Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom III/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom III
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1894
Drukarz J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Nazajutrz po spotkaniu się Rostowa z Bołkońskim u Borysa, odbył się przegląd obu armij, przez cara i cesarza austryjackiego. Wystąpiło 80.000 wojska, a w dodatku do oddziałów, które już były w ogniu, przyłączyły się świeże posiłki z Rosji nadesłane. Cara otaczała liczna świta, cesarza Franciszka kilku arcyksiążąt.
Od wschodu słońca wojsko w paradnych mundurach układało się w szeregi naprzeciw murów fortecznych. Cała ta zbita masa ciał ludzkich, z powiewającemi sztandarami, to zatrzymywała się jak wryta w ziemię, to posuwała się na głos komendy oficerów. Formowali to linje długie, to czworoboki, to znowu rozstępowali się, zostawiając wolne miejsce nowym oddziałom nadpływającym w mundurach różnobarwnych. Trochę opodal ustawiono konnicę, w mundurach niebieskich, zielonych i pąsowych. Na czele jechali trębacze, w mundurach suto haftowanych i złotem szamerowanych. Pułki szły jedne za drugiemi, krokiem miarowym w takt muzyki, na koniach karych, siwych i bułanych. Potem następywała artylerja. Wyciągała się ona, niby połyskujące cielsko węża olbrzymiego. Armaty lśniły w promieniach słońca, podskakując na lawetach, gdy je wieziono na miejsce wyznaczone, pomiędzy konnicą a czworobokiem piechoty. Jenerałowie byli również w pełnej gali, z piersiami zasianemi krzyżami i orderami. Oficerowie wyglądali strojnie, jak z pudełka. Żołnierze byli świeżo ogoleni. Wszystko na każdym świeciło się z daleka. Na koniach sierść lśniła w słońcu niby zwierciadło, wygładzona i wyszczotkowana najstaranniej. Grzywy falowały z wiatrem, pokarbowane, jak warkocz wytrefiony u pierwszej lepszej modnisi. Wszyscy czuli i rozumieli, że nastąpi coś wielkiego, ważnego i niezwykłego. Od jenerała do prostego żołnierza, każdy czuł się wprawdzie tylko ziarnkiem piasku w tem morzu żyjącem, odczuwając jednocześnie, swoją siłę i znaczenie, jako cząstka olbrzymiej całości.
Po usilnych staraniach, około dziesiątej rano, wszystko i wszyscy, stali w pogotowiu. Armję podzielono na trzy części: konnica na przedzie, za nią artylerja, na końcu piechota.
Między jedną a drugą bronią, zostawiono dużo miejsca próżnego. Każda broń odosobniała się i odcinała od innej. Armja Kotuzowa, której prawe skrzydło stanowił pułk Pawłogrodzki, jak i posiłki świeżo przybyłe, tudzież armja austryjacka, rywalizowali o pierwszeństwo co do wyglądania i całości przedstawiającej się nader wspaniale. Armje połączone ustawiono na jednej linji i słuchały one tej samej komendy.
Nagle przebiegł szmer tę zbitą masę, niby podmuch silniejszy wiatru w lesie, szeleszczący pomiędzy liśćmi.
— Nadjeżdżają! Nadjeżdżają! — zawołało kilka głosów.
Ostatnie drgnienie pełne obawy i niepokoju, w obec oczekiwania niecierpliwego, przebiegło szeregi niby iskra elektryczna.
Zdała widać było rzeczywiście zbliżający się orszak. W tej samej chwili wiatr uniósł chorągiewki na lancach i rozwinął majestatycznie sztandary. Zdawało się, że ten szelest sprawiła radość żołnierzy na widok swoich monarchów.
— Uciszyć się! — zagrzmiał jakiś głos potężny.
Rozkaz powtórzono tu i owdzie, niby pianie kogutów o brzasku dnia, odpowiadających jeden drugiemu. Zapanowało głuche milczenie.
Wśród tej ciszy uroczystej, słychać było jedynie tentent koni nadjeżdżających. Trębacze pułku pierwszego uderzyli w trąby. Ta muzyka wojenna pełna animuszu, zdawała się wychodzić z tysiąca piersi wzruszonych radośnie widokiem monarchów. Zaledwie przebrzmiały uroczyste tony fanfary, usłyszano wyraźnie głos młody i brzmiący dziwnie słodko, cara Aleksandra, który wymawiał te słowa:
— Dzieńdobry, moje dzieci!
Pułk pierwszy odpowiedział tak przeciągłym i grzmiącem „Hurra!“ że każdy z tych ludzi drgnął mimowolnie na myśl, jaką siłę razem stanowią.
Rostow znajdujący się w pierwszym szeregu armji Kotuzowa wysuniętej na samo czoło, odczuł razem z innymi, to ogólne zapomnienie o swojem własnem „ja“ gdy car zbliżył się do nich. Był w tej chwili przekonany o swojej sile niepokonanej, dumny i szczęśliwy. Czuł się pociągnięty magnetycznie ku temu człowiekowi. Uwielbienie dla bohatera tej uroczystości, dla jego pana i władcy, doszły w nim do szału.
Pomyślał, że na jedno słowo tego cara ukochanego, cała ta zbita masa, a i on sam atom nic nieznaczący, rzuciliby się bez namysłu w ogień czy w wodę, gotowi popełnić zbrodnię lub czyn bohaterski i czuł w całem ciele dreszcze gorączkowe, omdlewał prawie na widok człowieka, który był wcieleniem tego słowa.
Okrzyki potężne odzywały się z wszystkich stron. Pułki dotąd nieruchome i milczące jak grób, ożywiały się stopniowo, gdy car koło którego przejeżdżał. Przyjmowano go wszędzie radosnemi fanfarami i rozgłośnem „hurra“, które łącząc się z poprzedniemi, ogłuszały bliżej stojących.
Pomiędzy ciemnemi szeregami piechoty, które zdawały się wrośnięte w ziemię w swojej nieruchomości, harcował i toczył końmi, ze zręcznością jeźdźców wytrawnych, liczny orszak oficerów, należących do świty obu monarchów. Na ten orszak, jak i na cara i cesarza Franciszka, zwrócona była uwaga i wlepiony wzrok, ośmdziesięciu tysięcy ludzi.
Piękny i młodziutki car, w mundurze gwardji konnej, w kapeluszu stosowanym, junacko trochę na bok nasuniętym, z uśmiechem słodkim, z głosem tak dźwięcznym i miłym, pociągał ku sobie nie tylko spojrzenia, ale i serca tłumu całego.
Rostow ustawiony nieopodal trębaczów, ścigał bystrym wzrokiem zbliżającego się cara. Gdy ujrzał przed sobą o jakie dwadzieścia kroków te rysy promieniejące krasą młodości, zapłonął miłością. Wszystko, co w carze zauważył nad wyraz go zachwycało.
Gdy stanął naprzeciw pułku Pawłogrodzkiego, uśmiechnął się młody car z zadowoleniem i przemówił słów kilka po francuzku do cesarza Franciszka.
Uśmiechnął się błogo i Rostow, czując, że jego uwielbienie wzmaga się coraz bardziej. Radby był okazać to czemkolwiek, a brak po temu sposobności, czynił go najnieszczęśliwszym. Car przywołał do siebie pułkownika i zaczął z nim rozmawiać.
— Boże! gdyby tak do mnie przemówił — pomyślał Rostow — umarłbym z nadmiaru szczęścia!
— Panowie! — odezwał się car do oficerów, a Mikołajowi zdawało się, że słyszy głos prosto z nieba spływający — dziękuję wam całem sercem. Zasługujecie na sztandar Świętego Grzegorza i okazujecie się go godnymi!
— Oh! umrzeć dla niego! w jego oczach! — mówił sobie w duchu Rostow.
Po cara przemówieniu, odezwały się na nowo potężne wiwaty na jego cześć, do których przyłączył się Rostow, z całej siły płuc swoich, choćby mu miała pęknąć deka piersiowa. Tym sposobem przynajmniej chciał okazać swój zapał do szału dochodzący.
Car zatrzymał się chwilę, jakby się wahał.
— Jak „On“ może wahać się kiedykolwiek? — pomyślał Rostow.
I to jednak wahanie młodego monarchy, wydało mu się pełnem jakiegoś uroku majestatycznego, jak wszystko zresztą, co car uczynił. Aleksander, dotknąwszy z lekka, butami wysokiemi i przylegającemi, jakie wówczas noszono, boków swojej pięknej klaczki skarogniadej, pochwycił silniej trenzlę, ręką w białej rękawiczce i oddalił się, a za nim w tropy pociągnęła liczna świta adjutantów. Zatrzymywali się po drodze, to przed jednym, to przed drugim pułkiem. Nakoniec Rostow nie widział już nic więcej, tylko pióropusz biały, na cara kapeluszu trójgraniastym, który powiewał po nad głowami tłumu, igrając z wiatrem.
Zauważył on także w carskim orszaku, księcia Bołkońskiego. Przypomniawszy sobie wczorajszą z nim sprzeczkę, pytając się w duchu, czy ma go wyzwać, czy też powinien dać pokój wszystkiemu?
— Nie! nie! — powiedział sobie. — Czy teraz pora po temu? Co znaczą nasze osobiste kłótnie i urazy, gdy serca nam przepełnia miłość, uwielbienie i chęć poświęcenia się dla naszego pana najmiłościwszego? Kocham w tej chwili świat cały, i wszystko, wszystkim więc przebaczam.
Gdy car przejechał po przed całą linję, pułki zaczęły z kolei przed nim defilować. Rostow na swoim „Beduinie“, którego kupił niedawno od Denissowa, jechał ostatni z całego szwadronu, sam jeden i trochę opodal od reszty.
Jeździec doskonały, wspiął konia ostrogą i puścił się wyciągniętym kłusem. „Beduin“ zdawał się odczuwać na sobie wzrok carski. Zapieniony, gryząc niecierpliwie wędzidło, z ogonem pięknie odsadzonym, pędził jak wicher, niby w powietrzu, nie dotykając prawie ziemi swojemi cienkiemi, zgrabnemi nóżkami.
Nie dał mu się i jeździec zawstydzić. Siedział wyprostowany, jakby przyrósł do siodła, z twarzą rozpromienioną i zaniepokojoną jednocześnie. Przelecieli koło cara, jakby koń z jeźdźcem stanowili całość nierozdzielną, w całej swojej piękności i wspaniałomyślności.
— Brawo! brawo! huzary Pawłogrodzcy! — wykrzyknął car.
— Boże! jakże byłbym szczęśliwy, gdyby mi tak kazał natychmiast skoczyć w ogień dla siebie — pomyślał Rostow.
Po skończonej rewji, zgromadzili się w jedno miejsce oficerowie, tak ci, którzy byli przy Kotuzowie od początku kampanji, jak i nowoprzybyli z wielkim księciem Konstantym. Rozprawiali szeroko i długo o czekających ich nagrodach, o austrjakach i tychże umundurowaniu, o Bonapartem, i jego wrzekomo położeniu krytycznem; szczególniej, gdyby połączył się z nimi oddział Essena i gdyby Prusy podały szczerze rękę Rosji, jako z nią sprzymierzone.
Treść główną rozmów, stanowiła niezaprzeczenie osoba samego cara. Powtarzano bez końca każde jego słowo; opisywano każden ruch, a zapał dla młodziutkiego monarchy rósł i potężniał z każdą chwilą.
Ogólnie każdy pragnął jednej rzeczy: iść czemprędzej na nieprzyjaciela, pod cara dowództwem. Z nim każdy był pewnym zwycięstwa. Po skończonej rewji, tak byli mocno przekonani, że rozbiją w puch Napoleona, jakby po wygraniu przynajmniej dwóch walnych bitew.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.