Wagon astralny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Irzykowski
Tytuł Wagon astralny
Pochodzenie Z pod ciemnej gwiazdy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Drukarnia Państwowa
Miejsce wyd. Łódź
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Wagon astralny

Pociąg nasz wyjechał z Warszawy po południu i pędził przez równiny tak szybko, że gdy się patrzyło na jego ciało wyciągnięte w biegu po szynach, mogło się zdawać, iż bieży dookoła jakiegoś dalekiego punktu, jak gdyby w ogromnej karuzeli podniebnej. Było to wrażenie wesołe i dziecinne. Harmonizowały z niem białe letnie chmurki, rozpostarte w równej jak sufit wysokości nad polskiemi polami, a tak blisko jakby się chciały przypatrywać kończącym się już żniwom.
Była godzina piąta. Właśnie oderwawszy się od widoków, wczytywałem się w tchnące grozą kolejową opowieści „Demona Ruchu“ Stefana Grabińskiego i jak prawdziwy filister rozkoszowałem się bezpieczeństwem własnej podróży w kontraście do tych awantur, — gdy wpadła mi do ucha rozmowa, tocząca się — niesamowitem chyba zrządzeniem — o tym samym przedmiocie.
— Czytała pani przygody kolejowe Grabińskiego? — pytał jakiś młodzieniec panienkę tuż naprzeciw niego siedzącą. Był to zapewne akademik z pierwszego roku, ponieważ miał o wszystkiem zdanie gotowe i stanowcze, ona była, jak sama z pewną dumą powiedziała, stenotypistką. Od dłuższego czasu on emablował ją energicznie, zdążył już poprosić o adres, narzucał się z odgadywaniem jej charakteru, zarzucał jej brak szczerości — wogóle wikłał ją w rozmowę, która musiała obojgu wydać się jedną z tych głębszych.
— Nie, ale moja kuzynka była na jego „Kochankach“ i wyszła po pierwszym akcie! — odrzekła panienka, symbolicznie wyjmując z torebki naperfumowaną chusteczkę i podnosząc ją do nosa.
— To nie Gru... — lecz Grabiński, nowelista! — objaśnił młodzieniec i z uśmiechem wtajemniczonego w sekrety nowej literatury polskiej dodał: — Nazywa się tak dlatego, że jakiś wydawca go ograbił, nie zapłacił mu ani feniga za jego piękne utwory.
Z kąta przedziału rozległo się protestujące chrząkanie. Sprawcą jego był jegomość, którego, jak mi się zdaje, widywałem bardzo często w różnych, lecz zawsze dobrze odżywionych postaciach — rasowy paskarz.
— Przy dzisiejszych cenach papieru każdy wydawca jest dobrodziejem autora i literatury — zaryzykował wreszcie.
Akademik, pomijając niepożądane mu zapewne wtrącenie się trzeciej osoby, ciągnął dalej:
— Gdyby pani dostała „Demona Ruchu“ tego autora, radzę pani przeczytać nowelę „W przedziale“. Bardzo zuchwałe! Ciekawym, coby pani pomyślała.
— Ale ja nie ciekawa.
— Proszę pani, Grabiński pokazuje, że na świecie są wszędzie duchy i cuda. Czy panią interesują cuda? A może pani wogóle nie wierzy w cuda? Pani jest może materjalistką? — kontynuował młodzieniec niestrudzenie swój wywiad.
— Ja sama nie widziałam duchów, ale wierzę, że one istnieją — odpowiedziała panna, wiedząc, iż z tą wiarą będzie jej do twarzy.
— Ja także — rzekł akademik, promieniejąc ze znalezienia tej nowej wspólności z sympatyczną panienką.
Sąsiadujący z nią okazały rejent, odziany w białą jedwabną marynarkę — zazdrość mych oczu — uśmiechnął się pobłażliwie.
— Widzi pan rejent — wtrąciłem się do rozmowy. — Posądza się młodzież o przedwczesną dojrzałość, a oni wierzą jeszcze w turonie.
— Gdyby pan czytał Grabińskiego — odparł oburzony akademik — stałby się pan mistykiem.
— Właśnie go czytam — tu zademonstrowałem całemu towarzystwu kartę tytułową i stukając ostro palcem w książkę, wykładałem:
— Pan patrzy tylko napozór, na maskę, a nie rozumie pan właściwej intencji autora. Że tam jest mowa o duchach, telepatjach, upiornych pociągach i tym podobnych zabaweczkach — ostatnie słowo podkreśliłem znacząco pod adresem młodej pary — to wszystko nic nie znaczy. Trzeba wiedzieć — tu podniosłem książkę do góry, jakby jej chwilowe posiadanie nadawało mym słowom szczególną kompetencję, — że „Demon Ruchu“ jest... jest... no czem, zgadnijcie państwo? — W przypuszczeniu wielkiego zaciekawienia słuchaczy zrobiłem retoryczną pauzę. — Jest znakomitą satyrą na nieporządki kolejowe w Polsce! Gdzież, jak nie u nas, może się zdarzyć, że po torach wałęsają się jakieś niezanotowane błędne pociągi, że maszyniści zatrzymują pociągi w miejscu nieprzepisanem według swego widzimisię, że pociągi ni stąd ni zowąd gdzieś znikają, że człowiek jest poprostu narażony każdej chwili na katastrofę — gdzież jak nie u nas?
Akademik zrazu rozśmiał się, a potem spojrzał na mnie zaskoczony. Ale odkrycie moje wywarło największe wrażenie na innym jegomościu, który, jak się zdaje, był kolejarzem, bo już przedtem zdradził nam wiele sekretów tego departamentu. Dogryzał on właśnie gruszkę i trzymając jeszcze jej ogonek w ustach, śpieszył zsolidaryzować się ze mną:
— W ministerstwie kolei książka ta jest znana. Była kilka razy przedmiotem dyskusji na posiedzeniach rady kolejowej. Nad autorem rozciągnięto tajną opiekę jako nad człowiekiem niebezpiecznym. Wiem z bardzo dobrego źródła, że autor przez osoby trzecie proponował ministrowi Bartlowi sprzedanie sekretu numerów jakichś dwóch wagonów...
— Wagonu śmiechu i wagonu odmładzającego z serji „Ślepego toru“ — pomogłem.
— Tak jest. I żądał wysokich tantjem od eksploatacji tych osobliwości. Minister powiedział: „Niech mi się ten szantażysta już tu więcej nie pokazuje“. Jest tam też jakaś nowela czy wiersz, z którego podobno widać, że to bolszewik, namawiający kolejarzy do sabotażu... Jakiś robotnik kolejowy ustawia szyny tak, aby nastąpiła katastrofa...
— „Smoluch“ — objaśniłem.
Akademik był przygnieciony tylu argumentami. Wymienienie słowa „bolszewik“ podziałało rozmaicie na moich współpasażerów. Rejent, który wziął był książkę do ręki i obracał leniwie jej kartki, teraz odrzucił ją, jakby to była bomba z dynamitem; natomiast jakiś człowiek, siedzący w kącie wagonu, drgnął i nachylił się naprzód, nadsłuchując. Miał on z sobą wspaniały pled, który trzymał na ręku w sposób, jakiego używają nożowcy lub złodzieje kieszonkowi, gdy chcą się dobierać do mieszków swoich bliźnich. Bystrym wzrokiem taksował podróżnych, biegał nim po siatkach, badając wygląd i rozmieszczenie walizek, torebek i koszów.
Rozmowa ustała, gdyż właśnie zajechaliśmy na nową stację i trzeba było siłami złączonych egoizmów walczyć przeciw napływowi nowych podróżnych, zamknąć i trzymać drzwi, protestować przeciw temu, żeby pasażerowie trzeciej klasy nie pchali się do naszej drugiej, zapewniać, że już niema miejsca i t. d. Mimo to zdołał się do nas wpakować jakiś gimnazista, niby to chory na piersi. Siadł, starając się skurczyć jak najbardziej. Reszta nowoprzybyłych stanęła na korytarzyku i przyciskając czoła do szyby w drzwiach, zazdrośnie patrzyła na siedzących. Tymczasem pociąg ruszył znowu, a niezmordowany student tym razem po cichu zagadnął swoje vis-a-vis:
— Czy pani wierzy w przeczucia?
Takim tonem, jakby zapytywał: Czy pani wierzy w miłość od pierwszego spojrzenia?
Wieczór powoli zapadał. Odłożyłem książkę, nie mogąc już nic przeczytać. Zapalone w przedziale światło acetylenowe było bardzo nikłe. Rozpoczęły się przygotowania do jakiego takiego spoczynku. Rejent i kolejarz byli w spaniu kolejowem mistrzami, chrapali odrazu, siedząc — natury ptaków domowych, które śpią na bantach. Ten, w którym podejrzewałem złodzieja, zawinął się z głową w pled i chytrze siedział nieruchomo, lecz co pewien czas robił sobie szpary w tym domku. Ja przerabiałem mozolnie kilka pozycyj, mających służyć ku spaniu; każda z nich zajęta na chwilę, wnet wydawała mi się nieznośną, a wiercąc się wciąż na miejscu i stwierdzając wciąż bolesną zbyteczność tego spadku po przodkach, jakim jest kość ogonowa, odbywałem niejako ćwiczenia wstępne do siedzenia kiedyś wbitym na pal.
Nareszcie ulokowałem swój środek ciężkości mniej więcej stale i zacząłem oszukiwać siebie miarowemi oddechami, powiedziałem sobie, że kleją mi się oczy i zacząłem je przymykać. Przez przymrużenie powiek nadawałem wszystkim przedmiotom charakterystyczną podwójność i rozkołysanie...
I gdy nawet potem oczy szerzej rozwarłem, podwójność się nie zatracała. Proste linje konturowe ram, listew, całego drewnianego wnętrza przedziału przybrały taki kształt, jaki się widzi na fotografjach zepsutych nieco wskutek wstrząśnięcia aparatu podczas zdjęcia. Chcąc dotknąć stopą podłogi, chcąc ująć ręką pas skórzany od okna, podnieść klapę stoliczkową tam umieszczoną — chybiałem wciąż wskutek nieporozumień między okiem a ręką, jakie się trafiają temu, kto w przezroczystej wodzie chce chwytać zanurzone tam przedmioty. Zapalając papierosa, nadpaliłem sobie wąsa, a zamiast godziny 11-ej wyczytałem na zegarku godzinę 12-tą.
Około tego czasu, obserwując drzemiących współpasażerów, zauważyłem pewne nieprawidłowości, zachodzące w postaciach ich ciał. Dym z mojego papierosa, zamiast się rozwiewać, jakby rósł, mgławicowemi smugami unosił się po przedziale, a potem się jakby tu i ówdzie umiejscawiał... I wówczas z siedzącego opodal naprzeciw mnie akademika zaczęło się powoli coś wysuwać, ostrożnie, w stronę panny. To coś, pochyliwszy się wreszcie nad nią, zmieniło się na swym końcu niby w usta i lekutko pocałowało niemi zaspaną dziewczynę, poczem cofnęło się napowrót. Nie zbudziła się. Wtedy to coś wysunęło się znowu, uwyraźniło się więcej — oprócz ust zarysował się nos, czoło, cała głowa, z boku wyrosły mu ręce i ten namiastek człowieka zaczął namiętnie ściskać i całować oddane mu na pastwę rzeczywiste ciało, podczas gdy — że tak powiem — oryginał siedział przyzwoicie, oparty o poduszkę przedziału, odmykając czasem oczy, aby popatrzeć na śliczne spanie nowej znajomej.
Zdziwiła mnie ta siła woli u młodzieńca, który zapewne z mojego dymu zrobił sobie drugie ciało, aby zaspokoić swoje najtajniejsze życzenia. Nie mogłem rozpoznać, czy on sam wiedział o istnieniu swego sobowtóra, — nie zdradzał się szelma, — natomiast panna po pewnym czasie uśmiechnęła się we śnie (czy spała?) próbowała niby odganiać natręta, a potem dała ze sobą robić, co mu się podobało.
Widok był niezwykły à la Grabiński i pikantny à la Kaden Bandrowski. Sobowtór, zrazu podobny do bryłowatego cienia rzuconego w przestrzeń, im bardziej się zacałowywał, zaczynał się szklić jak bańka mydlana, mienić tęczowemi barwami, potem, może nasyciwszy się, tracił barwy, cofał się i chował do pierwotnego ciała jak do futerału, aby po chwili emanować znowu. Byłbym niewątpliwie przeraził się, gdyby to nie było takie... sympatyczne...
Nie zdążyłem jeszcze dokładniej zorjentować się co do extrabytu akademika, gdy uderzyły mnie zmiany dokonywające się na okrągłej powierzchni mojego rejenta. Jego cielsko w miarę chrapania wydawało z siebie najwyraźniej jakąś parę, która wreszcie skondensowała się mniej więcej na środku jego kamizelki i stała się przezroczystą imitacją człowieka po piersi. Twór ten otworzył oczy, chciał coś mówić, lecz tylko ziewnął raz i drugi, aż potem skłonił głowę, coraz niżej — widocznie po paru wysiłkach przebudzenia się zasnął tak, jak jego oryginał. Wchłonięty po pewnym czasie w głąb cielska rejentowego, wynurzył się wnet znowu, tym razem na kilku miejscach i równocześnie; te głowy łypały oczyma, łapały oddech, ziewały i znowu zapadały w sen. Tak to objawiała się żywiołowa wola do spania u tego człowieka, spał on na tym i — „tamtym“ świecie, spał we wszystkich wymiarach.
Zahipnotyzowany tym widokiem sam już zacząłem gwałtownie tonąć w sen, gdy usłyszałem w przedziale silny śpiew tenorowy. Śpiewano po włosku arję z „Trubadura“. Kto śpiewał? Wszyscy pasażerowie byli napozór pogrążeni w drzemce. Myślałem, że ktoś z nich wiezie gramofon, który przypadkiem zaczął funkcjonować. Wkońcu jednak stwierdziłem, że źródło śpiewu znajduje się tuż przed ciałem rzekomego paskarza. Śpiewał widocznie jego sobowtór, czyli jak to później nazwałem, jego astralnik. Ponieważ nikt się nie zbudził, stało mi się jasnem, że tylko ja ten śpiew słyszę, a raczej czuję jakimś tajemniczym sposobem. Prawie jak Zygfryd, gdy zabiwszy smoka, zrozumiał śpiew ptaków, — tylko że moja sztuka była trudniejsza. Głos był przyjemny i czysty, z czego wywnioskowałem, że jego właściciel musi być... fryzjerem — jeżeli w tym świecie przymioty astralnika są nietylko wyrazem życzeń, lecz i rzeczywistą własnością oryginału. Fryzjerem — tak mi się zdawało, ponieważ gdzieś raz słyszałem, że pewien słynny tenor, zanim został cyrulikiem sewilskim, był cyrulikiem warszawskim...
Jeszcze nie skończyłem swych wniosków, gdy z mroku wywinęła się jakaś astralna ręka i — łups! uderzyła śpiewającego astralnika w twarz. Uciszył się natychmiast. Ręka cofnęła się jak na sprężynie — pod pled, którym się przykrywał mój domniemany złodziej. Patrzyłem ku niemu z obawą, pewny, że na tem się nie skończy. Jakoż niebawem wysunęła się z pod pledu znowu ta sama ręka astralna, dowolnie zwiększając i zmniejszając swą długość. Palców miała co najmniej kilkanaście. Szperała wśród walizek i torebek, obmacywała pasażerów po kieszeniach, wsuwała się tam, zatrzymywała długo, wracała do właściciela — poczem wyciągała się znowu, niosąc astralne pieniądze, któremi wspaniałomyślnie uzupełniała poczynione w portfelach luki. Ten kantor wymiany tak mi zaimponował, że nie ruszywszy się nawet, pozwoliłem się również obskubać, nie wierząc zresztą w realne skutki tego astralnego rękoczynu.
Zapragnąłem mieć jakiegoś spólnika swoich spostrzeżeń i korzystając z tego, że źle siedzący gimnazista nie spał prawie wcale, zagadnąłem go:
— Czy pan widzi, co się tu dzieje?
Ale nie odpowiedział mi wcale. Powtórzyłem pytanie, nachylając się w jego stronę, ale z tym samym skutkiem. Zacząłem krzyczeć, ale on widząc ruchy moich ust, tylko wypatrzył się na mnie i wreszcie powiedział po warszawsku:
— Pan życzy?
Z tego poznałem, że byłem zupełnie izolowany na wyspie moich przywidzeń. Tymczasem astralniki broiły dalej.
Jeden wysunął się z gimnazisty i astralnym palcem dłubał w jego rzeczywistym nosie. Potem wziął się do płatania figlów: łechtał pannę pod uszko, rejenta po łysinie. Wtedy z rejentowego ciała podnosiła się mozolnie astralna łapa, aby trzepnąć natręta, lecz wnet opadała sennie, — za nią podnosiła się druga, trzecia, czwarta, lecz żadna nie dosięgła celu — rejent był absolutnie nie zdolny do wytworzenia w tej chwili energiczniejszego astralnika. Postanowiłem powiedzieć mu to nazajutrz. Wogóle najżywotniejszym i najniezależniejszym okazał się astralnik gimnazisty. Oderwawszy się zupełnie od swego właściciela, siadł rejentowi na jego szerokich, poduszkowatych kolanach, aby sobie powetować niewygody, ponoszone na miejscu prawdziwem.
Zaraza astralna ogarnęła i kolejarza, który — astralnie — przysadził się u boku do stenotypistki, lecz popadł natychmiast w spór z astralnikiem akademika. Zaczęła się między nimi bójka, jeden drugiemu wbijał głowę w miękkie ciało, przeszywał go sobą nawskroś bez żadnego efektu...
Końca tego pojedynku nie dojrzałem, gdyż tymczasem przez szybę w drzwiach wsiąkały do nas astralniki ludzi czekających na korytarzu, sadowiły się na naszych kolanach, karkach, plecach, rozciągały się wzdłuż i wszerz. Wszystko zaczęło się kłębić i przeplatać — dla nich było widocznie jeszcze bardzo przestronno, ja myślałem już, że się tu wszyscy razem podusimy. Zauważyłem też, że ilekroć zatrzymywaliśmy się na stacji, astralniki bladły, zato, gdy pociąg się rozpędzał, szalały, im szybciej on bujał.
Błysła latarka i wszedł konduktor. Astralniki natychmiast skurczyły się i jak wystraszone psiaki przypadły ku ziemi, skoro się tylko pasażerowie rozbudzili. Przy okazywaniu biletów, zapytałem konduktora:
— Jaki jest numer tego wagonu?
— Dlaczego pan o to pyta?
— Stawiam na loterji. Czy pana dziwi to pytanie?
— Co cztery tygodnie w piątek bywam zawsze w ten sposób przez kogoś zapytywany i to zawsze w tym wagonie. Czy pan zauważył w nim coś szczególnego?
Opowiedziałem mu krótko, co widziałem, i wskazałem ręką na przykucnięte do ziemi astralniki:
— Oto pasażerowie, którzy tu jadą bez biletów.
— Zgubił pan scyzoryk czy zapałki? — spytał konduktor, zniżając latarkę ku ziemi. Był jakby głuchy i ślepy. — Czy zanotował pan sobie już numer, który panu powiedziałem?
— Nie, jeszcze mi pan nic nie powiedział. Wewnątrz numer jest wymazany.
— Powiedziałem panu już dwa razy. Nie nudź mnie pan dłużej, nie mam czasu.
Astralniki ukradły całą tę część rozmowy, która się do nich odnosiła!
Gdy konduktor odszedł, wynurzyły się jakby triumfując. Ale wydawało mi się, że tymczasem ich fizjologja i psychologja wstąpiła w nową fazę. Gdy przedtem były niejako symbolami życzeń swych właścicieli, teraz wyrosły, wyemancypowały się i nabrały własnej indywidualności. Jakby próbowały dopiero tych nowych form życia, rozzuchwalając się coraz bardziej. Postanowiłem nie wtrącać się do ich sfery — jeżeli mnie same nie zaczepią.
Niestety, tę neutralność zepsuło przykre nieporozumienie.
Zatrzymaliśmy się właśnie na krótkim przystanku. Ktoś chodząc po peronie krzyczał na całe gardło:
— Piwko! Piwko! Piwko!
Natychmiast otworzyłem okno, aby spróbować, czy wypicie tego napoju nie odpędzi czarów grasujących w wagonie. Wraz z moją głową wysunęło się z okna kilkanaście rąk astralnych, długich, chudych, drgających chciwie w kierunku domniemanego piwa. Przybywało ich coraz więcej, zdawało się, że cała zawartość astralna przedziału zamieniła się w ręce, wysterczające stadem poza okno, chwiejące się elastycznie na wszystkie strony, jak bukiet węży w „Lilli Wenedzie“.
— Piwko! Panie Piwko! Panie Piwko!
— A żeby cię!.. zakląłem. W tej chwili ruszył pociąg, prychając cuchnącym dymem. Szarpnąłem za pas od okna i zamknąłem je z trzaskiem, zanim ręce zdołały się cofnąć. Zostały odcięte i spadły po drugiej stronie, jak kawałki makaronu. Rozległ się cichy, jakby mysi pisk.
— Przepraszam państwa! — rzekłem milcząco, ale astralniki mnie słyszały.
Kikuty cofnęły się w głąb, lecz niebawem wysunęły się znowu z odrośniętemi już kończynami. Ich ruchy zwracały się teraz w moją stronę, lecz trzymały się w przyzwoitej odległości jakby jeszcze niepewne i trwożliwe.
Nic sobie nie robiąc z ich obecności, zdjąłem z siatki swoją walizkę i otworzywszy, wydobyłem z wnętrza paczkę czekolady orzechowej. Rozłamawszy ją na kawałeczki, ułożyłem je na tekturowej przegródce walizki, zjadłem jeden kawałek z objawami najwyższego delektowania się, poczem wstałem i wziąłem się do otwierania okna. Szło mi to niesporo — czy w szparach uwięzły jakie strzępy ciał astralnych czy inne licho, dość, że udało mi się spuścić okno tylko na kilka centymetrów wdół, a potem zacięło się tak, że nie posuwało się ani wdół ani wgórę, Mozoląc się daremnie przy nieposłusznem oknie, rzuciłem okiem wbok. Mój podstęp udał się: do walizki wlazły już astralniki wszystkich pasażerów i łakomie lizały czekoladę. W mgnieniu oka spuściłem wieko, zatrzasnąłem i sam z rozmachem siadłem na niem, aby się astralniki nie wymknęły. Okropne ich wycie wnet rozradowało serce. Zgilotynowane głowy zamknąłem na klucz — myśląc sobie, że będzie to dobry materjał do sekcji.
— Szczególny sposób zamykania walizki — rzekł w tej chwili fryzjer, obudzony oczywiście nie wyciem astralników, którego z pewnością nie słyszał, lecz trzaskiem wskutek zamykania.
— Teraźniejsze zamki tak się zacinają. — Ale przy sposobności — czy wolno panu zadać jedno pytanie? Jakim głosem pan śpiewa? Zapewne tenorem? Czy pan lubi „Trubadura“?
— Wybaczy pan... wybaczy pan — szukał słów fryzjer — że będę spał dalej...
— A czy nie mógłbyś mi pan sprzedać nożyczek?
— T-e-eraz?
I obrócił się na drugi bok, zostawiając mnie sam na sam z tą hołotą... Reszta pasażerów spała także, nawet figlarny gimnazista — widocznie astralniki czerpiąc z nich życie, oddziaływały na nich tak usypiająco.
Podnosząc walizkę na siatkę, wcale nie czułem przybytku ciężaru. Zaniepokoiło mnie to nieco, ale wiedziałem, że astralnicy na pewien czas są unieszkodliwieni. Głowy nie odrastają im chyba tak prędko jak ręce, to nie wypada dla istot duchowych. Tymczasem postanowiłem zwiedzić cały wagon i ostrożnie wyszedłem z przedziału, strzegąc się potrącić kogokolwiek.
W korytarzu stosunkowo niewiele było astralników — natomiast w prawdziwem oblężeniu trzymali oni... klozet. Było to widocznie jeszcze pierwsze pokolenie astralników, nie wyemancypowane od właścicieli.
Ale gdy przebiwszy się przez ten ogonek, otwarłem drzwi do sąsiedniego przedziału, który mieścił trzecią klasę na sześciu ławkach, uderzyła ku mnie stamtąd cała fauna i flora astralna. Ciała śpiących głęboko ludzi były podłożem, na którem ona wyrastała, zapełniając sobą przedział. Najbliżej mnie kłębiło się coś niby stado wielkich białych ptaków, śpiących z głową pod skrzydłem; głowy te nagle poruszyły się i wyciągnęły ku mnie groźnie, lecz zamiast gęgać, wydawały głuchy pomruk. A dalej i w głębi niby poplątane białe drzewa, potem wszechgalareta, bathybius Haeckeli, pramaterja, cieknąca niewiadomo skąd — z ludzi, czy ze szpar podłogi, czy przez otwarte okna ze zbyt bliskich gwiazd i księżyców. Ta rzecz znajdowała się tu jeszcze w epoce przedhistorycznej, kiedy nie rozszczepiła się jeszcze dokładnie na człowieka i astralnika. Wzbierało to dopiero i przypływało ku mnie...
Wciąż jednak wydawało mi się, że nie jest to wszystko takie straszne, jak wyglądało... Poprostu sądziłem tak przez grzeczność, uważając, że to zapewne jakaś specjalnie dla mnie przez „Jakąś Wyższą Istotę“ zaaranżowana historja, która zresztą jest w jakiś sposób nierealna. Mimo to wolałem cofnąć się w bardziej cywilizowaną sferę Astralji. Depcąc mimowoli co chwila po jakichś żyjątkach, otworzyłem drzwi do mego przedziału. Był już po sufit zapełniony dobrze rozwiniętemi astralnikami. Przeciskałem się przez nich jak przez górę żelatyny, a stanąwszy wreszcie przed swojem miejscem, zastałem je... zajęte. Siedział na niem astralnik, bezczelnie zaglądając mi w oczy.
Niby nie rozumiejąc tego, siadłem jakby nigdy nic, licząc po dawnemu na to, że jest to tylko zjawisko optyczne. Ale ciała astralników mego przedziału nabrały widocznie tymczasem większej gęstości. Napotkałem na opór. Siadałem na niego raz po raz coraz silniej, przytłaczając go równocześnie plecami do ściany, aż się wreszcie rozbryznął.
Coś się ruszało po moich kieszeniach. Przeszukałem je i wyjąłem kilka małych astralników, których nb. rozgniotłem. Podczas tego polowania namacałem w kieszeni nóż, podarowany mi niegdyś przez p. Franciszka Mirandollę, i znowu ogarnęły mnie myśli wojownicze, chociaż przedtem za najwłaściwszą broń przeciw temu wrogowi uważałem... nożyczki...
Nagle naprzeciw mnie pojawiły się jakieś usta, pod niemi nos, a u dołu błyszczące oczy. Niespodziewane to zjawisko przestraszyło mnie tym razem naprawdę, aż się zorjentowałem, że to astralnik zwisający z sufitu głową wdół, czy też stojący na nim nogami — bliżej rozróżnić nie mogłem. Za nim kilku innych szeregiem wisiało w ten sam sposób, jak stalaktyty. Domyśliłem się, że to były głowy odcięte, które rzucone razem z walizką przypadkiem nawywrót, wylazły z niej, lecz nie umiały już odnaleźć normalnego położenia i zapuściły korzenie ku sufitowi. Ledwie to pomyślałem, ciała ich przekręciły się i spadły wdół ku podłodze, głowy jednak zachowały tę samą pozycję.
— Macie przewrócone w głowie — rzekłem po chwili do tego, który mnie chciał nastraszyć, a był widocznie ich delegatem.
— Pan traktujesz nas en canaille — szepnął delegat dziecięcym głosem, jakby ucząc się dopiero mówić.
— Czemu panowie napastujecie spokojnych pasażerów?
— Bo to nasz wagon. Tu się lęgniemy i żyjemy. Jak pan się domyśla — wagon z serji „Ślepego toru“.
— Nie istniejecie. Jesteście tylko dymem mego papierosa.
Delegat rozśmiał się.
— Jest pan mocno zarozumiały. Wogóle pan bagatelizuje nas... Od samego początku podsuwa nam pan robienie różnych głupstw. Wychowawcze oddziaływanie duszy pańskiej na nas jest niżej krytyki.
— Ja waszym wychowawcą?
— Każe nam pan bić się wzajemnie po twarzach, zaczepiać kobiety...
— Czyżbyście byli samymi tylko mężczyznami?
— Zostaw pan te żarty. Miewaliśmy tu już innych, lepszych wychowawców.
— Proszę bardzo, nie zwalajcie winy na mnie.
— Sprowokował nas pan czekoladą. Cze-ko-la-dą! — podniósł głos delegat.
— Czy nie była dobra? A piwko jak panom smakowało? — dodałem, aby widzieć, jak będzie wyglądała wściekłość delegata.
Głowa jego zaczęła się obracać nakształt tarczy, wysadzanej blisko brzegów wirującemi również z gniewu oczyma jak drogiemi klejnotami, a w środku usta okrągłe jak ryj wydawały coś w rodzaju bulgotu. Gdy się wreszcie uspokoił i zatrzymał, rzekł:
— Zginiesz pan.
— Za co?
Delegat zawahał się.
— Za to, że pan lekceważysz nas, duchy, ba, nie wierzysz pan nawet w nasze istnienie. Czyhaliśmy tu na pana. Musimy pana namacalnie przekonać.
— Ale jeżeli to uczynicie, jakże potem uwierzę?
Delegat przeczuwał w tem pytaniu jakiś haczyk i zastanawiał się ponuro, poczem zakonkludował:
— Pan myśli w tej chwili, że my, duchy, tępo myślimy. Że my, duchy, nie jesteśmy inteligentne.
— Tak, macie za mało w sobie ducha.
— Za to wyrzucimy pana przez okno!
Oblizał się do tego pomysłu.
— Ja będę krzyczał.
— Nie usłyszą pana.
— Za mały otwór.
— Na pańskiego astralnika wystarczy.
— Ja mam astralnika? Proszę bez impertynencyj.
— I pan, i pan go ma.
— Dlaczego się tu nie zjawia? Pokażcie mi go panowie.
— Pan sam jest swoim astralnikiem.
— Dobrze wiedzieć.
— Dlatego przeciśnie się pana przez ten otwór i...
W tej chwili zadałem mu w oko cios nożem, który przygotowywałem sobie podczas rozmowy, wsadzając nóż w rękojeść. Rzucili się na mnie koledzy delegata. Broniłem się jak Podbipięta: odcinałem im nosy, ręce, głowy, płatałem brzuchy, krajałem ich na flaczki, lecz konsystencja astralników, wciąż na nowo wyłaniających się z czeluści wagonu, stawała się coraz mocniejszą. Nóż mój grzęznął w nich jak w maśle, potem jak w mięsie, a wreszcie napotkał jakby na kość i zatrzymał się. Chciałem targnąć linkę bezpieczeństwa, lecz setki rąk uwiesiły się u mojej ręki i ściągnęły ją wdół. Astralnicy zaczęli mnie popychać ku oknu i już mnie pochwycili za nogi. Dla mnie miała teraz nastąpić chwila najbardziej interesująca: przekonania się, o ile jestem astralnikiem...
Straciwszy równowagę, upadłem ku poduszce przedziału i w tej chwili dotknąłem ręką otwartej tam jeszcze książki Grabińskiego „Demon Ruchu“. Zmiarkowałem, że astralnicy naraz jakby skonsternowani rzucili się także w tę stronę. Wtedy krótkospięciem domysłów błysnął mi niespodziewany sposób ratunku. Pochwyciłem książkę i zanim astralnicy mi przeszkodzili, przeciskałem ją przez szparę u okna. Przyczepili się do książki, jak pszczoły do ula, ale zdołałem ją wypchnąć nazewnątrz...
Wyleciała, ciągnąc za sobą szereg maleńkich już astralników, spojonych za ręce niby pajace, które dzieci wystrzygają z wachlarzowo złożonego papieru. Z mysim piskiem przeciskały się przez szczelinę: snać szybkość pędu pociągu była za wielka w stosunku do szybkości ich przemiany z jednych form w drugie, i bolały ich ramionka, wyciągane ze stawów. Aby przyśpieszyć ten proces ewakuacyjny, wyrzuciłem za okno także „Na wzgórzu róź“ tego samego autora i jego „Szalonego pątnika“ (Nakład Spółki Wydawniczej w Krakowie, 1920). I trzy wieńce astralniczków ciągnęły się od mego okna w ciemną dal nocną, niby białe powoje, a gdy pociąg skręcił, owijały się wzdłuż wagonów, zaplątywały się między koła z coraz cichszą skargą... Stawali się coraz mniejsi, wątlejsi, wkońcu wywijały się z mego wagonu jak z kokona już tylko trzy białe niteczki, które się jedna po drugiej urywały, spiralizując na końcu jak spalony włos, wymknęły się przez okno, i nie pozostało już nic...
Koło jednej z budek strażniczych zapiał kogut... Podróżni budzili się.
Nazajutrz we Lwowie, opuszczając wagon, zanotowałem sobie jego numer — na wszelki wypadek. Te nieporządki kolejowe stanowczo muszą być usunięte, choćby przez to miało powstać przesilenie ministerjalne. Ważną poszlaką po astralnikach jest to, że pieniądze, które wiozłem z sobą, bardzo szybko się ulotniły.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Irzykowski.