Strona:PL Bronte - Villette.djvu/187

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    W trakcie tych rozmyślań zdałam sobie nagle sprawę, że muszę już powrócić do domu. Światła, rozbłyskujące w sypialniach, świadczyły, że skończyła się wieczorna modlitwa i że pensjonarki udają się na spoczynek. Za nie więcej niż pół godziny będą pozamykane wszystkie drzwi — wszystkie światła pogaszone. Otwarte było na oścież jedynie wejście frontowe, aby wpuścić do rozprażonego wnętrza domu świeższy powiew nocy letniej. W oknie położonej najbliżej loży odźwiernej połyskiwało światło lampy, oświetlającej przez uchylone drzwi loży podłużny przedsionek z dwojgiem drzwi salonu po jednej stronie i z wielkim wejściem frontowym, zamykającym widok na ogród.
    Nagle ostro jęknął przy furtce dzwonek — ostro, ale nie głośno — jak gdyby ostrzegawczy szept metalowy, Rozyna wybiegła ze swojej loży, aby otworzyć. Osoba którą wpuściła, zatrzymała się, rozmawiając z nią jeszcze parę minut; sprawiało to wrażenie wzdragania się, czy zwlekania. Rozyna, zbiegłszy do furtki miała w ręku latarkę. Stała przez chwilę, rozglądając się niepewnie dokoła.
    Quel conte? — zawołała z zalotnym uśmiechem. — Personne n‘y a été.[1].

    — Niech mnie pani wpuści — prosił jakiś znany mi głos. — Na pięć minut tylko. Znajoma mi sylwetka, wysoka i imponująca (przywykliśmy wszyscy przy Rue Fossette uważać ją za taką) wsunęła się do ogrodu i zaczęła pośpiesznie krążyć pośród grządek kwiatowych i ścieżek. Świętokradztwem było przedostanie się tutaj mężczyzny o podobnej porze. Widocznie jednak ten, który wszedł, miał prawo uważać się za uprzywilejowanego, a może też liczył na sprzyjający mu mrok nocy. Krążył po alejkach i ścieżkach, zaglądając tu i owdzie pomiędzy gąszcze krzewów, depcąc kwiaty na rabatach i łamiąc gałęzie przy skrzętnym, acz pośpiesznym tym poszukiwaniu, aż wresz-

    1. Co za bajka! Nie było tu niekogo.
    177