Wielki świat małego miasteczka/Tom I/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki świat małego miasteczka
Podtytuł Powiastka
Data wydania 1832
Wydawnictwo Th. Glücksberg
Druk Th. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.
PACIENCI.


Alfred.

Nareście z moich chorób tysiączne kłopoty,
Mam podagrę, chiragrę, spazmy i suchoty.

Panna Marta.

A więc nam wraz obójgu leczyć się potrzeba,
Bo i mnie słabościami obarczyły nieba,
Ciągle męczy rumatyzm, w ręku, w nodze, w boku,
Mam kaszel, zawrót głowy i bielmo na oku.

Fredro  Pierwsza Lepsza.

Ujrzałem nazajutrz siedząc w oknie moim, postać opakowanego jak do długiej drogi koczobryka, który zwolna posuwał się ulicą, a różnego kalibru osoby z tyłu i przodu poprzyczepiane, tak szczególną postać mu nadawały, że mimo złego humoru, rozśmiałem się z niego po cichu. Proszę albowiem wystawić sobie pojazd, którego boki dziwacznie są malowane w wypłowiałe kwiaty, na wierzchu którego unosi się pochylona wiekiem buda i przysute pyłem długiej drogi pudła i pudełka.
Tłómok w tyle przymocowany mieścił bardzo wygodnie na sobie jakiegoś Grzesia, z jakąś Basią w bardzo dobrej harmonii zostających, o czém przekonałem się z tego, że grzeczny i dworny sługa podtrzymywał swoją towarzyszkę, aby w czasie przejazdu po bruku, wśród niezmiernych skoków landary, nie upadła. Widać było, że się mocno o to troszczył, bo ręce miał przy niej i oczy w nią tylko wlepione, a owa Basia łając go niby, że sobie zbytecznych poufałości publicznie pozwalał, patrzyła po oknach, czy nie ujrzy co bardziej ludzkiego, jak jej Adonis. Piesek zaś obwinięty w poduszkę którego na kolanach piastowała, okropnie szczekał, na otaczające go i wiodące w tryumfie brytany.
Woźnica w przytartym lakierowaną cératą pociągnionym kapeluszu, kierował końmi, które ostatnich sił dobywały, aby na miejsce przeznaczenia dostojne towarzystwo wewnątrz powozu zawarte, dociągnąć. W głębi zaś pojazdu wyglądało jakieś Boże stworzenie, chude i chorowite, w ogromnej, mimo ciepła, czapce uszatej, w płaszczu z baranami i z pstrą chustką starannie około szyi obwiązaną. Widać, że ta figura była tam główną, bo zabierała najwięcej miejsca i opierała się z tyłu i z przodu na dwóch starannie przypasowanych poduszkach. W środku zaś pojazdu siedziała rumiana, z wesołém wejrzeniem i lubą, wdzięczną twarzyczką panienka, młodziuchna i świéża jak pączek róży, który wśród licznych kokard i woalu ukazywał się na jej prostym, słomkowym kapeluszu; a kilka loków wymkniętych znienacka z pod jej czépka, spadło na białe skronie. Staruszka, obok siedząca zdawała się być jej matką — miała na sobie jupkę bielistkami podbitą, na głowie kapturek floransowy watowany, służący zamiast kapelusza, — woreczek z którego wyglądały prątki od pończochy, leżał na kolankach, a obok niego gruba i wielka książka od nabożeństwa z klamrami. Panienka przysłuchując się ojcu, opowiadającemu cóś powoli, wstrzymywała drżącego od strachu pieska, na głos szczekającej za pojazdem starszyzny, i przestrzegała dwóch chłopczyków siedzących na przedzie, w białych kapelusikach i kurtkach.


— Jak sobie chcecie,mówił Bomba, ale zaręczam, że nie widziałem jeszcze Burmistrza, idącego z większą attenciją.

— I fi! nie gadaj pan mi o tém! przerwała Aptekarzowa — pan Burmistrz nie przyzwoicie sobie postąpił — nie zaprosił nikogo na wieczór tylko samych Pretficów; jakbyśmy my nie umieli się znaleść w towarzystwie. A potém — cóż to za wielka osobliwość ten pan Stolnik Słomka, co to przyjechawszy stanął u niego!
— Zdaje mi się jednak, że i państwa proszono.
— O! nie — to ci mądrzy ludzie, chcieli tylko żebym im dała moją córkę, dla zabawy tej tam lalki, co tu przyjechała — ale się nie udało, bo ja mojej córki nigdzie nie puszczę bez siebie.
— Czy to prawda, że oni tu na kuraciją przyjechali?
— Prawda! nawet mąż pani (wskazując na doktorowę) już tam był.
— To i cóż? na cóż chory?
— Ja słyszałam, na suchoty.
— Mnie mówiono, że na podagrę.
— Ja wiém dobrze, że na febrę.
— Chowaj Boże — na gorączkę.
— A sama czy także chora, że z mężem przyjechała?
— Chora! o chora, tylko nie pamiętam na co, na kaszel podobno.
— O nie! na rumatyzm.
— Smiészna to rzecz! ja słyszałem że na oczy.
— Mniejsza o to, a panienkaż ta, po co z niémi? Bóg święty wié na co ją tu z sobą przywlekli — żeby nam jeszcze dziewcząt naszych nie popsuła.
— Mnie się zdaje, chyba przeciwnie — rzekł Bomba.
— Już to mąż mój mówił, że się o nią wiele starało, ale to jakaś jejmościanka wybredna. Osobliwość, że jeden z jej konkurentów, był kulawy i złośnik, ale miał do roku 40,000 dochodu. Albo że drugi, to już istne grymasy, był suchotnik i sknéra, to dobrze — byłby prędko umarł i majątku nie zmarnował. O! żeby tak mojej córce, tobym kazała i kwita.
— Oj! prawda, że to zbytki.
— Ale dowiemy się jeszcze o tém więcej, od mego chłopca jak powróci, bom mu dała dwudziestkę, żeby lokaja pana Stolnika poprowadził na piwo, i wyciągnął go na słówko.
— A czy Jejmość uważała, jaki u tej panienki kapelusz?
— At sobie, u mojej Gabrusi ładniejszy daleko i forma nowomodna, tamten już dawno wyszedł z używania.
— A mnie się podoba.
— Bo też i gust u Jejmości!
— Co też pani powiesz o sukni?
— Osobliwość! u mojej córki daleko piękniejsze są suknie, tu u mnie kiedy uszyje moja pani Dłubalska, to aż patrzeć miło! ona to przecie co rok nowe formy z Warszawy sprowadza.
— Doprawdy? ot tego niewiedziałam.
— A sama Jejmość?
— Zdaje się dobrze była ubrana, tylkoż ten czépek floransowy. Pani Dłubalska mi mówiła, że to straszna staroświecczyzna.
— Ale ciepły! dodał Bomba i wszyscy do rozpuku śmiać się z niego zaczęli.
— Osobliwość że ciepły, rzekła z miną dowcipu Aptekarzowa, toby taką rzeczą najlepiej włożyć poduszkę na głowę. To powiedziawszy sama naprzód śmiać się zaczęła.
— A ichże pojazd? odezwała się druga.
— Śmieszny! prawdziwie musi to być rówiennik fraka Organisty, taki stary!
— Mój mąż swoją bryczką, którą do chorych jeździ, zakasowałby ich landarę, a co mego koczybryka to ani równać nie można.
— A naszże koczyk?
— To także staroświecczyzna. Żebyś to Jejmość widziała nowomodne kocze, jak tu naprzykład wieźli jednemu panu niedawno z Warszawy, to jak lalka! Oh! zdaje się żeby kto w takim koczu po moją córkę przyjechał, choćby był stary jak dziad kościelny, tobym mu ją oddała. Tu Gabrusia siedząca na ustroniu rzuciła wzrok pogardzający na Doktorowę.
— Żeby on sto takich koczów przywiózł, odpowiedziała Aptekarzowa, tobym mu jej nie dała, pókiby nie pokazał, co ma.
— O! bo Jejmość wysoko patrzysz — to zobaczysz, że skończysz na niczém.
— Mało wiele, aby nie skończyć na pożyczanym koczu.
— Zapewne że nie na pożyczanym, ale na własnym. Bo kto ma kocz, ma i pieniądze, boby go z palca nie wyłamał. Żebyto tylko takiego mojej córce, to tak jak Jejmość widzisz, pobłogosławiłabym ją zaraz i siadłabym patrzeć w oknie, jak moja córka w nowym koczu paraduje!


Wielki świat małego miasteczka T.1 p.196 ilustracja.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.