Strona:PL Bronte - Villette.djvu/189

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ny i zbyt honorowy zarazem, aby prosić mnie o utrzymanie w tajemnicy całej rzeczy, której podanie do wiadomości przełożonej nakazywał mi obowiązek. Chciałam postąpić lojalnie, było mi wszakże nad wyraz przykro wyrządzić mu tym jakąś krzywdę. W tej chwili właśnie Rozyna zerknęła przez otwarte drzwi. Nie mogła nas widzieć, ja, natomiast, spoglądając poprzez otwory pomiędzy konarami drzew, widziałam ją wyraźnie: suknia jej była popielata, w tym samym odcieniu co moja... Okoliczność ta, wzięta pod uwagę w łączności z poprzednimi faktami, nasunęła mi myśl, że, jakkolwiek wydarzenie to jest samo przez się bardzo niemiłe, nie nakłada ono jednak na mnie obowiązku wtrącania się do całej tej sprawy, ani też interesowania się nią. Pod wpływem tego przypuszczenia powiedziałam:
    — O ile pan może zapewnić mnie, że nie wchodzi tu w grę żadna z wychowawczyń ani uczennic Madame Beck, będę bardzo rada, mogąc trzymać się najzupełniej z dala od wszystkiego. Niech pan zabierze szkatułkę, kwiaty i bilecik, a ja ze swojej strony chętnie przyobiecuję puścić całą rzecz w niepamięć.
    — Niech pani spojrzy! — szepnął nagle, zaciskając rękę na podanych mu przeze mnie przedmiotach i równocześnie wskazując ruchem głowy punkt jakiś dostrzegalny poprzez gałęzie.
    Spojrzałam. Była to Madame schodząca niedosłyszalnymi krokami ze schodków, w szalu, szlafroku i pantofelkach, a potem przekradająca się cicho jak kot ścieżkami ogrodowymi. Nie upłynęłyby dwie minuty a wpadłaby niechybnie na doktora Johna. O ile jednak Madame zwinnością swoją przypominała kota, dorównywał dr. John chyżością i lekkością swoich kroków — leopardowi. W chwili też, kiedy skręciła za róg, przeskoczył dwoma bezszelestnymi susami cały ogród. Kiedy Madame wyłoniła się ponownie, nie było już śladu po nim. Rozyna dopomogła mu pośpiesznie, zatrzasnąwszy od razu furtkę za nim i w ten sposób odgrodziwszy go skutecznie od jego

    179