Villette/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Loża odźwiernej
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI
LOŻA ODŹWIERNEJ

Lato tego roku było wyjątkowo upalne. Georgette, najmłodsza córeczka Madame Beck zapadła na gorączkową jakąś chorobę. Desirée, uleczona nagle ze swoich dolegliwości, odesłana została razem z Fifinką do bonne-maman — do babci — na wieś celem uniknięcia możliwości zarażenia się. Opieka lekarska była teraz rzeczywiście potrzebna. Madame, udając, że nie wie nic o powrocie doktora Pillule‘a do Villette od tygodnia już, wezwała do leczenia dziecka angielskiego jego kolegę i współzawodnika. Zdarzyło się w tym czasie, że dwie spośród pensjonarek również uskarżać się zaczęły na ból głowy, budząc obawę, czy nie zaraziły się od małej Georgette.
— Teraz wreszcie — pomyślałam — będzie musiał zostać wezwany dr. Pillule: przezorna przełożona nie narazi się przecież rodzicom i opiekunom swoich pensjonarek powierzeniem tak młodemu lekarzowi opieki nad ich zdrowiem.
Madame była istotnie bardzo przezorną przełożoną, umiała jednak zdobyć się na nieustraszoną odwagę. Dała tego dowód i tym razem, śmiało wprowadzając doktora Johna do oddziału szkolnego i powierzając mu opiekę nad zdrowiem dumnej, przystojnej Blanche de Meley, a także próżnej, zarozumiałej flirciarki, Angélique, przyjaciółki Blanche. Młodemu lekarzowi wyraźnie pochlebił, jak mi się wydało, ten dowód zaufania, o ile też oględność i powściągliwość zachowania mogły usprawiedliwić podobny krok przełożonej, miałoby to w danym wypadku najzupełniejsze zastosowanie.
W Labassecour wszelako, w tej krainie klasztorów i konfesjonałów, nie mogła być bezkarnie tolerowana w „Pensionnat des demoiselles“ — na pensji dla panien — obecność młodego i przystojnego mężczyzny, jakim był doktór John. W pokojach szkolnych zaczęto plotkować, w kuchni szeptać, wieści o tym przedostały się na miasto, wylęknieni rodzice nadsyłali listy, lub też przychodzili z wyrzutami. Gdyby Madame okazała słabość charakteru, byłaby stracona: szereg współzawodniczących z jej pensjonatem żeńskich zakładów wychowawczych skwapliwie gotów był podchwycić i wyolbrzymić fałszywe to posunięcie — o ile można je było uważać za fałszywe — i rozpętać tym nad jej głową burzę rujnującą dobre imię zakładu przy Rue Fossette. Ale Madame nie była istotą słabą, mimo też, że w gruncie rzeczy uważałam ją za jezuitkę, przyklaskiwałam jednak z całego serca jej odwadze, podziwiając umiejętność jej zachowania, zręczność jej dawania sobie rady, jej spokój, niezachwianą stanowczość i nieustępliwość w tym wypadku.
Zaniepokojonych rodziców przyjęła ze zwykłym sobie, niezmącenie pogodnym, pełnym wdzięku uśmiechem. Nikt nie potrafił dorównać jej — nie wiem czy w posiadaniu z natury, czy też w przyswojeniu sobie, a może tylko w łudzącym udawaniu, dobrotliwej szczerości i naturalności obejścia — rondeur et franchise de bonne femme — czym w najróżnorodniejszych wypadkach trafiała do zamierzonego celu z natychmiastowym i zupełnym powodzeniem tam, gdzie surowa powaga zawiodłaby najprawdopodobniej.
Ce pauvre docteur John! — zawołała, chichocąc i wesoło zacierając małe, pulchne, białe swoje rączki — ce cher jeune homme, la meilleure créature du monde![1] — i zaczęła rozwodzić się nad tym w jaki sposób natrafiła na niego, kiedy szło o ratowanie jej własnych dzieci, które tak polubiły go, że zapłakałyby się chyba na śmierć na samą myśl wezwania do nich innego lekarza. Czy mogła więc postąpić inaczej? Czy mogła człowiekowi, któremu bez zastrzeżeń powierzyła pieczę nad zdrowiem własnych dzieci, nie zaufać równie bezwzględnie, kiedy szło o cudze? A zresztą, to jednak zupełnie przypadkowe tylko, chwilowe zastępstwo: Blanche i Angélique miały migrenę, zapisał im więc niewinny jakiś środek — voilà, tout! — oto wszystko.
Zamknęła tym usta rodzicom. Blanche i Angélique zaoszczędziły jej dalszych wyjaśnień prześciganiem się w głoszeniu hymnów pochwalnych na cześć ich lekarza; pozostałe wychowanki przytakiwały im jednogłośnie, oświadczając, że o ile one same miałyby zachorować, nie dopuszczą do siebie żadnego innego doktora poza doktorem Johnem. Madame roześmiała się, roześmieli się także rodzice. Znaną jest rzeczą, że Labassecouriens posiadają w wysokim stopniu dar wielbienia własnej progenitury, a w każdym razie pobłażliwość ich dla niej nie zna granic nieomal. Wola dzieci jest prawem, czynnikiem decydującym u większości rodzin tuziemczych. Skończyło się też na tym, że Madame zyskała pełne uznanie rodziców za potraktowanie całej sprawy w duchu zabiegliwości prawdziwie macierzyńskiej, wyszła też z sali konferencyjnej z rozpromienioną twarzą, świadoma, że opinia jej w oczach ogółu, jako przełożonej zakładu wychowawczego dla młodych panienek, nie tylko nie ucierpiała, ale znacznie podniosła się jeszcze.
Do dnia dzisiejszego nie zdolna byłam nigdy zrozumieć jakim motywem kierowała się, narażając na bardzo możliwy szwank własne interesy dla dobra doktora Johna. Co o tym mówiono nie było dla mnie tajemnicą oczywiście; wszyscy w całym domu: wychowanki, personel nauczycielski, nie wyłączając służby nawet — twierdzili z całą pewnością, że Madame zamierza wydać się za mąż za doktora. Do takiego wniosku bezsprzecznego doszli; różnica lat nie zdawała się być w ich pojęciu żadną przeszkodą: będzie tak, nie ulegało to dla nich wątpliwości.
Przyznać należy, że pozory nie zdawały się przeczyć podobnemu ujęciu sprawy: Madame tak bardzo ubiegała się o utrzymanie go na stałe jako lekarza w domu swoim i szkole, zapominając zupełnie o dawnym swoim protegowanym doktorze Pillule. Co ważniejsze, starała się zawsze osobiście przyjmować go, ilekroć przychodził w roli lekarza i była w stosunku do niego tak radośnie nastrojona, taka rozpromieniona, traktowała go z tak przyjacielską dobrotliwością, że trudno było w istocie nie wyprowadzać podobnego wniosku. I jeden znamienny punkt jeszcze: w tym czasie zaczęła zwracać szczególną uwagę na swój strój: znikły dezabile ranne, czepeczki, pantofle i szale. Wczesne wizyty lekarskie doktora Johna zastawały ją niezmiennie jak najkunsztowniej ufryzowaną, jej jasno-kasztanowate warkocze uplecione bez zarzutu dokoła kształtnej głowy; postać jej opływały świetnie skrojone i uszyte jedwabne suknie, nóżki obute w sznurowane zgrabne pantofelki, zamiast zwykłych porannych, nieco rozchlapanych, miękkich filcowych brodequins: słowem ustrojoną jak z pudełka, świeżą jak kwiat.
Nie przypuszczam jednak, aby zamierzenia jej w tym wszystkim sięgały czegoś więcej, aniżeli wykazania młodemu przystojnemu mężczyźnie, że nie jest stara ani brzydka. I w istocie, nie była brzydka. Nie posiadając osobliwie klasycznych rysów, ani wrodzonej wytworności ogólnej sylwetki, mogła podobać się i podobała się na ogół. Nie będąc już pierwszej młodości, nie mogąc czarować promiennym jej wdziękiem, umiała jednak siać dokoła siebie radość życia. Obcowanie z nią nie mogło nigdy uprzykrzyć się: nie nużyła jednostajnością, głupotą, bezbarwnością, ani płytkością. Jej nieprzyblakłe wciąż jeszcze włosy, jej oczy, lśniące ciepłym światełkiem błękitu, jej policzki, ożywione rumieńcem zdrowia i nęcące puszkiem dojrzałego owocu — podobały się stale i niezmiennie, zdolne budzić wszelako umiarkowany zachwyt jedynie.
Czyżby istotnie snuć miała wizje uczynienia z doktora Johna swojego męża, przyjęcia go do swojego dobrze zaopatrzonego domu, dzielenia się z nim swoimi oszczędnościami, o których utrzymywano, że sięgały dość pokaźnej wysokości, i w ten sposób zabezpieczenia mu egzystencji na całą resztę jego życia? A doktór John czy podejrzewał ją o podobne rojenia? Widywałam go wychodzącego od niej ze złośliwym pół uśmieszkiem, igrającym dokoła jego warg, gdy w oczach jego skrzył się błysk zadowolonej próżności męskiej. Przy całej wielkiej urodzie swojej i wrodzonej uprzejmości nie był bez wad, musiał posiadać je w dużym stopniu nawet, jeśli obłudnie popierał dążenie do celów, których urzeczywistnienie i osiągnięcie nie leżało bynajmniej na linii jego zamierzeń. Czy jednak nie miał takiego zamiaru? Mówiono, że nie posiada majątku i że tym samym czerpie środki utrzymania jedynie z dochodów jakie daje mu uprawianie jego zawodu. Madame, starsza od niego o jakie lat czternaście, należała do typu kobiet, które nigdy nie starzeją się, nigdy nie więdną i nigdy nie załamują się całkowicie. Nie ulega wątpliwości, że stosunek ich wzajemny był jak najprzyjaźniejszy, a bodaj nawet i coś więcej jeszcze. On nie był może zakochany, iluż jednak znajdzie się na świecie takich, którzy kochają naprawdę, a przynajmniej takich, którzy żenią się z miłości? Czekaliśmy więc cierpliwie końca.
Na co czekał on — nie wiem, ani też co wypatrywał, faktem jest wszelako, że ani na chwilę nie ulegała zmianie dziwaczność jego zachowania się, nie przygasała czujność i bystrość jego spojrzenia. Raczej rzec można, wzmagały się one. Nigdy nie mogłam przeniknąć go dokładnie, jak gdyby pozostawał poza zasięgiem mojej możności przenikania go; mam też wrażenie, że odsuwał się coraz dalej ode mnie poza ten krąg.
Pewnego rana wzmogła się gorączka małej Georgette. Dziecina marudziła bardziej niż zwykle; płakała i kaprysiła i niczym nie można było jej uspokoić. Przypuszczałam, że mógł źle na nią podziałać zalecony ostatnio przez lekarza nowy środek, nie wydawało mi się też wskazane dalsze stosowanie go. Nic dziwnego więc, że czekałam niecierpliwie na przybycie doktora Johna, aby móc zasięgnąć jego porady w tym względzie.
Dzwonek przy drzwiach wejściowych jęknął. Otworzono doktorowi. Byłam pewna, że to on, usłyszałam bowiem jego głos, jakim zwrócił się do odźwiernej. Zwyczajem jego było przychodzić od razu na górę do dziecinnego pokoju, przy czym biegł szybko po schodach, biorąc po trzy schody naraz. Wpadaniem swoim do nas robił nam zawsze miłą niespodziankę. Tym razem wszakże upłynęło pięć minut, potem dziesięć, a wciąż jeszcze nie było go ani śladu. Co mógł robić na dole? Może czekał na korytarzu? Mała Georgette popłakiwała i pojękiwała wciąż żałośnie, zwracając się do mnie jak zwykle:
— Minnie, Minnie, boli, boli...
Jękliwe zawodzenie dziecka odezwało się bolesnym echem w moim sercu. Wreszcie, nie zdolna dłużej już znieść tego, zeszłam pośpiesznie na dół, aby przekonać się dlaczego doktór nie przychodzi do małej pacjentki. Korytarz był pusty. Gdzież więc podział się doktór John? Czy był z Madame w salle à manger — w jadalni? Niemożliwe. Pozostawiłam ją przed chwilą, ubierającą się w jej własnym pokoju. Dochodziły jakieś głosy. Trzy uczennice ćwiczyły się w grze fortepianowej w trzech najbliższych pokojach: w jadalni oraz w większym i mniejszym salonie, pomiędzy którymi a korytarzem mieściła się jedynie loża odźwiernej, sąsiadująca bezpośrednio z obu salonami i przeznaczona pierwotnie na buduar. Nieco dalej, przy czwartym instrumencie, fisharmonii, znajdującej się w kaplicy, odbywało kilkanaście uczennic lekcję śpiewu chóralnego. Śpiewały jakąś barkarolę, w której, jak pamiętam teraz jeszcze, rymowały się słowa: „fraiche brise“ — świeży powiew — i Venise Wenecja. Trudno było mi zorientować się w tych warunkach. A jednak usłyszałam coś, co wielce mnie zastanowiło.
Tak, do uszu moich doleciał trzpiotowaty, płochy chichot, powtórzony trzykrotnie w wymienionej powyżej loży, przy której drzwiach stałam. Drzwi były z lekka uchylone; głęboki, czuły, brzmiący błagalnie głos męski wypowiedział kilka wyrazów, w odpowiedzi na które usłyszałam tylko groźne ostrzeżenie: „Na miłość boską!“ W parę sekund potem drzwi loży odźwiernej otworzyły się szerzej. Wyszedł z nich dr. John. Żywszy niż zwykle błysk w jego oku nie był wszelako błyskiem radości ani triumfu. Policzki jego o jasnym angielskim kolorycie zalała fala mocnego rumieńca; na zmarszczonym czole osiadł wyraz niepokoju, bodaj udręki nawet, zarazem dziwnej tkliwości.
Ukryłam się poza otwartymi drzwiami, czyniąc z nich rodzaj parawanu dla siebie, przypuszczam jednak, że gdybym znalazła się wprost na jego drodze, minąłby mnie, nie dostrzegłszy wcale mojej obecności. Pochłonięty był najwidoczniej głęboką jakąś troską, czy podrażnieniem, a bodaj może, o ile mam oddać wiernie wrażenie, jakie sprawił na mnie wówczas, omraczającym duszę jego smutkiem. Wydawało mi się jednak, że cios bolesny zadany został nie tyle jego dumie, ile jego uczuciu, zranionemu w sposób okrutny, jak przypuszczałam. Kto był jednak okrutnym tym dręczycielem? Kto z mieszkańców tego domu posiadł nad nim taką władzę? Byłam przekonana, że Madame jest w swoim pokoju; loża, z której wyszedł, przeznaczona była wyłącznie na użytek odźwiernej, Rozyny Matout, przystojnej, fertycznej francuskiej gryzetki, wyzbytej zasad moralnych, próżnej, płochej, lubiącej się stroić, zarazem chciwej grosza. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że nie z jej ręki padł cios, jaki, sądząc z wyglądu doktora, ugodził w niego celnie.
W chwili, kiedy rozmyślałam nad tym, rozległ się poprzez uchylone drzwi głos jej, dźwięczny, może tylko nieco ostry, nucący francuską lekką piosenkę. Nie dowierzając mojemu słuchowi, rzuciłam okiem do wnętrza loży. Przy stole siedziała Rozyna w szykownej sukience z „jaconas rose“, z różowego muślinu; prócz niej nie było w pokoiku żywej istoty, z wyjątkiem paru złotych rybek, pływających w wypełnionej wodą kuli szklanej, paru roślin w wazonach i szerokiej smugi lipcowego słońca.
Stanęłam wobec niemożliwej dla mnie do rozwikłania zagadki. Nie mogłam jednak na razie zająć się rozwiązywaniem jej; musiałam pobiec na górę zapytać doktora czy należy dać małej w dalszym ciągu owo zalecone jej przez niego lekarstwo.
Dr. John siedział na krześle przy łóżeczku pacjentki. Madame stała przed nim, Georgetka, zbadana już i ukojona, leżała spokojnie w swojej pościeli. Madame Beck w chwili mego wejścia mówiła z doktorem o własnym jego zdrowiu, dostrzegła bowiem, czy wyimaginowała sobie, że jest zmieniony, zarzucała mu więc, że nie dba dostatecznie o siebie i niepotrzebnie przepracowuje się, nalegała też, aby wypoczął i zmienił warunki. Wysłuchał jej bez sprzeciwu, ale z na wpół drwiącą obojętnością, mówiąc, że jest „trop bonne“ — zbyt dobra — i zapewniając ją, że czuje się zupełnie zdrów. Nic a nic mu nie jest. Wówczas zwróciła się Madame do mnie, abym osądziła sprawę. Usłyszawszy wymienienie przez nią mojego imienia, żywo odwrócił dr. John głowę, obrzucając mnie wzrokiem, zdającym się wyrażać zdumienie — dlatego prawdopodobnie, że tą, od której żądano rozstrzygnięcia sporu, była istota tak zupełnie bez znaczenia.
— Jak sądzi pani, miss Lucy — zapytała Madame — prawda, ze pan doktór mocno przybladł i zeszczuplał?
Z ust moich rzadko wychodziło w obecności doktora Johna coś więcej niż jednosylabowe „tak“ lub „nie“: należał on do rzędu tych, dla których miałam prawdopodobnie pozostać na zawsze bezosobową, bierną istotą, za jaką mnie uważał. Teraz wszelako pozwoliłam sobie odpowiedzieć pełnym zdaniem i to zdaniem, któremu rozmyślnie nadałam znaczenie zupełnie wyraźne.
— Tak, pan doktór wygląda źle w tej chwili, może jednak zachodzi szczególny tego powód: jakaś chwilowa przykrość, czy niemiłe rozczarowanie.
Nie mogę powiedzieć w jaki sposób przyjął moje oświadczenie, nie spojrzałam bowiem na niego, aby poszukać odpowiedzi w wyrazie jego twarzy. Georgetka zażądała ode mnie w tej chwili łamaną swoją angielszczyzną szklanki eau sucrée — ocukrzonej wody — na co odpowiedziałam jej również po angielsku. Po raz pierwszy wówczas, jak mi się zdaje, zwrócił uwagę, że mówię jego rodowitym językiem. Dotychczas brał mnie za cudzoziemkę nieokreślonej narodowości, nazywając mnie stale „Mademoiselle“ i udzielając mi po francusku wskazówek w sprawie pielęgnowania małych jego pacjentek. W pierwszej chwili zdawał się bliski zrobienia jakiejś uwagi, namyślił się jednak widocznie, i powstrzymał gotowe już do zerwania mu się z ust słowa.
Madame ponownie zaczęła upominać go i dawać mu rady, on jednak potrząsnął głową ze śmiechem, wciąż w dalszym ciągu z obojętną miną człowieka psutego i z lekka znudzonego nadmiernym troszczeniem się o niego.
Po jego odejściu osunęła się Madame na opróżnione przez niego krzesło, oparła podbródek na dłoni; całe jej ożywienie i uśmiech, jakie przed chwilą jeszcze opromieniały jej twarz, znikły niby zdmuchnięte. Rysy jej stężały, kamienne, sztywne, zaklęte w ponurą zadumę. Westchnęła ciężko. Rozległ się pierwszy głośny dzwonek, obwieszczający rozpoczęcie lekcji. Wstała z krzesła i, przechodząc obok lustra, rzuciła w nie okiem na swoje odbicie. Jeden wyraźny siwy włos srebrzył się wśród jasnokasztanowatych jej włosów; wyrwała go z dreszczem zgrozy. W pełnym świetle letniego dnia widoczne było, że twarz jej, jakkolwiek świeża i rumiana, zatraciła puszek młodości. A co stało się z młodocianym owalem jej twarzy? O, Madame, przy całym nieugiętym swoim rozumie nawet i pani także zaznała chwili słabości! Nigdy dotychczas nie litowałam się nad Madame, serce moje zmiękło jednak dla niej, kiedy, sposępniała nagle, odwróciła się od lustra. Dotknęła ją klęska. Zły czarownik — Rozczarowanie — rzucił jej złowróżbny swój okrzyk powitalny, na którego odgłos wzdrygnęła się, zatykając z przerażeniem uszy na groźny jego podszept.
Czyżby naprawdę Rozyna? Moje oszołomienie urąga wszelkiemu opisowi. Wyzyskałam pięć okazji przejścia przez jej lożę tego dnia, aby móc bliżej przyjrzeć się jej wdziękom i zbadać tajemnicę ich wpływu. Była młoda, przystojna i miała na sobie zręcznie zrobioną sukienkę. Wszystko to przemawiało niewątpliwie na jej korzyść, mogłoby też, jak sądzę, w zupełności usprawiedliwić w oczach każdego logicznie rozumującego człowieka spustoszenie i zgnębienie, jakie osoba jej wywołała w sercu i umyśle młodego człowieka w rodzaju dra Johna. Nie byłam zdolna jednak oprzeć się cieniowi żalu, że dr. John nie jest moim bratem, a przynajmniej, że nie ma siostry, ani matki, które miałyby prawo tkliwie go zburczyć. Zaznaczam wszelako, że był to z mojej strony tylko cień żalu, który zdławiłam w sobie, zanim jeszcze mógł stać się prawdziwym, wyraźnym żalem. Zorientowałam się w porę jak niemożliwe do zrealizowania byłoby podobne życzenie.
Mógłby ktoś równie dobrze — powiedziałam sobie — wypalić solidne kazanie Madame za jej młodego doktora; jaki byłby tego skutek wszakże?
Myślę, że Madame sama znać wypaliła sobie odpowiednie kazanie. Nie uległa słabości, ani też nie okryła się śmiesznością. Co prawda, nie miała do czynienia z silnym uczuciem, które zmuszona byłaby pokonać, ani także z głęboko wrośniętym w jej serce przywiązaniem, którego wydarcie zadałoby sercu jej ból dotkliwy. Prawda również, że znajdowała doniosłą przeciwwagę w poważnej pracy zawodowej, która wypełniała cały jej czas, odciągała jej myśli i przepoławiała jej zainteresowania. Nade wszystko jednak posiadała dużą dozę trzeźwego rozsądku, będącego rzadko udziałem kobiet, a także i mężczyzn. Wszystkie te zespolone czynniki sprawiły, że zdołała wyjść zwycięsko z przeżywanego przełomu, zachować się godnie i mądrze. Brawo! Raz jeszcze brawo, czcigodna Madame Beck! Widziałam panią, staczającą dzielną walkę z Apollyonem[2] — wrogiem, któremu musiała pani przeciwstawić własną siłę — i wychodzącą z walki tej zwycięsko!



Przypisy

  1. Ten biedny doktór John! Ten kochany młody człowiek, najlepsze stworzenie na świecie!
  2. Apollyon — anioł bezdennej przepaści. W utworze „Pilgrim‘s Progress“ mistyka angielskiego z XVIII w., Bunyan‘a, jest on nieprzyjacielem, zwyciężonym przez Christiana.
    (przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.