Villette/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Kichnięcie nie w porę
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII
KICHNIĘCIE NIE W PORĘ

W ciągu dwudziestu czterech godzin po wydarzeniu się drobnego, opisanego w poprzednim rozdziale incydentu ponownie miałam okazję uśmiechnąć się na myśl o Madame — nie, nie tylko uśmiechnąć się, ale śmiać się z niej.
Villette posiada klimat równie zmienny, może tylko nie tak wilgotny jak pierwsze lepsze miasto angielskie. Po cichym, pogodnym tym zachodzie słońca zerwał się w nocy gwałtowny wicher, a cały następny dzień upłynął pod znakiem suchej burzy, był ponury, niebo zasnute ciężkimi chmurami, mimo to nie spadła ani jedna kropla deszczu. Ulice były aż ciemne z powodu kłębiącego się w powietrzu kurzu i lotnego piasku, naniesionego z bulwarów. Nie przypuszczam, aby piękna pogoda nawet mogła skusić mnie do spędzenia wolnej od zajęć godziny zmierzchu tam, gdzie spędziłam ją dnia poprzedniego. Ulubiona moja alejka, podobnie jak wszystkie ścieżki, drzewa i zarośla, przybrała odmienny, nieszczególnie zachęcający wszakże widok; jej zaciszna samotność wydawała się pełna zasadzek; jej spokój złowróżbnie — niebezpieczny. Okno, z którego padały billets-doux, spospolitowało dla mnie tak drogi mi niegdyś zakątek, na jaki wychodziło. Skądinąd znów wydawało mi się, że oczy kwiatów widzą, a sęki pni drzewnych podsłuchują niby ukryte uszy. Niektóre rośliny zostały w istocie potratowane przez doktora Johna podczas gorączkowego jego obszukiwania tej części ogrodu, pragnęłam też móc podnosić je, podlewać, i przywrócić je w ten sposób do życia. Stopy jego pozostawiły i na zagonach także ślady, które udało mi się jednak, pomimo dmącego wichru, zatrzeć z samego rana, zanim mogłyby wykryć je niepowołane oczy. Zamyślona, zasiadłam późnym popołudniem przy biurku do nauki niemieckiego, mając dokoła siebie zajęte odrabianiem lekcji uczennice i wychowawczynie, tak zwane „damy klasowe“, szyjące czy robiące roboty ręczne.
Te „études de soir“ — studia wieczorne — odbywały się zawsze w refektarzu, znacznie mniejszym pomieszczeniu, aniżeli każda z trzech sal wykładowych. Wystarczało ono jednak najzupełniej dla dwudziestu stałych pensjonarek, dla których wyłącznie było przeznaczone. Liczba pensjonarek nie przekraczała nigdy tej cyfry, a przychodnie uczennice nie bywały dopuszczone do korzystania z tego miejsca studiów z tej prostej przyczyny, że nie było ich nigdy tutaj o tej porze. Dwie lampy, zwisające z sufitu, rzucały kręgi świetlne na umieszczone pośrodku refektarza dwa stoły. Zapalano lampy te w porze zapadania zmierzchu, i rozbłyśnięcie ich stawało się sygnałem do odkładania na bok książek szkolnych, nastrajania się na poważną, skupioną nutę ogólnego zamilknięcia, po czym rozpoczynała się „lecture pieuse“ — pobożna lektura. Owa, „lecture pieuse“, była, o czym dowiedziałam się niebawem, zalecana nade wszystko jako umoralniające umartwienie Intelektu, jako nader wskazane upokorzenie Rozumu, w dawce nadającej się do wchłonięcia jej przez Zdrowy Rozsądek, który winien był wyzyskać ją w wolnej od zajęć godzinie z największą dla siebie korzyścią.
Książka, którą wyciągano (zawsze ta sama, nie zmieniano jej nigdy, a z chwilą doczytania do końca, rozpoczynano ją na nowo od początku) była pokaźnym, czcigodnym tomem, starym jak wzgórza dokoła Villette, szarym jak Hotel de Ville — Ratusz Miejski.
Ofiarowałabym dwa franki za możność dostania raz bodaj książki tej w moje ręce, odwracania uświęconych pożółkłych jej kart, dokładnego poznania jej tytułu i przebiegnięcia własnymi oczami olbrzymich ustępów, które, jako niegodnej heretyczce, wolno mi było jedynie wchłonąć oszołomionymi uszami. Na treść książki składały się legendy o świętych. Boże wielki! — wymawiam te słowa z szacunkiem — jakież to były legendy! Jacy pyszałkowato przechwalający się junacy musieli być ci święci, jeśli mogli chełpić się wszystkimi tymi wyczynami, czy wymyślać opowiadania o wszystkich tych cudach. Legendy te nie były jednak niczym innym, jak tylko opisem popełnianych przez mnichów dziwactw i ekstrawagancyj, z których można było co najwyżej śmiać się w głębi duszy. Poza tymi legendami mieściła książka nadto omawianie spraw księży, opisywana tu wszakże księża polityka była o wiele gorsza, aniżeli opisy czynów, zaczerpnięte z życia zakonników. Uszy paliły mnie przy słuchaniu opowieści o moralnym męczeństwie, narzucanym przez Rzym, o siejących postrach niedyskrecjach spowiedników, którzy niecnie nadużywali przywilejów konfesjonału, aby w straszliwy sposób gnębić damy wysokiego rodu, czyniąc z hrabin i księżniczek najbardziej udręczone pod słońcem niewolnice. Opowiadania w rodzaju takich, jak o Konradzie Węgierskim i Elżbiecie, powtarzały się nieustannie z całą grozą przeraźliwej swojej przestępczości, ohydnej tyranii i potwornej bezbożności: opowieści, które były dla mnie przytłaczającą zmorą ciemiężenia, udręk i nędzy.
Asystowałam przy tej „lecture pieuse“ w ciągu kilku wieczorów, usiłując zachować możliwy spokój. Raz jeden tylko złamałam końce moich nożyczek, bezwiednie wraziwszy je zbyt głęboko w zmurszałą, stoczoną przez robaki krawędź stojącego przede mną stołu. W końcu wszakże do tego stopnia nie byłam w stanie opanować mojego wzburzenia, czułam w skroniach tak gwałtowny napływ krwi, tętniącej wzmożoną falą we wszystkich moich żyłach i odzywającej się bólem fizycznym wręcz w moim sercu, tak fatalnie zakłócony był mój sen, że zmuszona byłam wyrzec się dalszego słuchania. Przezorność nakazywała jak najszybsze usunięcie mojej osoby z tego miejsca z chwilą, gdy wyjmowano czcigodną księgę, winowajczynię zamącenia spokoju mojego ciała i ducha. Żadna Mause Headrigg nie czuła silniejszego porywu świadczenia przeciwko sierżantowi Bothwellowi, aniżeli ja — wyjawienia istotnego zdania mojego o tej „lecture pieuse“. Potrafiłam jednak powściągnąć się i opanować, z chwilą też, kiedy Rozyna przychodziła zapalić lampę, wysuwałam się pośpiesznie z refektarza, czyniąc to jednak z odpowiednim spokojem. Korzystałam zawsze z momentu ogólnego zamieszania przed zalegnięciem uroczystej ciszy, aby zniknąć, zanim pensjonarki zdążyły poodkładać szkolne swoje zeszyty i książki.
Zniknąwszy, zaszywałam się w ciemność. Nie wolno nam było przenosić świec i dlatego, nauczycielka, która wychodziła z refektarza, mogła znaleźć schronienie bądź w nieoświetlonym przedsionku, bądź w jednym z równie ciemnych pokojów klasowych, lub też w sypialni, w której oczywiście nie było także żadnego światła. W zimie udawałam się do jednej z południowych sal klasowych, przemierzając ją nieustannie, ażeby nie zziębnąć na kość. W lecie nie zapadała nigdy zupełna ciemność, a wówczas szłam na górę do mojego własnego kąta w długiej sali sypialnej, otwierałam moje okno (pokój ten oświetlało pięć okien wielkich jak drzwi) i, wychylona przez nie, słałam wzrok ku położonemu poza ogrodem miastu, przysłuchiwałam się muzyce, dolatującej z parku, czy ze skweru przed pałacem, pogrążona we własnych myślach, rozważająca bieg własnego życia, zamknięta w moim własnym cichym, mrocznym światku.
Tego wieczora, umknąwszy, jak zwykle przed „lecture pieuse“, poszłam na górę do sypialni i spokojnie otworzyłam drzwi, starannie zawsze zamknięte i, jak wszystkie inne drzwi w tym domu, obracające się bezszelestnie na dobrze naoliwionych zawiasach. Zanim jeszcze przekonałam się o tym naocznie, poczułam obecność w obszernym, zazwyczaj pustym zupełnie, pokoju żywej jakiejś istoty: nie zdradziło jej wprawdzie żadne poruszenie, ani nawet oddech głośniejszy, brak tu było wszakże zwykłej Pustki i Samotności. Wszystkie białe anielskie łóżeczka, „lits d‘ange“, jak nazywano je poetycznie, były nietknięte, niezajęte przez żadną z ich właścicielek. Do uszu moich doleciał przyciszony zgrzyt wysuwanej szuflady; cofnąwszy się szybko w cień, mogłam bez przeszkód ogarnąć bystrym spojrzeniem cały pokój, a nade wszystko moje własne łóżko i własną moją toaletkę, na której stała zamknięta skrzynka do robót. Szuflady toaletki przezornie zamykałam zawsze na klucz.
Niewielka, pulchniutka, skromnie otulona szalem postać, której włosy ukryte były pod najbardziej śnieżnie białym czepeczkiem, stała przed toaletką, pilnie zajęta, jak się zdawało, usłużnym sprzątaniem za mnie nieładu, panującego w moim „meuble“ — sprzęciku. — Skrzynka do robót otwarta, wyciągnięta górna szuflada, potem kolejno wyciągana i sumiennie opróżniana każda z pozostałych szuflad; nic z ich zawartości, ani jeden przedmiot, nie został pominięty przy dokładnym tym przeglądzie, ani jeden papierek nie był odłożony bez uważnego odczytania go czy przejrzenia, żadne pudełeczko nie pozostało zamknięte, a wszystko to dokonane zadziwiająco skrupulatnie, niezrównanie szybko i sprawnie. Madame pracowała z „nieustającą a jednak nieśpieszną“ gorliwością sunącej po niebie gwiazdy. Nie mogę zaprzeczyć, że przyglądałam się jej robocie z tajonym rozbawieniem. Gdybym była mężczyzną, znalazłaby Madame najwyższe uznanie w moich oczach, tak zręczna, dokładna i porządna była we wszystkim co robiła. Są ludzie, których poruszenia budzą mimowolną odrazę niezdarnością i niecelowością swoich chwytów, jej poruszenia natomiast, pociągały precyzyjnością swoją i świadomością swoich celów. Krótko mówiąc, stałam oczarowana, czułam jednak, że należy w jakiś sposób wyzwolić się spod tego czaru, należy umknąć z tego miejsca co najrychlej. Obszukująca tak skwapliwie moją toaletkę mogła odwrócić głowę i dostrzec mnie; awantura byłaby wówczas nieunikniona, przy czym obie od razu, za jednym zamachem, musiałybyśmy odsłonić wzajem przed sobą swoje karty; skończyłoby się raz na zawsze z wszelkimi konwenansami, z wzajemnym przed sobą ukrywaniem swoich przekonań, sądów i myśli — musiałybyśmy też obie równocześnie dojść do przekonania, że drogi nasze muszą rozejść się niezwłocznie, że praca po społu stała się odtąd dla nas obu niepodobieństwem.
Jaki byłby cel narażania się na podobną katastrofę? Nie byłam wcale rozgniewana i nie miałam najmniejszej ochoty opuszczenia zakładu wychowawczego Madame Beck. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie chlebodawczynię, której jarzmo byłoby równie łatwe do dźwigania. Prawdziwie zresztą lubiłam ją za jej trzeźwy rozum bez względu na sąd mój o jej zasadach. Co się tyczy jej systemu szpiegowania, nie wyrządzał mi on żadnej krzywdy: mogła stosować go do mojej osoby ile tylko chciała: byłam tak samo zabezpieczona przed szpiegami w beznadziejnym ubóstwie mojego serca, jak puste sakwy żebraka chronią go przed złodziejem.
Zdecydowana w jednej chwili, zawróciłam i zbiegłam ze schodów szybko i bezszelestnie, jak pająk, który w tej samej chwili prześlizgnął się po krawędzi balustrady schodowej.
O, jak szczerze śmiałam się, znalazłszy się szczęśliwie w sali klasowej. Wiedziałam teraz na pewno, że Madame rozpoznała doktora Johna w ogrodzie; wiedziałam również co o tym myśli. Ubawił mnie widok podejrzliwej tej istoty, tak śmiesznie sprowadzonej na manowce zrodzonymi w jej własnej wyobraźni domysłami. Kiedy jednak uśmiech zamarł na moich ustach, ogarnął mnie rodzaj gniewnego rozgoryczenia. Jak gdyby uderzono w skałę, z której trysnęły wody Meriby. Nigdy jeszcze nie byłam wydana na łup tak dziwnych i tak sprzecznych uczuć, stwarzających w duszy mojej tak wielki chaos jak w ciągu jednej godziny tego wieczora: serce moje targane było bólem zarazem i podniecane do śmiechu, opanowane głębokim smutkiem i ogniem zapału. Płakałam gorącymi łzami, nie dlatego, że Madame podejrzewała mnie — nie dbałam ani trochę o skierowanie w moją stronę jej podejrzenia — ale z innych powodów. Cały mój spokój wewnętrzny załamał się, wstrząśnięty skomplikowanymi niepokojącymi myślami. Ten stan chaotycznego rozdwojenia ustąpił niebawem: nazajutrz byłam już znów dawną Lucy Snowe.
Po otworzeniu moich szuflad, pozamykanych ponownie jak najskrupulatniej, i po dokładnym zbadaniu ich zawartości, nie mogłam pomimo jak najbardziej drobiazgowych poszukiwań, dostrzec śladu zmiany, czy najdrobniejszego przestawienia przedmiotów. I w szafce także znalazłam nieliczne sukienki moje, zawieszone zupełnie tak samo, jak je pozostawiłam; bukiecik zasuszonych białych fiołków (otrzymanych niegdyś przeze mnie od obcego mi człowieka, który nie powiedział przy tym ani słowa i pozostał obcy dla mnie na zawsze) ukryty w fałdach odświętnej mojej sukni, był tu nietknięty; moja czarna szarfa, koronkowe napierśniczki i kołnierzyki ułożone gładziutko, bez żadnej fałdki. Gdyby zgniotła jedną bodaj z należących do mnie rzeczy, byłoby mi daleko trudniej wybaczyć jej; znalazłszy wszakże wszystko w nieskazitelnym porządku, pomyślałam:
„Połóżmy krzyż na tym co się stało. Nie wyrządziła mi żadnej krzywdy: z jakiej racji miałabym żywić żal do niej?“
Jedna rzecz wszelako była zagadką dla mnie, szukałam też we własnym mózgu klucza do jej rozwiązania prawie tak samo uporczywie, jak Madame szukała w szufladach mojej toalety i w mojej szafce nitki, wiodącej do kłębka upragnionego poznania. W jaki sposób miało się to stać, że doktór John, o ile nie on był winowajcą rzucenia do ogrodu skrzynki z fiołkami i z bilecikiem, mógł dowiedzieć się tak od razu, że skrzynka została rzucona i tak szybko znalazł się na miejscu, aby ją odszukać. Tak natrętnie narzucała mi się chęć uporania się z tym zagadnieniem, że zaczęłam rozważać śmiały zamiar.
— Dlaczego nie miałabym, o ile tylko nastręczyłaby się okazja po temu, zapytać o to wprost samego doktora Johna i zażądać od niego wyjaśnienia?
Dopóki też doktór John był nieobecny, byłam naprawdę przekonana, że nie zbraknie mi odwagi zwrócenia się do niego bezpośrednio z podobnym pytaniem.
Mała Georgetka była teraz rekonwalescentką, i dlatego lekarz jej odwiedzał ją bardzo rzadko; może nawet zaniechałby całkowicie swoich wizyt, gdyby Madame nie zażądała od niego wpadania od czasu do czasu dopóki dziecko nie będzie zupełnie zdrowe.
Pewnego wieczora, wnet potem, kiedy wysłuchałam wyszczebiotanych łamaną angielszczyzną modlitw małej i położyłam ją do łóżeczka, weszła Madame do pokoju dziecinnego. Ująwszy Georgetkę za rączkę, rzekła:
Cette enfant a toujours un peu de fièvre — i, ogarnąwszy mnie bystrzejszym spojrzeniem, aniżeli było to jej zwyczajem, dodała: — „Le Docteur John l‘a-t-il vue dernièrement? Non, n‘est-ce pas[1].
Wiedziała o tym oczywiście lepiej niż ktokolwiek inny w domu.
— Wychodzę teraz — dodała — pour faire quelques courses en fiacre — pojadę dorożką, aby załatwić kilka spraw. — Wstąpię do doktora Johna i przyślę go do małej. Chciałabym, aby zbadał ją dzisiaj wieczorem jeszcze: dziecko ma mocno zaczerwienione policzki i zbyt przyśpieszony puls. Pani, miss Lucy, będzie musiała przyjąć go zamiast mnie. Nie będzie mnie w domu.
Ani się śniło. Dziecko było zdrowe, a zarumienione policzki miało z powodu upału lipcowego. Zupełnie tak samo nie zachodziła potrzeba posłania po księdza, aby namaścił ją przed śmiercią olejami, jak po doktora, aby zapisał jej jakieś lekarstwo. Z drugiej zaś strony Madame bardzo rzadko robiła „courses“ — załatwiała sprawy — wieczorem, a co więcej, po raz pierwszy tego dnia zdecydowała się być nieobecną podczas wizyty doktora Johna. Wszystko to razem wskazywało na jakiś ukryty plan, jak zrozumiałam od razu. Nie budziło jednak we mnie żadnego niepokoju.
— „Ha! ha! Madame! — śmiał się w duszy mojej żebrak Lekkoduch — przebiegłość i spryt łaskawej pani są na fałszywym tropie.
Odjechała, ustrojona bardzo elegancko, otulona kosztownym szalem, w kapeluszu koloru blado-zielonego-vert tendre — dość ryzykownej barwy, dla wszelkiej innej cery mniej świeżej niż jej. Madame wszakże było w kapeluszu tym wcale dobrze do twarzy. Ciekawa byłam, jakie właściwie knuje zamiary: czy naprawdę przyśle doktora Johna czy nie; czy doktór przyjdzie rzeczywiście — możliwe wszak, że będzie zajęty.
Madame poleciła mi, abym nie dała małej zasnąć przed wizytą doktora. Miałam wskutek tego dość zajęcia z opowiadaniem jej bajek i prowadzeniem z nią odpowiednich rozmów. Lubiłam Georgetkę; była wrażliwym, tkliwym dzieckiem; przyjemnością było dla mnie tulenie jej na moich kolanach czy noszenie jej na rękach. Tego wieczora żądała, abym położyła głowę na poduszce jej łóżeczka, zarzuciła mi nawet ramionka na szyję. Uścisk jej ciepłych, miękkich rączek i pieszczotliwe przytulenie się świeżego jej policzka do mojego, wzruszały mnie do łez nieledwie. Dom ten nie sprzyjał rozwijaniu się, ani okazywaniu, żadnych uczuć cieplejszych, tym słodsza była też dla mnie ta drobna czysta kropelka z nieskazitelnie kryształowej krynicy dziecięcego serduszka; docierała ona do głębi mojej duszy i wilżyła rosą wzruszenia moje oczy.
Minęło w ten sposób półgodziny czy godzina. Georgetka wyszeptała miękko seplenioną swoją angielszczyzną, że zaczyna być śpiąca:
— I powinnaś usnąć — pomyślałam — malgré votre maman et le mèdecin — bez względu na twoją matkę i lekarza — o ile nie będą tutaj za dziesięć minut co najwyżej.
Trr!... Dzwonek... Po chwili zadudniły kroki, ogłuszające klatkę schodową szybkością, z jaką przebiegały stopnie. Rozyna wprowadziła doktora Johna i ze swobodą, właściwą nie tyle jej samej poszczególnie, ile cechującą w ogóle służbę w Villette, stanęła na progu, aby usłyszeć co doktór ma do powiedzenia. Obecność Madame zmusiłaby ją do wycofania się do swojej loży, czy do przedsionka; mną, tak samo jak każdą inną z nauczycielek, nie krępowała się ani trochę. Szykowna, zręczna i zuchwała stanęła, wsunąwszy ręce w kieszonki eleganckiego fartuszka, oczkując na doktora Johna z tak samo niewzruszoną swobodą, jak gdyby był namalowanym obrazkiem, a nie żywym człowiekiem z krwi i kości.
Le marmot n‘a rien, n‘est ce pas?[2] — zapytała, wskazując ruchem głowy małą Georgetkę.
Pas beaucoup — nic wielkiego — odparł doktór, gryzmoląc pośpiesznie na wyrwanej z receptariusza kartce niewinny jakiś przepis.
Eh bien? — I cóż — zagadnęła go Rozyna, podchodząc tuż blisko do niego w chwili, kiedy odkładał swój ołówek. — A szkatułka? Znalazł ją pan doktór? Uciekł pan wtedy jak zmieciony; nie miałam czasu zapytać się.
— Znalazłem. Tak.
— Kto rzucił ją więc? — badała w dalszym ciągu Rozyna, wypowiadając z niezrównaną swobodą pytania, które ja sama tak bardzo pragnęłam zadać, nie miałam jednak ani zręczności, ani śmiałości zwrócenia się z nimi do niego. Jak krótką drogą, która innym wydaje się nieosiągalnie daleka, umieją niektórzy docierać do zamierzonego celu!
— Może jest to moja tajemnica — odparł doktór John krótko, bez cienia wyniosłości jednak. Zdawał się najzupełniej rozumieć cechy typowej gryzetki, jaką była fertyczna nasza odźwierna.
Mais enfin — ostatecznie jednak — dodała niezrażona — pan doktór wiedział, że została rzucona, skoro przyszedł pan do nas szukać jej?! Skąd mógłby pan wiedzieć?
— Odwiedziłem właśnie małego pacjenta w męskim kolegium tuż obok i widziałem, jak wypadła z okna. Dlatego przyszedłem podnieść ją.
Jakie proste i naturalne wyjaśnienie całej sprawy! W liściku była w istocie wzmianka o „lekarzu który badał w danym momencie Gustawa“.
Ah ça! — bąknęła Rozyna z wyrazem rozczarowania — il n‘y a donc rien là — dessous: pas de mystère, pas d‘amourette, par example?[3]
Pas plus que sur ma main[4] — zapewnił lekarz, wskazując na swoją dłoń.
Quel dommage! — westchnęła gryzetka — et moi, à qui tout cela commençait a donner des idèes.[5]
Vraiment? Vous en êtes pour vos frais[6] — zbył ją doktór ozięble.
Odęła wargi grymasem dąsu. Doktór uśmiechnął się z lekka na widok jej „moue“ — grymasu. — Opromieniona uśmiechem twarz jego przybrała dziwnie dobrotliwy wyraz. Dostrzegłam, że sięgnął ręką do kieszeni:
— Ile razy otwierała panienka drzwi dla mnie w tym miesiącu? — zapytał ją.
— Powinien był pan doktór zapisywać za każdym razem — odcięła się Rozyna.
— Naturalnie, nie miałbym nic innego do roboty! — odpowiedział tym samym tonem, widziałam jednak, że wręczył jej złotą monetę, którą przyjęła bez skrupułów, a potem wybiegła tanecznym swoim krokiem, aby otworzyć komuś dzwoniącemu. Dzwonek wejściowy rozlegał się teraz co pięć minut. To służące przychodziły po swoje panienki — pół pensjonarki zakładowe.
Czytelnik nie powinien mieć zbyt złego wyobrażenia o Rozynie; na ogół nie była typem ujemnym, nie miała tylko pojęcia, że może być coś uwłaczającego w wyciąganiu z gotowością ręki po wszystko, co w nią wpadało, ani też żadnego zuchwalstwa w paplaniu bezmyślnie jak sroka wobec najlepszego człowieka w całym Chrześcijaństwie.
Scena powyższa pouczyła mnie o jednym jeszcze poza sprawą samej skrzynki z kości słoniowej, o tym mianowicie, że nie właścicielka muślinowej sukienki, różowej czy popielatej, ani także eleganckiego fartuszka z falbankami i kieszonkami, była sprawczynią złamania serca doktora Johna: ta strojna gryzetka ponosiła w równie małym stopniu winę, jak leżąca w łóżeczku w swoim bladoniebieskim szlafroczku mała Georgetka. Tym lepiej. Kogo jednak obciążała ta wina? Jaka była podstawa, jakie źródło, jakie ostateczne wyjaśnienie całej tej sprawy? Niektóre jej punkty zostały wyjaśnione, ileż jednak pozostaje w dalszym ciągu ciemnych jak noc?
— Bądź co bądź — powiedziałam sobie — nie może i nie powinno cię to nic obchodzić. To nie twoja sprawa. Odwróciwszy wzrok od twarzy, w którą nieświadomie wpatrzona byłam badawczo, spojrzałam przez okno, wychodzące na położony pod nim ogród. Doktór, który stał przy łóżeczku małej, zaczął powoli wciągać rękawiczki, przyglądając się dziecku przymykającemu już sennie oczki i rozchylającemu w regularnym oddechu różane usteczka. Czekałam na jego odejście po pośpiesznym, jak zazwyczaj, skinięciu mi głową na pożegnanie i, co najwyżej, bąknięciu „dobranoc“. W chwili właśnie, kiedy ujmował za kapelusz, oczy moje, utkwione w wysokich domach przytykających do ogródka, dostrzegły jedno wspomniane już okratowanie okienne uchylone ostrożnie; przez otwór wysunęła się czyjaś ręka i biała rękawiczka — obie dawały wyraźnie znaki. Nie wiem, czy odpowiedź na to hasło została dana z jakiegoś niewidzialnego punktu własnego naszego gmachu mieszkalnego, bezpośrednio wszakże potem zawirował w powietrzu i upadł na ziemię wyrzucony przez owo uchylone okno drobny lekki biały przedmiot — bilecik, tym razem drugi już z rzędu.
— Tam! — zerwało mi się mimo woli z ust.
— Gdzie? — żywo zapytał doktór Jobn, przyskoczywszy jednym susem do okna. — Co to było?
— Drugi raz to samo — odpowiedziałam — ręka zatrzepotała dając znak rękawiczką i coś upadło — dodałam, wskazując na okratowanie okna zamkniętego teraz na głucho i wyglądającego niewinnie ponad możność jakiegokolwiek zarzutu.
— Niech pani pobiegnie natychmiast, podniesie bilecik i przyniesie go tutaj — rozkazał, dodając: „na panią nie zwróci nikt uwagi, mnie zauważonoby od razu.“
Pośpieszyłam zbiec na dół bez oporu. Po krótkim szukaniu znalazłam złożoną ćwiarteczkę papieru, która utkwiła pomiędzy dolnymi gałęziami jednego z krzewów; wzięłam bilecik i przyniosłam go bezpośrednio doktorowi Johnowi. Tym razem Rozyna nawet, jak sądzę, nie dostrzegła mnie.
Doktór podarł bilecik od razu na drobne kawałki, nie przeczytawszy go nawet.
— Proszę zapamiętać, że nie ma w tym ani trochę jej winy — rzekł, patrząc na mnie surowo.
Czyjej winy? — zapytałam — O kim mowa?
— Nie wie pani więc nic jeszcze?
— Nie mam pojęcia.
— Nie domyśla się pani?
— Nie. Ani trochę.
— Gdybym znał panią lepiej, mógłbym zaryzykować zwierzenie się pani i zapewnienie sobie tym sposobem jej opieki nad najniewinniejszą w gruncie rzeczy i nieposzlakowaną, ale nieco niedoświadczoną istotą.
— W roli duenny? — zapytałam.
— Tak — odpowiedział z roztargnieniem. — Jakież sidła zastawione są na nią! — dodał w zadumie. — W tej chwili, po raz pierwszy na pewno, przyjrzał się uważnie, z niewątpliwym niepokojem mojej twarzy, aby przekonać się, czy życzliwszy jakiś błysk na niej będzie mu rękojmią trafnego polecenia mojej opiece i pobłażliwości owej uduchowionej eterycznej istoty, na której zgubę czyhać miały ciemne jakoweś moce. Nie czułam w sobie osobliwego powołania do podjęcia się tego rodzaju „surveillance“ nad eterycznymi istotami, przypomniawszy sobie wszakże scenę w biurze dyliżansów, poczułam, że teraz ja z kolei winna jestem ówczesnemu mojemu opiekunowi wyświadczenie przysługi. O ile więc mogłabym oddać mu ją, gotowa jestem, nie ode mnie wszakże zależy sposób w jaki byłoby w mojej mocy uczynić to. Możliwie mało wzdragając się, dałam mu więc do zrozumienia, że „gotowa jestem zrobić co będzie ode mnie zależało, aby roztoczyć opiekę nad wszelką istotą, jaką mógłby interesować się.“
— Jestem zainteresowany jedynie jako obserwator — odparł ze skromnością, która wydała mi się czarująca. — Znam przypadkowo — dodał — niegodny charakter człowieka, który z przeciwległego domu dwukrotnie już zbezcześcić usiłował świętość tego miejsca; miałem również sposobność spotykania w towarzystwie ofiary niewczesnych jego zapędów. Jej niezrównana wyższość i wrodzona subtelność powinny — należałoby mniemać — odstraszyć impertynenta i pozbawić go od razu odwagi niegodziwego czynu. Nie jest tak jednak; pragnąłbym też z całej duszy, gdybym tylko mógł, ochronić tę niewinną, nie podejrzewającą nic istotę przed wszelkim złem. Osobiście wszakże nie jestem w mocy nic uczynić: nie mogę zbliżyć się do niej — dodał po chwili.
— Dobrze więc, gotowa jestem dopomóc panu, — panie doktorze — rzekłam — proszę jednak, niech mi pan wskaże w jaki sposób.
Szybko przebiegłam w myśli listę stałych mieszkanek zakładu, szukając pośród nich owego wzoru wszelkich cnót, owej perły bezcennej, owego klejnotu nieskalanego. Nie może to być nikt inny poza Madame — doszłam do wniosku — ona jedynie pośród nas wszystkich posiada sztukę wydawania się istotą wyższą; co się tyczy wszakże jej niedoświadczenia i jej łatwowierności... nie powinienby doktór John zbytnio trapić się tym. Skoro jednak taki jest jego kaprys, nie mam bynajmniej zamiaru przeczyć mu; niech się stanie jak chce — jego anioł pozostanie w jego mniemaniu aniołem.
— Proszę, niech pan zechce wskazać mi stronę, w którą skierować mam moją czujność — dodałam poważnie, z trudnością wszakże tając śmiech, jaki mnie ogarnął na myśl stania na straży cnoty samej Madame czy którejkolwiek z jej wychowanek.
Doktór John posiadał widocznie subtelne wyczucie nastrojów, od razu bowiem zrozumiał instynktownie to, czego nie wykryłby osobnik o grubszych nerwach — mianowicie, że bawi mnie z lekka on sam i cała sytuacja. Zarumienił się nagle, z pół uśmiechem odwrócił się i wziął kapelusz, zamierzając widocznie odejść. Serce zabiło we mnie żywiej.
— Dopomogę panu, tak, chcę panu dopomóc — pospieszyłam zapewnić go. — Zrobię wszystko czego tylko będzie pan życzył sobie. Będę czuwała nad pańskim aniołem, roztoczę opiekę nad ową ofiarą złych mocy, proszę mi tylko powiedzieć kto to taki.
— Ależ pani musi przecież wiedzieć — szepnął bardzo cicho, ale zupełnie poważnie. — Taka nieskalana! Taka idealnie dobra! Taka niewypowiedzianie piękna! — Nie podobna przecież, aby pod tym dachem przebywać miały dwie takie istoty. Mam oczywiście na myśli...
W tej samej chwili szczęknęła nagle klamka u drzwi pokoju Madame (sąsiadującego z pokojem dziecinnym), jak gdyby ręka, ujmująca za klamkę, wzdrygnęła się niespodzianie, i, równocześnie, rozległo się głośne, niemożliwe widocznie do powstrzymania kichnięcie. Drobne wypadki podobne wydarzają się każdemu z nas. Madame — niezrównana istota, była więc na posterunku! Powróciła do domu cichaczem, przekradła się na palcach do siebie na górę i była od dłuższego czasu już w swoim pokoju. Gdyby nie kichnęła, usłyszałaby wszystko. Tak samo usłyszałabym i ja. Nieszczęśliwe to kichnięcie nie w porę spłoszyło doktora Johna. Stał jeszcze oszołomiony, kiedy weszła, spokojna, opanowana, w najlepszym usposobieniu: ten tylko kto nie znałby jeszcze jej zwyczajów, mógłby uwierzyć, że powróciła do domu przed chwilą dopiero, ani przypuszczając, że ucho jej przyklejone było przez dziesięć minut co najmniej, do dziurki od klucza. Udała ponowne kichnięcie, oświadczając, że jest „enrhumée“ — zakatarzona — a potem zaczęła żywo wyliczać ile zdążyła załatwić, posługując się dorożką, „par ses courses en fiacre“.
Rozbrzmiał dzwon, wzywający na modlitwę. Wyszłam, pozostawiając ją sam na sam z doktorem.



Przypisy

  1. Dziecko ma wciąż jeszcze trochę gorączki. Czy doktór John widział ją ostatnio? Nie, prawda, że nie.
  2. Nic nie jest brzdącowi, prawda?
  3. O, nie ma więc nic w tym wszystkim?! Żadnej tajemnicy, żadnej miłostki, prawda?
  4. Nie więcej niż na mojej dłoni.
  5. Jaka szkoda! A ja zaczęłam już roić na ten temat różne domysły.
  6. Naprawdę? Nadaremnie więc się pani trudziła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charlotte Brontë i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.