Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom III/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom III
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1894
Drukarz J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


VII.

W dniu 12 listopada, armja Kotuzowa, obozująca w okolicach Ołomuńca, przygotowywała się do wielkiego przeglądu, przy którym mieli być obecni obaj monarchowie: car i cesarz austrjacki. Gwardja, która właśnie nadeszła, rozłożyła się na noc taborem o jakie piętnaście wiorst od Ołomuńca, aby wystąpić nazajutrz o dziesiątej rano w miejscu, gdzie miał się odbyć przegląd.
Mikołaj Rostow dostał w tym samym dniu bilecik od Borysa. Donosił mu tenże, że pułk Izmaiłowski zatrzymuje się o kilka wiorst, i że on, Borys, czeka tam na niego, aby mu wręczyć list i pakiet z pieniędzmi. Potrzeba było Mikołajowi gwałtownie tego zasiłku w brzęczącej monecie. Po kampanji, podczas pobytu w Ołomuńcu, był on wystawiony na pokusy wszelkiego rodzaju, jakie tylko można sobie było wyobrazić, dzięki markietanom i markietankom pułkowym, doskonale we wszystko zaopatrzonym, a jeszcze bardziej dzięki żydkom austrjackim, którzy roili się setkami w obozie i po kwaterach oficerskich. W pułku Pawłogrodzkim bankietowano bez końca i miary. Każdy, kogo odznaczono czemkolwiek, wydawał ucztę z kolei. Ci, którzy nie stali na kwaterze w samem mieście, jeździli tam jak mogli najczęściej. Magnesem przyciągającym była restauracja niejakiej Karoliny, węgierki z rodu, założona specjalnie dla oficerów, w której służbę całą pełniły kobiety. Rostow, ma się rozumieć, wydał bankiet wspaniały, z okazji zamianowania go oficerem.
W dodatku kupił „Beduina“, konia Denissowa. Koniec końców zadłużył się po same uszy u markietanów i u swoich współtowarzyszy. Po dobrym objedzie, zjedzonym w licznem otoczeniu innych oficerów, Mikołaj puścił się na odszukiwanie swego koleżki i przyjaciela jeszcze z lat dziecięcych. Nie miał dotąd ani czasu ani pieniędzy, żeby sprawić sobie mundur oficerski. Nosił więc wciąż jeszcze bluzę mocno wyszarzaną junkra, ozdobioną jedynie krzyżem. Do tego miał pantalony skórzane, szpadę zaś i pas do niej oficerski. Konia kupił na prędce od jakiegoś kozaka. Czako wypukłe, założył z junacką fantazją na bok. Gdy zbliżał się do miejsca gdzie miał spotkać się z Borysem i resztą oficerów z pułku Izmaiłowskiego, nie myślał o niczem innem w swojej dumie i radości tylko o podziwie, który wzbudzi pomiędzy nimi, on, huzar, z wojną obyty, i oswojony z trudami obozowemi. Wszak uczestniczył już w kilku bitwach i przebył dzielnie chrzest ogniowy.
Gwardja natomiast, odbyła raczej przechadzkę, niż marsz forsowny; paradowała też swojem wyglądaniem eleganckiem i mundurkami jak z igły. Tornistry, mantelzaki, jechały na wozach. Gdziekolwiek zatrzymywali się na krótki popas, oficerowie znajdywali przygotowane jadło wyśmienite, o które starali się miejscowi dygnitarze. Pułki wchodziły do miast i miasteczek i z nich wychodziły z muzyką na czele. W ciągu całego marszu, żołnierze, na wyraźny rozkaz wielkiego księcia Konstantego, szli tak wolno, że oficerowie nie opuszczali nigdy ich szeregów. Byli z tego niesłychanie dumni. Odkąd wyjechali razem, Borys nie puszczał się Berga, który został tymczasem kapitanem. Pełnił on tak gorliwie i punktualnie włożone nań obowiązki, że tem zaskarbił sobie łaski i zaufanie przełożonych. Mógł zatem nabijać kaletę coraz lepiej. Borys znowu nie zaniedbał porobić znajomości i nawiązać stosunków, z osobistościami wpływowemi, które mogłyby w danym razie dopomódz mu wielce w nie jednym wypadku. Poznał również księcia Andrzeja Bołkońskiego, któremu oddał list polecający od Piotra hrabiego Bestużewa. Spodziewał się, za jego protekcją, dostać się wkrótce do głównego sztabu, co było od dawna jego marzeniem. Berg i Borys byli obydwaj w galowych mundurkach, jak z pudełka. Odpoczęli już widocznie po trudach podróży i grali w szachy w pokoju czystym, nawet dość ładnie umeblowanym, który im oddano na kwaterę. Berg trzymał poważnie między kolanami długi cybuch od fajki tureckiej, wsadziwszy w usta piękny i duży bursztyn, z którego dym wypuszczał. Borys, swojemi rękami białemi i wypieszczonemi, jak u najpierwszej modnisi, układał wygrane figury w jeden stos, nie spuszczając z oka fizjognomji swego partenera, zapatrzonego w szachownicę.
— No, jakże myślisz wydobyć się z matni? — spytał Borys czekając niecierpliwie na pociągnienie przeciwnika.
— Zobaczymy! — tamten bąknął namyślając się dalej.
W tej chwili drzwi otworzono zamaszyście i z łoskotem:
— Odszukałem cię nareszcie — zawołał Rostow od progu. — Oho! i Berg tutaj?... „Dziateczki! koteczki! idźcież do luli!“ — zanucił Mikołaj jakąś piosneczkę, śpiewaną im w latach dziecięcych przez starą niańkę, która to piosenka miała później ten przywilej, że ile razy ją usłyszeli, parskali śmiechem, tak Mikołaj jak Borys.
— Boże! jakżeś się zmienił, prawie do niepoznania — wykrzyknął Borys, zerwawszy się z krzesła na powitanie przyjaciela. Nie zapomniał jednak objąć okiem całej szachownicy, aby mu Berg z czem nie uciekł. Chciał Mikołaja uściskać po dawnemu, ten atoli na bok odskoczył. Rostow był jeszcze na tyle młodym, że pragnął we wszystkiem czegoś oryginalnego, nadzwyczajnego, nienawidząc instynktowo dróg zwykłych, ubitych. Zamiast uściskać Borysa, byłby go raczej uszczypnął, byle to było czemś odmiennem od formułki światowej, z góry narzuconej. Borys niezważając na ten jego opór, wziął go w ramiona, i pocałował głośno w oba policzki.
Minęło zaledwie pół roku, od kiedy stracili się z oczu, a gdy się nareszcie odszukali, zdumieli się zmianą jaka w nich zaszła. Pochodziła ona widocznie z ich nowego otoczenia.
— Ah! wy przebrzydli salonowcy! — zażartował Rostow. — Wycieracie tylko posadzkę zamiast froterów i przychodzicie wystrojeni i ufryzowani jak laleczki! Tymczasem my biedni wojacy, przymieramy częstokroć z trudów, głodu i wszelkiej nędzy — deklamował Rostow, chcąc gwałtem nadać swojemu cieńkiemu, młodemu głosikowi, dźwięki ostre, basowe, starego wiarusa, z wojną od dawna ostrzelanego. Jakby na przekor elegancikom z gwardji, wszedł w butach i pantalonach zabłoconych.
Przez drzwi odchylone zajrzała do pokoju gospodyni domu, niemka, i cofnęła się natychmiast.
— Ładna? — spytał Rostow mrugnąwszy figlarnie oczami.
— Czegóż tak wrzeszczysz — Borys wzruszył niecierpliwie ramionami. — Pomyślą, że się dom pali... Wiesz co, niespodziewałem się ciebie tak rychło, bo wczoraj dopiero oddałem mój bilet Bołkońskiemu, adjutantowi Kutuzowa, którego poznałem niedawno. Nie spodziewałem się, że będzie na tyle grzecznym i odeszle ci go natychmiast... No! jakże ci się powodzi? Przeszedłeś już próbę ogniową, co?
Rostow za całą odpowiedź, zaczął bawić się krzyżem św. Grzegorza, zawieszonym u pętlicy munduru. Wskazał również na swoje ramię, spoczywające dotąd na temblaku.
— Jak widzisz — bąknął od niechcenia.
— Ho, ho! — Borys uśmiechnął się trochę drwiąco. — My także, mój drogi, odbyliśmy rozkoszną kampanią. Carewicz jechał razem z oddziałem; mieliśmy zatem wszelkie wygody. W Polsce przyjmowano nas wspaniale. Recepcje, bale, objady, szły jedne za drugiemi bez końca... Carewicz był nader uprzejmym dla wszystkich oficerów.
Zaczęli opowiadać sobie nawzajem rozmaite wypadki i szczegóły ich życia: Rostow malował dosadnie trudy obozowe; Borys wynosił pod niebiosa korzyści, jeźli uda się komu wstąpić do gwardji i do tego za wysoką protekcją osób wpływowych.
— Phi! wasza gwardja! Laleczki ufryzowane — machnął Rostow ręką lekceważąco. — Ale daj mi wina.
Borys skrzywił się niemiłosiernie, wydobył jednak rad nie rad sakiewkę z pod poduszek, powleczonych białemi jak śnieg poszewkami i kazał przynieść wina.
— Ale, ale! — wtrącił — oto list do ciebie i koperta z pieniędzmi.
Rostow rzucił pieniądze na kanapę, list zaś szybko rozpieczętował i zaczął czytać chciwie z łokciami na stole. Żenowała go obecność Berga. Czuł na sobie wzrok na wskroś przenikający. Zasłonił się też cały listem szeroko rozłożonym.
— Nie żałowano hrabiemu pieniędzy o ile się zdaje. — Berg zażartował patrząc łakomie z pod oka na spory worek opieczętowany i przez pół wciśnięty w kanapę. — My natomiast nie możemy związać końców i wiecznieśmy goli jak święci tureccy.
— Słuchaj mój drogi! Pierwszy raz, gdy cię zastanę z listem od rodziny w obecności przyjaciela i towarzysza od lat dziecięcych, którego nie widziałeś przez pół roku, a któremu radbyś zadać tysiąc pytań, uwolnię cię natychmiast od mojej osoby. Uczyń że i ty to samo Berguńciu kochany i zniknij łaskawie z horyzontu... czyli mówiąc dosadniej i zrozumiałej: idź sobie do stu djabłów — przemówił Rostow żartobliwie, patrząc przyjaźnie na Berga, aby mu cokolwiek osłodzić gorzką pigułkę i wykręcił nim jak frygą w kierunku drzwi. — Nie weźmiesz mi tego za złe, co? Wszak jesteśmy starzy znajomi.
— O, i owszem, hrabio kochany... rozumiem to doskonale i wynoszę się natychmiast — odrzucił Berg słodziutko, swoim głosem chropowatym i niby wiecznie zachrypniętym.
— Pójdź do naszych gospodarzów — wtrącił Borys. — Zaprosili cię przecie na dziś.
Berg przywdział inny mundur, włosy podczesał na wzór cara Aleksandra i przekonany z góry, o wrażeniu niesłychanem, jakie wywoła swoim strojem starannym, wyszedł z uśmiechem rozkosznym na ważkich ustach.
— Ah! jakie też ze mnie bydle kwadratowe — wykrzyknął Rostow przebiegając list oczami.
— Dla czego?
— Prawdziwe bydlę! Nie napisałem powtórnie, a oni tak się poprzestraszali. Cóż, posłałeś Hawryła po wino? Brawo! Toż to się ududlamy.
Między innemi, w posyłce rodzicielskiej był załączony list rekomendacyjny do księcia Bagrationa. Hrabina idąc za radą Anny Michałówny, wystarała się z wielkim trudem o ten list, od jednej damy znajomej, bliskiej krewnej księcia. Błagała też syna usilnie, żeby poszedł z listem do księcia natychmiast i starał się z tej znajomości wyciągnąć korzyść jak największą.
— Jakie szaleństwo. Niby ja tego potrzebuję? — mruknął Rostow niechętnie odtrącając list ruchem gwałtownym.
— Dla czegóż go odrzucasz?
— Drwię z podobnych rekomendacji.
— Jakże można drwić z czegoś tak ważnego? List przyda ci się bardzo.
— Nie potrzebuję niczego. Ja nie pójdę na pewno żebrać o miejsce adjutanta, choćby nie wiem przy kim.
— A to z jakiego powodu?
— Bo to służba lokajska.
— Ah! widzę żeś ten sam co dawniej — Borys zauważył.
— A i ty na włos się nie zmieniłeś... zawsze kunktator i dyplomata... Mniejsza o to... Opowiadaj mi raczej co się z tobą dzieje?
— Dotąd, jak widzisz, dzieje mi się nie źle. Tylko moim celem wręcz przeciwnie, jest: dostać się jak najrychlej do głównego sztabu na adjutanta i wystąpić z pułku.
— Dla czego?
— Bo rozpocząwszy raz karjerę wojskową, trzeba w niej doprowadzić jak można najwyżej.
— Aha! tędy droga w groch? — Rostow machnął ręką pogardliwie.
Wlepił w Borysa wzrok przenikliwy, jakby chciał zbadać jego myśli najtajniejsze.
W tej chwili wszedł stary Hawryło z winem.
— Powinnibyśmy sprowadzić nazad Alfonsa Karolowicza. Ten by ci dzielnie dopomógł wysuszać szklanki. Na mnie, co do tego nie licz wcale.
— Skoro chcesz koniecznie... Cóż za indiwiduum, to niemczysko? — Rostow wydął usta.
— Człowiek najpoczciwszy pod słońcem, zacny i bardzo miły towarzysz.
Rostow zmierzył wzrokiem na nowo Borysa i westchnął mimowolnie. Berg nie dał się prosić i wrócił, skoro go nazad przywołano. Ożywiła się pogadanka między trzema oficerami, przy gąsiorku dobrego wina. Gwardziści nie przestawali bawić Rostowa opisywaniem przygód i chwil przyjemnych, spędzonych podczas marszu. Jak ich przyjmywano gościnnie i jak wspaniale podejmywano w Rosji, w Polsce a nawet tu, za granicą. Cytowali na wyścigi rozmaite anegdoty o wielkim księciu Konstantym; prawiąc rzeczy niestworzone o jego dobroci, ale i o gwałtowności dzikiej, nieokiełznanej. Berg, który według chwalebnego zwyczaju, nie odzywał się aż wtedy, gdy mógł rozmowę sprowadzić na przedmiot ulubiony i opowiadać coś o sobie, teraz zaczął opisywać szeroko i długo, jak bawiąc w Galicji, dostąpił nie lada zaszczytu, rozmawiał bowiem, a raczej słuchał w milczeniu głębokiem, łajań i wyrzekań carewicza Konstantego. Uniesiony gniewem, złorzeczył, carewicz, że tak wolno posuwają się naprzód i zaczął psioczyć na cały oddział Berga, nazywając komendanta tegoż Arnautem. Było to specjalne i ulubione wyrażenie carewicza, ilekroć gniewał się na kogokolwiek.
— Może wyda ci się to hrabio nieprawdopodobnem, tak byłem jednak pewny, że w niczem nie zawiniłem, iż nie doświadczałem ani cieniu bojaźni. Nie chwaląc się, znam na palcach regulamin i wszelkie rozkazy dzienne pamiętam, jakby „Ojcze nasz“. Nie można też nigdy niczego zarzucić mojej kompanji. Stałem więc przed nim spokojny i z czystem sumieniem.
Po tych słowach wstał opowiadający, chcąc pokazać jak wystąpił przed front i z jaką miną salutował. Trudnoby było zaiste, wyobrazić sobie twarz, wyrażającą więcej uszanowania, a jednocześnie zadowolenia wewnętrznego z własnej osoby.
— Carewicz pieni się ze złości — Berg kończył opowiadanie — odsyła mnie do wszystkich djabłów, obrzuca niby gradem „Arnautami“ i zaczyna mi grozie „Syberją“... Stoję jak mur i ani pary z ust nie wypuszczam. „Czyś ty głuchy? bałwanie!“ wrzeszczy carewicz. Milczę dalej jak zaklęty... I cóż powiesz, hrabio? Nazajutrz w dziennym rozkazie, nie było ani wzmianki o tej scenie, którą mi wyprawił. Oto co się zyskuje, jeżeli ma się głowę nie od kształtu i nie traci się rezonu. Dostałem później pochwałę za dobre wyglądanie i wyćwiczenie należyte mojej kompanji. Tak było, tak! Opowiedziałem dosłownie, hrabio kochany — powtórzył, zapalając na nowo fajkę na długim cybuchu, z której umiał puszczać kółka dymu misterne i regularne.
— Winszuję — mruknął Rostow.
Borys czując przez skórę, że Mikołaj zechce wziąć na fundusz Berga i zacznie drwić z niemca na dobre, zwrócił zręcznie rozmowę na inne tory, prosząc przyjaciela o bliższe szczegóły, kiedy, gdzie i w jaki sposób był rannym. Nie mógł sprawić niczem większej przyjemności Mikołajowi. Ten zaczął też opowiadać, zapalając się coraz bardziej. Opisywał potyczkę pod Schöngraben, nie zupełnie tak, jak się odbywała, tylko jakby on ją sobie był życzył, w swojej bujnej fantazji. Rostow miłował prawdę najniezawodniej, i radby był zawsze być z nią w zgodzie. Jednak oddalał się od niej coraz bardziej, im dalej posuwał się w opowiadaniu, a to prawie bezwiednie. Bo czyż mógł przedstawić im cały obraz sucho, tonem quasi urzędowym? Tyle nasłuchali się o bitwach rozmaitych i tyle naczytali się o nich, że nie byliby mu nawet uwierzyli, gdyby był cokolwiek nie upiększył faktu nagiego. Jakże im mógł powiedzieć, że się wprawdzie puścił galopem razem z innymi, wszelako zaraz na wstępie wywrócił koziołka z konia, wytknął sobie rękę, a później wziąwszy nogi za pas, zmykał aż miło przed Francuzami. Wypowiedzenie nagiej prawdy, wymagałoby było nadto wielkiego zaparcia się z jego strony miłości własnej. Puścił zatem wodze bujnej fantazji i opowiadał rzeczy niestworzone. Jak wśród ognia nieprzyjacielskiego szał go ogarnął, tak, że zapomniał o wszystkiem, wpadł więc niby huragan w sam czworobok piechoty francuskiej, tnąc pałaszem na prawo i na lewo, w czambuł, na kapustę... i tam dalej... i dalej.
— Nie możecie bo sobie wyobrazić, co dzieje się z nami, jaka wściekłość nas porywa, podczas walki, lecąc do ataku!
W chwili gdy kończył szumne opowiadanie, stanął we drzwiach Andrzej Bołkoński. Lubił on protegować młodych ludzi, którzy udawali się pod jego skrzydła opiekuńcze. Borys podobał mu się bardzo i radby był z duszy całej, dopomódz mu i oddać żądaną przysługę. Wstąpił do Borysa po drodze, będąc wysłanym przez Kotuzowa do carewicza z ważnemi papierami. Zmarszczył brwi gniewnie zobaczywszy młodego huzara, rozpłomienionego opowiadaniem swoich czynów bohaterskich. Nie znosił w ogóle młokosów, przechwalających się i kłamiących jak z rejestru. Uśmiechnął się serdecznie, podając rękę Borysowi, a skłoniwszy się lekko dwóm jego towarzyszom, usiadł na kanapie. Nie mogło mu nic sprawić większej nieprzyjemności, niż owo spotkanie u Borysa, towarzystwa, które niepodobało mu się na pierwszy rzut oka. Rostow, odgadując instynktowo myśl Bołkońskiego, zaczerwienił się po same uszy. Pomimo obojętności graniczącej prawie z pogardą, z którą zawsze głośno występywał, gdy wspomniano o panach adjutantach z głównego sztabu, czuł się zażenowanym i onieśmielonym, tonem księcia, drwiącym i ucinkowym. Zauważył również, że Borys wstydzi się go widocznie wobec Bołkońskiego. Nareszcie zamilkł zupełnie. Borys spytał księcia, czy są jakie nowe wiadomości, i czy wolno wiedzieć niepopełniając niedyskrecji, co postanowiono w najbliższej przyszłości?
— Posuniemy się zapewne naprzód — bąknął Bołkoński wymijająco, żeby nie skompromitować się przed obcymi.
Berg skorzystał ze sposobności, aby spytać ze zwykłą u niego obleśną i przesadną grzecznością, czy nie postanowią w głównym sztabie większych porcyj furażu, wydawanych komendantom oddziałów. Książę Andrzej odpowiedział z drwiącym uśmiechem: — „że nie jest wtajemniczony i nie może rozsądzać tak ważnych kwestji stanu“.
— Mam dla pana pomyślną wiadomość, co do sprawy z którą udawałeś się do mnie... Pogadamy o tem późnej... Przyjdź pan do mnie po przeglądzie... Zrobi się, co tylko będzie możliwem... — Przemówił do Borysa. Następnie zwrócił się do Rostowa, niby nie uważając wcale jego miny zakłopotanej i widocznego rozdrażnienia:
— Opowiadałeś pan przed chwilą o potyczce pod Schöngraben... czy byłeś tam?
— Byłem! — odburknął gniewnie Rostow, tonem zaczepnym.
— Oh! co też ludzie nie nawymyślają na ten temat! — wtrącił Bołkoński od niechcenia.
— Zapewne komponują ludzie historje rozmaite. — Rostow rzucił na Borysa i Bołkońskiego spojrzenie piorunujące. — Sprawozdania atoli i opisy dokonywane przez nas, którzy byliśmy w ogniu przez cały czas, wystawieni na pociski nieprzyjacielskie, mają wartość trochę większą od zasług paniczyków wymuskanych i wyelegantowanych z głównego sztabu, którzy biorą nagrody siedząc za piecem i na nic się nie narażając...
— Do rzędu których i ja należę, według pańskiego zdania, co? — przerwał mu Andrzej z krwią najzimniejszą, i z uśmiechem łagodnym.
Rostow uczuł w sobie dziwną mięszaninę zniecierpliwienia, a jednocześnie szacunku głębokiego, jaki w nim wzbudził Bołkoński swoim spokojem niewzruszonym.
— Nie stosuję tego do pana, którego nie mam zaszczytu znać, i nie pragnę co prawda poznawać go bliżej. Mówię ogólnie o wszystkich oficerach z głównego sztabu.
— Ja zaś uważam — Andrzej wpadł mu w słowo, tonem umiarkowanym i najspokojniejszym — że pan chcesz mnie obrazić. Przyszło by ci to najłatwiej w świecie, gdybyś zapomniał o swojej własnej godności. Pozwolę sobie tylko nadmienić nawiasowo, że nie jest po temu ani miejsce, ani chwila obecna. Wszyscy jak jesteśmy, możemy stanąć dziś, jutro, oko w oko z nieprzyjacielem i stoczyć z nim pojedynek wielkiej doniosłości na przyszłość. Nie ma w tem zresztą winy ani mojej ani księcia Trubeckiego, pańskiego towarzysza i przyjaciela z lat dziecięcych jeszcze, że moja fizjognomia nie miała szczęścia podobać się panu. Znane mu moje nazwisko i stanowisko, wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. Proszę o tem jednak pamiętać, że co się mnie tyczy, nie czuję się bynajmniej obrażonym, a jako o wiele starszy od pana wiekiem, ośmielam się udzielić mu rady, żebyś zapomniał o swoim złym humorze i o całem tem zajściu niemiłem. A więc do zobaczenia kochany Borysie, w piątek po rewji. Będę czekał na ciebie...
Bołkoński wyszedł ukłoniwszy się najuprzejmiej tak Bergowi jak Mikołajowi.
Rostow odurzony, nie mógł odzyskać krwi zimnej i równowagi. Wściekał się sam na siebie, że nie umiał na razie odpowiedzieć Bołkońskiemu. Kazał sobie podać konie i pożegnał Borysa dość sucho i ozięble. Czy miał wyzwać tego adjutanta, pozującego na wielkiego człowieka, czy lepiej zrobi jeżeli nie będzie rozmazywał dalej tej głupiej historji? To pytanie męczyło go przez całą drogę. Z kolei wyobrażał sobie, jakąby miał satysfakcję, gdyby ujrzał przed sobą twarz przerażoną, tego dumnego pyszałka; to znowu dziwił się niesłychanie, czując w głębi serca coś nieokreślonego, jakieś żywe pragnienie pozyskania przyjaźni owego pyszałka, którego (tak mu się przynajmniej zdawało) nienawidził z całej duszy!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.