Villette/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Dr. John
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ X
DR. JOHN

Madame Beck była osobą niezmiernie konsekwentną: uprzejmą i ustępliwą wobec każdego, nie żywiącą atoli tkliwszych uczuć dla nikogo. Własne jej dzieci nawet nie były zdolne zachwiać stoickiej równowagi jej i spokoju. Dbała o swoich najbliższych, troszczyła się o ich sprawy, czuwała nad ich zdrowiem fizycznym, zdawała się jednak nie zaznawać nigdy chęci utulenia dzieci swoich na własnym łonie, przyciśnięcia różanych ich usteczek do własnych ust, objęcia ich czułym uściskiem, obdarzenia ich tkliwą pieszczotą, serdeczniejszym słowem.
Obserwowałam ją wielokrotnie siedzącą w ogrodzie, i spoglądającą z dala na swoją trójkę, która przechadzała się z nową piastunką, Trinette. Twarz Madame zdradzała w tych momentach dbałość i przezorność. Wiedziałam że niejednokrotnie rozmyślała poważnie nad tym co je czeka w przyszłości, „dans leur avenir“, jak się wyrażała, ilekroć jednak, najmłodsze z nich, wątłe, miłe i pociągające maleństwo, wykrywszy przypadkowo obecność matki, umykało od piastunki i, chwiejąc się na nieco jeszcze niepewnych nóżkach, podbiegało zadyszane i roześmiane, aby objąć matczyne kolana, wyciągała Madame spokojnym ruchem rękę, aby nie dopuścić do niepożądanego wstrząsu, spowodowanego nagłym wybuchem czułości dziecka, i, ostrzegając je obojętnym tonem: „Prends garde, mon enfant“. — Ostrożnie, moje dziecko! — cierpliwie pozwalała maleństwu stać parę chwil, a potem z uśmiechem, pocałunkiem, czy miłym słówkiem, podnosiła się i odprowadzała je z powrotem do Trinette.
Jej zachowanie w stosunku do najstarszej dziewczynki było równie charakterystyczne, pod innym względem. Było to dziecko znarowione, czy o wrodzonych złych instynktach.
Quelle peste que cette Desirée! Quel poison que cet enfant — là![1]
Tak brzmiały wyrażenia, jakimi określano ją w kuchni i w klasie. W rzędzie innych cech swoich posiadała w najwyższym stopniu dar podstępu i prowokowania, zdolna nieraz doprowadzić do szału nieledwie piastunkę swoją i inne służące. Przekradała się do ich izdebek na poddaszu, otwierała ich szuflady i skrzynki, umyślnie darła ich najładniejsze czepeczki, brukała i plamiła ich najlepsze muślinowe napierśniczki, wykorzystywała każdą okazję dostania się do kredensu w jadalni, z którego wyciągała talerze czy kieliszki, albo też do szafy w śpiżarni, gdzie myszkowała do woli pośród słoików z konfiturami, wypijała słodkie wino, tłukła butelki i słoiki, urządzając się w ten sposób, aby podejrzenie padło na kucharkę lub dziewkę kuchenną. O ile te jej sprawki dostrzegane były przez Madame lub dochodziły do jej wiadomości, bywała jedyną reakcją z jej strony wypowiadana z całym spokojem uwaga:
Desirée a besoin d‘une surveillance toute particulière“.[2]
Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek, raz jeden chociażby, wykazała dziewczynce szczerze i otwarcie jej wady, wyjaśniła jej niegodziwość podobnego postępowania czy usiłowała otworzyć jej oczy na nieuniknione tego wyniki. Surveillance — miało być jedynym sposobem wyleczenia jej i oczywiście sposób ten zawiódł całkowicie. Służba strzegła się Desirée jak ognia i trzymała dziewczynkę z dala od siebie, zamiast niej więc stała się matka celem i ofiarą przewrotnych spaczonych instynktów małej. Desirée kradła i ukrywała wszystko co dostało się jej w ręce z rzeczy należących do matczynego stolika z robotami. Madame widziała to wszystko, udawała jednak dopóki mogła, że nie widzi: nie było w niej samej dość szczerości i prostolinijności na otwarte ujawnianie wobec dziecka jego występków. Ilekroć ginął przedmiot jakiś, którego wartość czy pożytek czyniły go nieodzownym, wyrażała przypuszczenie, że Desirée zabrała go do zabawy, prosiła ją więc o oddanie go. Mała nie pozwalała jednak oszukiwać się w ten sposób. Nauczyło ją to jedynie uzupełniania kradzieży wykrętami i kłamstwem, wypierała się też w żywe oczy jakoby miała tknąć matczyną broszkę, nożyczki czy pierścionek, matka zaś, nie odstępując od swojego systemu obłudy, udawała, że wierzy zapewnieniom dziewczynki, a potem śledziła ją tak ustawicznie, i nieodstępnie czujnie, że musiała wreszcie wytropić jej kryjówkę: dziurę w murze ogrodowym, czy szczelinę na strychu lub w altanie. Po dokonaniu tego wysyłała Desirée z piastunką na przechadzkę, i, korzystając z jej nieobecności, okradała złodzieja. Desirée okazywała się w podobnych wypadkach nieodrodną córką przebiegłej swojej matki, nigdy bowiem nie zdradzała swoim zachowaniem najmniejszych śladów zgnębienia czy zawstydzenia z powodu wykrycia bezprawnie zabranego przedmiotu.
Drugie z rzędu dziecko, Fifinka, miała, jak utrzymywano, wrodzić się w swego ojca. Nie ulegało wątpliwości, że, jakkolwiek odziedziczyła po matce jej zdrowy wygląd, jej błękitne oczy i rumiane policzki, nie jej zawdzięczała cechy moralne swojej istoty. Była to prawa, pogodna dziewczynka, tkliwa, o żywym, pobudliwym usposobieniu, wskutek tej jednak żywości swojej i pobudliwości narażana na rozmaitego rodzaju niebezpieczeństwa i kłopotliwe sytuacje. Pewnego dnia zdarzyło jej się spaść na sam dół z kilkunastu stromych stopni kamiennych, a kiedy Madame, usłyszawszy huk spadającego ciała (zawsze słyszała każdy niezwykły odgłos), wyszła z jadalni i podniosła małą, stwierdziła spokojnie:
Cet enfant a un os de cassé“.[3]
Zrazu mieliśmy wszyscy nadzieję, że nie jest tak źle. Niestety, okazało się, że Madame miała najzupełniejszą słuszność: jedna pulchniutka rączka zwisała bezwładnie.
— Niech Miss (mowa była o mnie) zabierze ją — rzekła Madame — „et qu‘on aille tout de suite chercher un fiacre.[4]
Zamiast posłać kogoś sama pojechała po doktora sprowadzoną niezwłocznie dorożką.
Nie znalazłszy stałego lekarza pensjonatowego w domu, nie stropiła się tym bynajmniej; zaczęła szukać i nie spoczęła dopóki nie udało jej się natrafić na zastępcę, który wydał się jej odpowiednim i którego przywiozła od razu z sobą. Ja tymczasem rozcięłam rękaw ubranka dziecka, aby uwolnić złamaną rączkę, rozebrałam małą i położyłam ją do łóżeczka.
Żadna z nas (używając liczby mnogiej, mam na myśli: kucharkę, odźwierną i siebie samą) stłoczonych w małym, przegrzanym pokoju nie przyglądała się szczególnie wnikliwie nowemu doktorowi, kiedy wszedł do sypialni dziecka. Ja w każdym razie byłam pochłonięta uspokajaniem Fifinki, której krzyków (miała zdrowe płuca) nie podobna było słuchać. Krzyki te wzmogły się niesłychanie na sile, kiedy obcy pan zbliżył się do jej łóżeczka, a kiedy podniósł ją, wrzasnęła łamaną swoją angielszczyzną (cała trójka dzieci mówiła po angielsku): „Puścić! Nie chcę tego pana! Chcę doktora Pillule — doktora Pigułkę!
— Dr. Pillule jest moim przyjacielem — brzmiała odpowiedź wypowiedziana nieskazitelną angielszczyzną — ale dr. Pillule wyjechał. Jest u chorego o trzy mile stąd, i dlatego ja przyszedłem zamiast niego. Jak tylko więc uspokoimy się, mała panienko, zajmę się twoją biedną rączką, zabandażuję ją i doprowadzę do porządku.
Kazał przynieść szklankę wody ocukrzonej, dał małej wypić kilka łyków słodkiego napoju, który wlewał jej do ust małą łyżeczką (Fifinka była małym łakomczuchem i dlatego droga do jej serduszka prowadziła najpewniej przez podniebienie) przyobiecał, że po opatrunku da jej jeszcze trochę napić się i, nie zwlekając, przystąpił do dzieła. Wobec tego, że potrzebna mu była pomoc, zażądał jej od kucharki, zdrowej silnej kobiety, uciekła ona jednak natychmiast wraz z odźwierną i piastunką. Co się mnie tyczy, bałam się wprawdzie najlżejszym dotknięciem urazić małe, dręczone ramionko, wiedząc wszelako, że nie ma innej rady, wyciągnęłam z gotowością rękę, aby czynić czego lekarz będzie ode mnie żądał. Wyprzedziła mnie jednak Madame, wyciągając własną rękę, która ani drgnęła, gdy moja trzęsła się jak galareta.
Ça vaudra mieux[5] — oświadczył doktór odwracając się ode mnie i zwracając się do niej.
Wybór jego okazał się trafnie przewidujący. Ja sama zdobyłabym się co najwyżej na udawany stoicyzm, na sztucznie wymuszoną odwagę. Jej odwaga nie była ani wymuszona, ani udawana.
Merci, Madame, très bien, fort bien! — pochwalił ją chirurg po nałożeniu opatrunku. — Voilà un sang-froid bien opportun et qui vaut mille elans de sensibilité deplacée.“[6]
Doktorowi podobała się jej nieugięta stanowczość, jej zaś podobał się jego komplement. Prawdopodobnie korzystnie usposobił ją dla niego już sam jego wygląd, jego głos, wyraz twarzy i jego maniery. Istotnie też, kiedy przyjrzałam mu się bliżej przy świetle wniesionej lampy — zapadł już zmierzch wieczorny — przekonałam się, że Madame nie musiałaby być kobietą, gdyby doznała innego wrażenia. Młody ten doktór (był rzeczywiście młody) nie miał powierzchowności pospolitej. Wzrostu imponująco wysokiego — co szczególnie uderzało w tym małym pokoju, pośród gromady kobiet o typowych kształtach krępych Holenderek — miał piękny, wyrazisty, ostro odcinający się profil. Oczy jego zbyt bystro może, zbyt wnikliwie i zbyt często prześlizgiwały się z jednej twarzy na drugą, były wszelako bardzo pociągające, tak samo jak jego usta. Podbródek miał zaokrąglony, miękki i przedzielony pośrodku, skończenie grecki. Co się tyczy jego uśmiechu, trudno było od razu znaleźć odpowiednio obrazujące go określenie: było w nim coś dziwnie ujmującego, zarazem jednak coś takiego, co budziło w patrzących na ten uśmiech uświadomienie sobie własnych słabostek i stron ujemnych: jak gdyby ironia tego uśmiechu ich właśnie dotyczyła. Fifince zdecydowanie podobał się jednak doktór i jak widać natchnął ją ufnością, albowiem, pomimo bólu, jaki sprawił jej opatrunek, wyciągnęła do doktora zdrową rączkę, aby uścisnąć ją przyjacielsko na dobranoc. Ujęty tym, poklepał ją serdecznie po zdrowej łapce, a potem zeszedł na dół z Madame, doskonale usposobioną i żywo opowiadającą, on zaś słuchał jej opowiadań z wyrazem pogodnie uprzejmym, niewolnym jednak od nieświadomie złośliwej żartobliwości trudnej prawdziwie do opisania.
Zauważyłam, że jakkolwiek mówił po francusku płynnie i zupełnie poprawnie, lepiej jednak władał językiem angielskim. Miał też cerę, oczy i budowę Anglika. I jeszcze coś więcej zauważyłam. W chwili, kiedy, mijając mnie, zwrócił się twarzą w moją stronę, — nie po to zresztą, aby odezwać się do mnie, ale do Madame — stanął w ten sposób, że byłam zmuszona nieledwie do patrzenia na niego — zaczęło kształtować się w moim umyśle coraz wyraźniej pewne wspomnienie, które zaświtało w nim po raz pierwszy w momencie usłyszenia jego głosu. Tak, był to ten sam pan, z którym mówiłam w biurze po przyjeździe dyliżansem, ten sam, który dopomógł mi do wywiedzenia się o mój bagaż i który przeprowadził mnie przez ciemny, zadeszczony park. Poznałam nawet sposób jego chodzenia, nadsłuchując kiedy mijał długi przedsionek, aby wyjść na ulicę. Tak, był to ten sam równy i silny krok, za którego śladem podążałam pod ociekającymi deszczem drzewami.
Należało przypuścić, że pierwsza ta wizyta młodego chirurga w pensjonacie przy Rue Fossette będzie ostatnią zarazem. Wobec tego, że powszechnie szanowany i uznawany doktór Pillule (doktór Pigułka) miał powrócić nazajutrz, nie było racji, aby młody jego zastępca miał w dalszym ciągu pełnić tę rolę. Okazało się jednak, że Los zrządził inaczej.
Dr. Pillule został wezwany do bogatego hipochondryka, mieszkającego w starożytnym mieście uniwersyteckim Bouquin-Moisi (Zapleśniały Foliał), a kiedy zalecił choremu, jako najodpowiedniejszy środek, zmianę powietrza i podróżowanie, zażądano od niego, aby towarzyszył lękliwemu pacjentowi w kilkutygodniowej wycieczce. Ponieważ dr. Pillule przyjął tę propozycję, nie pozostało nowemu lekarzowi nic innego, jak tylko zastępować go w dalszym ciągu na Rue Fossette, przynajmniej na czas leczenia złamanej rączki małej Fifinki.
Widywałam go często. Madame nie chciała powierzyć chorego dziecka opiece Trinette, życząc sobie, abym spędzała w pokoju dziecinnym możliwie jak najwięcej czasu. Dzięki temu miałam okazję przekonać się jak zręcznym i umiejętnym był dr. John chirurgiem. Fifinka szybko odzyskała pod jego opieką dawną sprawność rączki, jednakże nawet wejście jej w okres rekonwalescencji nie spowodowało uwolnienia doktora od wizyt składanych w pensjonacie Madame Beck. Zdawać się mogło, że Przeznaczenie i Madame działały we wzajemnym porozumieniu, prowadzącym do bliższego zapoznania się doktora Johna zarówno z przedsionkiem, jak z klatką schodową, wiodącą do prywatnego mieszkania oraz do górnych pokojów zakładu wychowawczego przy Rue Fossette.
Zaledwie zdążył uwolnić się od leczenia Fifinki, kiedy Desirée oświadczyła, że jest chora. Uprzykrzone to dziecko miało osobliwy talent do symulowania. Pociągnięta względami pobłażliwości, okazywanej chorej siostrzyczce, doszła Desirée do wniosku, że choroba odpowie najzupełniej jej upodobaniom, udała więc cierpiącą i położyła się do łóżka. Udawała dobrze, a jej matka jeszcze lepiej. Mimo że gra dziewczynki była dla mnie jasna jak dzień, traktowała całą sprawę ze zdumiewającą głębią przekonania, z odpowiednią powagą i dobrą wiarą.
Najbardziej wszakże zdumiewało mnie, że dr. John (tym imieniem nauczyła się mała Fifinka nazywać angielskiego doktora. Weszło to w stały zwyczaj i odtąd znany był przez wszystkich przy Rue Fossette tylko jako dr. John i nic więcej). — Otóż zdumiewało mnie, że dr. John milcząco przejął taktykę Madame Beck, jak gdyby działał w cichym porozumieniu z nią. Zdradzał zrazu, co prawda, chwilę zabawnego powątpiewania, rzucił parę razy pośpiesznie okiem na matkę i na dziecko, potem zamyślił się na krótko, jak gdyby rozważał coś w duchu, w końcu wszakże zrezygnował, jak widać było, z wszelkiej opozycji, godząc się bez sprzeciwu odegrać przypadającą na niego rolę w tej farsie. Desirée jadła jak zgłodniały wilczek, doskonale bawiła się przez cały dzień w łóżku, urządzała namiot z prześcieradła, poduszek i kołdry, wylegiwała się gnuśnie jak Turek na miękkiej swojej pościeli, znajdowała osobliwą przyjemność w ciskaniu pantofli swoich w piastunkę, w strojeniu min do swoich sióstr — słowem tryskała wesołością, zdrowiem i upodobaniem do złośliwych psot, i tylko z chwilą kiedy wchodziła do niej matka i lekarz, odwiedzający pacjentkę codziennie, przybierała wyraz chorobliwie bolejący. Madame Beck, rada była, jak dobrze wiedziałam, trzymaniu przekornej dziewczynki w łóżku z dala od możliwości popełniania przez nią grubszych przewinień, podziw mój budziła więc jedynie cierpliwość dra Johna, któremu nie przykrzyła się ta komedia.
Codziennie, udając zainteresowanie stanem chorej, przychodził badać ją; Madame przyjmowała go z jednaką zawsze skwapliwością, z tym samym zawsze słonecznym uśmiechem, skierowanym ku doktorowi, z tym samym cudownie odegranym zaniepokojeniem o stan dziecka. Dr. John zapisywał niewinne lekarstwa dla pacjentki i przyglądał się przy tym matce ze złośliwym błyskiem w oku. Madame podchwytywała drwiące z lekka jego spojrzenia, nie biorąc mu ich za złe — zbyt rozumna była na to. Mimo że młody doktór mógł słusznie wydać się nazbyt giętki i ustępliwy, trudno było pogardzać nim za to. Ustępliwość jego nie mogła tłumaczyć się chęcią przypodobania się pani domu: wyraźne było wprawdzie, że chętnie przychodzi na Rue Fossette w charakterze lekarza, zachowywał się tu jednak jak człowiek niezależny od nikogo, nieledwie nie dbający o niczyje uznanie; zarazem bywał często zamyślony i zatroskany.
Nie powinna byłam może zajmować się obserwowaniem zagadkowego jego zachowania, a tym bardziej doszukiwać się utajonych przyczyn i źródła jego troski, trudno mi jednak było, w sytuacji, w jakiej znajdowałam się, nie czynić tego. Nie przychodziło mu wcale na myśl ukrywać się, czy udawać wobec mnie, o tyle też tylko brał pod uwagę obecność moją w pokoju, o ile osoba, tak niepozorna jak ja, mogła ściągać na siebie czyjąkolwiek uwagę, to znaczy nie większą niż byle sprzęt, nie rzucający się w oczy, nie wyróżniający się niczym szczególnym: krzesło zwykłej stolarskiej roboty, czy dywan o przeciętnym fabrycznym deseniu. Częstokroć, czekając na przyjęcie Madame, uśmiechał się, zamyślał, czy nadsłuchiwał, jak człowiek, który wyobraża sobie, że jest sam jeden w pokoju. Dawało mi to możność zastanawiania się nad jego zachowaniem, obserwowania jego gestów i ruchów i dziwienia się jakie może mieć znaczenie jego branie na pozór żywego udziału w całej komedii, jego zainteresowanie, zaprawione posmakiem nieufności, i dziwny, niewyjaśniony czar, pociągający go ku temu na wpół klasztornemu zamknięciu zakładu wychowawczego, ukrytego w samym sercu stolicy. On jednak, zdawał się nie pamiętać wcale, że mam oczy, zdolne patrzeć, a tym mniej mózg, zdolny rozważać i kombinować.
Może też nie uświadomiłby sobie tego nigdy, gdyby nie drobny pewien fakt. Otóż pewnego dnia, kiedy siedział w pełnym słońcu, przyglądałam się bacznie barwie jego włosów, zarostu na twarzy i jego cerze, uwydatnionym w tej chwili tak uderzająco, jak tylko pełnia światła może je uwydatnić (przypominam sobie nawet, że w myśli porównywałam głowę jego do „złotego obrazu“, jaki tworzyła głowa króla Nebuchadonozora). Nagłe, nowe przerażające odkrycie przykuło moją uwagę z siłą miażdżącą wręcz. Nie wiem i dzisiaj jeszcze w jak dalece wnikliwy sposób wpatrywałam się w niego: moje zdumienie — a równocześnie przeświadczenie było tak wielkie, że zapomniałam o wszystkim i odzyskałam świadomość tego co robię wówczas dopiero gdy spostrzegłam, że doktór John śledzi z zainteresowaniem każdy mój ruch w małym lusterku umieszczonym w kąciku okna. Zdradliwy ten judasz dopomagał zazwyczaj Madame do tajemnego śledzenia osób, przechadzających się na dole w ogrodzie. Pomimo żywego i pogodnie sangwinicznego temperamentu doktora, cechowała go pewna nerwowa wrażliwość na bezpośrednie wpatrywanie się w niego, które miało zawsze dar niecierpliwienia go i wyprowadzania z równowagi. Przyłapawszy mnie więc na tym, odwrócił ku mnie głowę i rzucił tonem, w zasadzie grzecznym może, ale tak suchym, że zdradzał najwyraźniej cień zniecierpliwienia, i przez to samo już brzmiał poniekąd jak wymówka.
— Mademoiselle raczy, jak widzę, poświęcać mi wnikliwą swoją uwagę; nie jestem dość próżny, abym miał wyobrażać sobie, że zawdzięczam ją osobliwym jakimś moim zaletom, muszą więc to być raczej braki jakieś, czy defekty mojej powierzchowności.
— Czy wolno mi zapytać co właściwie zastanawia panią tak dalece we mnie?
Jak łatwo domyśleć się może czytelnik, byłam spłoszona. Spłoszenie moje jednak nie miało charakteru beznadziejnego zgnębienia. Zdawałam sobie przecież doskonale sprawę, że, słusznego zresztą, zarzutu tego nie ściągnęłam na siebie zdradzeniem wzruszenia, nieostrożnego zachwytu, ani także niewłaściwej, nie dającej usprawiedliwić się ciekawości. Mogłam oczyścić się od razu z wszelkiej winy, nie chciałam jednak. Nie odpowiedziałam doktorowi ani słowem. Nie zwykłam prowadzić z nim rozmów. Pozwalając mu w ten sposób myśleć o mnie co tylko chciał i zarzucać mi co mu się tylko podobało, zabrałam się ponownie do mojej roboty ręcznej, chwilowo wypuszczonej z rąk i przez cały już pozostały czas pozostawania doktora w pokoju nie podnosiłam pochylonej nad nią głowy. Dziwna, niewytłumaczona jakaś przekorność umysłu sprawia, że opaczne rozumienie nas przez kogoś wpływa na nas raczej kojąco niż drażniąco i że tam, gdzie nie możemy dać się poznać jak należy, wolimy raczej być całkowicie ignorowani. Czy znajdzie się uczciwy człowiek, który, będąc wzięty przypadkowo za włamywacza, nie czułby się podniecony tym raczej, aniżeli zirytowany tą pomyłką?



Przypisy

  1. Co za nieznośny, niegodziwy bęben z tej Desirée! Jaka zatruta jędza z tego dziecka.
  2. Desirée wymaga szczególnie czujnego strzeżenia jej!
  3. To dziecko ma złamaną kość!
  4. Niech pójdą sprowadzić natychmiast dorożkę.
  5. Tak będzie lepiej.
  6. Dziękuję pani. Dobrze bardzo dobrze! Oto zimna krew, nader pożądana, warta więcej niż tysiące porywów nie na miejscu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.