Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Wielki świat małego miasteczka 01.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
( 186 )

niezmiernych skoków landary, nie upadła. Widać było, że się mocno o to troszczył, bo ręce miał przy niej i oczy w nią tylko wlepione, a owa Basia łając go niby, że sobie zbytecznych poufałości publicznie pozwalał, patrzyła po oknach, czy nie ujrzy co bardziej ludzkiego, jak jej Adonis. Piesek zaś obwinięty w poduszkę którego na kolanach piastowała, okropnie szczekał, na otaczające go i wiodące w tryumfie brytany.
Woźnica w przytartym lakierowaną cératą pociągnionym kapeluszu, kierował końmi, które ostatnich sił dobywały, aby na miejsce przeznaczenia dostojne towarzystwo wewnątrz powozu zawarte,