Wiatr od morza/Los Zbigniewa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Wiatr od morza
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1926
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Włodzisławowic, Zbigniew — serce zdradzieckie, — w pustej komnacie płockiego zamku błąkał się od okna do okna. Głownie sosnowe tlały w wielkim kominie. Światło z otworów okiennych, wpadające poprzez błony ze skóry baraniej, napojonej tłustością, ledwie o dniu świadczyło. Tyleż co światła ta izba, miało w sobie ludzkiego wesela zdradzieckie serce książęcia.
Niedawno Włodzisławowic stracił był syna jednorodzonego. Wślad za tą klęską spadły nań inne, tłumem, zastępem. Daremne się stały intrygi i podszczuwania, zasiewane wśród Niemców, Czechów, Pomorzan. Daremnie paliły się i obracały w perzynę bogate grody, konali chłopi, przeklinali starcy, jęczały uprowadzone kobiety i nadaremnie poginęły dzieci, mieczem przecięte, spisą przebite.
Daremnie!
Tryumfował »Żóraw« Bolesławów.
Teraz z obozów czeskiego Władysława, który jedynowładzcy krakowskiemu wrogiem być przestał, Zbigniew, — brat — wróg, — wrócił się do ojczyzny z dobrej woli i upadł do nóg wrogowi — bratu.
— Zapogódźwa się, bracie! — wyszlochał.
I z krzywej gęby wroga — brata uśmiechnęło się doń odpuszczenie.
Samotny skazaniec siedział oto w płockiem zamczysku.
Syna wspominał.
Wspominał szalone swe dzieje.
Przykładał dzień dnia i noc w noc szalone swe dzieje, uczynki, pełne żądzy nigdy niesytej i pełne poczucia krzywdy, wieczyście w piersiach niegaszonego wapna, — przykładał wyniosłe swoje zamysły do tej porażki zdradzieckiej wciąż okrucieństwem ciosu jednako zdumiewającej głupotę zamysłów, do klęski tej ponad wszystkie i wszystko: — utraty jedynego.
Uczynki, grzmotowi podobne, zawaliły się w ciszę pustego miejsca, co tkwiło teraz przed oczyma zawsze i otwierało się wszędzie, w myślach, w czuciach, w popędach, w nałogach: — puste miejsce po synu.
Obojętny się stał gwałt podniety, tęsknota do zgiełku bitwy, do zapachu perzyny płonących brata warowni, do krzyku jego ludzi, rażonych żelazem, — i obojętny się stał sam sen o nowych wybiegach.
Cichego synowskiego płaczu po nocy nic nie mogło zagłuszyć.
Nie zagłuszyłby go krzyk wszystkich synów człowieczych, gdyby ich w całem świecie do nogi wyrąbać, od Wełtawy po Jasmund i od Solawy po Dniepr u końca świata.
Na miejscu takiego krzyku, gdyby go wydrzeć z nicości, znowuby ta sama pustka zaległa. Nicość była w tem miejscu, gdzie przebywał czarujący królewic, obdarzony wszystkiem nad miarę, czem niebiosa obdarzyć mogą śmiertelnych, zapowiedź wzniosła króla Polanów. Ślady jedynie po nim przetrwały to tu, to tam, smutne świadectwa, że w istocie bytował na ziemi, potwierdzenie, że niewątpliwie tam i sam przeszedł, — i dowody, że go już niema.
A ślady nie prowadziły nigdzie, szły wstecz, coraz mniejsze ukazując stopy, — krążyły wokół, wracały do tego samego miejsca, skąd wyszły, do miejsca, gdzie była pustka. Ucisk, jak góra nieudźwigniona, leżał na sercu i rzekę tajnych łez wyciskał.
A rzeka ta poprzez pustkę, w nicość swoją płynęła. Nie dawało pociechy leżenie krzyżem u świętej w Gnieźnie trumny i wylewanie tylu niemęskich łez, iż od nich wkoło kamienie wilgotniały. Daremne były modły i błagania, żeby męczennik przywiódł od Krysta, żeby na krótkie mgnienie źrenicy pokazał synowe oczy, włosy, ręce i ostatni uśmiech żałosny. Nie dawały pociechy zaklinania potajemne i wzdychania sekretne do Trygława, którego złoty kloc widziały własne oczy w Szczecinie. Na nic były zaklęcia do władcy, o którym zapewniali wróżbici, iż trzema państwami włada — niebieskiem, ziemskiem, podziemnem, — ażeby zażądał czego tylko chce, za wyprowadzenie syna na jedno mgnienie źrenicy z podziemnego państwa w to ludzkie życie, poprzed ojca źrenice.
Nędzną stała się ziemia podwładna.
Jałowe były księstwa z ich powiatami.
Puste się stały niebiosa.
Krok zleniwiały o grube ściany zamczyska łoskotem kołatał.
Sen odleciał od powiek.
Jadło się umykało od gęby.
Kielich stał się obmierzły dla wargi.
Sława śmieszną się stała dla serca.
Czyn ohydny się stał dla ramienia.
Miecz, wiekuiście krwi żądny, przedostatni towarzysz, odpadł od boku i w pogardzie zalegał
Ostatni jeno towarzysz, — nędzny szloch, — pobratymstwa dochował.
Zatrzymał się książę w swej błędnej drodze i szatańskie przekleństwo cisnął w swą dolę. Komornik zcicha zakołatał we drzwi pańskiego pokoju. Wstąpił za próg, bijąc czołem. Oznajmił, iż stoi w przedsionku włóczęga z lirą, wędrujący od sioła do sioła, od grodu do grodu, od zamku do zamku. Chwali się, iż prastare powieści wyśpiewać umie.
Skinął władca, żeby go wpuścić.
Wszedł pieśniarz.
Czołem przed synem Włodzisławowym uderzył. Chodaki jego pyłem gościńców zasute. Łyko lipowe wżarło się w goleń zczerniałą. Stara opończa spłowiała na słotach i wichrze. Włosy wypełzły od mrozu i słońca letniego pożarów. Oczy jego w dal patrzą, nieprzejrzane, jako błony okienne.
Spyta królewic:
— Z jakiegoś kraju?
— Ze świata, — rzecze.
— A dokąd idziesz?
— W świat.
— Czyjeś poddany?
— Niczyj.
— Któżeś ty jest, włóczęgo?
— Wieszcz.
Książę przysiadł na skórach jelenich i łosich, stosem w rogu izby zasłanych. Dał wieszczbiarzowi znak, żeby gędził.
Tamten lirę do lewego boku przycisnął, nastroił, zakręcił korbę drewnianą i jął palcami po ośmiu trzpieniach przebiegać.
Zaśpiewał ponuremu książęciu klechdę poddymną, sielską, gminną, baśń pątnicę.
— Był, — wierę, — za wysokiemi górami, za borami, za lasami, za siedmią jezior, za siedmią rzek wielki w swojej dziedzinie, chrobry na wroga, jedynowładny władacz. W którąkolwiek stronę poskoczy jego bojowy koń, wszędy mowa z jednego źródła w odmienne strugi płynąca o jego ucho uderza. Ponadjezierzu i ponadrzeczu, w wielkogórach i za górami, w głębokich borach, na wydmuchach, w kujawach, w polanach, w pustaciach, w moczarach i nad wielką morza wodą — wszędy mu się ściele własna dziedzina.
Jeśli wiosna rozpostrze na jego szlaku topiele, w których po grzywę szczerozłotem przeplataną bojowy ogier zapada, a gęste lasy zakurzą się gnuśnym tumanem, — to wnet tęga zima pod złote konia podkowy lodowe ponad głębiną mosty wykowa i z twardej grudy nad niezbrodzonem oparzeliskiem dźwięczącą drogę zbuduje, żeby mógł iść jastrzębiooki w swoją własną, jemu tylko jednemu wiadomą dal. Bo na niemieckiego idzie cesarza, — rzekę Solawę pędzi przepływać, — w Magdeburg polską strzałę wyrzucić!
Jednaka wszędzie podpłotna róża przy pylnych kolejach drożyn wita go lecie, — i modrą smugą len wśród traw nadobnych jego rozkochane oczy pozdrawia, kiedy w zaraniu lat zdąża zimne Kaszuby z Białą Chrobacyą pobratać.
Złota wywielga, śpiewna boguwola, przekorna zofija jednako się ponad Wisłą i ponad Odrą i ponad Bugiem jego lśniącej zbroi dziwuje, — a kukułka w radosnej wiosny godzinie szczęście mu wróży, gdy wzdłuż bystrego Wagu, w krasnej słowackiej dolinie sadzi na przedzie chorągwi.
Kazubek z sosnowej kory, czarnej albo rumianej jagody pełen białowłose łużyckie pacholę do strzemion mu niesie, — a dzban gliniany zimnej wody ze zdroju w ciężki czas, gdy wroga pędzi z ziemi Dziadoszan, zalęknione dziewczę na klęczkach poda.
Gdziekolwiek tętent jego pędzącego rumaka zahuczy, tasama wszędy zostaje wieść: tędy przelatał w swym złotym szłomie, — tu konia poił, — tam się o drogę zapytał, — tu lud pozdrowił wielki od Niemców obrońca. Na czeskiem błoniu, w ruskiej równinie, w suchej sosnowej nad Narwią kniei, w wąwozach ponadwiślanych i na wzniesieniach, zza których wielka pustka morza sinieje — błyszczy jego miecz, zaganiający w naród potężny pastuchów i oraczów, a warczy obuch topora, zbijający z bezwoli niewolników mocarstwo.
W jego to rękach żelaznych wszystka Wisła od pierwszej do ostatniej fali wody swoje przelewa.
Od jego spojrzeń morze się burzy.
Do kopyt jego bieguna posłusznie idą wody zza świata.
Łoskot po ścianach, kamiennych gór się obija, gdy zastęp jego drużyny wpoprzek dolinami cwałuje.
Sława jego o tron cesarza uderza.
Cesarz pacholę zstępuje z tronu i bosemi nogami przybywa do jego władztwa w ziemi dalekiej.
Pokochali się obaj z cesarzem.
I mówi cesarz »Cud świata«: — Ciebie uczynię cesarzem po sobie, umiłowany...
Lecz odszedł tamten z niemieckiej ziemi.
Gdy nowy cesarz zasiadł na tronie, spojrzeli sobie obajdwaj w źrenice.
Skoro książę sklawańskie spędzi ze stolca czeskiego Rudego tyrana i sam na stolcu zasiądzie, rzuci nań cesarz przekleństwo.
Wymknęła mu się sposobność szczucia Czecha na Polanina, władania ich nienawiścią, tępienia słowian przez słowian. Jeden nad nimi wszystkimi!
Miecznik pokorny, co w procesyi cesarskiej wielki koncerz przed majestatem piastował, miałżeby śmiałość wszystkie ludy pokrewne zasłonić mieczem, zdradziecko zwróconym i nastawionym bezczelnie, ludy znad Łaby, znad Wełtawy, znad Wisły, ludy z wysp i znad morza?
Skoro cesarz swe poddane zgromadzi, nastawi Czechy, najmie Lutyki i znad Warty wyruszy, polański władca do boju nie staje.
Scytyjskim obyczajem w lasy się cofa.
W błotach się czai, zza drzew odwiecznych na drogi zwalonych, spoza zasieków w głębokim boru, z wąskich grobli na błotach, z zasadzki u brodów tysiączne wypuszcza strzały.
Uchodzi poza Łużyce, poza Śląsko, pod Poznań. Tam, jakoby, o pokój uprasza niedobitki niemieckie.
Skoro zaś cesarz ciała poległych rycerzy pozbiera i z rannymi do stolicy się cofa, zdradziecki napastnik trop w trop go ściga, Odrę wpław przejdzie, za Łabę pomknie, opanuje Łużyce, Milsko osadzi.
Idą nań w odwet — graf Gero i graf Herman — aż do Głogowa.
Z murów Głogowa patrzy polski wojennik na Niemce, jak ich pluta zalewa, niszczą choroby, mór dziesiątkuje.
Z murów Głogowa patrzy ze śmiechem, jak z jego ziemi bez boju uchodzą.
Potrzecie cesarz zgromadzi Niemce, Czechy, Bawary, Lutyki, podszczuje dalekie kijowskie Waragi — i sam na czele szyków wyruszy.
Nad Odrą stoi obrońca.
Za dnia i w nocy jego sowie oczy stróżują, kędy do brodów Niemiec się zbliża.
Dokąd sam nie dopadnie, — syn, ścigły jeleń, doskoczy.
Naciąga z tamtej strony cięciwy tysiąc jego łuczków i tysiąc nieszczędnej strzały w kwiat rycerstwa wypuszcza.
Po mostach na Łużyce rzuconych wraca cesarz schorzały w swe strony.
Margraf Gero i komes Burhard wiodą odwrót przez ziemię Dziadoszan.
Wonczas ze swojej zasadzki dziesiątki tysięcy strzał ciśnie i trupem bez miłosierdzia łużyckie błota zaściele.
Sam ściga niedobitki niemieckie.
Syna za Łabę wyprawi, żeby kraj cesarski pustoszył.
Skoro zaś opanował Łużyce, dalej nie idzie. Warownię obok warowni przeciwko Niemcom buduje.
Nanowo porwie się cesarz.
Na Głogów!
A spod niezłomnej ściany Głogowa zboczy do Niemczy i oblegnie grodziszcze.
Cesarz dobywa grodziszcza, na jego ściany wysokie posyła Czechy, Lutyki, a książę polskie wypada z Wrocławia i szarpie szyki cesarskie.
Aż nie zdobywszy zamczyska, cesarz sromotnie odejdzie.
Na czeskie góry odstąpi.
Wonczas książę polańskie osięgnie krainy nad Odrą — Słupiany, Żarowiany, Łużyczany, Milczany.
Po stokroć nawoływał Liityki, żeby się z nim łączyli i pospołu uderzali na Niemca.
Po stokroć zabiegał, żeby, naprzekór ich woli, złączyć wszystko słowiaństwo.
Ileż to lat miecza nie odpasał!
Ileż lat nie zsiadł z konia!
Ciężka zaduma przygniotła mu czoło, bardziej, niż szłom miedziany.
Któż jego szczyt podniesie?
Kto miecz podźwignie?
Zdrada mu wyrywała miecz z ręku!
Seciny lat, żywoty pokoleń, śmierć ludów widział, jako tę ziemię kwitnącą, przez którą koń jego stąpał.
Przyszłe wieki stały przed nim naściężaj jako zamek potężny w ruinie...
Wstał Zbigniew Włodzisławic z legowiska.
Posępny stanął przed bardem:
— Na co mi przed oczy praszczura wywłóczysz?
Sam wiem dobrze, bajczarzu!
Śmieje się bajcarz gorzkim swoim śmiechem.
— Sam wiem! Sam w sobie go noszę, jako duszę swoją! On — to ja sam. Tu go noszę!
Pięścią się w piersi królewskie uderzył.
Nie słucha pieśniarz. Lirę nastroił, zakręcił korbę. Jęły jego palce po ośmiu trzpieniach przebiegać.
— Był, — wierę, — za wysokiemi górami, za borami, za lasami, za siedmią jezior, za siedmią rzek gospodzyn niełacny, książę nieposkromione, królewski nieprawy syn.
A miał zasię książę ten brata młodszego, syna słowiańskiej kniehyni.
Ten zasię był prawy królewic.
— Milcz, smerdo! — porwie się Zbigniew.
Lecz nie zamilkła pieśń. Wieszczek uśmiechem wyniosłym odgarnia wojennika na stronę.
— Azaliż jednej matki wypiastowało ich łono?
Czyliż nieprawdę wieść powiada. Ciasno im też było oboma w łonie jednej ojczyzny. Skoro młodszy do Rusa, starszy do Niemca.
Skoro jeden do Hunna, drugi do Czecha. Raz się jeno zgodzili, gdy starego ojca jęli na spółkę osaczać, ścigać, wygryzać.
Aż go wygnali z dziedziny.
Drugi raz się zgodzili, by Bolesława nieszczęśliwego sierocie, Mieszkowi-królowi, jad pospołu tajemnie zadawali.
— Przepadnij!
— Prawda to jest, co pieśń głosi!
Skoro prawda w pieśń się zabłąka, jest jako kamień, co się w ścianę twierdzy zabłąkał i na wieki w tejsamej opoce zostawa.
Pieśń musi skończyć, co zaczęła.
Czyliż nie tak?
Nienawiść między dwoma braćmi zaległa, jakoby przepaść między dwiema turniami.
Każdy z nich zaklął się tąsamą klątwą: jeden, lub żaden!
Zajrzał starszy młodzieniaszkowi, gdy jeszcze szli pospołu poprzez Noteć na Santok.
Jam pierworodny u ojca-króla, jam król! — starszy ogłasza.
Jam pierwszy i jam jedyny! — młodszy ogłasza.
Niema dla dwaju miejsca w ojczyźnie! — wołają oba.
Jeden musi ustąpić, przepadać, zginąć.
A każdy mówi drugiemu: — ty ustąp, przepadnij, zgiń!
Skoro zaś żaden nie może brata własnym mieczem dosięgnąć i wskroś porazić, chce go dosięgnąć i porazić mieczem dłuższym od swego, mieczem dłoni mocniejszej, — mieczem cudzym.
I zamyślił brat starszy: sprowadzę ja na cię Czecha! A co zamyślił, pilnie wykonał.
Idzie z cudzoziemską gawiedzią palić śląskie dziedziny, pustoszyć ziemię bratową, oblegać grody.
Dym długiemi smugami płynie nad lasy. Jary ogień w bystrych się rzekach przegląda. A brat młodszy z końca świata, od sinego morza, zza dziewiątego jeziora, zza borów ciemnych, jako późna noc, zza rzek głębokich, jako ludu boleść, przypadnie.
Złote szyszaki jego wojenników zabłyszczą, jako zorza wschodząca między wysokiemi górami, — zajaśnieją, jak słońce po tamtej stronie gór, i spadną, niby połysk piorunu w niskie morawy.
Starszy brat stracił dzielnicę za to, że wrogi na ojczystą ziemię sprowadza.
Dosiądzie wówczas starszy brat najściglejszego bieguna i wbije długie ostrogi między jego żebra zdyszane.
Zapuścił na gębę szyszak głęboki i cwałem, wskroś ciemnej nocy poskoczy do stóp niemieckiego cesarza. Padnie do stóp majestatu i wielką go poprzysięgnie przysięgą, żeby wojsko gromadzić i na polskiego uderzyć.
Zmiłował się niemiecki cesarz nad zbiegiem.
Zgromadził wojsko niemałe i znowu na Śląśko, pod Bytom pociągnął.
Dym długiemi smugami znowu płynie nad lasy. Jary ogień w bystrych się rzekach przegląda.
Zahuczał Zbigniew Włodzisławic, od wielkiego gniewu szalejąc:
— Alboż i ja nie jestem ze krwie Chrobrego praszczura? Alboż nie ja powinienem całą władać puścizną? Moja jest ziemia! Tu w tej piersi nieszczęsnej serce nosiłem dziadowe! Czyny dziada w tym mieczu zaklęte gnuśnieją. Moja jest ziemia dziadowa! Zabiję! Z dyabłem się sprzęgnę!
Dyabłu duszę zaprzedam!
— Wstawaj-że, naga pieśni! Odpowiedz!
Dajcie odpowiedź ludzie półnadzy Bytomia! Półnadzy ludzie Bytomia w knechty, galeą i korazuną okute pierś o pierś uderzali. Półnadzy ludzie Bytomia brony na ścieżaj otwarli. Z drzewcem w dłoni skrwawionej szli na wytrwaną z knechtami.
I rzecze cesarz do księcia polskiego, iże skłamał! »Nieprawdą jest, jakoby ten lud można złamać«.
Każe cesarz zwinąć chorągwie i od Bytomia odstąpić. Pociągnie zasie nad Odrę, pod Głogów. Każe cesarz zakładników i syna wojewody do machin oblężniczych przywiązać i na pierwsze ciosy obrońców grodu wystawić.
Raduj się serce potomne!
Nie oszczędzili głogowianie własnych synów. Toczyli z wałów wielkie młyńskie kamienie, a wrzącą smołą zlewali głowy braci, ukropem wyparzali synów oczy.
Patrzy polski królewic w dziwowisko, a postrach włosy mu jeży. Pada na jego czoło dostojna krew zakładnicza. A śmierć wojewodzica po nocy go ze snu zrywa.
— Szczekaj jeszcze!
— Alboż się cesarz nie uląkł widoku? Alboż spod Głogowa nie uszedł? A gdy pod Wrocław odciągał ze zbiedzonemi hufcami, rwał go jedynowładca polański pradziadowskim wzorem, szarpał go dniem-li, nocą-li, niweczył jego posiłki.
Niemasz brodu, gdzieby go nie dopadł i nie bił, — niemasz błota w puszczy, gdzieby się, jako wilk nie czaił i nie topił strudzonych w nagłem natarciu, — niemasz kęsa chleba, któregoby nie wydarł, lub krwią po ostatnią skibkę nie zbroczył.
Aż sam cesarz niemiecki tył podał.
A pozostawił swe wojsko skruszone na pastwę polańskiego gardziny.
Starszy brat patrzy na klęskę oczyma krwawemi. Wielką wygranę polskich zastępów za swoją wielką klęskę poczyta.
— Szczekaj jeszcze!
— Mówi pieśń. Przełożył starszy brat-wróg siodło swoje wojenne na grzbiet wypoczętego ogiera, mocno podciągnął popręgi, krótko przypasał puśliska. Daleka go czeka wyprawa. Za Santok! Za Drżeń! Za Uście! Za Nakło! Poprzez Lipy i Sosny! Poszeptał z księciem na Nakle, w pas się pokłonił wielkiemu na Kaminie książęciu, czołem bił w ziemię przed Trygławem w Szczecinie. Popłynął na Uznoim, Wolgast i Korenicę.
— Szczekaj jeszcze!
— Nie było już wieszczego konia w Radgaście, bo paliłby mu kadzidło i całował kopyta. Minął już czas, gdy na ofiarę Radgastowi zabijano biskupów niemieckich. Siadł już biskup Burchard na wieszczunie niesiodłanym, niekiełznanym, niechłostanym przenigdy — i wyjechał z kontyny. Rwał się i stawał dęba święty ogier w szaleństwie. Ale go niemiecki biskup ujeździł potężną ostrogą. Włożyli na bujną grzywę niemieckie chomąto. Opasali postronkami i splotem rzemieni. Orze już teraz ziemię niemiecką pod batem niemieckiego rataja wieszczy koń Swarożyca.
Chwała ci, książę! Tyś to podjudził, podniecił, podburzył, książątka nadmorskie, weleckie wiece i miasta, pchnął je nanowo, żeby na polską ziemię uderzyć. Pospołu z Niemcami! Pospołu z Czechami! Rozedrzeć Chrobrego dziedzinę. Siedliska do przyciesi wypalić, zamki nad wodami wyłamać i głownie ich rozwlec po bagnie, ludzi pokuć w plenice i kupcom na wieki w niewolę zaprzedać.
Chwała ci, książę!
Chodzi Olbracht Niedźwiedź po Zaborzu, lasy depce, plemionka weleckie za gardło chwyta i dusi. Zdusi Hewelan, idzie na Sprewian, zdusi kopanickich, idzie na Wkranów. Pociąga nozdrzami zapach poprzez puszcze, jako też to wonieją zanoteckie lipy. Miód słowiański daleki do nozdrzy Niedźwiedzia wiatr niesie. Wsie Niedźwiedź wypala, lud tępi, lub ku wschodowi wypędza. Jeśli słowianin idzie boczną drogą — na gałęź! A gdy wojna wybucha idzie słowianin z cesarzem Henrykiem i z cesarzem Konradem na Polskę.
Daremne twoje trudy, o książę!
Rzucił się ze swego Głogowa Krzywousty wojownik, objął całe Mazowsze, zdobył, zburzył i spalił krwawe Nakło i Uście. Rozgromił liczne rzesze Pomorzan. Dosięgnął Belgardu i bramy Kołobrzega zwycięską wyrąbał siekierą.
Przeszedł odrzańską zatokę, tamten brzeg osadził i aż do Sprewy, w dzielnice Niedźwiedzia się worał.
Tyś to, o książę, rozpętał!
Tysiące w ziemi polegną, tysiące pójdą w niewolę. Tyś to rozpoczął ten straszny, bezlitosny, wieloletni bój wroga — brata z Pomorzem.
Tyś wzmógł potęgę wroga — brata...
Skinął ręką królewic, żeby wieszczbiarz precz z tej izby uchodził.
A gdy się tamten ociąga, chwycił go za piersi i na ziemię obalił, żeby nogą rozdeptać jego wieszczbę przeklętą.
Klasnął w ręce.
Komornicy wywlekli gadacza.
Lirę mu o kamienne progi, strzaskali...
Zapadł książę w dumanie posępne.
Powrócił w krainy swej męki.
Och! Wrzącego ołowiu nakapał mu w serce włóczęga. Przeklęty widok przed oczy wystawił. Sen zniszczył.
Noc głęboka nad zamkiem zaległa. W głębi nocy, wśród ciszy, w bezsennem morzysku — wrzask trąby.
Brata hasło...
Tętenty na moście spuszczonym.
Krzyk. Bitwa. Szczęk oręża.
W przedsionku jęk głuchy i ciosy zabójcze.
Drzwi pękły rozbite obuchem.
Komornik na progu zakłuty.
Latarni złowrogie połyski.
Siepacze do izby wtargnęli.
W przyłbicach, w kolczugach...
Do broni!
Miecz w ręku!
Skoczyli. Za ręce! Za nogi!
Na łoże!
Z rozkazu! Z rozkazu! Z rozkazu!
Za zdradę królewską.
Strasznemi pchnięciami sztyletu przebili źrenice i oczy wyłupili spod czoła.
Łzy czerwone na licu Zbigniewa!
Po licu się toczą, po bladem.
Pod ręce go wzięli siepacze w milczeniu.
Troskliwie go wiodą.
Obojętni, jak zima, jak burza, jak zaraza, troskliwie go ciągną z komnaty.
Stopy jego na progach pozdrawiają zwłoki wiernej czeladzi.
Krew mu wierna w przedsionkach zmoczyła chodaki.
W dziedzińcu swym płockim królewic.
Wiatr szumi. Krucy kraczą. Rżą konie.
O, bracie!
Weszła stopa w strzemię konia wiernego.
Do puślisk przytroczyli golenie.
Do łęku ręce przypasali związane.
Bywaj, książę, z ojczyzny! — wołają.
Do cudzych granic podążaj!
Wolna droga przed tobą!
Jęczą mosty zwodzone, szlocha brama ojczysta, płaczą stare kamienie domowe. Poszedł w świat wierny rumak, — gdzie wola. A na drodze samotnej ktoś go ujął u pyska.
Idą, idą samowtór, — borem — lasem, pustkowiem.
— Dokąd wiedziesz? — zapyta królewic.
— W cztery strony świata... — odpowie.
— A ktoś jest ze mną ostatni?
— Wieszcz, — panie!
Dmie zawieja w krwawe doły po oczach.
Sieką śniegi lecące włos skudłany nad czołem.
Daje puszcza policzki obmarzłemi wiechami bladym licom królewskim. Krzywa jedla go siepie uschniętemi sękami gałęzi, — w pałąk zgięty od wichru świerk go smaga włochatemi spławiny, — buk go gnatem uschniętym w pierś uderza, jak oszczep człowieczy, — dąb go chwyta za gardziel w stryki wici skostniałych. Chrapie koń, czując zwierza w ostępie. A w okręgach pustkowia zagra wieszcz straszną pieśń wygnanemu z ojczyzny. Śpiewa mu na piszczałce przedziwnej o synu. Za tę lirę, — powiada, — coś połamał, tyranie, piszczel syna podjąłem i muzyckie uczyniłem narzędzie.
Och, nie kłują tak igły sosnowe, w rany oczu wmiecione, jako boli w serce wbita o synu śpiewanka!
Nie pomści krzywdy ojca syn wierny, wyznawca jedyny, jenże śpi pod sklepieniem ceglanem!
Nie udźwignie już miecza krwawego ręka syna struchlała.
Nie wstąpi jego stopa junacka w strzemiona ojcowe.
Z czterech tarcic dębowych zbite jego królestwo.
Z młodocianej prawicy piszczel oto, muzyckie narzędzie.
— Precz odemnie, grzesznika, nędzny smerdo! Król jestem, król z królów! Sam chcę jechać przez pustkowie mej włości.
— O, panie! Nie mogę cię odejść samego.
U twych strzemion iść muszę.
Ja jeden, towarzysz ostatni.
Muszę pieśń ci o synu do końca wyśpiewać. Posłuchaj:



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.