Wielki człowiek do małych interesów/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Wielki człowiek do małych interesów
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Indeks stron


AKT III.

(Salon z otwartą kolumnadą na ogród, po obu stronach kanapy i przed niemi stoły — na prawém pęki kwiatów i wazon.)

SCENA I.
Matylda, Karol.
Karol (pod jedną i drugą ręką księga in folio).

Matyldo, konie posiodłane, chcesz albo nie chcesz jechać... jeżeli nie, wezmę się do roboty.

Matylda.

Nie chcę... zwłaszcza z Panem nie chcę... i nigdy z Panem nie pojadę, rozumiesz mnie Panie Niegrzecznicki?

Karol (kładzie księgi i zasiada na kanapie po lewéj).

Nie gniewaj się moja Matyldo, przeprosiłem cię i jeszcze przepraszam; lubo żem się spóźnił nie moja wina. Wy nie wiecie, co to jest polowanie na bekasy... Myślałem sobie wczoraj, że ty Matyldo powinnabyś spróbować... dobrze strzelasz z pistoletu, wprawiłabyś się łatwo i do strzelby. (Matylda zbliża się zwolna do stołu, potém oparta na księgach słucha z wielką uwagą.) Wiem, jakbyś spuszczała bekasy, a mam fuzyjkę jak piórko... Nie uwierzysz, co to za zabawa... iść za psem, patrzeć jak się zwija, jak sylabizuje po trawie. Co za lube oczekiwanie kiedy ściągać zacznie... A jak serce bije, jak się dech zapiera kiedy... tuc!... stoi... stoi jak mur... biegniesz... pójdź daléj, pif!.. frrru!.. paf! aport!

Matylda (klaszcząc w ręce).

Pif aport!.. I do nogi! prawda? Ja potrafiłabym komenderować: Sa! do nogi! pójdź daléj! Waruj, spłoszysz! Co? prawda, dobrze?

Karol.

Doskonale — gniewasz się?

Matylda.

Nie. A któraż to twoja strzelba lekka jak piórko?

Karol.

Ta wyzłacana... wiesz?

Matylda.

Jednak ja cały poranek czekałam.

Karol.

Jeszcze przebaczyć mi nie możesz, ale jakże miałem konno z tobą jechać, kiedy w dziurze siedziałem.

Matylda.

W jakiéj dziurze?

Karol.

Słuchaj!.. pies ściąga, ja za nim krok w krok... grzęznę coraz bardziéj... ratuję się, jak mogę... w tém patrzę, jakaś kupka sitowiny... szust na nią!.. i plump! aż po pas. (Matylda się śmieje.) Ani rusz... wołam, krzyczę hop! hop! a tu bul bul bul... hop! hop! a tu bulbulbul coraz głębiéj... (Matylda śmieje się klaszcząc w ręce z ukontentowaniem.) I gdyby jakiś szlachcic, co opodal łapał piskorze, nie był przyszedł na pomoc i za kark mnie nie wyciągnął, byłbym moknął dotychczas jak sztokfisz kapucyński.

Matylda.

Ach to musi być bardzo zabawne.

Karol (biorąc księgę).

Teraz nie przeszkadzaj mi.

Matylda.

Cóż to za księgi?

Karol.

Niesiecki. Ciotki będę szukał... Być nie może, aby gdzie w dawnych czasach nie było jakiéj ciotki.

Matylda.

Co ty pleciesz?

Karol.

Siadaj... masz... szukaj!..

Matylda.

Ciotki?

Karol.

Ciotki.

Matylda.

Na co?

Karol.

Aby po niéj majątek odziedziczyć jak Dolski.

Matylda.
Dolski odziedziczył?
Karol.

I to znaczny majątek.

Aniela (wchodząc).

Tak jest, niestety.





SCENA II.
Matylda, Karol, Aniela.
Karol.

Słuchajcie, on mi jasno wytłómaczył... to jest tak: Miał ciotunię ś. p. dawno, nie rodzoną, bo jego pradziad miał primo voto siostrę przyrodnią ciotecznego swego brata, a z drugiéj żony córka jego poszedłszy za syna tego ciotecznego brata...

Aniela.

Chodź Matyldo, on sobie z nas żartuje.

Karol.

Ależ nie żartuję, słuchajcie tylko... otóż ta ciotunia zostawiła była bardzo dawno dożywocie siostrzenicy tego ciotecznego brata... O! rozumiecie?

Matylda.

I cóż?

Karol.

I cóż babula żyła ze sto lat, aż trzeciego lutego babula clapsit.

Matylda.

Co to clapsit?

Karol.
To po łacinie... a po naszemu klapnęła i Dolski odziedziczył majątek, o którym mu się nigdy nie śniło.
Matylda.

Ale na cóż nam to wszystko rozpowiadasz?

Karol.

Dlatego, aby was przekonać, że takiéj ciotki tylko w dalekiéj przeszłości szukać należy.

Matylda.

Szukaj, szukaj mój Karolu, ale nam daj pokój.

(Przechodzi z Anielą na prawą stronę i rozmawia z nią na stronie... Od początku téj sceny widać w głębi ogrodu Dolskiego we fraku i żółtych rękawiczkach... zapędza się, wraca i zdaje się wyglądać kogoś.)
Aniela.

Tak jest nie inaczéj, mówiłam z Wujaszkiem — dał mi wyraźnie do zrozumienia, że Pan Dolski o tobie myśli i bolesną skończył uwagą: Jużci nie o tobie, rzekł, moja Anielko... on majętny, ty masz bardzo mało... czas romansów minął... korzystaj z tego, co ci powiadam, bo wiem, co mówię, spuść się na mnie. Matyldo, ja płakałam.

Matylda.

Wszystko to jednak nic nie znaczy.

Aniela.

Najwięcéj mnie dręczy, że on odgadł może, co się dzieje w mojém sercu... ale przekonam go, że się omylił... zemszczę się... ale dlaczego udawał? Niegodziwie! szkaradnie!

(Odchodzi — Dolski w głębi ogrodu przybliża się do niéj, ofiaruje jej różę, ona po kilku niby wyrzeczonych słowach odwraca się nie przyjąwszy róży i odchodzi — Dolski pozostaje w miejscu odurzony, potem wciska kapelusz i przechadza się w głębi; na przodzie sceny rozmowa Karola z Matyldą trwała tymczasem nieprzerwanie.)
Matylda.

Biedne dziecię... ale zobaczymy... (do Karola) Pan Dolski odziedziczył zatém znaczny majątek?

Karol.

On, co nigdy kieliszka wina nie wypił — to niesprawiedliwość!

Matylda.

Ale dlaczego tajemnica?

Karol.

Jaka? — Nikt go się nie pytał, on téż nic nie mówił.

Matylda.

Ale stryjaszek?.. ho ho ho!.. Dojdę ja tego.

Karol.

Powiedzże mi dlaczego w naszéj familii nie miałaby się znaleść jaka ciotka, ciotunia, cioteczka mała?.. tylko szukać trzeba. Żebym naprzykład wiedział, matka mojéj matki Miczałkowska z domu, czy się także z Miczałkowskiej rodzi? Proszą cię... tu szukaj...

Matylda (odtrącając księgę).

Nie nudźże mnie! (na stronie) Ha!.. otóż Dolski botanizuje... Panie Dolski pomówimy z sobą. (Matylda zbliża się do Dolskiego, który chce jéj uniknąć — zatrzymuje go i rozmawia z nim w głębi.)

Karol (przerzucając księgi z wielkiém natężeniem).

Tak, Kurowiecki miał za sobą Miczałkowskę... ja wiem... ale żebym mógł z dołu wydrapać się, to w górze zahaczyłbym się przecie.





SCENA III.
Karol, Leon, (wchodząc po lewéj) Matylda, Dolski.
Leon (patrząc przez lornetkę na Matyldę, przychodzi powoli na przód sceny).

Proszę, proszę... Z małéj nowinki jaki skutek ogromny... Wczoraj był nieznośny, a dziś jest przyjemny... O świecie przewrotny!.. Wszystko to są mądre plany kochanego stryja... Wielki człowiek do małych interesów.

Karol.

Nie wiesz, czy Miczałkowska nasza babka nie rodzi się z Miczałkowskiej?

Leon (nie słuchając go chodzi rzucając wejrzenia na Matyldę).

Ale jaka poufna rozmowa... i nie ma końca (śmieje się) O! kobiety, kobiety!.. Pan Dolski majętny, z Panem Dolskim warto pomówić... Czy go tu licho przyniosło!

Karol.

Proszę cię, powiedz mi, czy Miczałkowska?..

Leon.

Dajże mi pokój do wszystkich djabłów z twoją Miczałkowską. (Odchodzi.)

Karol.

Nikt nie chce pomódz, jeszcze przeszkadza. Pójdę do Pana Ignacego... (Bierze księgi pod pachy, odchodzi i wraca.) Bo jeżeli Katarzyna córka Eufemii... tu sęk!.. (Odchodzi.)





SCENA IV.
Matylda, Dolski (przychodząc na przód sceny).
Matylda.

Panie Dolski, lubisz Pan jeździć konno?

Dolski.

Bardzo lubię.

Matylda.

Jeździsz Pan często?

Dolski.

Dosyć często.

Matylda.

Ja codzień.

Dolski.

Codzień, podziwiam jéj zręczność... Panna Aniela nie lubi zapewne?

Matylda.

I owszem, ale jéj teraz nie pozwalam, bo nie mam dla niéj dość spokojnego konia.

Dolski (z zapałem).

Ach dobrze Pani robisz... (spuszczając oczy i spokojnie) Dobrze Pani robisz.

Matylda.

Za słabą ma rękę.

Dolski (do siebie).

Biedaczka!

Matylda.
Daje się unosić.
Dolski.

O la Boga! (spokojnie) O la Boga.

Matylda.

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Kochałeś się Pan kiedy?

Dolski.

Racz Pani wysunąć ten przedmiot z pod swoich żartów. Jeżeli kochałem — kocham; jeżeli kocham — kochać będę. Miłość jest świętością w mojém sercu... rozmawiać o niéj nie chcę... zdaje mi się, że to byłoby kazić jéj czystość. Ja Panno Matyldo jak nie z tego świata, marzę o wiecznéj miłości.

Matylda.

Ależ mój Panie Dolski, żaden kochanek od lat tysiąca nie wspomniał inaczéj swojéj miłości, jak z tym koniecznym dodatkiem „wieczna“. — To się stało formą tak jak „padam do nóg“ albo „uniżony sługa“, lubo nikt przez to nie służy, a mniéj jeszcze do nóg upada.

Dolski.

Być może... ja jednak powtarzam, miłość moja trwać będzie póki życia.

Matylda.

Daj Boże!

Dolski (na stronie powtarza).
Daj Boże? (Obudza się w nim myśl, że Matylda go kocha i coraz bardziéj go niepokoi).
Matylda (p. k. m.)

Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Strzelasz Pan dobrze z pistoletu?

Dolski (z bolesném uczuciem).

Ach!.. Tak jest... strzelam nie źle.

Matylda.

I ja nie źle — na dwadzieścia strzałów pięć w same czarne.

Dolski.

A Panna Aniela?

Matylda.

O ta boi się wszelkiéj broni.

Dolski.

Tyle ma łagodnego usposobienia, tyle prawdziwie niewieściéj nieoszacowanéj spokojności.

Matylda.

A wiesz Pan, że ta pochwała niekoniecznie na swojém miejscu.

Dolski.

Ach przepraszam, dwakroć przepraszam jeżeli może...

Matylda.

Pan nie pochwalasz téj rozrywki dla dam? (Dolski milczy ze spuszczonemi oczyma.) Prawda?

Dolski.
Moje zdanie nie wielkiéj wagi.
Matylda.

A ja się pytam o to zdanie nie wielkiéj wagi.

Dolski.

Pani...

Matylda.

Zniecierpliwisz mnie Pan w końcu.

Dolski.

Cóż mam powiedzieć, o la Boga! Zdaje mi się, że delikatne rączki nie stworzone do broni.

Matylda.

Każda ręka stworzona do broni... Wszyscy powinniśmy umieć bronić się w potrzebie.

Dolski.

Rzecz to ojców, braci, mężow, protektorów naturalnych płci słabszéj.

Matylda.

Niebezpieczna sprawa, jak między sąsiadami... protektor staje się najczęściéj Panem, a protegowany sługą. (p. k. m) Panie Dolski.

Dolski.

Pani?

Matylda.

Jaki Pan masz gust?

Dolski.

W czém, Pani?

Matylda.
Co do powierzchownej piękności. Naprzykład: Podobają się Panu czarne włosy? (Dolski spojrzawszy na jéj czarne włosy, milczy.) Hm? nie?
Dolski.

Czarny włos jest piękny, bardzo piękny... ale o gusta, jak mówią, sprzeczać się nie można.

Matylda.

A więc może lepiéj się podoba włos jedwabny, jasny jak blady promyk słońca.

Dolski (z zapałem).

Sliczny, cudny, boski... (ciszej spokojnie) cudny... boski.

Matylda.

Ciemne oko, bystre, czarnemi zacienione rzęsami zdaje mi się, że piękne... prawda? (Dolski spojrzawszy jéj w oczy, milczy.) Co? nie?

Dolski.

Piękne, ale...

Matylda.

Ale się Panu nie podoba... Ładniejsze więc może oko niebieskie łzawe, przejrzyste, które błękit nieba odbijać się zdaje.

Dolski (z zapałem).

A tak łagodne, swobodne, pełne dobroci, aż w głąb serca sięgające... (ciszéj spokojnie) Serca sięgające.

Matylda.

Usta małe.

Dolski.

Jak poziomka.

Matylda.
Postać...
Dolski.

Jak trzcinka.

Matylda.

Nie wysoka.

Dolski.

I nie mała, w sam raz.

Matylda.

Nóżka...

Dolski.

Jak u dziecięcia... nóżka, nóżeczka...

Matylda.

Czyja?

Dolski.

Prawda, czyja?.. fantazya...

Matylda.

Nie spodziewałam się po Panu takiego zapału, takiego uniesienia.

Dolski.

Czy się zapaliłem?.. Czy się uniosłem?.. A więc muszę przeprosić.

Matylda.

Czy Pan łatwo się unosisz? Pan może jesteś porywczy?

Dolski.

Och, Pani, Pani.

Matylda.

Cóż?

Dolski.
Bolesne pytanie.
Matylda.

Dlaczego?

Dolski.

Niegdyś... byłem porywczy.

Matylda.

Czy być może?

Dolski.

Niestety!

Matylda.

Jakaś historya... powiedz mi Pan.

Dolski.

Bardzo krótka i bardzo smutna. Skrzywdziłem najlepszego przyjaciela, — strzelałem się z nim — raniłem — dotąd jest kaleką.

Matylda.

Prawda, że smutna — A teraz?

Dolski.

Poprawiłem się.

Matylda.

Tak, jakimże sposobem?

Dolski.

Pani śmiać się będziesz.

Matylda.

Wcale nie. Słucham.

Dolski.

Stary sługa poradził mi, abym, ile razy gniew mnie chwyta i nim pierwsze słowo wyrzeknę, abym....

Matylda.
Cóż?
Dolski.

Abym jaką piosneczkę zaśpiewał. (Matylda parska śmiechem).

Matylda.

Wybornie! I Pan śpiewasz?

Dolski.

Jedyną piosnkę, którą mogłem spamiętać.

Matylda.

Pan nie muzykalny?

Dolski.

Nie.

Matylda.

I ja nie. Jakaż ta piosneczka?

Dolski.

Och Pani!..

Matylda.

Proszę.

Dolski.

Bardzo prosta.

Matylda.

Słucham.

Dolski.

„Czegoś oczka zapłakała,
Moja ty kochanko miła.“ (Matylda śmieje się mocno). Mówiłem, że mnie Pani wyśmiejesz.

Matylda.

Nie Pana, nie... ale ten pomysł. (Śmieje się.)

Dolski.
Wydał owoc.
Matylda.

Zatém jak Pan chcesz swemu strzelcowi lub furmanowi powiedzieć „niech cię wszyscy!“ i tam daléj... to mu Pan śpiewasz „Czemuś oczka zapłakała“. (Śmieje się.)

Dolski.

Nie jemu, ale sobie śpiewam, albo nucę, póki z gniewu nie ochłonę.

Matylda.

Wyborny środek i ja go użyję... śpiewać będę... ale moję piosnkę jednę, którą umiem:
„A kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów,
O naszéj przyjaźni dobrze mów.“
Jeżeli więc zdarzy nam się kiedy pokłócić ze sobą, Pan zaśpiewasz „Czegoś oczka zapłakała“, a ja „Kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów“. Wybornie!.. Ale z tego wszystkiego koniec końców wynika, że Pan masz od dziś dnia we mnie najszczerszą przyjaciółkę. (Podaje mu rękę, którą on całuje. Leon, który się w ciągu téj sceny często w głębi pokazywał, i Aniela, która przy krzaku róży niby kwiat zrywała, oboje na ten widok jak zelektryzowani odwracają się i odchodzą. — Matylda obracając się jeszcze przy wychodzie.) Jakże Panie Dolski, „Czemuś oczka zapłakała“. (Wybiega śmiejąc się.)





SCENA V.
Dolski (sam).

Pan masz we mnie przyjaciółkę... przyjaciółkę! Ale na Boga, jak sobie życzę urząd kiedyś piastować... ona daléj zmierza... nie jestem tu już daléj bezpieczny... Dziwnie... Panna Aniela zdawała się zawsze być mi przychylną... spoglądała nieraz na mnie.. Och spoglądała!.. A teraz kiedy spieszę z deklaracyą, kiedy ofiaruję różę w jak najprzyzwoitszym sposobie... ona róży nie przyjmuje, nie da przyjść do słowa i zostawia mnie jak na lodzie... tak jest... na lodzie... i z otwartą gębą... A Parma Matylda, która mi różnych przycinków nie szczędziła... dziś zmusza do rozmowy, sadza przed sobą jak do examinu, rozprawia o miłości, o swoich czarnych oczach... hm! To zdaje się dość jasném... piękny interes... niéma żartów. Jedna dobrze... ale dwie?! Przytém jeden zazdrości mi mojéj nieboszczki ciotki, drugi chce mi urząd zdmuchnąć... A, tego za wiele!... Nie chcę być powodem zaburzenia pod gościnnym dachem... i najlepiéj zrobię, jeśli czém prędzéj odjadę. (Odchodzi i spotyka Jenialkiewicza.)





SCENA VI.
Jenialkiewicz, Dolski (następnie) Matylda, Aniela, Karol, Leon.
(Jenialkiewicz, papiery w ręku, zwołuje głosem i gestami z prawéj i lewéj strony.)
Jenialkiewicz.

Proszę! proszę moje Panny! Panowie! proszę tu na chwilkę. (Schodzą się z różnych stron. Karol ze swojemi księgami pod ręką — Jenialkiewicz pośrodku przebiega wszystkich śledczém okiem, nareszcie p. d. m. mówi) Cóż? (milczenie) Hm? — Słuchajcie. Odjeżdżam w skutek odebranego kuryera, w bardzo ważnym interesie. Wam zostawiam następujące rozkazy: Matyldo i ty Anielo pojedziecie jutro do miasta z Panią Moczybłocką.

Matylda.

A to po co?

Jenialkiewicz.

Spuść się na mnie... Będziecie mi dziękowały... konie nakazane... wszystko urządzone... zajedziecie do mojego pomieszkania... punkt o dwunastej... Anielo, tobie jako rozsądniejszéj... czyli raczej rozsądnéj...

Matylda.

Całuję rączki.

Jenialkiewicz.

Polecam ścisłe wykonanie mojej niniejszéj woli. (p. k. m.) Leonie, pojedziesz tam także z Panem Dolskim moją krytą bryczką... konie najęte... o dziewiątej wieczór ztąd wyjedziecie... zamówią wam pomieszkanie podle mnie w Hotelu Drezdeńskim.

Leon.

Właśnie o dziewiątej miałem ztąd wyjechać.

Jenialkiewicz.

A koniecznie swoją głową.

Leon.

Wszak się nie sprzeciwiam.

Jenialkiewicz.

Nigdy się już nie poprawisz. (p. k. m.) Karolu!

Karol.
Słucham.
Jenialkiewicz.

Na masz. (Daje mu duży list o kilku pieczęciach. Karol chcąc odebrać wypuszcza księgę z pod prawéj ręki — Jenialkiewicz odskakuje; Karol chcąc chwycić księgę, wypuszcza drugą z pod lewéj ręki pod nogi Dolskiego, który w tył odskakuje.) Cóż to?.. księgi i ty razem?

Karol.

Chciałem poszukać, ale wolę spytać się wujaszka, czy Miczałkowska Katarzyna...

Jenialkiewicz.

Pst!.. Wiesz, że tylko w poniedziałek podobne zapytania przyjmuję... i to na piśmie.

Karol.

Prawda, zapomniałem.

Jenialkiewicz.

Oto masz.

Karol.

To do mnie... ręka Wujaszka... (Chce rozpieczętować.)

Jenialkiewicz.

Hola!.. Jutro o jedenastej każesz założyć do bryczki bułane konie... weźmiesz ze sobą...

Matylda.

Panią Moczybłocką.

Jenialkiewicz (z nieukontentowaniem).
Nie. Antka Fujarę. — Pojedziesz na górny folwark, tam w przytomności ekonoma odpieczętujesz ten list... i podług zawartej w nim dyspozycyi postąpisz. (Pogląda po wszystkich, jakie to wrażenie zrobiło.) Co? hę?
(Przed chwilą Pan Ignacy w dużym popielatym kapeluszu, ręce w tył założone spacerując powoli, zatrzymał się był w środku między kolumnami i przysłuchiwał się rozporządzeniom Jenialkiewicza.)
Pan Ignacy.

I na co to się przyda?

Jenialkiewicz (spuszczając okulary — niekontent).

Ot! Ot! Jegomość... powiedział co wiedział.

Pan Ignacy.

Nie jeden w tych czasach powiedział, co nie wiedział, to gorzéj... (Spaceruje daléj — Jenialkiewicz bierze pod rekę Dolskiego i odchodzi z nim w przeciwną stronę mocno gestykulując.)

Leon (na stronie).

Ambroży! Ignacy! Wielki człowiek do małych interesów, i mały człowiek do wielkich interesów. Dobra para.





SCENA VII.
Matylda, Aniela, Karol, Leon.
Aniela (na stronie do Matyldy).

Czegoż on cię w rękę pocałował?

Matylda.

Czy mi nie dowierzasz?

Aniela.

Ach, bo tak strasznie jesteś ładna.

Matylda (całując ją w czoło).
A jednak ciebie, ciebie kocha szalenie.
Aniela.

Dlaczegoż Wujaszek?..

Matylda.

Nic nie wié.

Aniela.

Dlaczegoż on unika?..

Matylda.

Bądź spokojna... wszystko się wyjaśni.

(Aniela układa po prawéj stronie kwiaty w bukiet, Matylda z nią rozmawia — Karol zamyślony obraca list na wszystkie strony.)
Karol.

Cóż u djabła? Czy kochany Wujaszek każe mi kogo rozstrzelać?

Leon.

Nie, zapewne przemiar szpichlerza zrobić.

Karol.

I mnie się tak zdaje. (Rzuca list na stół — siada na kanapie i zajmuje się przeglądaniem swoich ksiąg.)

Matylda.

Już to trzeba przyznać, że wszyscy kochamy naszego poczciwego Stryjaszka, ale że Pan Dolski o wiele w uległości nas przechodzi.

Leon (ironicznie).

Akcye Pana Dolskiego idą w górę... dziwna rzecz dlaczego dopiero od dziś rana.

Matylda.

Anielko, czy dopiero od dziś rana?

Leon.
Co to za cudowne szkiełko, ten majątek...
Karol.

Który po ciotuni Miczałkowskiej... nie — chcę powiedzieć...

Leon.

Przez to szkiełko wszystko, co było pospolite, poziome, pokazuje się wzniosłém, szlachetném... co było ckliwe i nudne, staje się zajmującém i dowcipném.

Aniela.

Nie wznawiajcie téż swéj wiecznéj u nas rozmowy o majątkach, posagach, pieniądzach... daléj trzeba będzie uwierzyć, że pod klątwą ten, co niebogaty.

Leon.

Kto niebogaty w pieniądze, może być bogatym w przymioty duszy tak jak moja (do Anieli) szanowna kuzynka.

Matylda.

Och! och! och! Leonie!... popraw się... powiedz coś nowszego.

Aniela.

Wiesz co Leonie, nikt ci nie zaprzeczy wiele rozumu, ale mógłbyś go jeszcze podwoić.

Leon.

Do zamknięcia epigramatu potrzebne zapewne zapytanie, a więc pytam: jakim sposobem?

Aniela.

Tym sposobem, abyś tylko trochę więcéj cenił

rozum drugich.
Matylda.

Dobrze powiedziałaś. Leonowi zdaje się zawsze, że każde jego słowo ma cenę niezaprzeczoną... nigdy niczyjego milczenia inaczéj nie tłomaczy, jak za bezwzględne przyjęcie wszystkiego tego, co mu się podobało objawić... jedném słowem myśli sobie zawsze: Gdybym chciał, uwierzyłybyście, że w samo południe gwiazdy świecą na niebie.

Karol (do Leona).

Czy Parantowiczówna w stanie panieńskim zeszła z tego świata?

Leon (nim jeszcze Karol skończył).

Czy to będzie gwiazdą w południe, jak powiem, że Dolski nie myśli się żenić. (Matylda z Aniel śmiejąc się szepczą między sobą.) Cóż w tém śmiesznego? Niktże nie może zbliżyć się do pięknéj a bogatéj Matyldy, aby nie stawał się zaraz konkurentem? (p. k. m.) Matylda nie przypuszcza obojętności... jest przekonaną, że nawet ja byłbym u jéj nóg, byle tylko chciała, wszak prawda? — Powiedz szczerze.

Matylda.

Powiedzieć, że nie — nie uwierzysz... powiedzieć, że tak, ściągnąć sobie mogę nie zbyt pochlebne zaprzeczenie. (żartując) Wolę więc cierpieć i milczeć.

Karol.

Co się mnie tycze, oświadczam ci Matyldo, że jeżelibyś się kiedy we mnie zakochała...

Matylda.
Niema niebezpieczeństwa mój Karolu.
Karol.

Ja też mówię: jeżeli, wtenczas jestem na twoje usługi, że zaś masz majątek a ja nie, to mi nic nie szkodzi... nie będę na to uważał. (Przechodząc trochę w seryo.) Ale jako dobry kuzyn, radzę ci, staraj się a znajdziesz coś lepszego.

Matylda.

Nie znajdę, bo szukać nie będę. Dwa karnawały w mieście spędzone oświeciły mnie dostatecznie. Piękna młodzież, niema co mówić.

Leon.

O dla Boga moja Matyldo nie chciéj téż powtarzać kazań naszej staréj Jenerałowej o niemoralności tego wieku.

Matylda.

Warto powtarzać... nie do was to mówię. Ty Karolu biłeś się dobrze... ty Leonie pracujesz piórem i głową... nastąpisz kiedyś po stryjaszku jako Ambroży drugi.

Aniela.

Matyldo!

Leon (urażony).

Jesteś dzisiaj wesoła do podziwienia.

Matylda.

Patrzcie, pokażę wam exemplarz miejskiego Mirliflora. (Bierze laseczkę i lornetkę od Leona.) Najpierwéj... okienko w oku... bez tego nic... czy tylko utrzymam... otóż jest... pięknie, prawda? tu ślepota, tu zéz... niby fluxya w twarzy, tortikoli w karku... co? (Cofa się w głąb i zdejmuje kapelusz.) Przy tém wąsik w igiełkę.... pazurki jak rydelki.... pręcik w ręku.... daléj na konkietę... (Przysuwa się do Anieli i niby zaleca się do niéj cicho mówiąc, p. k. m. nie odwracając się przez ramię mówi do mężczyzn.) Wy tam w czarną kupą zbici lub po kanapach rozłożeni, myślicie, że iskrzącą dowcipem prowadzę rozmowę... wcale nie, ja mówię o wielkiém błocie. Uważajcie, jak się zbliżam, nachylam, wyginam, nie jeden z was mówi pewnie: Patrz, patrz jak się podbiera... Wszak to jest uświęcony, piękny wyraz?.. A ja bliżéj, bliżéj, staram się chwycić koniec wstążki lub listek bukietu... to już niby oznaczy stosunek poufalszy... (zwracając się całkiem) Raz tylko to mi się trafiło; ale jak spojrzałam na konkieranta aż usiadł obok krzesła.

Karol.

Ech! żeś go nie przeciągnęła.

Matylda (znowu przed Anielą mówi przez ramię).

Rozumie się, że mówię po francuzku i tylko jak braknie słowa, łatam polszczyzną. Ja bliżéj... bliżéj... dama się cofa... Wy tam myślicie, że przed natarczywością sentymentu... nie, ona się odsuwa, bo mnie czuć mocno cygarem... dopiero w przedpokoju z ust wyjąłem.

Aniela.

Między nami mów co chcesz, tylko niech nikt obcy nie słyszy.

Karol.

Czemu niema słyszeć, co warto drukować.

Aniela.
Nie nam to przeistaczać społeczeństwo.
Matylda.

Dlaczego nie?

Karol.

Tak, dlaczego nie?

Aniela (do Karola).

Tylko ty się nie odzywaj.

Matylda.

Zacznę od balów.

Leon.

Na przykład?

Matylda.

Sama sobie taneczników wybierać będę.

Leon.

Ho! ho!

Aniela (do Matyldy).

Żartujesz, wszak prawda?

Matylda.

Wcale nie. Na co mam stać w rzędzie jak fiaker i czekać, aż mnie kto zawoła, aby mi potém po nogach nie w takt deptał — sama wybierać będę; dam przykład.

Leon.

I kiedyż rozpocznie się ta kampanja?

Matylda.

Na pierwszym balu.

Aniela.

Nie zrobisz tego.

Karol.
Bardzo źle, jeżeli nie zrobi.
Aniela.

Mój Karolu, milczże proszę cię.

Matylda.

A jak się kłaniają! ha ha ha! patrzcie. (Kłania się.) Cóż znaczą te zygzaki nogami? Prawa noga naprzód czy znaczy szacunek? a lewa sentyment? Na honor nie macie rozumu.

Aniela.

Taką krytykę pozwalam ci, ale nie inną.

Leon.

Kto ma duży posag temu wszystko wolno.

Matylda.

Mnie chcesz tém przymówić? To was, was Panowie, a nie nas krzywdzi, że tylko posagi cenicie... Ja zupełnie zgadzam się z tobą uczony Leonie, że będąc bogatą, gdybym była poczwarą, złośnicą, waryarką... adoratora zawsze znajdę. (Uderza z pod spodu w księgę rozłożoną na kolanach Karola.) No!... Na koń!

Karol.

Służę, służę.

Matylda (wybiegając z Karolem).

Dziś żwawo... train de chasse... bez przerwy tam i napowrót... prawda? Allons!



Koniec aktu III.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.