Współcześni poeci polscy/Felicyan Faleński

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Współcześni poeci polscy
Wydawca K. Grendyszyński
Data wydania 1895
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
II. Felicyan Faleński.




Od lat 45 Felicyan występuje w dziedzinie poezyi z utworami swoimi. Pierwsze pieśni jego (Tęskne chłopię, Dziwne dziewczę) drukowała „Biblioteka Warszawska“ w r. 1850. Oprócz Ujejskiego nie mamy dzisiaj poety, któryby starszym był od niego wiekiem i datą początkowej działalności.
Już od najpierwszych pieśni zarysowała się dość wydatnie duchowa fizyognomia Felicyana. Była to natura zamknięta w sobie, mało udzielająca się na zewnątrz, mało ekspansywna, wpatrzona we wzory poetyckie, bez względu na szkoły i kierunek, lubująca się zarówno w Hezyodzie i Horacym, jak w Wiktorze Hugo i Mussecie, Goethem i Heinem, w pieśniach trubadurów i w literaturze francuskiej XVII wieku, w Dantem i Kalderonie.
Jest pomiędzy jego wierszami z r. 1851 jeden bardzo znamienny, drukowany również w „ Bibliotece Warszawskiej“ p. n. Sobie śpiewam, nie komu. Istotnie śpiewał przeważnie dla siebie, mało się oglądając na to, czy te śpiewy podobać się będą czytelnikom, czy osiągną popularność. Stał mu widać ciągle w myśli ów wykrzyknik Horacyusza: Odi profanum vulgus et arceo... (Nienawidzę ciemnego pospólstwa i powściągam je). Jeżeli rzecz sama odpowiada usposobieniu, uczuciom, poglądom artysty, to cóż go obchodzi, że zwykły tłum czytelników na niej się nie pozna, i słuchając lub czytając, ziewać będzie. Niech się tłum kształci, niech dorasta umysłem do wyżyn, na które wzniósł się poeta; — obniżać lotu nie warto.
Wobec takiego nastroju hasło „sztuka dla sztuki“ musi stać się przewodnią myślą działania twórczego. Udoskonalać formę i przezwyciężać trudności, jakie nastręcza język, styl, wierszowanie, zawładnąć wszelkiemi tajniami wykonywania dzieł sztuki, opanować narzędzie, którem się artysta posługiwać musi: — oto pierwszorzędne zagadnienia, jakie się zjawiają przed umysłem każdego, kto poczytuje hasło owo za istotnie prawdziwe i słuszne. Zostać wirtuozem słowa, jak są wirtuozowie w muzyce, dla wyśpiewania jak najbieglejszego wszystkich uczuć, wrażeń, wzruszeń, myśli, pożądań, pragnień, ideałów, — oto szczyt ambicyi w zakresie „sztuki czystej“.
I Felicyan tymi szlakami podążył. Dopóki był młodym, uczucie, jakkolwiek nigdy nie wybuchało namiętnie, nie dawało się przecież przytłumić i wypowiadało się prawdziwie estetycznymi wylewami „humoru“ w ślicznej powiastce, pełnej poezyi i rzewności p. t. Zdaleka i zblizka (1853) jak nie mniej w kilku ładnych lirycznych wierszach, pomieszczonych w pierwszym książkowym zbiorku poezyj Felicyana p. t. Kwiaty i kolce (Warszawa 1856), chociaż i tutaj widzimy już przewagę nastroju satyrycznego w duchu a czasem i manierze Heinego.

Co szczególniej w tym satyrycznym nastroju uderzało, to pochop przetwarzania i trawestowania mitów i podań greckich. Felicyan kochał niewątpliwie i uwielbiał Helladę z jej sztuką i poezyą, od jej mistrzów wiele w twórczości własnej korzystał, a przecież nieraz z drwiącym uśmiechem — pojęcia, zwyczaje i wiarę jej parodyował, stając na punkcie widzenia nowożytnym, lub też z analitycznego stanowiska roztrząsając to, co powstało w umysłach naiwnych. Dość przeczytać wiersz Narcyz, ładny zresztą i dowcipny, ażeby się o tem przekonać. Jak wiadomo, kwiat narcyz, według podania greckiego, to przemieniony młodzieniec, który w sobie tylko się kochał i sam sobie przypatrywał. Metamorfozę tę bierze Felicyan ze strony satyrycznej:

Ile Nimf było, wszystkie są w rozpaczy,
W łzach mokrych, brudnej żałobie;
Bo Narcyz żadnej kochać z nich nie raczy,
Tylko się kocha sam w sobie.

I jak się począł miłować zajadle,
Tak aż zdarzeniem dość rzadkiem,
Razu jednego spostrzegł się w zwierciadle,
Nie już człowiekiem, lecz kwiatkiem.

Chłopiec ten więcej głupcem był niż głazem;
Ja-bo, w podobnej potrzebie,
Mógłbym się kochać w wszystkich nimfach razem,
A zawsze kochałbym siebie...

Ta skłonność do trawestacyi nie zmniejszyła się z ubiegiem lat, lecz wzmogła i, jak zobaczymy, rozciągnęła się po za Grecyę, objęła wszystkie kraje, nie wyłączając własnego.
Z czasem uczuciowość bezpośrednia, serdeczna, która się w Kwiatach i kolcach odzywała takiemi np. pieśniami jak Rozmaryn, lub jak Zwycięzca hipodromu przygasała powoli, ustępując miejsca uczuciowości, przeprowadzonej przez filtr refleksyi, a nawet wprost — refleksyi samej. Nawet taki temat jak Termopile nie zdołał rozgrzać i porwać nie powiem duszy, ale słowa i pióra poety. W rozważnej, chłodnej, choć tu i owdzie malowniczej i artystycznie obrobionej, czasami znów niejasnej, zawiłej opowieści o bohaterstwie trzystu Spartan nie ma ani jednego wyrazu wydobywającego się wprost z serca, nie ma ani jednego zwrotu, któryby naprawdę porwał i zachwycił. Ale jest za to wielka kunsztowność słowa i wiersza. Oto np. kulminacyjny punkt całego poematu: ostateczne starcie się potęgi perskiej o piersi trzystu nieustraszonych:

Cóż męże Grecyi? — Oni coraz wzniośléj
Na kupach wrogów pod nieba wyrośli.
Coraz ich mniej jest i niby ubywa,
A jednak w tęgiej razów trzaskawicy,
Wzmaga się odpór, wzbiera moc straszliwa.
Co padnie który, zaraz go nakrywa
Mogiła z wrogów, jak dojrzała niwa,
Gdy ją kupami zżęty snop zaściele.
I zda się, z jednej ubytkiem prawicy,
Wzmagać się w innej moc za prawic wiele.
Coraz ich niby mniej, lecz pozostali
Biją i za tych, co już popadali,
I wraz za siebie. A jako w pożodze,
W której się płomień z wichrem zmówi srodze,
Kiedy ostatnia krokiew z trzaskiem padnie,
Już tylko, niby wbity kędyś na dnie,
Po mdłych płomykach, na zgliszczach pożaru,
Dym się zakurzy rozwłócząc szeroko, —
Tak padł ostatni w równi z wierzchem jaru,
Na stosie trupów, dymiącym posoką.

Rozumiem niechęć poety do tonu patetycznego, nadużytego przez poprzedników; co więcej, przypuszczam, że Felicyan chcąc odtworzyć bohaterstwo Spartan, słynących ze zwięzłości mowy, nie chciał niejako pamięci ich ubliżać, zbyt obfitemi słowy szafując; ale nawet i z tego punktu widzenia, moźnaby przecież wymagać większej dobitności, większej plastyki. Dobre to jest wyrażenie, iż Persowie, znosząc tamę utworzoną przez piersi spartańskie, sami własnemi piersiami wypełnili wąwóz aż po sam wierzch; ale obraz bitwy mógł być niewątpliwie gorętszy, a zakończenie mniej suche od tych słów prozaicznych:

Niema co więcej rzec. W tem jednem słowie
Wszystka się chwała greckiej krwi wypowie.

Jeszcze większą suchością i to jakby umyślną odznacza się poemat Pod Kannami (1869) późniejszy o lat przeszło dziesięć od Termopil. Nie tylko nie wstają tu przed wyobraźnią naszą potężne postacie wodzów, nie tylko nie dochodzi nas zgiełk bitwy; ale nie odczuwamy nawet wrażenia, iż opowiada nam poeta o jednym z najdonioślejszych wypadków w dziejach Rzymu starożytnego. Jakaś kronikarska oschłość, jakaś oziębłość w przedstawieniu starć najgwałtowniejszych, jakaś niewybredność nawet w doborze wyrazów (kłapać zębami i t. p.) towarzyszy poecie od początku do końca tego utworu, nie mającego chyba ani jednego ustępu, któryby żywiej do duszy przemówił. Chciał poeta dla odmalowania grozy wojennej użyć „żelaznej mowy“, której przystały „nawet dzikie zgrzyty, jakie niestrojna stal wygryza w szkliwie“, ale nie liczył się z wrażliwością czytelnika, mającego tych zgrzytów za dużo i tęskniącego za pięknem i harmonią.
W zbiorku „Z ponad mogił“ (1870) przedrukował Felicyan Termopile i Pod Kannami, oraz kilka innych pomniejszych pieśni historycznych, w których okazał wielką wirtuozyę w przejmowaniu się nastrojem biblijnym (Żale Jeffithy), religijno-mistycznym (Jako Julian Zaprzaniec zabit od Pana, Król śmiały, Wiano królewny), uroczysto-elegijnym (Duma o Samuelu Koreckim — w stylu Niemcewicza), wreszcie żartobliwo-satyrycznym, najmniej udatnym (Psie pole, Jako król Henricus jeszcze chyżej bieżał precz z Polski, niźli do niej był jachał, Jako król Sobek, przegrawszy doma, wygrał pod Wiedniem). Archaizmy językowe i pojęciowe, jakie w tych ostatnich utworach znajdujemy, niezawsze estetycznie oddziaływają na nas, a niektóre, mianowicie te, jakimi poeta kończy swe opowiadanie o Psiem polu, muszą przejąć niemiłem uczuciem największego nawet wielbiciela swojszczyzny, jeżeli ma przytem ogólno-ludzkie sympatye. Oczywiście Felicyan, jako człowiek, nie może na seryo wyznawać zdania, iż Niemiec jak czart wcielony jest psu tylko bratem, ale podstawiając się w roli piewcy czasów zamierzchłych, poetycznie tylko jego przekonania podzielił, lecz tem swego utworu nie upiększył.
W latach późniejszych do wspomnianych tu śpiewów „Z ponad mogił“ dodał Felicyan jeszcze kilka nowych; a mianowicie trzy parafrazy podań staro-helleńskich: Skargi Orfeusza, Koń drewniany, Hekabe; dalej — dwie — z tekstów biblijnych: Thamar, Z ksiąg przypowieści (ta druga bardzo zręczna, prześlicznemi tercynami kreślona); następnie dwie — z legend chrześcijańskich: W drogę do Egiptu, Chusta Weroniki; jednę z tradycyj słowiańskich: Koń Swantewita i dwie treści mieszanej: Fiat lux! oraz O winorośli i wiązie przypowieść nadobna. Dla charakterystyki poglądów poety warto zaznaczyć, że w Koniu Swantewita przez usta boga wypowiada zdanie, że największym wrogiem Słowian połabskich byli oni sami.

Bezrządu, zwady, lichych wad zamiecie
W was walczą! Więc gdy wy sami
Z woli swej własnej silni być nie chcecie,
Ja, bóg wasz, nie chcę być z wami!

Fiat lux! składa się z trzech ładnych sonetów, połączonych jedną myślą: nieugaszonem pragnieniem światła i dążeniem ku niemu; najpiękniejszym jest pierwszy, opiewający znaczenie posągu Memnona:

Ilekroć usta jego brzask potrąca,
W chwili, gdy w liściach wiatr spoczywa jeszcze,
Wnętrze mu dźwięczne przejmowały dreszcze,
I brzmiał rozgłośnie chwałą wschodu słońca.

Skądże on wryty młodzian granitowy
Gdy mu namaści usta światłość błoga,
Drżał w sobie cały i dostawał mowy?

Bowiem był synem słonecznego boga,
Więc mimo głazu ziębiące okowy,
Święta mu w sercu płynęła pożoga.

Z przeglądu poezyj na tle historycznem lub tradycyjnem osnutych wyciągnąć można ten wniosek, że większe kompozycye nie udawały się Felicyanowi i że celował on tylko w drobnych, refleksyą nabrzmiałych.

Bezpośredniości wrażeń nie znajdujemy i w obrazach natury, jakie Felicyan nakreślił w swoich Odgłosach z gór (Warszawa, 1871). Wszystkie poezye, tu zawarte, (a jest ich 28 prócz dedykacyi Lenartowiczowi i zakończenia), powleczone są barwą smętku melancholijnego, będącego wyrazem przebolałych zawodów, spopielałych namiętności, uczuć wygasłych. Ale to nie stanowi jeszcze ich charakterystyki, jak tło nie mówi jeszcze nic o samym obrazie. Jakie stanowisko zajął poeta względem wspaniałych widoków Tatr, które się przed oczyma jego roztaczały? Jakie myśli budziły się w jego duszy, gdy oko biegło ku skałom granitowym lub zawisało nad dolinami? Na pierwsze pytanie możemy odpowiedzieć, że stanowisko Felicyana względem piękna przyrody przypomina widza artystycznie usposobionego, lecz zachwycającego się na zimno. Stąd wynika i dalsza konsekwencya. Poeta nie wyraża zachwytu swego uczuciami i myślami potężnemi samą swą treścią, ale stara się go uwydatnić we frazesach, których wyrzeźbienie wymagało pokonania wielu trudności językowych i wierszowych, czem zdradzają swoje niebezpośrednie pochodzenie. Świeżość wrażeń zastąpił poeta nadzwyczajną dbałością o wykwintną formę, mianowicie wierszową. Starał się Felicyan o zachowanie rytmiczności, budował strofy, u nas do jego czasów niepraktykowane, np. sestyny, wymyślone podobno przez trubadurów prowansalskich, strofy, w których powtarzają się sześciokrotnie na końcu wiersza następne wyrazy, zmieniając jeno miejsce co do wiersza, gdzie są użyte: jeszcze, kiedy, słońca, świecie, święto, (albo świętą), ciszy. To znowuż używa formy, której nazwy ja przynajmniej nie znam, a w której w pewnych odstępach powtarzają się całe wiersze lub ich części. Tworzy to melodyę oryginalną, którą warto poznać, tem bardziej, że wiersz ten: Zakończenie da nam odczuć i melancholijny nastrój poety:

Ścielą się liście pożółkłe z posępnym szelestem...
Wiatr je porywa szyderczy, podrzuca i targa
Jesień wkoło mnie i wszędzie, gdzie tylko ja jestem,
W piersi mej żal zapóźniony i smutek i skarga.

Wiatr je porywa szyderczy, podrzuca i targa,
W pląs je taneczny porywa szalonym odmętem —
W piersi mej żal zapóźniony i smutek i skarga
Myśli wirują w mej głowie jak w kole zaklętem!

W pląs je taneczny porywa szalonym odmętem,
Potem je rzuca o ziemię i w strony rozmiata —
Myśli wirują w mej głowie jak w kole zaklętem,
Padają w dół i pierzchają jak rzesza skrzydlata!

Rzuca wiatr liście i chwyta i w strony rozmiata,
Niby myśliwiec odbite gdzieś stado łabędzi —
Myśli pierzchają ode mnie jak rzesza skrzydlata...
Myśli o, moje jesienne! i któż was dopędzi?

Jako muzyka słowa są to wiersze przepyszne; powtarzanie tych samych zdań w bardzo małej liczbie kombinacyj działa jak lament jednostajny i nasuwa myśl o melancholii widoków jesiennych; nie brak nawet szczęśliwych zwrotów w oddaniu uczucia; ale każdy widzi, że pieśń ta nie wypłynęła wprost z duszy, że była przedmiotem długiego i mozolnego namysłu i prób, zanim obecny swój kształt przybrała.
Nawet w mniej sztucznych pod względem wierszowym poezyach, zawartych w „Odgłosach z gór“ trudno nam dostrzedz całkowitej prostoty i bezpośredniości wrażeń. Oto jedna z najmniej pod tym względem kunsztownych, a jednak od prawdziwego liryzmu jakże daleka! Ma ona napis: Z rana:

Niebo się z ziemią zaręcza
Deszczem spłakaną,
Iskrząca wiąże ich tęcza
W majowe rano.
I srebrny pierścień miesiąca
Za złotą obrączkę słońca
Już pomieniano.

I niby róż białych krocie
Chmurki nad niemi w przelocie
Wiankiem zwieszono
I gwiazd przetwarto podwoje;
Więc państwo młodzi oboje
Rumieńcem płoną.

A góry w niemej rozmowie
Niby milczący świadkowie
W swych śniegów bieli
Stoją u dolin kobierca.
Bo nawet z niebios anieli
Czemuby świadczyć nie mieli
Tej zgodzie serca?...

I tutaj więc okazuje się, że Felicyan nie oddając się bezpośrednio wrażeniom, odbieranym od zjawisk i przedmiotów natury, pracuje przedewszystkiem myślą, artystycznie nastrojoną, ażeby utworzyć jakiś obraz niezwykły, ażeby uczucia swoje w sztuczne i wytworne zakląć kształty, ażeby obmyśleć jakąś oryginalną słów melodyę.
To też najbardziej znamiennemi, najlepiej fizyognomię duchową Felicyana odtwarzającemi poezyami są te, które on ogłosił pod oryginalnie przez siebie w tem znaczeniu dobranymi napisami: Świstki Sylena (1876) i Meandry (1892).
Świstki Sylena to ironiczne, satyryczne lub humorystyczne przetworzenia (trawestacye) mitów, podań, pomysłów, tematów zbieranych z całego obszaru twórczości ludzkiej, a przedewszystkiem literackiej. Widzieliśmy już próby takich przetworzeń w Kwiatach i kolcach; ale na większą skalę znajdujemy je dopiero w późniejszej dobie działalności Felicyana. Wszystkich Świstków Sylena mamy dotychczas 36, a wśród nich znajdujemy najwięcej parodyj ze świata klasycznego (Danae, Hero i Leander, Afrodyte Anadyomene, Lidya Hetajra, Lutnia Orfeusza, Aryadna, Zakładanie Rzymu, Terminus itd.), kilka ze świata wschodniego (Królowa Nofreari, Kochanka króla Cefrena, Pogrzeb Ibisa, Złoty cielec, Medznun i Leila i in.), kilka ze stron najrozmaitszych (Obol Belizarowy, Grób Alaryka, Romeo i Julia, E pur si muove, Antypody, U wejścia do raju, La ci darem la mano itp.).
Nie wszystkie te trawestacye są jednakowo zręczne, nie wszystkie jednakowo dowcipne; są pomiędzy niemi gorsze i lepsze. Do najznakomitszych policzyłbym: Danae, Hero i Leander, Terminus — w tonie satyrycznym, La ci darem la mano — w tonie prawdziwie humorystycznym, w którym tkliwość i serdeczność łagodnie się łączą z ironią.
Opowiedziawszy zabawnie o owym deszczu złotym, którym Jowisz obsypał ukochaną Danaę, przedstawia poeta troskę Junony o niewiernego męża, która wysyła Irydę (tęczę) do Danay, ażeby jej oddała natychmiast albo złoto albo męża:

Chętnie — odpowie zmoknięte nicpotem, —
Lecz cóż, gdy niema sposobu:
Nie wiem już, który bogiem, który złotem,
Więc muszę zatrzymać obu...

Leander grzmoci pięściami fale, chcąc do czekającej nań Herony dopłynąć; klnie bałwany, klnie delfiny i rekiny; nic to nie pomaga, czuje coraz większe osłabienie; już mu się do „gęby“ nalewa woda słona i gorzka. Hero tymczasem, przystroiwszy się, z niecierpliwością czeka na kochanka; wyjść na dwór nie chce, bo słota i wicher, który może jej przemoczyć świeżą sukienkę; z nudów zaczyna podejrzewać Leandra, że zamiast płynąć do niej co prędzej, gdzieś się zabawia po drodze. Przypatruje się sobie raz jeszcze w zwierciedle i nabywa przekonania, że jest jej bardzo ładnie z twarzyczką pobladłą i ze wzrokiem mglistym. Zniecierpliwiona, woła wreszcie; Leandrze, gdzieś ty? — i słyszy w odpowiedzi: „Utonąłem!“ Hero wówczas mówi do siebie:

Z włosów mi grzebień wypadł mimowoli...
O, smutne losów koleje!
Ratunku! wody i trzeźwiącej soli!
Jak kto nadejdzie — zemdleję!

Terminus, jak wiadomo, był bożkiem granic w starożytnej Italii, a więc opiekunem i stróżem własności. Poeta opowiada satyrycznie jego przykre przejścia, gdy go wskutek zmieniających się pojęć zaczęto traktować jako zawalidrogę postępu, boć przecie: „wszystko wszystkim się należy, przeto jest własność kradzieżą“. Zresztą nie potrzeba iść aż tak daleko, by z bożkiem italskim nie być w zgodzie, jeżeli jego nazwę weźmiemy w znaczeniu dzisiejszem; z czego powstaje dowcipna słów igraszka:

Słusznie dziś nikt z nas nie dba o Termina —
Czyż my bałwanów czciciele? —

La ci darem la mano — to pełne wdzięku i uczucia, lubo często opiewane dzieje panny, którą opuścił kochanek, a która skłoniona przez rodziców wychodzi za mąż za człowieka bogatego, lecz nie kochanego — i po roku umiera. Efekt humorystyczny wywołuje powtórzony przy każdej zmianie w życiu panny — opuszczenie przez kochanka, wyjście za mąż, choroba, śmierć — dwuwiersz przedstawiający obojętność przyrody na te katastrofy serdeczne:

Blady naonczas księżyc tkwił w błękicie
I nucił słowik w gęstwinie...

Meandrami nazwał Felicyan zwroty swej myśli w różne skręty zwiniętej i w różne strony skierowanej, jak rzeka Meander słynna w starożytności z mnóstwa swych zagięć. Są to więc epigramata czyli fraszki, w których poeta składał wyniki swych spostrzeżeń, wrażeń, doświadczeń życiowych i rozmyślań. Ogółem biorąc Meandry te, których mamy dotychczas 234, odznaczają się trafnością pod względem wewnętrznym, a zwięzłością pod względem formy. Przedstawia się tu nam Felicyan jako marzyciel nałogowy, który się nigdy już trzeźwości nie nauczy i bardzo zręcznie opisuje, jakie mu figle płata fantazya, a on się za to na nią nie gniewa, lecz ją do nowych zwrotów pobudza:

Gra wyobraźnia ze mną, niby w karty
Dziewczątko ładne.
To błyskiem oczu, to przez wdzięki zdradne,
To znów trefnymi żarty,
Tak mnie usidla wspólnik ten nic warty,
Że nawet nie wiem, kiedy w płatkę wpadnę.

Wreszcie szachruje — i tą marną pracą
Zgrywa mię, gnębiąc jak drapieżna kania...
Nie mniej jej uśmiech słodki wciąż mię skłania
Nie tylko grać z nią dalej Bóg wie na co,
Lecz jeszcze bawi mię — gdy to ladaco
Zachęcam do oszukiwania.

Niekiedy sarknie Felicjan na krytyków, czasem da jaką przestrogę braciom literatom:

Wiecież, o mili towarzysze!
Nauka dla was w czem ukryta?
Wszyscy piszecie — nikt nie czyta.
Lecz niechby czytał ten, kto pisze,
I mielibyśmy wczas i ciszę
I w kąt-by poszedł sąd z kopyta.

Powierzchowne objawy pozornej samodzielności kobiet drażnią poetę, więc mówi bez ogródki do tych modnych emancypantek, niby w imieniu jednej z nich głos zabierając:

Mam warkocz nosić głupcom ku uciesze?
Nic z tego! Społeczność młoda
Niech wnet nożyczki mi poda!
Komu jest pilno w samodzielne rzesze
Co prędzej wstąpić, ten się niech nie czesze —
Bo na to czasu szkoda.

Po większej części Meandry Felicyana posępne są, niektóre zgrzytliwe, jak ten np. aforyzm: „z niedoszłych nieszczęść jedynie składa się szczęście człowiecze“; — w krańcowy pessymizm bynajmniej nie popadają. Jeden z nich odsłania nam wnętrze poety, jego dumania nad sobą samym i losem swoich poezyj. Rozmyślał on razu pewnego, czy też choćby drobna cząstka jego istoty będzie miała życie pośmiertne. Wtem coś nad nim zaszeleściało — i poeta usłyszał „słowo wieszcze, jakiem przemawia duch bez ciała:“

Kto, jak ty...
Odkąd mu błysło dnia świtanie,
Miał ciemną gwiazdę ponad czołem,
Ten przeznaczeniem niewesołem
W swym grobie cały pozostanie...

Jeżeli z tym posępnym poglądem zestawimy śmiałe zapewnienie Horacyusza, powtórzone przez Kochanowskiego i tylu innych pomniejszych: „nie umrę wszystek“, lub wogóle niezachwianą wiarę poetów w nieśmiertelność dzieł swoich: to się okaże skromność Felicyana w całej pełni. Nie potrzeba przecież przypisywać sobie daru proroczego, aby módz twierdzić, że w dziedzinie artyzmu poezye Felicyana nieśmiertelność zachowają niewątpliwie, — i im bardziej smak czysto-literacki wysubtelniać się będzie, tem i one większe rozpowszechnienie znajdować muszą.
Najnowszy zbiór poezyj jego p. n. Pieśni spóźnione (1893) w samym już tytule zawiera nie skargę wcale, ale przedmiotowe głównie zaznaczenie, że są to utwory, które może zapóźno przychodzą dla chwili obecnej, że dla nich stosowniejsza-by była jakaś chwila poprzednia, dawniejsza... Mieszczą się tutaj jakby uzupełnienia zbiorów poezyj, ogłoszonych przez Felicyana przed laty; a więc są śpiewy „Z ponad mogił“, są „Świstki Sylena“, są „Meandry“. Uwzględniliśmy już je w powyższym przeglądzie.
Jest tu wszelako jeden dział jeszcze p. t. „Harmonie jesienne“, dział nie mający swego odpowiednika w poprzednio ogłoszonych książkach, chyba częściowo w „Odgłosach z gór“. Jak z przerywanego liczbowania pomieszczonych w tym dziale utworów wnosić można, stanowią one całość oddzielną, z której obecnie podał Felicyan wyjątki tylko.
Smutek zrezygnowany i spokój, wyrobiony w duszy walką długotrwałą, przeświecają wszędzie z tych wierszy, z których parę prawdziwie pięknymi nazwać możemy, jak mianowicie urywek V-ty, malujący bardzo ładnie krajobraz jesienny i obudzone przezeń uczucia, albo XVII-ty, gdzie poeta rozmyślając o zachodzie słońca, wypowiada te słowa, tęsknej melancholii pełne: „żegnaj mi, jeszcze jeden przeżyty dniu, co odlatasz ode mnie!“ — a następnie wyznając, źe wszystko w nim zgorzkniało i że duch jego zrywa się do odlotu, woła w ekstatycznej zadumie:

Nim blasków resztki zmrok pozasłania
I noc się czarna rozgości,
Bądź pozdrowiona na wysokości
Chwało skonania!

Artystyczna strona twórczości Felicyana z każdem nowem dziełem nabierała coraz więcej cech wytworności wyrażenia, w skutek unikania wszelkich frazesów spowszedniałych, w skutek mistrzowskiego władania językiem, nie wolnego jednak od pewnej dziwaczności w tworzeniu form i wyrazów, w skutek wykwintnego rymowania, w którem wszelako zauważyć można dość częste używanie przysłówków wcale nie malowniczych (niesłychanie, jak najprościej itp.) dlatego chyba jedynie, ażeby osiągnąć rym nie z jednakowych części mowy. Słowem na każdym kroku poezye Felicyana wykazują wirtuoza, pewnego dotknięcia swej ręki.
W jednym ze swych Meandrów powiedział Felicyan bardzo trafnie:

Gdy chcesz być godnym wejść w świątyni wrota,
To nie miej przed oczyma
Ni karła, ni olbrzyma;
Gdyż zdrowych form prostota,
To owa miara złota,
Którą w swej dłoni geniusz piękna trzyma.

Od tej prostoty form zdrowych Felicyan najwięcej się oddalał w środkowej dobie twórczości swojej; w początkowej i najnowszej zbliżyć się do niej starał: tam uczuciem miarkowanem kierowany, tu — rozwagą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.