Villette/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Szkatułka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII
SZKATUŁKA

Na tyłach domu przy Rue Fossette znajdował się ogród, rozległy, biorąc pod uwagę, że położony był w samym centrum miasta. W mojej pamięci przynajmniej zapisał on się, pozostając takim po dzień dzisiejszy jako szczególnie pociągający. Czas, zarówno jak odległość, użycza pewnym miejscowościom i sceneriom wpływu osobliwie miękko zacierającego ostrość ich zarysów. Tam zresztą, gdzie wszystko dokoła jest kamieniem, gładkim murem i rozprażonym brukiem, jak bezmiernie cennym wydaje się krzew każdy, jak przedziwnie miłą zamknięta przestrzeń porosłego zielenią gruntu!
Wedle tradycji miał być niegdyś dom Madame Beck klasztorem. W czasach minionych — jak dawno minionych trudno mi powiedzieć, sądzę wszelako, że przed kilku wiekami, zanim miasto rozrosło się, zagarniając i tę dzielnicę również, która była wówczas uprawnym gruntem i zazielenionym gąszczem, w jakiego obrębie powinien kryć się klasztor — otóż w owych minionych czasach mogły niewątpliwie wydarzać się w tych okolicach zajścia, budzące grozę, siejące postrach i omraczające miejsca przywarłą do nich na stałe, przekazaną wiekami legendą o nawiedzających dom i ogród duchach. Krążyła tedy mętna opowieść o odzianej w czarno-biały strój mniszce, którą od czasu do czasu, nocą, czy nocami, widywać miano snującą się tutaj. Legenda o tej zjawie powstać musiała przed paroma wiekami już, obecnie bowiem wznosiły się wszędzie dokoła kamienice czynszowne i tylko w ogrodzie przy domu Madame Beck pozostały jeszcze pewne, uświęcające to miejsce zabytki klasztorne w postaci starych, potężnie rozrosłych drzew owocowych. U stóp jednego z nich — liczącej metuzalowe lata gruszy — zamarłej już poza kilkoma konarami, wciąż jeszcze odradzającymi się wiernie na wiosnę aromatyczną bielą swoich kwiatów i płodną złocistością swoich owoców jesienią — widzieć można było, po odskrobaniu porosłej mchem ziemi połyskującą pomiędzy na wpół obnażonymi korzeniami twardą, gładką, czarną płytę kamienną. Jak chciała, nie stwierdzona i nie uwierzytelniona, wciąż jednak szerzona legenda, było to wejście do sklepienia, uwięzionego głęboko pod ziemią, na której obficie rosła obecnie trawa i wykwitały kwiaty i kryjącego w swoim wnętrzu kości młodej dziewczyny, którą zgromadzenie mnichów ponurego średniowiecza pogrzebało tutaj żywcem za złamanie przez nią ślubów zakonnych. Jej to cień właśnie straszyć miał poprzez szeregi pokoleń już po obróceniu się w proch doczesnej jej powłoki. Jej czarna szata i biały welon, wyczarowane przed strwożonymi oczami światłem księżyca i cieniem, falowały na nocnym wietrze w gąszczu drzew i zarośli ogrodowych.
Niezależnie wszakże od romantycznych tych gadek posiadał stary ogród czar niewątpliwy. W letnie poranki zwykłam zrywać się wcześnie, aby móc rozkoszować się nim sama jedna; w letnie wieczory, samotna również, pozostawałam tu w oczekiwaniu na wschód księżyca, na zaznanie rozkoszy pocałunku wietrzyka wieczornego i na wyobrażanie sobie raczej, aniżeli istotne odczuwanie, słodyczy i świeżości opadającej mgły. Murawa zieleniła się, wysypane piaskiem ścieżki żółciły się wyraźnie, złociste nasturcje wykwitały jaskrawymi bukietami pośród wystających korzeni na wpół uschniętych, ale wciąż jeszcze rodzących owoce olbrzymów. Była tu altana, ocieniona rozłożystymi konarami akacji i druga, o wiele mniejsza i bardziej ukryta altanka, utulona w gąszczu szlachetnego wina, obrastającego od strony południowej szary mur ogrodowy. Długie łozy wiły się, wdzięcznie oplecione dokoła zwisających obficie gronowych kiści, splątane z wonnym jaśminem i połyskującym ciemniejszą zielenią bluszczem.
W biały dzień oczywiście, w południe, czy w pospolitych godzinach popołudniowych, kiedy licznie uczęszczana pensja Madame Beck napełniała ogród ruchem i wrzawą kiedy pensjonarki i przychodnie uczennice współzawodniczyły z wychowańcami mieszczącego się w pobliżu kolegium dla chłopców zdolnością hałaśliwego wprawiania w ruch kończyn swoich i płuc, o tej porze były niewątpliwie trawniki, zarośla i ścieżki ogrodowe pospolitym, wydeptanym tysiąckrotnie miejscem. Ale o zmierzchu, w godzinie salut, kiedy dzwoniono na Anioł Pański, to znaczy kiedy przychodnie uczennice powracały już do swoich domów, a pensjonarki siedziały pilnie przy odrabianiu swoich lekcyj, miło było błąkać się samotnie po owych alejach, pod rytm rozkołysanych dzwonów kościoła Ś-go Jana Baptysty, których pieściwy dźwięk dziwnie słodko i podniośle zarazem nastrajał duszę.
Przechadzałam się tu pewnego wieczora, zatrzymana dłużej niż zwykle już po zupełnym zapadnięciu zmierzchu urokiem coraz głębszej ciszy, rzeźwiącego chłodu i upajających zapachów, jakich nie promieniują nigdy kwiaty we dnie, przy słońcu, a jakie wyczarować jest z nich zdolna jedynie rosa wieczorna. Światło w oknie kaplicy zdradzało, że katoliccy domownicy zgromadzili tu na modły wieczorne, rytuał, od którego ja, jako protestantka, uwalniałam się od czasu do czasu.
— Pozostań jeszcze chwilę — kusiła samotność i sierp letniego księżyca — teraz dopiero panuje tu prawdziwa cisza; możesz darować sobie kwadransik jeszcze; nie jesteś tam nikomu potrzebna: żar i zamęt całego dnia znużyły cię, skorzystaj z tych chwil bezcennych.
Pozbawione okien, wychodzące na ogród ściany przyległych domów, a zwłaszcza cała nieprzerwana jedna ich strona kryła poza sobą długi szereg pomieszczeń, w których lokowano pensjonarzy sąsiadującego z nami kolegium. Kamiennej, gładkiej jednostajności murów nie przerywało nic, z wyjątkiem niewielkich otworów, umieszczonych wysoko na poddaszu i stanowiących okienka sypialnych izb służby oraz jednego okna na niższym piętrze, gdzie jak mówiono, miał znajdować się pokój mieszkalny, czy gabinet jednego z wychowawców. Mimo jednak, że zabezpieczona w ten sposób, była aleja, biegnąca wzdłuż wysokiego muru w tej stronie ogrodu, niedostępna dla uczennic, którym nie pozwolono spacerować tutaj. Nosiła ona nawet nazwę „l'allée défendue“ — zakazanej alei. — Uczennica, która odważyłaby się przekroczyć ten zakaz, narażona byłaby na tak surową karę, na jaką tylko pozwalały łagodne przepisy zakładu wychowawczego przy Rue Fossette. Nauczycielki i wychowawczynie mogły oczywiście uczęszczać tam do woli, że jednak ścieżka ta, szumnie nazwana aleją, była wąska, a nieprzetrzebiane zarośla zagęściły się nadmiernie po obu jej stronach, tworząc nieprzenikniony dla promieni słonecznych dach zieleni, rzadko uczęszczana bywała aleja ta za dnia, a po zapadnięciu zmierzchu trwożliwie omijana.
Ta stała zasada unikania allée défendue kusiła mnie od samego początku do przełamania jej. Pociągał mnie ku niej urok zupełnego odcięcia od świata i panującego tu stale mroku. Przez długi czas wszakże powstrzymywała mnie obawa wydania się dziwaczką; stopniowo jednak w miarę przyzwyczajania się otoczenia do mnie, do mojego zachowania oraz do drobnych, właściwych mojej naturze dziwactw, nie dość rażących zresztą, aby uczynić mnie interesującą i może nie dość wybitnych, aby miały wykraczać przeciwko dobrym obyczajom — słowem, dziwactw moich z którymi zżyto się, jako z moją cechą nieodłączną — zaczęłam coraz częściej kierować kroki moje w stronę tej wąskiej, gęsto po obu stronach zarośniętej ścieżki. Podjęłam się tu dobrowolnie pełnienia obowiązków ogrodniczki, pielęgnując wykryte przeze mnie, nieznane mi z nazwy kwiaty, zabłąkane pośród gąszczu; usunęłam spiętrzone grubą warstwą pozostałości minionej, czy minionych, jesieni, odsłoniwszy w ten sposób ukrytą pod nimi na końcu alejki ławkę, którą, dzięki użyczonemu mi łaskawie przez kucharkę, poczciwą Goton, kubłowi wody i szczotce do szorowania, doprowadziłam do stanu używalności. Madame, zaskoczywszy mnie przy tej pracy, uśmiechnęła się, jak gdyby z uznaniem. Czy uśmiech ten i to uznanie były szczere, trudno mi osądzić, wydawały się jednak szczere.
Voyez-vous — zawołała — comme elle est propre cette demoiselle Lucie? Vous aimez donc cette allée Miss?[1]
— Tak — odparłam — taka jest cicha i cienista.
C‘est juste[2] — rzekła tonem dobrotliwym, uprzejmie zachęciwszy mnie, abym korzystała z tego ukrycia ile tylko zechcę. Zaznaczyła przy tym, niby mimochodem, że nie ciąży przecież na mnie obowiązek surveillance, nie mam więc potrzeby zabierania tam z sobą uczennic; nie miałaby jednak nic przeciwko temu, abym pozwalała jej własnym dzieciom odbywać tu z nią godziny angielskiej konwersacji.
Otóż owego wieczora, o którym mowa, siedziałam na ukrytej przed okiem wszystkich ławeczce, oczyszczonej przeze mnie z mchu i pleśni, i wsłuchiwałam się w to, co wydawało mi się dalekimi odgłosami miasta. W rzeczywistości nie były one tak dalekie: szkoła nasza położona była w samym centrum Villette, tym samym więc od parku miejskiego oddzielało nas nie więcej niż pięć minut drogi, a zaledwie dziewięć od pałacowo wspaniałych gmachów stołecznych. Tuż w pobliżu ciągnęły się jarząco oświetlone ulice, tętniące w tej chwili życiem: toczyły się po nich szeregi świetnych pojazdów, uwożących strojną publiczność do teatrów, na koncerty, na bale. Ta sama godzina, która nakazywała gaszenie świateł w naszym klasztorze, gdzie opadały zasłony dokoła wszystkich łóżek i otulała gmach cały skrzydłami swoimi niezmącona cisza nocy, wydzwaniała w rozbawionym mieście hasło do wszelkiego rodzaju rozrywek odświętnych. Nie myślałam jednak o tym kontraście; instynkt zabawy i wesołości nie leżał w mojej naturze; nie byłam nigdy na balu, ani na operze, mimo też częstego słyszenia o nich, a nawet chęci oglądania ich, nie było to z mojej strony pragnieniem brania bezpośredniego udziału w podobnych rozrywkach. Czułam, że nie nadaję się do błyszczenia na świetnych zebraniach, nie dążyłam też bynajmniej do zakosztowania ich, ale jedynie do naocznego przekonania się jak one wyglądają w rzeczywistości.
Księżyc świecił jasno. Nie była to wprawdzie jego pełnia, sierp tylko, widzialny poprzez gałęzie. On i jaśniejące dokoła niego gwiazdy nie były dla mnie zjawiskiem obcym pośród rzeczy i istot dalekich mi i obcych. Znałam je od dzieciństwa. Widziałam złocisty ten znak, płynący po ciemnym błękicie ponad kępą starych cierni, które rosły pośród tak dobrze znanego pola w kochanej mojej Anglii za dawnych i dawno minionych dni, zupełnie tak samo jak płynął teraz ponad jedną z dumnych, strzelających w niebo wieżyc tej okolicy na kontynencie.
O, moje dziecięctwo! Nie byłam wyzbyta gorących uczuć. Przy całej mojej bierności i małomówności, przy całym pozornym moim chłodzie, na myśl o dniach minionych czułam, że w piersi mojej bije serce, zdolne do głębokiego odczuwania. W stosunku do teraźniejszości lepiej było zachować surowy stoicyzm, zaś do przyszłości — przyszłości takiej jak moja — nieczułość i martwotę głazu. Odrętwienie to skutecznie powściągało właściwą mojej naturze żywość uczuć.
Pamiętam, że w owym czasie lęk we mnie budziły pewne zjawiska, które mogłyby mnie podniecać: poszczególne stany pogody, na przykład, budzące we mnie uczucia, które stale usiłowałam zagłuszać i zrywające mi z ust okrzyk pożądania, któremu nie mogłam uczynić zadość. Pewnej nocy rozsrożyła się burza gradowa. Huragan wstrząsał nami w naszych łóżkach; ogarnięte paniką dziewczęta katolickie poklękły na posłaniach, modląc się do swoich świętych. I mnie także chwyciła burza w szpony swoje, tyrańsko roztaczając nade mną władczą swoją potęgę, zrywając mnie z łóżka i zmuszając do należytego wykorzystania jej widoku. Wstałam i ubrałam się, poczym przekradłszy się ku oknu, otworzyłam je, usiadłam na jego parapecie i oparłam nogi na dachu sąsiadującego niższego budynku. Smugi gradu i deszczu, chłostane dzikimi podmuchami wichru, padały pośród atramentowej ciemności. W sypialni klęczały przerażone dziewczątka dokoła nocnej lampki, modląc się głośno. Ja jedna tylko nie mogłam zdecydować się wejść do pokoju: nie mogłam oprzeć się rozkoszy bezpośredniego zaznawania o tej niezwykłej godzinie dziko rozpętanego żywiołu, wsłuchiwania się w niesamowite jego, budzące najwyższą grozę wycia, wpatrywania się w rwące szaleńczym pędem chmury, rozdzierane raz w raz oślepiającymi wstęgami błyskawic.
Siedziałam długo, nie mogąc ani w danej chwili, ani w ciągu dwudziestu czterech godzin potem, uśmierzyć mojej tęsknoty za czymś, co wyrwałoby mnie z obecnego mojego istnienia, porwałoby mnie naprzód i uniosłoby mnie na wyżyny. Rozumiałam, że muszę wybić sobie z głowy podobnego rodzaju tęsknoty, co uczyniłam też symbolicznie, przebijając wzorem Jaeli[3] gwoździem ich skronie. W przeciwieństwie wszakże do Sysery[4], nie zgładziło ich to, co najwyżej tylko ogłuszyło je i oszołomiło chwilowo, co pewien czas też obluźniało gwóźdź, skronie krwawiły wówczas, a mózg poruszony był do samych podstaw.
Owego zmierzchu wieczornego wszakże, nie byłam nastrojona tak buntowniczo, ani też nie czułam się tak zgnębiona. Mój Sysera leżał śpiąc spokojnie w swoim namiocie, a jeśli nawet pojękiwał z bólu przez sen, coś, ni to anioł — ideał — klęczał przy jego węzgłowiu, lejąc balsam na ukojone nim jego skronie, trzymając przed zasklepionymi powiekami szkiełko czarodziejskie, którego słodkie, upojne wizje odtwarzały się w rojeniach sennych i siejąc świetlne odbicie swoich osrebrzonych księżycowym blaskiem skrzydeł i szaty swojej na przebitego gwoździem śpiącego, na próg namiotu, na cały roztaczający się na zewnątrz pejzaż. Jaela, ponura, surowa niewiasta, siedziała nieco z dala, dziwnie złagodniała w stosunku do swojego jeńca, bardziej skłonna do wiernego czekania na powrót do domu Habera. Przez to porównanie chcę powiedzieć, że cisza, panująca dokoła, rzeźwiący chłód wieczorny i upojność pachnącej rosy owionęły serce moje słodyczą nadziei, nie tyle nadziei na pewnym określonym punkcie, ile ogólnego uczucia ulgi, ukojenia i zachęty.
Czyżby nastrój podobny, cisza taka i siana przez nią dokoła słodycz nie miały być zwiastunkami pomyślności? Niestety, dla mnie przynajmniej nie wynikło z tego nic osobliwie pomyślnego ani dobrego. W danym momencie zakłóciła ją brutalna Rzeczywistość w najgorszej, najbardziej odrażającej, najnikczemniejszej swojej postaci.
Skoncentrowaną ciszę, jaką tchnęło nagromadzenie budynków kamiennych, spiętrzonych ponad ulubioną moją alejką, ponad drzewami i wysokim murem ogrodowym, zakłócił nagle zgrzytliwy, skrzypiący odgłos: to skrzypnęły zawiasy okienne. Zanim miałam czas podnieść głowę, aby przekonać się kto i na którym piętrze otworzył okno, ugięły się konary drzewa ponad moją głową, jak gdyby trafił w nie pocisk i wprost pod moje nogi upadł jakiś przedmiot.
Zegar wieżowy kościoła Ś-go Jana Baptysty wydzwonił dziewiątą; zmierzchło się już, nie było jednak jeszcze zupełnie ciemno. Sierp księżyca nie dodawał wiele światła; jedynie mocniej rozzłocony punkt na niebie, gdzie słońce promieniowało ostatnio, oraz kryształowa przejrzystość szerokiego pasa ponad tym punktem, podtrzymywały zmrok letni; nawet na tej mojej ciemnej ścieżce, mogłam, zbliżywszy się do szerzej rozchylonych gałęzi, czytać drobny druk. Tym łatwiej więc dostrzec mogłam, że ów rzucony z okna pocisk był małą szkatułką z białej i kolorowanej słoniowej kości; jej niedomknięta górna połowa otworzyła się w moich rękach, ukazując leżące wewnątrz fijołki, a na nich złożoną ćwiarteczkę różowego papieru, na której napis głosił: „Pour la robe grise“ — dla szarej sukni. — Traf chciał, że tego dnia miałam na sobie suknię barwy szaro-popielatej.
Ślicznie. Czyżby miał to być czuły bilecik? — „un billet-doux? Rzecz, o której słyszałam, dotychczas jednak nie dostąpiłam zaszczytu trzymania jej w ręku. Czyżby miało nią być to, co w tej chwili spoczywało pomiędzy wskazującym i wielkim moim palcem?
Trudno było mi uwierzyć w to zrazu. Nie wyobrażałam sobie wcale możliwości posiadania wielbiciela, ani starającego się o moją rękę. Myśli wszystkich nauczycielek zaprzątnięte były rojeniami o tego rodzaju osobnikach; jedna z nich nawet — oczywiście z gatunku osobliwie łatwowiernych — wierzyła święcie w przyszłe swoje zamążpójście. Każda uczennica powyżej czternastu lat roiła o przyszłym narzeczonym; dwie czy trzy zostały już nawet związane narzeczeństwem przez rodziców swoich, kiedy były w kolebce jeszcze. Moje myśli, a tym mniej moje przewidywania, nie znajdowały nigdy podniety do wkraczania w zakres podobnych nadziei i uczuć.
Ilekroć szły inne nauczycielki do miasta, czy odbywały przechadzkę po bulwarach, albo też były obecne w kościele na mszy chociażby, mogły liczyć (sądząc z ich opowiadań) na spotkanie się z osobnikami „płci odmiennej“, których rozkochane, pełne podziwu spojrzenia przekonywały je o potędze ich uroku i o ich sile pociągania mężczyzn. Nie mogłabym powiedzieć, aby moje doświadczenia życiowe pouczać mnie miały o tym samym. Bywałam w kościele, chodziłam na spacery, byłam jednak najzupełniej przekonana, że nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. W całym zakładzie wychowawczym przy Rue Fossette nie było ani jednej młodej kobiety, czy młodej dziewczyny, która nie zapewniałaby, że tu i ówdzie spoczęło na niej pełne zachwytu spojrzenie błękitnych oczu młodego naszego doktora. Co do mnie, zmuszona jestem, niestety, stwierdzić, chociażby miało to brzmieć bardzo upokarzająco dla mojej osoby, że stanowiłam pod tym względem niewątpliwy wyjątek. W stosunku do mnie nie ponosiły jego błękitne oczy, spokojne jak niebo i zbliżone barwą do nieba, żadnej tego rodzaju winy. Chociaż więc słuchałam rozmów moich koleżanek, dziwiąc się często ich wesołości, ich pewności siebie i zadowoleniu ich z samych siebie, nie pomyślałam jednak nigdy o naśladowaniu ich, o pójściu drogą, po której kroczenia zdawały się tak pewne. Nie był to więc billet-doux; przeświadczona o tym bez skrupułu otworzyłam liścik. Brzmiał on jak następuje:
„Aniele mojego serca! Tysiączne dzięki za dotrzymanie przyrzeczenia, o czym nie śmiałem marzyć prawie. Sądziłem, że jest to tylko coś w rodzaju żartu z Twojej strony; sama uważałaś zresztą krok ten za tak bardzo ryzykowny ze względu na porę tak wielce nieodpowiednią i alejkę tak zupełnie samotną, obieraną na miejsce przechadzek przez tego smoka, nauczycielkę angielskiego — une véritable bêgueule Britannique à ce que vous dites — espèce de monstre, brusque et rude comme un vieux caporal de grenadiers, et revêche comme une réligieuse[5] — (zechce czytelnik łaskawie wybaczyć skromność, z jaką oddaję ten schlebiający mi wizerunek w jego autentycznym brzmieniu).
— „Domyślasz się, aniele mój“ — wyczytałam w dalszym ciągu listu, — „że mały Gustaw z powodu jego choroby został przeniesiony do pokoju wychowawcy — do tego uprzywilejowanego pokoju, którego okno wychodzi na ogród waszego więzienia. Otóż ja, wzór troskliwego wujaszka, mam prawo odwiedzać Gustawa. Z jakim drżeniem podszedłem do okna i zajrzałem do Raju — Raju dla mnie, mimo że jest pustynią dla Ciebie! — jakim lękiem przejmowała mnie myśl, że nie dostrzegę w nim nikogo, albo też ujrzę wspomnianego smoka jedynie. O jak radośnie zatrzepotało serce moje, kiedy poprzez rozchylenie pomiędzy konarami drzew dostrzegłem od razu błysk wielkiej twojej prześlicznej słomianej pasterki i falowanie uroczej twojej popielatej sukni, którą rozpoznałbym pośród tysięcy. Ale dlaczego, aniele mój, nie chcesz podnieść oczu i spojrzeć w moją stronę? Okrutnico, dlaczego nie chcesz użyczyć mi chociażby jednego promiennego błysku twych oczu czarownych? Jak wiele sił i otuchy dodałoby mi jedno takie spojrzenie! Kreślę te słowa w gorączkowym pośpiechu, korzystając z tego, że lekarz bada Gustawa. Ośmielam się włożyć do małej szkatułki liścik niniejszy wraz z bukiecikiem fijołków, najrozkoszniejszych słodkim swoim zapachem — nie tak rozkosznych wszakże jak ty, moja Peri — moja ty najczarowniejsza z istot! Na wieki twój — wiesz dobrze kto!“
— Szkoda, że ja nie wiem kto — brzmiał mój komentarz, dotyczący w wyższym jeszcze bodaj stopniu osoby, do której list był adresowany, aniżeli autora wytwornie czułej epistoły. Może była ona dziełem narzeczonego jednej z zaręczonych uczennic, a w takim razie nie stanowiła ta oryginalna korespondencja tak wielkiego przestępstwa, co najwyżej pewne wykroczenie przeciwko regulaminowi zakładowemu. Niektóre spośród dziewcząt — większość nawet bodaj — miały braci i kuzynów w sąsiadującym z nami kolegium męskim. Ale „la robe grise, le chapeau de paille“ — suknia popielata, kapelusz słomkowy — w nich niewątpliwie tkwił klucz zagadki, wyjątkowo trudnej do odgadnięcia. Pasterka słomkowa była zwykłym nakryciem głowy, używanym przy wychodzeniu do ogrodu, noszonym poza mną przez dziesiątki nauczycielek i uczennic. Popielata suknia nie mogła również służyć jako bardziej wyraźna wskazówka. Sama Madame nawet zwykła nosić suknie w tym odcieniu; jeszcze jedna nauczycielka i trzy pensjonarki miały popielate suknie z tego samego materiału i tej samej barwy co moja: był to odcień modny w owym czasie na użytek codzienny.
W trakcie tych rozmyślań zdałam sobie nagle sprawę, że muszę już powrócić do domu. Światła, rozbłyskujące w sypialniach, świadczyły, że skończyła się wieczorna modlitwa i że pensjonarki udają się na spoczynek. Za nie więcej niż pół godziny będą pozamykane wszystkie drzwi — wszystkie światła pogaszone. Otwarte było na oścież jedynie wejście frontowe, aby wpuścić do rozprażonego wnętrza domu świeższy powiew nocy letniej. W oknie położonej najbliżej loży odźwiernej połyskiwało światło lampy, oświetlającej przez uchylone drzwi loży podłużny przedsionek z dwojgiem drzwi salonu po jednej stronie i z wielkim wejściem frontowym, zamykającym widok na ogród.
Nagle ostro jęknął przy furtce dzwonek — ostro, ale nie głośno — jak gdyby ostrzegawczy szept metalowy, Rozyna wybiegła ze swojej loży, aby otworzyć. Osoba którą wpuściła, zatrzymała się, rozmawiając z nią jeszcze parę minut; sprawiało to wrażenie wzdragania się, czy zwlekania. Rozyna, zbiegłszy do furtki miała w ręku latarkę. Stała przez chwilę, rozglądając się niepewnie dokoła.
Quel conte? — zawołała z zalotnym uśmiechem. — Personne n‘y a été.[6].
— Niech mnie pani wpuści — prosił jakiś znany mi głos. — Na pięć minut tylko. Znajoma mi sylwetka, wysoka i imponująca (przywykliśmy wszyscy przy Rue Fossette uważać ją za taką) wsunęła się do ogrodu i zaczęła pośpiesznie krążyć pośród grządek kwiatowych i ścieżek. Świętokradztwem było przedostanie się tutaj mężczyzny o podobnej porze. Widocznie jednak ten, który wszedł, miał prawo uważać się za uprzywilejowanego, a może też liczył na sprzyjający mu mrok nocy. Krążył po alejkach i ścieżkach, zaglądając tu i owdzie pomiędzy gąszcze krzewów, depcąc kwiaty na rabatach i łamiąc gałęzie przy skrzętnym, acz pośpiesznym tym poszukiwaniu, aż wreszcie dostał się na „allée défendue“, skąd wyszłam mu naprzeciw, niby zjawa upiorna.
— To, czego pan szuka, zostało znalezione, panie doktorze Johnie!
Nie zapytał kto znalazł zgubę: bystre jego oko dostrzegło, że trzymam szkatułkę w ręku.
— Niech pani jej nie zdradzi — szepnął, spojrzawszy na mnie tak, jak gdybym była naprawdę smokiem.
— Gdyby nawet w naturze mojej tkwiły skłonności do zdrady, nie mogłabym zdradzić ani tego, kogo nie znam, ani tego, o czym nie wiem — brzmiała moja odpowiedź. — Niech pan przeczyta kartkę, a przekona się pan jak mało wyjawia ona.
Powiedziałam to, nie mogąc jednak uwierzyć, aby dr. John mógł być tym, który ją napisał. Nie podobna, aby miał to być jego styl, a zresztą w głupocie mojej wyobrażałam sobie, że niemożliwym z jego strony zuchwalstwem byłoby użycie w związku z moją osobą tak uwłaczających epitetów. Mogłam też czuć się dostatecznie pomszczona wyraźną konfuzją, jaką zdradziła jego twarz. Przy czytaniu notatki spłonął gorącym rumieńcem wstydu czy oburzenia.
— Tego już doprawdy za wiele!... To okrucieństwo! Znieważające, haniebne okrucieństwo! — zawołał. I ja również zmuszona byłam uznać to za haniebne okrucieństwo, aż nadto wymownie stwierdzone jego własnym przejęciem się. Bez względu jednak na to, czy on sam ponosił winę, czy nie, ktoś musiał być przecież winowajcą.
— Jak pani zamierza postąpić? — zapytał. — Czy powie pani Madame Beck o tym co pani znalazła i wywoła tym skandal — une esclandre?
Uważałam, że powinnam powiedzieć i oznajmiłam mu to szczerze, dodając jednak, że nie przypuszczam, aby zawiadomienie Madame miało doprowadzić do skandalu. — Madame — rzekłam — jest zbyt przezorna, aby rozgłaszać sprawę tego rodzaju, wydarzoną w jej zakładzie wychowawczym.
Stał, opuściwszy nisko głowię i rozmyślał. Był zbyt dumny i zbyt honorowy zarazem, aby prosić mnie o utrzymanie w tajemnicy całej rzeczy, której podanie do wiadomości przełożonej nakazywał mi obowiązek. Chciałam postąpić lojalnie, było mi wszakże nad wyraz przykro wyrządzić mu tym jakąś krzywdę. W tej chwili właśnie Rozyna zerknęła przez otwarte drzwi. Nie mogła nas widzieć, ja, natomiast, spoglądając poprzez otwory pomiędzy konarami drzew, widziałam ją wyraźnie: suknia jej była popielata, w tym samym odcieniu co moja... Okoliczność ta, wzięta pod uwagę w łączności z poprzednimi faktami, nasunęła mi myśl, że, jakkolwiek wydarzenie to jest samo przez się bardzo niemiłe, nie nakłada ono jednak na mnie obowiązku wtrącania się do całej tej sprawy, ani też interesowania się nią. Pod wpływem tego przypuszczenia powiedziałam:
— O ile pan może zapewnić mnie, że nie wchodzi tu w grę żadna z wychowawczyń ani uczennic Madame Beck, będę bardzo rada, mogąc trzymać się najzupełniej z dala od wszystkiego. Niech pan zabierze szkatułkę, kwiaty i bilecik, a ja ze swojej strony chętnie przyobiecuję puścić całą rzecz w niepamięć.
— Niech pani spojrzy! — szepnął nagle, zaciskając rękę na podanych mu przeze mnie przedmiotach i równocześnie wskazując ruchem głowy punkt jakiś dostrzegalny poprzez gałęzie.
Spojrzałam. Była to Madame schodząca niedosłyszalnymi krokami ze schodków, w szalu, szlafroku i pantofelkach, a potem przekradająca się cicho jak kot ścieżkami ogrodowymi. Nie upłynęłyby dwie minuty a wpadłaby niechybnie na doktora Johna. O ile jednak Madame zwinnością swoją przypominała kota, dorównywał dr. John chyżością i lekkością swoich kroków — leopardowi. W chwili też, kiedy skręciła za róg, przeskoczył dwoma bezszelestnymi susami cały ogród. Kiedy Madame wyłoniła się ponownie, nie było już śladu po nim. Rozyna dopomogła mu pośpiesznie, zatrzasnąwszy od razu furtkę za nim i w ten sposób odgrodziwszy go skutecznie od jego prześladowczyni. I ja także mogłam uciec, wolałam wszakże zetknąć się z Madame otwarcie.
Mimo że znano powszechnie mój zwyczaj częstego przebywania o zmierzchu w ogrodzie, nigdy jednak jeszcze, aż do owego wieczora, nie pozostawałam tu do tak późnej godziny. Przypuszczając, że byłam potrzebna Madame, która wyszła, aby mnie odszukać, zamierzając przychwycić mnie, jako winowajczynię na gorącym uczynku, przygotowana byłam na surową reprymandę. Wbrew spodziewaniu mojemu jednak była Madame słodka jak ulepek. Nie zrobiła mi cienia wyrzutu, nie okazała nawet zdziwienia. Ze zwykłym sobie niezrównanym taktem, w czym nie potrafił nigdy chyba prześcignąć jej nikt z ludzi żyjących, zapewniła, że wyszła jedynie, aby zaczerpnąć trochę przewiewu wieczornego „la brise du soir“.
Quelle belle nuit!“ — jaka piękna noc! — zawołała, podniósłszy oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Księżyc skrył się już poza kopiastą wieżą kościoła Ś-go Jana Baptysty. — „Qu‘il fait bon! Que l‘air est frais![7]
I, zamiast kazać mi pójść do domu, zatrzymała mnie, aby przejść się wraz ze mną kilkakrotnie po głównej alei. Kiedy wreszcie powróciłyśmy obie, oparła się przyjacielsko na moim ramieniu przy wchodzeniu na stopnie schodów wejściowych. Przy rozstaniu podstawiła swój policzek dotknięciu moich warg i rzekła uprzejmie na dobranoc: „Bon soir ma bonne amie; dormez bien!“[8]
Przyłapałam samą siebie na uśmiechu, kiedy, leżąc w mojej sypialni przed zaśnięciem, pomyślałam o Madame. Wiedziałam, że namaszczony ton i wyjątkowa łaskawość jej zachowania, były nieomylną oznaką wylęgnięcia się w mózgu jej wyraźnego podejrzenia. Z jej samej tylko znanego punktu obserwacyjnego, poprzez rozchylenie pomiędzy gałęziami, czy przez któreś z otwartych okien, podchwycić musiała przebłysk, bliższy czy dalszy, zdradzający czy wyjaśniający to, co zaszło tej nocy w ogrodzie. Przy niesłychanie wyostrzonym jej zmyśle surveillance niemożliwością nieledwie było, aby szkatułka mogła zostać rzucona do ogrodu jej zakładu wychowawczego, a także, aby ktoś niepowołany mógł zakraść się poza furtkę celem przeszukania ścieżek, grządek i zarośli i aby nie zdradził go przy tym trzask łamanej gałązki, prześlizgujący się jego cień, niezwykły szelest, czy cichy szept (jakkolwiek dr. John bardzo przyciszonym głosem wypowiedział tych kilka słów, jakie zamienił ze mną, jednakże brzmienie męskiego jego organu mowy rozległo się, jak mi się wydało, po całym obszarze dawnych gruntów klasztornych). Wszystko to, jak zaznaczyłam, musiało uświadomić ją, że w zasięgu jej władzy dzieje się coś niezwykłego. To zaś, czego żadną miarą nie mogła dostrzec czy wykryć w owym czasie, kusiło ją tym bardziej nieodparcie do rozwikłania knutej intrygi, jaką wyczuwała dokoła siebie i w jakiej ośrodku pomieściła „Miss Lucy“, wplątaną w misterną sieć pajęczą, ni to niezrozważna młoda muszka, jaką byłam wówczas.



Przypisy

  1. Patrzcie, jaka to czyściocha z tej miss Lucy. Lubi pan zatem tę aleję, miss?
  2. Słusznie!
  3. Jaela — żona Habera Cynejczyka.
  4. Sysera — hetman wojska Chananajskiego (Patrz: Ks. Sędziów, rozdz. IV) (przyp. tłum.)
  5. Wierutnie fałszywa skromnisia brytyjska, jak mówisz — rodzaj potwora, opryskliwego i szorstkiego, jak stary kapral grenadierów, cierpka jak zakonnica.
  6. Co za bajka! Nie było tu nikogo.
  7. Jak pięknie i dobrze jest! Jakie świeże powietrze!
  8. Dobranoc, moja dobra przyjaciółko; niech pani śpi dobrze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.