niszczą. Mówię ci po dobroci, umyj te brudne giry.
— G...o, niech się matka odczepi. Ani mi się śni!
— Żebyś wiedział, łajdaku jeden, że śniadania nie dostaniesz.
— Gwiżdżę na matki śniadanie. Szykany zasrane.
Stukonisowa pragnie jednak za wszelką cenę postawić na swojem. Dyplomatycznie i łagodnie.
— No, synku, nie bądź taki, bo aż mi wstyd przed wszystkimi. Chodź, naleję ci ciepłej wody.
— O rany Boskie! matka się uparła. Zachcianki jakieś. Gdzie ta woda?
I z boleśnie wykrzywioną twarzą „Mieciek“ zabiera się do mycia nóg.
Dziadzia wychodzi z ustępu, ponuro spogląda wokół, i z godnością poczyna nacierać się wodą kolońską. „Mieciek“ z zazdrością spogląda na proste załatwienie kwestji nóg. Dziadzia pokropił je wodą, roztarł, i sprawa załatwiona. Lucjan, ubrany, czyściutki, jadł śniadanie i czytał „Strzelca“. Pismo to abonował „Mieciek“ tak, jak zresztą wszystkie, bez różnicy tendencyj politycznych. Przysyłano mu je, i niewiadomo kto płacił za te sterty tygodników. Student siedzi przed lustrem, a Bednarczyk uczy się, pragnie w ciągu lata nadrobić rok zmarnowany w wojsku. Edward podchodzi do studenta z liljową kopertą w ręku.
— Popatrz pan, panie Józefie, jaki liścik dostałem od dziewczynki, jak pachnie.
— Idjotka jakaś, — odzywa się z za ściany Teodozja.
— Mogłabyś — cholero jedna — trochę grzeczniej się wyrazić, jak ci się niepodoba. Ty chamico.
Student lekceważąco ujmuje w dwa palce kopertę, przytyka do nosa i powiada:
— Pachnie — łojem.
Edward z gromem w oczach, wyrywa kopertę z rąk studenta i odchodzi ze słowami:
— Z chat kurnych wyszliście, z obór i gnoju, i wrócicie tam wykolejeni nauką, bowiem kultura jest dostępną dla umysłów subtelnych.
— Mówi jak Żeromski albo inny prorok. Panie hrabio, racz pan być dla nas nieco względnym, oświeć nas, prostaków, ty, coś z niebotycznych zamków wyszedł, z komnat i makat drogocennych, i wrócisz tam koleją, ogłupiały obcowaniem z nami. „Mieciek“ powiedział to na odchodnem, bowiem akurat wychodził.
Edward pogardliwie trzaska drzwiami i wchodzi do pokoju kobiet.
Dziadzia mruczy: Psiakrew, co tu robić. Niedziela, wypadałoby gdzie iść, ale gdzie? Chyba do „małej“, pójdziesz, Lucjanie?
— Nie, zupełnie nie mam chęci wychodzić z domu.
Rzeczywiście Lucjan nie chciał przerywać spokoju, który odczuwał w to niedzielne przedpołudnie. Było mu dobrze, przeglądał sobie pisma, wymyślające jedno na drugie, palił papierosy i popijał herbatę. Kobiety wyszły do kościoła, Edward pisał w drugim pokoju, a ci dwaj uczyli się. Dziadzia wyszedł sam. Lucjan usiadł wygodnie przy biurku. Czytał oto wiersze jakiegoś Szczapieja i z przykrością zastanawiał się nad brakiem sensu w wąskich, podle rymowanych strofach. W szufladce biurka Zygmunt umieścił książeczki wszystkich swoich kolegów. Był więc wybór, maleńkie tomiki początkujących poetów. Oto świetne, o europejskim poziomie i smaku, wiersze Gałczyńskiego. Podłe i w naiwny sposób gloryfikujące proletarjat — wiersze Wolicy. Zawiłe i nielogiczne tasiemce Piechala. Mądre i spokojne strofy Sebyły. Efekciarskie poemaciki Maliszewskiego. Komiczne w swej prostocie i braku inteligencji, sielskie poezje Słobodnika. I wreszcie doskonała, zimna i skoncentrowana proza Flukowskiego. Rzeczy te, znał Lucjan oddawna, teraz jednak w ciszy i cieple, przeglądając te utwory, oceniał jasno ich wartość. Za oknami padały krople topniejącego śniegu, mizerne słońce świeciło przez brudne szyby, nie było turkotu wozów i zwykłego, codziennego gwaru. Student wstał, ziewnął szeroko i przeciągnął się. Co tu robić, co tu robić, mówił zdławionym przez ziewanie głosem. Podszedł do Lucjana i popatrzył na rozłożone przed nim książki. Student sprawiał dzisiaj wrażenie prawie że sympatyczne i nie drażnił Lucjana swoim wyglądem. Wyjąkał, wskazując na tomy poezji:
— Co to komu przyjdzie z tych bazgrot, szkoda tylko papieru.
— Trudno, są rzeczy tak dobre, że pokrywają brak wartości innych.
— U nas w miasteczku jeden pisarz od rejenta napisał książkę, nie mógł się potem nigdzie pokazać, bo wszyscy go wyśmiewali. Taki ci był twórca.
— W jakiem miasteczku?
— W Rosi, na kresach, jest tam cudowny obraz Matki Boskiej.
— Czem się zajmuje pański ojciec?
— Gajowy.
— Gajowy, przyjemne zajęcie.
— Djabła tam przyjemne. Ojciec jest stale narażony na utratę życia. W zeszłym roku zabił jednego kłusownika, a drugiego ciężko ranił. To dobrze, że on utłucze czasem takiego drania, ale jak oni jego.
— A pan się agronomji poświęcił?
— Tak, właściwie leśnictwu. Nie mam wielkich pretensji, po ukończeniu chciałbym dostać jakąś dobrą posadę i siedzieć na niej.
Do rozmowy wtrącił się Bednarczyk.
— To źle, że tak skromnie myśli pan o przyszłości, panie Józefie. My, synowie prostych i biednych ludzi powinniśmy starać się piąć jak najwyżej. Skoro już sami głodują i łożą pieniądze na nasze wykształcenie, naszym obowiązkiem jest wykorzystać wszelkie możliwości aż do ostatecznych granic. Powinniśmy osiągnąć wysokie stanowiska w społeczeństwie, aby nagrodzić nędzę tylu pokoleń. Tylko synowie zamożnych i wykształconych rodziców, mogą poprzestać na byle czem.
Edward wyszedł z drugiego pokoju i zaczął mówić głośno:
— Mówi pan same brednie. Nie bierze pan pod uwagę różnic czysto naturalnych. Czy zdajecie sobie sprawę z tego faktu, że mózgi wasze są zupełnie inne od mózgów synów kulturalnych rodziców. Bierzmy rzecz jak najrealniej, poprostu u was jest inne unerwienie, zupełnie inny system orjentacji. Macie zupełnie inaczej zbudowane tam w głowie to, co jest istotą inteligencji. Musicie pocić się, męczyć zanim pojmiecie to, co pierwszy lepszy panek zgryzie jak porzeczkę, jedynie dzięki inteligencji swoich rodziców, dziadków i tak dalej. Możecie mieć wrodzoną inteligencję, ale nie macie mózgu zbudowanego do pojmowania subtelnych spraw nauki.
— Ale my mamy zdrowe mózgi — powiedział Bednarczyk.
— Ach, panie, panie, powiedział pan teraz rzecz straszną, straszną! Zdrowy mózg, okropność, czyż była kiedyś inteligencja zdrową? Właśnie, właśnie, otóż o to chodzi, że macie mózgi równie zdrowe jak ciała. W tem rzecz. Zdrowy mózg (fe, jakże fatalnie to brzmi) to prostactwo, a prostactwo to brak inteligencji. Właśnie, że te wasze zdrowe mózgi pasują do waszego prostego i zdrowego, wiejskiego życia. Wy nigdy nic nie pojmiecie. I dlatego podoba mi się skromność pana Józefa, wykuje się, wymusi, tego co mu potrzebne będzie do lepszego życia i kwita. A pan, panie Bednarczyk, wprost przeciwnie, pan się wykolei, zmarnieje i wreszcie zostanie urzędnikiem za 250 złotych miesięcznie. Zamiast być tem, do czego pana nakłania prawo dynastji rolnika, wspaniałość dziedziczności, pan wlazł na inną drogę i na niej pan kark skręci. Panu Józefowi wolno, nie jest synem rolnika, on właśnie raczej winien mieć pańskie aspiracje. Tak. Sam...
— Mówisz pan złośliwe rzeczy. Ja sam doskonale czuję, że skończę moje prawo, zostanę adwokatem i całem mojem dążeniem będzie być wybitnym adwokatem. Nie wstrzymam się przed żadnym wysiłkiem, by dojść do jak największego stanowiska. Pan mówisz brednie, nie będę panu wyliczał legjonu nazwisk, które wyszły z niskiego stanu, a stały się wielkiemi w dziejach historji. A czemże pan jesteś wkońcu, skąd panu o tem mówić?
— Właśnie, zacząłem mówić, lecz pan mi przerwał. Za chwilę powiem panu, nie czem, ale kim jestem. Lecz przedtem: Prawo. Ukończy pan prawo. Czy pan wie, co to jest prawo, właśnie prawo! — prawo Rzymian, prawo Cezarów! — Czy zdajesz pan sobie sprawę z tego, że ma kilkanaście wieków kultury, że prawo ma za sobą rasę wysokiej marki. I to prawo chcesz pan przejąć swoim prostackim umysłem, podejść jego tajemnice i na jego grzbiecie wysunąć się na wielkie stanowisko. Hola, stop, to nie tak, to nie tędy!! Tu potrzebna jest orjentacja, która jest synonimem inteligencji. Dość. A teraz o mnie. Czy sądzicie panowie, że to, co teraz powiem, będzie wyznaniem? Gdybym powiedział że mam długi nos, lub krótki oddech, byłoby to samo. Otóż nie jestem synem chłopów. Wprawdzie moja matka była prostą dziewuchą wiejską, bezsprzecznie jednak twierdzę, że dziecko przejmuje od rodziców to, co jest wartościowsze, to znaczy że nie chodzi tu o dobro lub zło, lecz o pewną ogólną wartość, w tym wypadku o inteligencję. Mój ojciec był arystokratą, człowiekiem o wielkiej kulturze umysłu i równie wielkiem jego zdegenerowaniu. Tak więc, jestem owocem kilkudziesięciu poruszeń dwojga ciał ludzkich gdzieś w życie lub stodole, poczętym z ukorzenia się prostactwa przed kulturą. Mój ojciec, ten oficjalny, prosty parobas ożenił się dla majątku z dziewuchą, która była w trzecim miesiącu ciąży. W taki oto sposób jestem synem wieśniaków z okolic Grodna i bratem tęgiej dziewuchy, co się teraz modli w swej bezbrzeżnej głupocie w jakimś kościele i bije pokłony przed bałwanami z gliny lub drzewa różnych panów świętych Antonich, Mateuszów czy Piotrów. Tu jest właśnie moja katastrofa. Ja nigdy niczem nie będę i nie mam żadnych tam fantazji na temat przyszłości. Kultura mego ojca i ograniczenie mojej matki wytworzyły w moim umyśle mentlik nie do opisania. Kryję w sobie wysokie wartości ojca i prostactwa mojej matki w sprawach małej wagi. Popełniam tysiące głupstw i nietaktów, jestem często ordynarny, a przytem mam wspaniale wyhodowaną neurastenję i skłonność do marzycielstwa oraz rozpusty. Przepraszam.
Edward przez cały czas mówił, patrząc w oczy Lucjana. Teraz zapalił papierosa i ciągnął dalej. Był spokojny i głos jego miał nawet dość przyjemne brzmienie.
...Mam więc wady i przykre cechy charakteru. Jestem czasem niepoczytalny w swojej popędliwości. Takim ja jestem. Pan, panie Bednarczyk, jest karjerowiczem o chłopskim sprycie i pożądaniem rzeczy drobnych. Jeszcze raz powiadam panu, że nie zajdzie pan daleko. Pan Józef dotrze do tego, do czego zmierza: będzie prowadził spokojny tryb życia i utrzymywał proste, ordynarne stosunki z kobietą, z którą się ożeni. A ja jestem właśnie taki: psychopata drgający boleśnie na granicach nizin i poziomu. Przed chwilą mówiłem o mojej siostrze i o kościele. Dziwnem jest to, potępiam uczucia religijne i ubóstwo intelektu, to jest prostactwo. Ni to komunista ni arystokrata. Owszem, pod pewnymi względami jestem arystokratą ducha. Jestem bowiem za rozumny na to, aby dać się omamić, dość zresztą sprytnie zorganizowanej polityce religji, jednocześnie zbyt szanuję wartość umysłu ludzkiego, aby wziąć się na lep problematycznej idei równości i braterstwa. Nie mogę być równym człowiekowi, którego natura niedość zaopatrzyła w odpowiednią ilość płatów i włókien unerwienia w mózgu. Nie znoszę głupoty i gardzę nią. Sprawy zaś socjalne, bieda i tym podobne, są to rzeczy uboczne, zbyt materjalne, a przez to samo i ordynarne, abym się niemi zajmował. Jak długo ludzkość istnieć będzie, zawsze będzie większość ubóstwa, a w tem i jego siła, co za tem idzie, i walka ciągnąca się w nieskończoność. Jeszcze jedna ze sztuczek natury, abyśmy mieli się czem zająć. Popatrzmy tedy na „Miećka“. Kretyn, głuptak, przesączony wstrętną idejką, która dogadza jego pozycji socjalnej i instynktom. Swojej niewiary nie przemacerował rozumem, przeciwnie, wierzyłby może, ale idejka każe bluźnić i nie znać Boga, trza jednak rżnąć burżujów i kwita. Zwyczajny, masowy bandytyzm: przywłaszczanie cudzej własności. Ponieważ jest to bandytyzm masowy, więc zrabowane mienie rozdziela się między masy, i tu jest właśnie ten płaszczyk altruizmu z wetkniętym w klapę kwiatkiem fanatyzmu ideologicznego. Śmieszne i tak głupie, że aż wstyd się śmiać. Tego „Miećka“ wolę jednak od pana, panie Bednarczyk. Ordynarne bydlę, które oddało się jednak sprawie, przemyślanej przez setki wybitnych umysłów, będącej przedmiotem ciągłych sporów, sprawie, która może mu dać korzyści nietylko materjalne, ale i duchowe. Bo przecież jest to jego idea i nią żyje. Pan co chce? Wybić się? — Wybije się pan d..ą o ścianę.
Chichocząc głupawo, Edward odchodzi i trzaska za sobą drzwiami. Dwaj studenci są zupełnie oszołomieni jego impertynencją. Nawet nie próbują komentować jego wywodów. Ale Lucjan jest zadowolony, wysłuchał bowiem wiele sprytnie skonstruowanych bzdur.
W południe wszyscy mieszkańcy byli w domu. Stukonisowa zaprosiła Lucjana na obiad. Nie chciało mu się wychodzić, podziękował więc i przyjął. O tej porze mieszkanie sprawiało wrażenie jadłodajni, brzęczały naczynia, a gwar rozmów łączył się z zapachem jadła. Dziesięć osób jadło obiad, z tych kilka cieszyło się świętem. Dziesięć dni upłynęło od wyjazdu Zygmunta. W środę przysłał kartę, pełną entuzjastycznych słów dla swego zajęcia. Stukonisowa wspomniała o synu i zaraz rozmowa przybrała obrót na jego temat. Oto młody chłopiec objął zaszczytne stanowisko, matka była z tego dumna, a lokatorowie tę dumę podsycali. „Mieciek“ ponuro utkwił oczy w talerz i jadł łapczywie. Życie brata nigdy nie było po jego myśli. Lucjan patrzał na Teodozję, a ona odpowiadała mu wzrokiem pełnym ognia i oddania. Myśleli oboje o możliwości zostania sam na sam popołudniu. Ukończono obiad i Stukonisowa wraz z Felicją wyszła z wizytą do krewnych. Bednarczyk ze studentem mieli pójść do kina, ale to dopiero później. Wszyscy się ułożyli na łóżkach i zapanowała niedzielna, poobiednia cisza. Przyszedł Dziadzia, cichutko zdjął buty i marynarkę, zmienił to na flanelową kurtkę i pantofle, poczem ułożył się na swem łóżku, kopcąc w mroku fajeczkę. Lucjan usiadł obok niego.
— No i cóż, jak ci się tu żyje?
— Znośnie, tylko chołota straszna.
— Tak. I ja też to myślę. Zupełnie niespodzianie znalazłem się między ludźmi, którym podobnych nigdy przedtem nie znałem. Jestem jakby oszołomiony i ciągle spodziewam się czegoś nowego. Dzisiaj naprzykład, kiedy ciebie nie było, Edward palnął taką reprymendę obu studentom, że dziwię się ich spokojowi. Poprostu naobrażał ich od samego spodu, wszystko wygarnął. Jest to jakiś bardzo skomplikowany anarchista.
— W każdym bądź razie nie zatrzymam się tu długo. Lada dzień jadę do Gdańska i stamtąd na morze. Czekam tylko na pewne wiadomości.
— Zazdroszczę ci z całej duszy. Psiakrew, człowiek musi tkwić w tem ponurem mieście, bez nadziei na lepszą przyszłość. Jestem zupełnie zrezygnowany i pełen jak najgorszych przeczuć.
— Tak, to prawda. Warszawa może zniszczyć energję. Morze ma w sobie... Co to?
Z drugiego pokoju rozległo się głośne plaśnięcie i płacz kobiecy. Ochrypły, drżący od zwierzęcej złości głos Edwarda, przerwał ciszę.
— Krnąbrna krowo, jak dam jeszcze raz w pysk, to będziesz mnie słuchała. Pierzesz, czy nie?
— Nie mogę, za nic nie mogę. Dzisiaj niedziela, jutro mogę, ale dziś nie.
Lucjan wbiegł do pokoju i zapytał:
— Co tu takiego się dzieje, za co pan bije tę nieszczęsną dziewczynę?
— Musi mi wyprać skarpetki, lenistwo jej przeszkadza, a nie niedziela. Zresztą, co to pana obchodzi?
— Nie zniosę, aby pan maltretował ją, mimo że to pańska siostra. Proszę w tej chwili dać jej spokój!
Edward podszedł do Teodozji i wymierzył jej tęgi policzek, potem zwrócił się do Lucjana ze słowami: oto jak pomogła pańska interwencja.
Zwinięta w pięść ręka Lucjana opadła ciężko na lewą stronę twarzy Edwarda. Zachwiał się, obrócił i pobiegł do kredensu. Wyjął z szufladki szpiczasty nóż, ale zaraz potem otrzymał jeszcze jedno uderzenie pod brodę. Upadł. Lucjan włożył nóż zpowrotem do szuflady. Powiedział spokojnie do starającego się podnieść Edwarda:
— Jeśli się jeszcze raz coś podobnego zdarzy, otrzyma pan wiele więcej.
Teodozja płakała w kącie między szafą a ścianą. Studenci wychylili przerażone twarze przez drzwi. Edward wstał i powiedział z pompą i nieszczerze:
— To część matki odezwała się we mnie. Przypomniał mi pan honor, dziękuję. A ciebie, Todziu, przepraszam. Wybacz, zostałem słusznie ukarany.
Poczem ułożył się z gracją na łóżku, oparł obcas prawej nogi na wzniesionem kolanie lewej i zapalił papierosa. Do studentów powiedział:
— Ukryjcie swe tępe twarze w książkach, widzieliście bowiem już, jak nikczemnego ukarał szlachetny. Precz mi z oczu!
Teodozja była tak przestraszona, że zdobywała się tylko na coraz większy płacz. Płakała jednak zdrowo i głośno, bez odrobiny histerji.
Lucjan wrócił do Dziadzi.
— Dałeś mu?
— Słyszałeś przecie.
— No, to kładź się obok mnie, pogadamy.
Lucjan położył się, przypalił papierosa od fajeczki Dziadzi. O całem zajściu zapomniał, bowiem w tej chwili myśli jego zajęła panna Leopard. Leży oto obok człowieka, którego ona kocha, tak, kocha niewątpliwie, a w każdym bądź razie jest nim zainteresowana. Zakochanego zajmuje wszystko, co tyczy umiłowanego przezeń objektu. To też Lucjan czuł, pewne wzruszenie i przemyśliwał, jakby tu rozpocząć rozmowę na temat panny Leopard.
— Dzwoniłeś do tej damy?
— Nie. Poco?
— Prosiła o to. Widać ma do ciebie jakiś interes.
— Znam ja ten interes. Widzę, Lucjanie, że cię ta kobieta bardzo interesuje. Pluń na nią. Jest przewrotna i złośliwa. Posłuchaj, co ja z nią miałem.
Dziadzia chwilę milczał, a potem zaczął:
— Parę lat temu, jak mi się dobrze powodziło, miałem trochę lepsze nazwisko, więcej pieniędzy i lekkomyślności, aniżeli teraz, zobaczyłem ją kiedyś w „Kresach“, kawiarni artystycznej, coś à la „Ziemiańska“. Ty tego jeszcze nie znałeś. Była ona trochę brzydsza niż teraz, ale mimo to interesująca. Podobała mi się bardzo, poznałem ją wkrótce przez jednego z kolegów i zaczęliśmy się spotykać. Zupełnie zidjociałem. Zachowywałem się jak szczeniak, robiłem tysiące głupstw, a ona mnie lekceważyła. Słowem historja, jakich tysiące znajdziesz w życiu i wszystkich literaturach całego świata. Cała sprawa ciągnęła się kilka miesięcy. Ona była zupełnie samotna, bez rodziców, utrzymywała ją bogata babka, zresztą bardzo miła i kulturalna kobieta. Podróżowaliśmy we dwoje, byliśmy we Włoszech, ponieważ ojciec jej był Włochem i zaciągnęła mnie tam. Brr, jakiż bałwan był ze mnie wtedy. Nic między nami nie było, a ja szalałem. Wróciliśmy do Warszawy. Znów to samo: żale, tęsknoty i sceny zazdrości z mojej strony. Możesz sobie wyobrazić: ja i zazdrość. Lubiła sławę i popularność. Przyczepiała się do pierwszego z brzegu durnia, o którym się trochę mówiło. Koniec końców zachorowałem do tego stopnia, że się jej oświadczyłem, no, i owszem zgodziła się, ale pod tym warunkiem, że nie będzie między nami żadnej fizjologji, ponieważ ona kocha mnie w sensie metafizycznym. Tak powiedziała. Ano, dobrze, zgadzam się. Byłem przecież na progu szpitala dla obłąkanych. Za trzy tygodnie miał być ślub. Któregoś wieczora miał się odbyć taki wieczór artystyczny z wódką, wiesz, jak to zwykle. Dnia tego, popołudniu, spotkaliśmy się, żeby kupić trochę drobiazgów. Szliśmy właśnie Kruczą, kiedy przyszło mi na myśl, żeby w jakikolwiek sposób zemścić się za jej lekceważenie. Powiedziałem jej, żeby poczekała kilka minut, że wstąpię na chwilę do znajomych, że mam interes. Poszedłem poprostu do burdelu, załatwiłem się z jakąś dziewczynką i po dziesięciu minutach wziąłem moją narzeczoną czule pod rękę i przytuleni poszliśmy dalej. Wieczór odbył się u takiego poety, co już nie żyje, Pecla. Wszyscyśmy się strasznie popili, było z dziesięć osób. Około drugiej w nocy poszedłem do kuchni, aby zagrzać wody na grog i zastałem tam moją ukochaną, siedzącą na oknie, z wdzięcznie uniesioną sukieneczką, przed nią klęczał Pecl, z głową wtuloną między jej gołe uda. Jej mina tak mnie rozśmieszyła, że przez pół godziny ryczałem jak warjat. Potem poszedłem do domu. Chorowałem przez kilka dni. Potem wyjechałem. Wróciłem. No, i kochałem się w tej k...e w dalszym ciągu, nie utrzymując oczywiście żadnych z nią stosunków. Kiedyś, tak mniej więcej jak teraz, tylko sam, leżałem u siebie na tapczanie. Było mroczno i ciepło. Drzemałem. W pewnej chwili przyszła panna Leopard, położyła się obok mnie i leżeliśmy tak z pół godziny w strasznem zakłopotaniu. Nie mówiliśmy ani słowa. Nie widzieliśmy się od tamtego wieczora. Wreszcie znudziło mi się to leżenie, załatwiłem się z nią i jako oznakę wzruszenia, włożyłem jej do torebki dwadzieścia złotych. Potem powiedziałem, żeby wyszła. Pieniądze wzięła, wyszła i tu właściwie kończy się cała historja. Potem starała się nawiązać dawne stosunki, ale unikałem jej jak zarazy. No, i unikam do tej pory. Pocóż więc mam dzwonić. Nie rób głupiej i zrozpaczonej miny, bo ci w tem bardzo nie do twarzy. Opowiedziałem ci tę historję dla twego dobra, bo, co tu gadać, widzę, żeś się w tej małpie zakochał. Jest teraz piękna, wyniosła, to prawda, obraca się w towarzystwie, które ci pewnie imponuje, ale jesteś młody, zdolny i winieneś mieć ważniejsze sprawy na uwadze. Przykro ci, ale trudno.
Zrobił się mrok. Studenci wyszli do kina. Edward kaszlał w swoim pokoju. Teodozja nuciła smutną piosenkę. Co się właściwie stało? Jest smutno, po rynnach ciecze woda, ot, zwyczajne, ponure, niedzielne, zimowe popołudnie, wczesny wieczór. Jest cisza. Ale serce Lucjana bije tak silnie, ból jest tak straszny, że aż pozbawia nerwy sił na jego wybuch. Zawlókł się na swoje łóżko i trwał jak kłoda, w tężcu rozpaczy. Straszliwa żałość sparaliżowała myśl. Co mi jest, co mnie to wszystko obchodzi, przecież jest mi zupełnie obca, zupełnie obca. Wszystko składa się na to, aby ją znienawidzieć. Chociażby wtedy, na ulicy. Zakpiła przecież ze mnie bezlitośnie. Począł płakać bezgłośnie, tylko łzy lały się ciurkiem na poduszkę. Zakalec rozpaczy, całe to nagromadzenie psychicznego jadu, zwolna zaczęło mięknąć, rozpływać się i wreszcie tylko wielkie osłabienie i pustka pozostały w Lucjanie.
Zbliżył się Dziadzia.
— Wybecz się, a potem pójdziemy na wódkę.
„Wybeczał“ się wreszcie, wstał podświadomie szczęśliwy ze swego utrapienia. Było mu lekko. Ileż to lat nie płakał? Z pięć chyba.
Dziadzia jakby odgadywał jego myśli.
— Nie płakałeś dawno, co? — Lepiej ci teraz. Tak, i to jest potrzebne.
W zawstydzeniu, obmywał Lucjan opuchnięte powieki. Z tamtą, jakby się coś urwało, pękło i odleciało.
Dziadzia czesał swą bródkę przed lustrem i mówił:
— Pójdziemy gdzieś i popijemy. To będzie niezłe wyjście z tej niedzielnej sytuacji. Mam dzisiaj ochotę na wódkę. Nie piliśmy razem z pół roku, prawda? — Lucjanie. No, chodź, popraw sobie krawat i chodź.
Trotuary były śliskie i pokryte grubą warstwą rozpaćkanego brudnego śniegu. Wilgotne płatki bezustannie spływały z nieba. Mimo niepogody, na ulicach było ruchliwie, i opatuleni przechodnie starali się utrzymać równowagę na śliskich trotuarach. Z góry padało mętne oświetlenie i widać było wirujące płatki śniegu przy migotliwem świetle latarni. Była przenikliwa, marcowa plucha.
Przez Plac Piłsudskiego maszerowali przygarbieni żołnierze do kina. Ręce mieli schowane w rękawy płaszczy, a twarze ich wyrażały radość oczekiwania rozrywki. Półnagi posąg Poniatowskiego dumnie tkwił w zaśnieżonej atmosferze. Wtyle błękitniały języki zniczu na mogile nieznanego żołnierza.
— Pójdziemy chyba do Herbsta, na Moniuszki — powiedział Dziadzia.
— Dobrze, ale możemy po drodze wstąpić do „małej“. Dawno już tam nie byłem.
— Możemy, jeśli chcesz.
Weszli do pustej prawie kawiarni. Niedzielna nuda wyrażała się w bezmyślnie zapatrzonych twarzach kelnerów. Zaledwie kilka stolików było zajętych przez stałych bywalców. Lucjan dojrzał w kącie sali swego przyjaciela, Michała Bove, doskonałego tłumacza włoskiej i hiszpańskiej literatury. Siedział z żoną. Kiwnął przyjaźnie ręką w stronę Lucjana. Obaj podeszli do małżeństwa i Lucjan przedstawił im Dziadzię. Uściśnięto sobie dłonie. Bove uprzejmie odezwał się do Dziadzi:
— Znam pana już od kilku lat, z widzenia i ze słyszenia. Zdaje się, że ostatnio odbył pan wielką podróż?
— Tak, pół roku nie było mnie w kraju. I Dziadzia począł opowiadać, gdzie był.
Bove miał nieforemną, zniszczoną twarz, o spłaszczonym nosie i małych, chytrych oczkach. Był to zdolny, wykształcony człowiek, któremu ostatnio dobrze się powodziło, lecz mimo to wiecznie był zgorzkniały, i kogo tylko spotkał, natychmiast roztaczał przed nim swe żale. Najprzykrzejszą jednak cechą jego charakteru, było niesłychane plotkarstwo i zawiść. To też mimo powagi jego prac, starsi pisarze unikali go, wobec czego Bove zaprzyjaźnił się z młodymi, tłumacząc to sympatją dla ich idei i postępu. Zależnie jednak od okoliczności, zarówno na jednych, jak i na drugich, wylewał kubły nienawiści i wzgardy. Jedyną jego zaletą było poczucie humoru i groteski. Żona Bove była jakby dopełnieniem charakteru męża. Brzydka, chuda, o małpiej złośliwości w twarzy, starała się w towarzystwie okazać swą inteligencję, co często kompromitowało naprawdę kulturalnego Bove. Zazwyczaj źle dobierała obcych wyrazów i określeń, przyczem kpiła z ludzi, których mało znała. Robiła to w sposób ordynarny i nieumiejętnie złośliwy. Lucjan poznał to małżeństwo w Zakopanem. Bawiła go perfidja Bove i prostactwo jego żony. Nie angażując się zbytnio, wypił nawet z Bove na ty,, i dalej wysłuchiwał pobłażliwie jego plotek. Żonę traktował wyniośle i grzecznie.
Dziadzia kończył właśnie opowiadać jakiś epizod ze swej podróży, gdy nagle dama przerwała mu:
— Czy tę bródkę nosi pan dla celów donżuańskich?
Uprzejmy i delikatny Dziadzia odpowiedział:
— Nie, pani, nie mam w tem żadnych celów. Jest to moja drobna i zdaje się nieszkodliwa słabostka.
— No, bo myślałam.
Lucjan zatuszował:
— Co tu wiele gadać, my chcemy iść na wódkę. Może się razem wybierzemy?
Bove zwrócił się do żony:
— Lunia, co ty na to?
— Można iść, tylko żeby nie było żadnej rozpusty z naszej strony, a wyzysku ze strony knajpiarzy.
— Zatem płaćmy za kawę i idziemy, — powiedział wesoło Lucjan.
Na ulicy Bove wziął Lucjana pod rękę i powiedział:
— Bardzo dobrze, żeście przyszli. Nudziliśmy się strasznie. Tylko ten Krabczyński taki niesympatyczny. Napisał jakąś książczynę o morzu, nowelki jakieś głupawe. Ta jego bródka, nie, nie podoba mi się.
— O ile widziałem i słyszałem, to parę minut temu byłeś dla niego niezmiernie uprzejmy. Kiedy opowiadał, byłeś cały w słuch zamieniony.
— Ale gdzie tam, zdaje ci się. On jest taki jakiś ascetyczny. To musi być fałszywy jegomość. Gdzie idziemy, do Herbsta? Dobrze. Flukowski wydał jakąś podłą książkę. Brednie.
— Czytałeś?
— Nie, ale domyślam się.
— Książka jest doskonała. Dziadzia, co tak śpieszysz, jak wielbłąd na Sacharze, który poczuje wodę, a przytem i pani nie może nadążyć za tobą.
— Acha, już ci się na żarty zbiera. Przeszło. No, dobrze.
Weszli do restauracji, zdjęli palta i zasiedli przy stoliku w małej salce. Zamówili wódkę i kanapki. Żonie Bove zażądało się jednak flaków.
— Niema flaków, dziś niedziela — odpowiedział kelner.
— Jakto, w restauracji może nie być flaków? Przyzwyczajona jestem w domu jeść zawsze w niedzielę flaki. Muszą być flaki.
— Co dom, to nie lokal publiczny, proszę szanownej pani, niestety, nie mogę służyć.
— Jak pan śmie mówić, że lokal publiczny, to nie dom. To porównanie obraża mnie, jest pan ordynarny.
— Ależ, Luciu!
— Nie miałem zamiaru szanownej pani obrazić.
— Nie, widziałam to po pańskich oczach. Michał, w tej chwili wychodzimy stąd, w tej chwili. Ale panowie znają lokale, niema co. Straszne.
Nie pomogły perswazje. Pani Bove była przekonana, że ją rozmyślnie obrażono, i wszyscy musieli ubrać zpowrotem palta, aby wyjść. Na ulicy poczęto się naradzać, gdzie pójść.
— Nigdzie nie pójdę, nie jestem usposobiona. Michał, idziemy do domu.
Dała się wreszcie uprosić przez męża, aby wejść na krótko „Pod Wiechę“. Zaczęli pić i gawędzić, bez żadnych już przeszkód pani Bove.
Po kilku kieliszkach, Bove zaczął opowiadać po raz tysiączny może w życiu, historję ze swoim wydawcą. Wyobraźcie sobie, że zapłacił mi wszystko co do grosza, a teraz powiada mi, że nie może narazie wydać, żebym poczekał z pół roku. I jeszcze mnie przeprasza. No, czyż to nie jest łotrostwo?
— Bo ty zawsze oddajesz swe dzieła w nieodpowiednie ręce — wtrąciła dama.
Dziadzia jednak nie zgodził się z tem rozumowaniem.
— O ile wiem, jest to wydawnictwo bardzo duże. Jedna książka, jak pan powiada, będzie kosztować około czterdziestu złotych. Wydawca zapłacił panu pełne honorarjum. Więc jeśli prosi pana teraz o zwłokę w wydaniu tej rzeczy, to uważam, że powinien pan poczekać. Zresztą on ma prawo zwlekać do trzech lat.
— Skąd pan jest tak wtajemniczony w te sprawy, skąd pan wie, ile lat, wszystko to po tej jednej książce? — Pani Bove uśmiechnęła się szyderczo.
— Można nie mieć nic wspólnego z literaturą i wiedzieć to, droga pani. Cóż tutaj ma do rzeczy moja książka. Zresztą głupstwo. Lucjanie, napełnijno kieliszki.
Bove żalił się jeszcze chwilę, potem jednak przeszedł w stan zaczepny, i swoim zwyczajem począł szkalować znajomych. Lucjan przerwał wesoło:
— Drogi Michale, dajmy spokój naszym bliźnim. Twoje zdrowie. Doskonale. Dlaczego pani tak ponuro patrzy przed siebie? Dość dawno przecież żeśmy się nie widzieli.
— Od czasu, jak pan ciągał mojego męża po knajpach.
— Właśnie. Zatem, Michale, pijemy pomyślność ciągania cię po knajpach. Dziadzia, jest mi bardzo dobrze.
Pani Bove mimo złego usposobienia, piła tęgo. Zadawała Dziadzi setki kłopotliwych pytań, na które ten odpowiadał grzecznie, lub też uśmiechał się łagodnie. Wreszcie odczuła niewrażliwość młodzieńców na swe perfidje, i pogrążyła się w medytacji.
Na sali było pusto, na podjum smutnie sterczały krzesła muzyków. Gdzieś z końca, z za filarów, słychać było śmiechy niewidocznych gości. Dziadzia wzruszony zwierzeniami Bove zaproponował, aby jeszcze coś wypić. Podano drugą butelkę wódki i jakieś gorące dania. Rozmarzony Lucjan wstał, aby się przejść trochę po sali. Minął filary i raptem stanął w pełnem świetle, na progu drugiej, małej salki. Przy dwóch zestawionych stolach, siedziało z dziesięć osób. Towarzystwo było w większości męskie, dwie tylko kobiety siedziały na pluszowej kanapce, roześmiane i piękne.
— Ach, oto mój młody adorator. Panna Leopard wykrzyknęła te słowa i podeszła do osłupiałego Lucjana.
— Proszę, jak pani może mówić głośno o tem! Jest to sprawa delikatna. Pocóż pani wogóle wstała i stawia mnie w przykrem położeniu?
— Pocałujże mnie lepiej, zamiast ględzić. Kochasz, tak?
— Niechże pani da spokój, na miłość Boską, jesteśmy przecież na oczach wszystkich. Co się z panią dzieje?
Panna Leopard, trzymając ponsowego ze wstydu Lucjana za rękę, odwróciła się w stronę całego towarzystwa:
— Oto jest młodzieniec, o którym wam opowiadałam. Patrzcie, tam na ulicy odważnie mówił, że mnie kocha, a teraz nie chce mnie pocałować i stoi tak zastrachany, jak chłopczyk schwytany na paleniu papierosów. Co wy na to?
Lucjan czuł się strasznie. Kilku z pośród przyglądających mu się mężczyzn, znał z widzenia. Byli to znani pisarze i krytycy. Patrzyli na niego wesoło, a on stał odrętwiały, wyglądając wprost żałośnie.
— Chodźcie więc tutaj, miłośnicy. Stoicie jak na scenie — powiedział jeden z mężczyzn.
Panna Leopard pociągnęła za sobą energicznie Lucjana. Był półprzytomny, usiadł ciężko na krześle. Nie mógł się na nic zdecydować.
— Jest mi niewymownie przykro, że jest tak nieobyty, popatrzcie jednak, twarz ma przecież inteligentną.
Lucjan oprzytomniał nagle. Chwycił szklankę i wypił trochę wody sodowej. Rozejrzał się wokół. Było jasno, siedział przy jednym stole z ludźmi o zaniepokojonych twarzach. Nieco dalej widniał drwiący uśmiech kelnera. Odwrócił głowę w stronę panny Leopard i powiedział wolno i dobitnie:
Bydlę.
Wstał i wrócił do swego stolika. Dziadzia, różowy i wesół, wymachiwał rękoma.
— Lucjanie, jesteś blady, co u licha, dawno nie piłeś?
— Nie, drobiazg. Owszem, chętnie się jeszcze napiję.
Po kwadransie, świetny humor udzielił się i Lucjanowi. Nie myślał już o incydencie w małej salce. Bove właśnie recytował sonety Aretina, w swojem tłumaczeniu. Pani Bove wydłużyła w zażenowaniu swą kozią twarz, co jej nie przeszkadzało patrzeć czule na Dziadzię. Wszyscy byli ostro podchmieleni. Dziadzia w pewnej chwili wykrzyknął:
— A możeby tak do Fukiera?
Zgodzono się natychmiast. Dziadzia zapłacił rachunek, natomiast Bove ofiarował się płacić u Fukiera. Wsiedli do taksówki i pojechali na Stare Miasto. Wprowadzono ich do niewielkiego, oddzielnego pokoju, gdzie stały wielkie miedziane dzbany, a ściany obwieszone były staremi sztychami. Bove polecił przynieść dwie butelki słodkiego, tyrolskiego wina, oraz migdałów w soli. Dama sprzeczała się z Dziadzią, czy się mówi „proszę pani“ czy też „proszę panią“. Wkońcu zniecierpliwiony Dziadzia powiedział, że nie ważne jest jak się mówi, tylko co się mówi. Na co znów wtrącił Bove, że piękna mowa to rzecz główna. Wkońcu przyniesiono wino i rozmowa przeszła na inny temat. Dziadzia wstał i wzniósł toast:
— Piję zdrowie kustosza Muzeum brytyjskiego w Londynie.
Wypito. Lucjan rzekł smętnie, patrząc na portret Goethego:
— Pocz-ciwiec.
Bove twierdził uparcie, że nie było na świecie lepszego pisarza nad Cervantesa. A Lop de Vega, Bandello i wogóle inni, sami najgenjalniejsi. Dlatego ich przyswajam językowi polskiemu. Hę.
— Tak, teraz tak. Powiedz mi, Lucjanie, co ty właściwie o mnie myślisz?
Raptem pani Bove zaczęła szlochać. Stało się to po wypiciu trzeciego kieliszka wina.
— Co ci jest, Luciu?
— Ach, bo przypomniało mi się, jakżeś to w zeszłym roku uciekł ode mnie do Poznania.
Bove zaczął mówić przytłumionym od wstydu głosem:
— Ależ, Luciu, co ci przyszło do głowy. Rok już upłynął, w towarzystwie, pana Krabczyńskiego prawie nie znasz. Napij się wina.
Lucia się wina napiła, ale mówiła dalej poprzez łzy:
— Bo to, proszę panów... uciekł ode mnie w biały dzień i trzy dni go nie było, a potem...
— Ech, dajcie spokój! — wykrzyknął Lucjan. — Niema sensu wysłuchiwać zeszłorocznych bredni. Co nas obchodzą wasze tajemnice? Posuń się, Dziadzia, będę leżał na ławce i wył. Dziadzia, zatańcz nago.
— Dobrze, później. Naciśnij guziczek od dzwonka, niech nam przyniesie jeszcze tego wina. No, mili! — jak tam samopoczucie?
— Dobrze — odpowiedział Bove. — Tylko moja Lucusia coś ma smutną minkę.
— Bo tylko znęcasz się nade mną całe życie. Psa mi ciągle bijesz w domu.
— Bo ten twój pies to też ohydne bydlę.
— Milcz!
— Co ja mam milczeć. Ohydne bydlę i kwita.
— Tak, tak, ohyd... nee bydlęę... i kwita — przyśpiewywał Lucjan.
— Jeśli ohydne bydlę, to trzeba go otruć. Znam nawet sposób — dodał Dziadzia.
Pani Bove dostała spazmów. Krzyczała:
— Michał, Michał, w tej chwili od tych ordynusów, w tej chwili, do domu, ale kompanja, niema co. Już. Och, nikczemnicy!
Bove zdążył się tylko pożegnać i zostawić pieniądze na rachunek. Dwaj młodzieńcy zostali sami.
— Cholera nagła — wyrzekał Dziadzia. — Zmarnowaliśmy tylko wieczór. Skąd ty znasz tę małpią parę? On jeszcze znośny, ale ona! Warjatka jakaś. Pijmy.
— Bardzo cię przepraszam, akurat żeśmy się spotkali. Teraz jesteśmy sami.
— Jak najlepiej. Postąpiłeś dzisiaj bardzo odważnie, opowiadając mi tę historję o pannie Leopard. Popełniłeś przykrą niedyskrecję, dla uratowania mnie od zgubnego uczucia.
— Tak, od zgubnego uczucia. Pijmy. A wiesz, że ja to wszystko wymyśliłem, unikam zaś tej panny dlatego, że winien jej jestem kilkaset złotych, które wyłudziłem od niej na pewne kombinacje. To cudowna kobieta, warta jak największej miłości i poświęcenia. Pijmy. Kochaj ją, chociaż może beznadziejnie, ale ta miłość da ci dużo. Tak, widzisz, ot co.
— Kłamiesz, kłamiesz jak pies! Ach, ty łgarzu, mówiłeś prawdę. Przekonałem się dzisiaj, bo postąpiła ze mną nikczemnie. Ona zdolna jest do wszelkiej podłości. Ach, Dziadzia, śpiewajmy!

Dziadzia o nic nie pytał. Przymrużył oczy i śpiewał:

Pioruny niebo krrajałły
jak okrrwawione noże
niebieskie koty mrruczałły
inferrno było na dworze!

— Lucjanie, lubisz Conrada?
— Bardzo.
— A ożeniłbyś się z Zarzycką?
— Tak.
— Poco?
— Aby ją oduczyć pisać.
— Tak, to niezła myśl. Ale lepiej daj jej spokój. Cobyś zjadł?
— Pierogów z kapustą albo kaszki manny na mleku.
— To już, idziemy jeść, sycić się, napełniać żołądki, pożywiać. Naciśnij dzwonek na płacić. Pipapa.
Wyszli. Noc była ciepła i z dachów spływały strugi wody. Trzymając się pod rękę, niewiadomo kiedy znaleźli się nad Wisłą. U stóp ich pluskała woda. Gdzieś w oddali błyszczały światełka.
— Kąpieli... co? — wybełkotał Lucjan.
— Nie... za ciemno... jutro... pozatem jestem... eh, czysty.
— Zjedzenia... tu... coś... niema, niema.
Szli zpowrotem, wgórę. Na Krakowskiem Przedmieściu wałęsały się prostytutki. Zatrzymali się przed jedną. Dziadzia począł do niej mówić coś, co miało naśladować język francuski. Mówił długo, taczając się przed nią w miejscu.
— Ależ, panie, ja nic nie rozumiem — powiedziała dziewczyna.
— To... się naucz... cholero.
Dziewczyna odeszła tanecznym krokiem. Poszli dalej. Na rogu Koziej i Krakowskiego Przedmieścia, stał wózek z gorącemi kiełbaskami. Mężczyzna w kapeluszu na głowie i wystającym z pod palta białym kitlu, zaglądał do buchającego parą wnętrza. Zatrzymali się. Dziadzia, starając się utrzymać równowagę ciała i języka, zaczął mówić z patosem:
— Nocny... bez snu... nocny człowieku... co karmisz zabłąkanych... wygłodzonych trudami... nocy bezsennej... któż ci wynagrodzi twe poświęcenie? Ochch. Tam w górze czeka cię nagroda... wszystkie wózki w niebie... będą należały do ciebie. Sama... samatary... sumartery... samatyra.. saramatytaninie... samarytani.. Ech. Bóg cię wysowicie. — Daj nam po kiełbasce.
Jedli z apetytem, a dobry człowiek nakładał im co chwila nowe porcje. Potem zażądał sześciu złotych. Dziadzia wręczył mu pieniądze wraz z błogosławieństwem. Ruszyli dalej. Tłukli się po ciemnych, opustoszałych ulicach, aż wkońcu jeden zgubił drugiego. Szukali się gorliwie do świtu, aż wkońcu wytrzeźwiony i zniechęcony Lucjan, poszedł do domu. Zastał Dziadzię przed bramą, prowadzącego dysputę ze stróżem nocnym, była to nawet ostra, polityczna sprzeczka. Weszli na górę i po upływie kwadransa dostali się do alkowy. Leżeli na swoich łóżkach. Lucjan już zasypiał, gdy usłyszał drżący, monotonny głos Dziadzi:
— Widzę... widzę armję olbrzymią. Najpierw jedzie butelka szampańskiego... potem adjutanci... sześć butelek Martela... potem czwórkami jarzębiak... wiśniówka... starka... i inne gatunkowe... Potem przerwa i znowuż... czysta... spirytus... winka różne. Wkońcu oddział sanitarny... aspirynki Bajera... woda sodowa i różne takie, na potem. Lucjanie, jutro powiem ci wszystko. Śpisz. Ochhohoho. Boże... Boże.
Zasnęli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.