U Haddedihnów/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł U Haddedihnów
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
NA FALACH TYGRYSU

O świcie obudził mnie hałas, panujący w obozie. Po chwili dowiedziałem się, że Haddedihnowie mają nas zamiar odprowadzić nad rzekę i właśnie czynią przygotowania. Ponieważ pożegnanie zapowiadało się uroczyście, wszyscy mieszkańcy obozu hałasowali tak straszliwie, że nadaremnie sen przywoływałem. Musiałem więc wstać o trzy godziny za wcześnie.
Haddedihnowie zgodzili się na odjazd z rana jedynie ze względu na moją osobę. Według bowiem zwyczajów mahometańskich odjazd następować winien bezpośrednio po modlitwie Asr, czyli około trzeciej po południu. Nikt nie pomyślał dotychczas o tem, że jest to zwyczaj arcyniewygodny. Po Asr mija przecież zwykle dobrych kilka godzin, zanim wyprawa się rozpocznie. Pożegnania i ostatnie zarządzenia sporo zajmują czasu. Ponadto wojownicy towarzyszą zwykle przez jakiś czas odjeżdżającym, trzeba się więc odnowa żegnać.
Tymczasem zapada zmrok. Odjeżdżający oddalił się z obozu nieznacznie i myśli sobie, że lepiej byłoby wyruszyć o świcie. Jeżeli rozbije obóz, to obóz ten leży tak blisko dawnego, że do późnej nocy trwają wzajemne wizyty. Odjeżdżający budzi się więc późno, tak że do południa nie dotrze dalej, niż gdyby ruszył w drogę rankiem.
Nigdy nie stosowałem się do tego zwyczaju, uświęconego przez koran, i na tem tle dochodziło do niejednego sporu z towarzyszami podróży. Halef spierał się również na ten temat; dziś nie protestował. Co się tyczy jego Haddedihnów, cieszyłem się u nich takim mirem, że żaden nie odważyłby się sprzeciwić mojej woli. Zresztą, uspokoili z pewnością swe mahometańskie sumienie poczuciem, że jako chrześcijanin nie jestem związany z ich zwyczajami, szeik zaś, jako że asystuje mi tylko, nie grzeszy również przeciw Allahowi. — —
Kobiety i dzieci musiały pozostać w obozie. Hanneh pożegnała się ze mną pierwsza.
— Sihdi, — mówiła, zalawszy się łzami, — wiem, że nie lękasz się niebezpieczeństwa, ani ludzi, wiem również, żeś najostrożniejszy z wojowników. Zato Halef ma bujny temperament. Licz się z możliwością, że staniecie oko w oko z niebezpieczeństwem. Przyrzeknij mi więc,że będziesz podwójnie ostrożny, gdyby Halef dał się unieść temperamentowi.
— Przyrzekam ci to — odparłem. — Sądzę, że nie powinnaś się obawiać. Wrócimy zdrowi i cali. Allah jihfadak! — Niechaj cię Bóg chroni!
Zabranah en nebi — Powrót twój będzie dla nas odwiedzinami proroka. Allah jeftah ’alehk! — Niechaj Bóg otworzy dla ciebie serca ludzi!
Uścisnąwszy dłonie Kary ben Halefa i Omara ben Sadeka, pożegnałem się z chorymi i starcami, którzy nas nie mogli odprowadzić. Opadła mnie gromada kobiet i dzieci. Wszyscy wyciągali ku mnie ręce. Haflefa spotkał ten sam los. Każdy chciał usłyszeć jakieś ciepłe słowo; wschodnim zwyczajem obsypano nas życzeniami, wskazówkami i przestrogami, nie mającemi żadnego związku z wyprawą. Powstał przy tej okazji zgiełk i hałas; na pierwszy rzut oka można było sądzić, że to nie scena pożegnania, lecz mordercza walka.
Trzy godziny minęły szybko i niepostrzeżenie. Wszyscy zdrowi mężczyźni i młodzieńcy zebrali się na swych koniach przed duarem. Dosiedliśmy również swoich wierzchowców i, stanąwszy na czele kawalkady, ruszyliśmy nad rzekę jak huragan.
Tak, określenie „jak huragan“ jest w tym wypadku zupełnie na miejscu. Niechaj czytelnicy nie wyobrażają sobie, że podczas tej jazdy panował ład i porządek. Gromada jeźdźców podobna była do roju pszczół, które wiatr gna w różne strony. Każdy chciał zademonstrować swą sztukę hipiczną i przewyższyć drugiego.
Dochodziło więc do spotkań i karambolów, które się przenosiły z sąsiada na sąsiada. Jeźdźcy umyślnie mieszali szyki, aby później sformować regularny oddział z szybkością godną zachwytu nawet tych, którzy się na jeździe konnej nie znają. Padały przytem strzały, głośne okrzyki wtórowały głosom eksplodującego prochu. Gromada jeźdźców chwilami się rozpraszała a chwilami znowu jechała falangą; oddział płynął raz w lewo, raz wbok, tworzył linje, koła, czworoboki lub zupełnie nieforemne figury. Nie trzeba chyba podkreślać, że konie cierpią przy tego rodzaju eskapadach i wychodzą z nich z pokaleczonemi ścięgnami. Z tego też względu jestem zasadniczym przeciwnikiem tych szaleństw i al’ab el barud, demonstracyjnej strzelaniny.
Wskutek opisanych przed chwilą popisów hipicznych, dotarliśmy nad rzekę trzy razy później, niż należało. Niestety, Beduini, jak wszyscy ludzie Wschodu, nie znają amerykańskiej maksymy: „time is money“. Na brzegu czekało kilku Haddedihnów, którzy ruszyli naprzód z prowiantem i koziemi skórami, by sporządzić tratwę.
Znowu ceremonja pożegnania. Musiałem się poddać konieczności. Popychano mnie i ściskano tak mocno, że w pewnej chwili poczułem obawę o całość swoich kości. Na szczęście, nic na ziemi nie trwa wiecznie, więc i pożegnanie się skończyło. Jeszcze raz uścisnęliśmy Karę. Rozstałem się z chłopcem serdecznie, lubo bez czułości. Ojciec również starał się zataić wzruszenie. Ale głos mu drżał, a w oczach, stały łzy. Obsypał syna lawiną rad i przestróg. Kazał tysiąckrotnie pozdrowić Hanneh, najlepszą ze wszystkich matek beduińskich synów. Nareszcie weszliśmy na tratwę, gdzie już przedtem umieszczono konie.
Gdyśmy się nieco oddalili od brzegu i prąd rzeki unosił nas coraz szybciej, Haddedihnowie dosiedli koni i ruszyli za nami wśród strzelaniny i przeraźliwych okrzyków. Po jakimś czasie zasłoniły ich skały, wznoszące się nad brzegiem rzeki.
— Bądź zdrowa, Hanneh, najjaśniejsza pochodnio wśród wszystkich świateł męskiego szczęścia! — zawołał Halef, wyciągając ręce. — Bądź zdrów, Kara ben Halef, najdroższy synu wszystkich ojców, którzy mieszkają między dwiema rzekami. Bądźcie zdrowi, Haddedihnowie, najdzielniejsi pośród wojowników, żyjących między pustynią El Arab a górami kraju Kurdów. O, sihdi, udaję się na tę wyprawę z prawdziwą rozkoszą, ale pożegnanie podobne jest do dwóch desek, przygniatających piersi. Trudno mi odetchnąć.
— Ból wkrótce minie, drogi Halefie! Przecież jesteś mężczyzną.
— Masz zupełną rację, sihdi, jestem mężczyzną. I właśnie dlatego, że nim jestem, mam żonę i syna. To właśnie te dwie deski, które mi ciążą i sprawiają ból. Chciałbym, aby wrogowie napadli już teraz na naszą tratwę. Trzebaby się było bronić — przestałbym myśleć o tych, których opuściłem. O, sihdi, szkoda żeś nie widział, gdy dziś rano, po modlitwie porannej, przyszła do mnie Hanneh, podobna do tchnienia najwonniejszych zapachów wschodu i zachodu, aby się pożegnać ze mną na osobności. Powiedziała mi wszystko.
— I cóż ty na to?
— Przyznałem jej słuszność, jak zawsze zresztą. Sihdi, gdybyś był obecny przy naszem pożegnaniu, nauczyłbyś się, jak należy postępować z kobietą, z którą się człowiek rozłącza na dłuższy czas. Serce twe jest rozproszone po wszystkich krajach ziemi i nie będzie nigdy tęsknić za mieszkanką swego namiotu.
Był przekonany, że jestem starym kawalerem. Nie wyprowadziłem go z błędu. Całą uwagę skierowałem na rwący prąd rzeki, która gwałtownie skręcała w tem miejscu.
Halef tęsknił za domem przez cały dzień. Wbrew swej naturze był milczący i zamyślony. Podczas karmienia koni dostał formalnego ataku tęsknoty. Objął Assila za szyję i rzekł:
— O mój kary ogierze! Byłeś ulubieńcem mego syna, nosiłeś go często na grzbiecie. Dlaczego niema go tutaj?
Przypomniałem mu dawne przeżycia, aby go nieco ożywić. Jechaliśmy przez okolice, w których niegdyś przeżyliśmy wiele przygód. Wdał się w rozmowę, ale bez zwykłego ożywienia. Może jakieś zdarzenie zmieniłoby bieg jego myśli; niestety, nic nie zaszło. W ciągu dnia całego nie spotkaliśmy ani jednego człowieka, zarówno przed, jak i w okolicy Tekrit. O zmroku przybiliśmy do brzegu położonego na południu od Imam Dor. Wynaleźliśmy tu miejsce zabezpieczone przed ewentualnym napadem. Konie miały trawy poddostatkiem; my uraczyliśmy się również specjałami, przygotowanemi przez Hanneh. Pisząc „my“, mam właściwie siebie na myśli, gdyż Halef nic nie brał w usta. Widząc przy blasku ognia, z jakim apetytem pałaszuję, rzekł:
— Człowiek, który ma żonę, jest zupełnie inną istotą, aniżeli samotnik. Nie mógł­ bym teraz nic przełknąć, nawet gdybym był głodny, jak wilk.
— Tak sądzisz? Mojem zdaniem, gdybyś był głodny, jadłbyś z pewnością.
— Nie wierz w to, sihdi! Gdy człowiek tęskni za tymi, których opuścił, nawet największy głód nie wywołuje apetytu. A gdy...
Przerwał. Po chwili ciągnął dalej z taką miną, jakgdyby wpadł mu do głowy jakiś ważny pomysł:
— Sihdi, nadszedł czas, w którym powinieneś mi powiedzieć, o czem rozmawiałeś z Hanneh, najpiękniejszym z pośród wszystkich kwiatów.
— Hm. Właściwie chciałem jeszcze poczekać.
— Jeszcze? Cóż ci wpada do głowy? Chcesz naciągnąć mą duszę, aby się stała podobna do długiej taśmy, sięgającej z Mossulu do Basry? Czy będziesz tak okrutny, aby tęsknotę moją, podobną do pięknych trelów gumbury[1], zmienić w karkadahn[2]? Proszę cię, weź serce na koniec języka i powiedz to, o czem rozmawiałeś z Hanneh!
— Właściwie, nie pora jeszcze na to oświadczenie. Nie jestem jednak potworem; taśma twoja wzruszyła mnie, a nosorożec zmiękczył mój opór. Słuchaj więc! Przedewszystkiem oświadczyła mi Hanneh, że jesteś najlepszym człowiekiem na kuli ziemskiej.
Skoczył jak piłka i zawołał:
Hamdulillah! To odświeża moją duszę tak, jak młoda trawa żołądek wielbłąda. Jestem najlepszym człowiekiem na kuli ziemskiej! Jaka głęboka ocena moich przymiotów! Sihdi, ten, kto wygłasza tak słuszne zdanie, musi posiadać duszę!
— Oczywiście. O tem właśnie chciałem mówić. Prosi cię, abyś nie wątpił w istnienie jej duszy.
— O, sihdi, skoro uważa mnie za najlepszego męża na ziemi, czemu nie mam przyznać jej duszy? Wprawdzie, hm... Sihdi, dusza jest czemś, żyjącem wewnątrz. Tkwi w ciele, czy tak?
— Tak.
— Siedzi więc, tkwi sobie. Ale są podobno dusze, które się ukazują i mówią. Tego nie lubię.
— Hanneh wie o tem i dała mi dlatego jeszcze jedno polecenie.
— Jakie?
— Jeżeli uwierzysz, że ma duszę, Hanneh przyrzeka, że dusza ta nigdy się nie ukaże.
Maszallah! Bóg czyni cuda! Jakże się cieszę, że prosiła, abym się zgodził na waszą rozmowę! Wiesz, sihdi, ale tego nie możesz wiedzieć, przecież nie masz kobiecego namiotu... Otóż powiadam ci, gdy dusza kobiety wychodzi z wewnętrznej powłoki, twarz staje się poważna, głos nabiera mocnych akcentów. Wtedy kobieta ma zawsze rację! Skoro jednak przynosisz mi teraz tę wieść radosną, wierzę, że po powrocie sam będę miał rację czasami, a nie jak dotychczas tylko wespół z nią. Czy dała ci jeszcze jakieś polecenie?
— Tak.
— Powiedz wszystko! Słowa twoje są jak promienie słońca, które nawet plecy krokodyla ogrzać potrafią. Jestem gotów wysłuchać cię.
— To nie wystarczy. Musisz mi dać słowo, iż będziesz się ściśle stosował do życzenia Hanneh, która ma na celu tylko twoje dobro.
— Słuchaj, sihdi, serce moje przepełnione jest teraz wdzięcznością dla ciebie. Przyrzekam!
— Otóż Hanneh pragnie, byś przez cały czas podróży postępował z namysłem i rozwagą.
— Przecież zawsze tak postępuję!
— Nie.
— Nie? Cożto ma znaczyć? Czyż nie postąpiłem rozważnie, żem ci dał się wybrać za przyjaciela i obrońcę? Czyż nie jest to dowód mej wielkiej przezorności, żem wybrał na żonę najpiękniejszy pąk na kwitnącem drzewie kobiecości? Czy można mieć lepszą żonę, niż ta wspaniała matka mego syna?
— Nie. Jeżeliś w tych dwóch sprawach, okazał tak wielką przezorność, to mam nadzieję, że będziesz również ostrożny przy innych okazjach. W chwilach, w których się temu zechcesz sprzeniewierzyć, przypomnę ci dane dziś słowo. Chwilami zbyt cię bowiem ponosi temperament.
— Sihdi, nie znasz mnie! Przeciwnie, mam chwilami wrażenie, że jestem za chłodny, za powolny.
Przypomnij sobie, jak często musiałem cię powściągać!
— Nie miałeś do tego podstaw. Czyż powinienem odwracać się tyłem do niebezpieczeństwa? Nie odpowiadać na obelgi i zostawiać go za pasem? — — Dobrze, żem go zabrał!
— Nie wiem, o co ci chodzi.
— Chodzi mi o coś, co przy poprzednich podróżach stale zwisało u mego boku. Pokażę ci zaraz!
Wiedziałem doskonale, że ma na myśli bat ze skóry krokodylej, którym wyrządził sporo dobrego, ale również i sporo złego. Rozwinął haik, wyciągnął bat, śmignął nim w próżnię i ciągnął dalej:
Oto jest ten, dzięki któremu zyskuję posłuch, oto jest ojciec posłuszeństwa i pan razów! Musiałem go zabrać. Gdy słowa i perswazje nie pomagają, bat ten staje się pośrednikiem między dobremi zamiarami, a złą wolą tych, na których plecy spada. Gdzie nie pomagają prośby i rozkazy, tam dobrze jest mieć pod ręką ciało ludzkie, które pęka pod pieszczotami tego kurbacza.
— Zawiń go zpowrotem, Halefie! Używać go będziesz tylko za mojem pozwoleniem.
— Sihdi, do tego tematu będziemy jeszcze chyba mogli powrócić.
— Nie. Hanneh jest również tego zdania.
— Widzisz, sihdi, gdy kobiety nie miały jeszcze duszy...
— Milcz! Zawsze miały duszę.
— Tego nie można wiedzieć. Kiedy również wybierzesz ukochaną swego serca, wtedy dopiero pozwolę ci...
— Drogi Halefie, mam już kogoś, komu oddałem serce, — odrzekłem.
Cofnął się, pochylił nade mną, spojrzał mi w twarz, na którą padł odblask ogniska, i zapytał:
— Co?... Jak?... Ty?...
— Tak.
Ze zdumienia wypuścił z rąk bat i mówił:
— To chyba żarty! Czyżbyś istotnie miał towarzyszkę życia?
— Dlaczegóżby nie?
— Pozwól mi usiąść, sihdi! Nieoczekiwana wiadomość o żonie poszła mi w nogi; czuję, że drżę.
Usiadł, obrzucił mnie badawczem spojrzeniem, zamyślił się, po chwili roześmiał się na całe gardło i rzekł:
Allah, to przecież żart!
— Nie, drogi Halefie, to szczera prawda. Spójrz na ten pierścień, na którym nie lśni żaden kamień. Pierścienie takie noszą tylko żonaci chrześcijanie.
Ne ’uhsu billah! — Na Allaha! Masz rację; przypominam sobie. Nieraz widywałem Franków z takiemi chawahtim el kitab en nikah[3]. A więc masz żonę, prawdziwą ślubną żonę?
— Tak.
— Mieszka z tobą razem w namiocie?
— Tak.
— Sihdi, pozwól mi odetchnąć! Czy ja śnię, czy marzę?! Chce mi się gorzko zapłakać.
— Dlaczego? Sądziłem, że powinieneś się cieszyć...
— Cieszyć się? Powiedz, kochasz ją?
— Z całego serca...
— Jakże więc możesz kochać mnie, twego Halefa, twego najwierniejszego sługę i towarzysza, skoro serce twe należy do kobiety, o której się niespodziewanie dowiedziałem?
— Kocham cię tak samo, jak przedtem.
— To nieprawda! Przecież sam powiedziałeś, że należysz do tej kobiety, która niepotrzebnie się zjawiła. Zabrała mi twoje serce, twoją przyjaźń, ciebie całego! Nie chcę nic słyszeć, ani wiedzieć o tobie!
Wstał i oddalił się. Podszedł do brzegu i zapatrzył się w wodę. Na twarzy jego malował się gniew, który wkrótce zmienił się w smutek. Poczciwy Halef był zazdrosny. Po niedługim czasie podszedł do mnie, usiadł opodal, westchnął głęboko i zaczął się żalić:
— Tak oto opuścił mnie ten, któremu bez namysłu oddałbym życie. Za pośrednictwem tej kobiety zadałeś naszej przyjaźni cios śmiertelny! Chciałem z tobą pojechać do Persji. Teraz zmieniłem zamiar i wracam!
Byłem głęboko wzruszony. Mimo to rzekłem z uśmiechem:
— Drogi Halefie, czy byłeś mym przyjacielem, gdyś swą Hanneh brał za żonę?
— Tak.
— I pozostałeś nim nadal?
— Tak.
— Ze mną ta sama sprawa.
— Nie, sihdi, to zupełnie co innego! Zanim Hanneh, to słońce wszystkich dziewczyn świata, została moją żoną, znałeś ją. Cóż ja wiem o pani twego szczęścia? Czy ją widziałem? Czy przeszła obok mnie swojemi trzodami? Czy byłem jej gościem, czy jadłem z jej ręki kuskussu? Czy widziałem jej postać? Czy słyszałem odgłos jej kroków, czy wolno mi było ująć lejce jej wielbłąda? Nie miałem o niczem pojęcia i teraz ogarnął mnie taki strach, jakby nie była twoją żoną, lecz moją.
— Czy uważasz, że taka brzydka i zła?
— Czy może być piękniejsza i lepsza od Hanneh?
— Nie. Ale jest do niej podobna.
— Życzyłbym jej tego.
— Czy powinienem był cię posłać do Dżermanistanu, byś mi tam wśród cór tego kraju wyszukał żonę?
— Nie, tego nie mogę wymagać. Pozwól, przełknę cośniecoś i namyślę się. Tęsknota, która mnie pozbawiła głodu, minęła. Chcę zjeść nieco kebabu[4], przyrządzonego przez Hanneh, która również przestraszy się bardzo na wieść, żeś tak nieopatrznie założył sobie harem.
Jadł szybko, ale mechanicznie, pochłonięty widać innemi myślami. Po chwili rzekł:
— Przyznaj, żeś miał z powodu tej kobiety nieczyste sumienie.
— Nic o tem nie wiem.
— Ależ tak! Dlaczegoś milczał o niej w duarze? Dlaczego teraz dopiero mówisz o tem? Ożeniłeś się potajemnie.
— Czy wszystko, czego Haddedihnowie nie widzą, okrywa tajemnica? Mężczyzna nie powinien mówić przy sąsiadach ani o swoim, ani o cudzym haremie.
— Wiem o tem. Przebacz, sihdi, — masz rację.
— Pałaszował w dalszym ciągu. Po chwili zapytał:
— Jesteś z niej zadowolony?
— Bardzo — odrzekłem.
— Czy jest równie młodą i piękną, jak Hanneh?
— Tak.
Hamdulillah! To mnie uspakaja. Każdemu życzę brzydkiej, starej żony, tylko nie tobie i nie sobie. Czy wolno ci było patrzeć na nią ukradkiem, zanim została twoją żoną?
— Na Zachodzie nie jest to wzbronione. Ludzie znają się tam przedtem.
Allah kehrim! To mi się podoba! Jest małego wzrostu?
— Nie.
— Ma wielkie nogi i mocne pięści?
— Halefie! Cóż ty myślisz o moim guście?
— Pytam tylko. A oczy?
— Ciemne, podobne do muchmalu[5].
— Kocha cię, sihdi?
— Niemniej, niż ja ją kocham.
— Nie radziłbym jej, aby było inaczej! W przeciwnym razie nie wpuściłbym jej do swego duaru! Powiedz mi, sihdi, ona chyba ma także duszę?
— Taką samą, jak twoja Hanneh.
— Biedny mój sihdi! W takim razie ma zapewne własny sąd, własne... zdanie?...
— Oczywiście. Powinna je mieć.
— A więc miewasz rację... tylko wtedy, kiedy ona ją ma?
— Nie.
Allah jarhamkum! — Niechaj Allah zlituje się nad tobą! Więc oboje nie macie racji?
— O nie!
— Nie rozumiem, sihdi! Od chwili, kiedy kobiety posiadły dusze, choćby...
— Daj spokój, Halefie! — przerwałem. — Gdyby istniała kobieta bez duszy, dla mężczyzny lepiej byłoby nie spotkać jej wcale. Wierzaj mi!
— Ale jeżeli dusza kobiety jest tak niespokojna, że...
— W takim razie mężczyzna powinien być spokojny. Wzbudza to w kobiecie uczucie szacunku i...
— Zupełnie słusznie, sihdi! — wtrącił szybko. — Ja również jestem zwykle spokojny i nie mówię ani słowa. Zauważyłeś więc zapewne, ile szacunku Hanneh okazuje swemu władcy? Jakże się zowie źródło twej ziemskiej rozkoszy?
— Według waszej wymowy nazywa się Emmeh.
— To nie ma żadnego sensu!
— W naszym języku imię to oznacza to samo, co w waszym szatireh — pilna.
— Cieszy mnie to niewymownie, o sihdi! W takim razie stan twego namiotu będzie się polepszać nawet podczas twej nieobecności. Twoja Emmeh będzie wyrabiać masło z mleka wielbłądów, pleść sznury z włókien palmowych i tkać kołdry. Będzie również wyjmować pestki z daktyli i reperować twe szelki. Będzie sporządzać dla chorych marahim, plaster, i trzeć na kamieniu durra beda, proso. Chciałbym jeszcze wiedzieć, czy oprócz języka arabskiego zna również i turecki?
— Nie zna ani jednego, ani drugiego.
Allah ’l Allah! Jakimże mówi językiem?
— Moim ojczystym.
— I to ci wystarczy?
— W zupełności.
— A jeżeli odwiedzi ją ktoś z innego haremu?
— Wszystkie tamtejsze kobiety mówią jednym językiem.
— I nie umieją po persku, po kurdyjsku?
— Nie.
O jazik! — O boleści! O ile mądrzejsze są nasze kobiety! Znają mnóstwo słów z każdego z tych języków. A moja Hanneh jest w tej dziedzinie niedościgniona.
— Drogi Halefie! Twierdzę, że mimo to nasze kobiety rozumieją więcej, niż wasze. Przy sposobności wytłumaczę ci to bliżej. Mam wrażenie, żeśmy się już dosyć nagadali o moim haremie.
— Odpowiedz mi jeszcze prędko na jedno: umie garbować skóry i ostrzyć noże?
— Nie.
— To mi wystarczy: moja Hanneh umie więcej, znacznie więcej! Nic w tem zresztą dziwnego. Twoja Emmeh nie ma przy boku Halefa, od którego może się wszystkiego nauczyć. Od kiedy jest twoją żoną?
— Od jakichś czterech lat.
Maszallah! Zgodziła się, byś ruszył do Persji?
— Prosiła, abym pozostał. Gdy jej wytłumaczyłem przyczyny, skłaniające mnie do tej podróży...
— Nabrała szacunku i respektu, o którym mówiliśmy przed chwilą, a którym obdarza mnie również Hanneh, najmądrzejsza z pośród rozsądnych kobiet. Sihdi, fakt, że twoja Emmeh pozwoliła ci wyruszyć ze mną, godzi mnie z twym haremem. Jestem nawet gotów dać mego syna twej córce za męża. Stanie się w ten sposób prawdziwą Haddedihnką wielkiego plemienia Szammar i będzie mogła żyć swobodniej, niż pod waszemi namiotami z kamienia. Widzisz, że się już nie gniewam. Daj rękę; bądźmy przyjaciółmi, jak dotychczas!
Poczciwina był zupełnie przekonany, że przez swą propozycję małżeńską daje mi wspaniały dowód swej przychylności. Nie miałem ochoty oświetlać tej propozycji ze swego punktu widzenia, gdyż należał do ludzi niezwykle ambitnych.
Raczył udzielić swego placet na moje małżeństwo; czegóż więcej może się spodziewać skromny podróżnik od szeika Haddedihnów! — — —



Przypisy

  1. Słowik.
  2. Nosorożec.
  3. Pierścienie małżeńskie.
  4. Smażone mięso.
  5. Aksamit.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.