Tomasz Rendalen/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bjørnstjerne Bjørnson
Tytuł Tomasz Rendalen
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1924
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Det flager i byen og på havnen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVI.
Miasto i Port wywiesza flagi.

Pomiędzy drugą, a trzecią, dwaj biedni roznosiciele dzienników drepcili w różnych kierunkach po mieście z „Obserwatorem.“ Rzucali go do sieni, wsuwali przez okna do domów, zatykali w szpary drzwi. Biegli dalej, coraz to dalej...
Kościół oddawna zatłoczony był ludźmi, a plac targowy roił się tłumami.
Wróciwszy do siebie, weselni goście mogli wyczytać w „Obserwatorze“ następujący artykuł:
— W chwili, kiedy oddajemy ten numer pod prasę, przybrało miasto nasze wygląd uroczysty wielce. Pan porucznik marynarki Nils Fürst i panna Emilja Engel, oboje pochodzący z najczcigodniejszych i najbardziej szanowanych rodzin miasta, zostaną dziś o czwartej połączeni związkiem małżeńskim przez najprzewielebniejszego pastora, dziekana Greena, w kościele św. Krzyża. Ze wsi i miast okolicznych zjechało się wszystko na tę uroczystość, a wiele rodzin przerwało w tym celu letnie wywczasy. Także znaczna liczba obcych napełnia ulice. Jak powiadają, pan konsul Engel otrzymał przez pierwszego podkomorzego norweskiego dworu gratulacje Jego Królewskiej Mości. Z racji tej radosnej chwili przekazał pan konsul 10.000 koron „Związkowi niezamożnych położnic.“ Wszyscy biedni miasta będą dziś podejmowani na koszt pana konsula. Również, jak mówią, ofiarował pan konsul 2000 koron na naprawę wspaniałych organów kościoła św. Krzyża.
Całe miasto i port wywiesiło flagi.
Około południa rzeźwy wiatr ochłodził trochę rozpalone ulice. Powiały chorągwie, rzucając za każdym ruchem garść barw nad miasto. Kilka okrętów przybrano od szczytu masztów aż do pokładu we flagi. Najpiękniej przystrojona barka wypłynęła na pełne morze, by oddać strzały honorowe w chwili dopełnienia obrzędu, po powrocie powozów do domu konsula, oraz podczas uczty weselnej.
Ponad morzem i miastem błękitniało pogodne niebo, prześlicznie wyglądały teraz domy i ogrody, ozłocone promieniami słońca. W ulicach zapanował ruch odświętny, gdyż począwszy od trzeciej zatrzymano wszędzie pracę.
Od strony „góry“ nadciągały rzesze dzieci ku placowi targowemu, za niemi kroczyły młode i stare kobiety.
Po drodze, wiodącej wzdłuż cmentarza, płynął długi strumień pieszych. Byli to mieszkańcy najbliższych okolic. Pomiędzy wyspami mknęła łódź parowa, wyrzucając smugi i pianę. Wiozła podróżnych z miasta pobliskiego i kwartet trębaczy, a spóźniła się trochę.
„Góra“ wyglądała od strony morza, jak oblane słońcem, wychylające się z fal mrowisko. Zbliska jednak domy przypominały wywieszone dla wyschnięcia pończochy, części odzieży i bielizny.
Ludzie obracali często głowy ku szkole. Potężne gmachy połyskały w słońcu, ale z wieży nie powiewała chorągiew.
O wpół do czwartej udał się konsul z cygarem w ustach na strych, celem zobaczenia, czy niema na szkole flagi. W tej samej chwili schodziła właśnie ze schodów Mila. Zarumieniła się, spotkawszy ojca.
— Co tu robisz, dziecko? — spytał.
— Szukam...
Przemknęła obok niego, nie powiedziała, czego szukała.
Na wieży nie było flagi...
Konsul pomyślał, że pięknieby wyglądała dziś, choćby nie miała znaku unji.
Rozeszła się też wieść o przybyciu do dworu Tory z dzieckiem. Konsul miał wrażenie, że we dworze tkwi głaz, gotowy lada chwila spaść mu na głowę... Ten fakt nawet skłonił go do takiej hojności. Dałby nierównie więcej, gdyby zażądano. Przez dwie noce nie zmrużył oka. Czyż prawdą było, że Tomasz Rendalen przysłał staremu dziekanowi list, wprawdzie pełen szacunku, ale zawierający uwagę, że jeśli to ma być „pokój,“ to sprawdza się przysłowie, że pokój jest dziełem djabła, a wojna Boga.
Cóż zamierzali? Skandal? To pytanie zadawano sobie w całem mieście nieustannie.
Fakt, że Tora właśnie teraz przybyła z dzieckiem, musiał mieć pewne znaczenie i pewien cel.
Jedno jeno kwestji nie ulegało: oto Tora Holm odważyła się pokazać, a Tomasz Rendalen, jego matka, oraz przyjaciele i przyjaciółki stali wiernie po jej stronie.
Dotychczas śmiano się tylko z wybryków kawalerskich Nilsa Fürsta. Teraz śmiech umilkł. W obecności Tory historyjki te przybrały inną, zgoła szkaradną postać.
A sposób życia teścia? I to zostało wydobyte na nowo. Nie było tam... broń Boże... zuchwałych uwiedzeń, niespodzianych, a skandalicznych wydarzeń i przygód. Wiedziano atoli o licznych, często jednoczesnych stosuneczkach, kosztownych podarkach i małych rentach dożywotnich. Znano też dzieci uchodzące za jego potomstwo, djabelnie doń podobne. Teraz wyszło znów wszystko na jaw, nawet „nieostrożności,“ popełnione przed dwudziestu laty. Prowincjonalne miasteczko ma nieprzyzwoicie dobrą pamięć... Niedawno jeszcze radowano się tem, że dar pani Engel spowodował dar drugi, tak, że ustać teraz musi „nieobyczajność“ w szkole. Dzisiaj wspomniano też piękny dzień pogrzebu pani Engel. To, co zamierzała uczynić jej córka, było shańbieniem pamięci matki.
Mila jedna tylko nie wiedziała, że Tora jest w mieście. Fürst przyjechał w sobotę rano i zaraz mu to powiedziano. Podobnie jak konsul sądził, że Tora zechce się docisnąć do ołtarza, należało tedy zapobiec, by nie dotarła do Mili, by nie przysłała jej listu, czy jakiejś wiadomości. Dano instrukcje otoczeniu, które zresztą składało się z członków obu rodzin. Druhny przybyły w niedzielę i one były krewne, z wyjątkiem jednej jedynej, zamiejscowej. Mili powiedziano tylko, że stronnictwo przeciwne pobite zostało i zniweczone, a obie strony pragną pokoju. Ojciec przyrzekł z całych sił wspomagać szkołę, która może doskonałe dać rezultaty, jeśli tylko odrzuci się pewne dziwactwa. Za tę obietnicę była Mila ojcu bardzo wdzięczna. Czemuż, na miły Bóg, nie żyć w zgodzie? Fürst również był skłonny do zgody i podkreślił, że Tomasz Rendalen zawarł pokój, czego dowodem obecność dziekana Greena. To prawda, powtarzała sobie Mila w chwilach zwątpienia, Green to żywy dowód zgody.
Była w niedzielę w kościele, słyszała kazanie, a popołudniu złożyła mu wraz z ojcem wizytę. Zachęcał ją do cierpliwości, przedkładał, że wszystkiego naraz zmienić w świecie nie można i podkreślił znaczenie dobrego przykładu... jaki dała np. jej matka. Mila uczuła wzruszenie. Ach, gdybyż to ludzie chcieli być dobrymi!
Nigdy jeszcze chyba nie był ojciec dla niej tak dobry i uprzejmy. Ta niewyczerpana dobroć jego przywiodła jej na myśl czas choroby matki. Przytem ten szlachetny sposób miłosierdzia... niepodobna w delikatniejszej formie uczcić pamięci zmarłej...
Narzeczony był jak zawsze wesół, wykwintny i bardzo pewny siebie! Opowiadał o dworze, zresztą bardzo złośliwie. Jakże miłe i pełne polotu miał maniery! Mila czuła się naprawdę szczęśliwą, mimo małej przymieszki niezaspokojonej tęsknoty i niepokoju. Niepokój ten był jednak na tyle silny, że poszła na strych wypatrywać chorągwi na szkole... Nie! Nie było jej. A może wszyscy wyjechali? Byłoby to dla obu stron najlepsze. Można się było spotkać i porozumieć innym razem...
Zwróciła się myślą do ślubnej sukni!
Ach, gdybyż to widzieć mogła Tora...! Biedna Tora!
To są skutki nieostrożności. Mila poprosiła uprzejmie garderobianej, by ułożyła harmonijnie fałdy.
W tej chwili przyszła pani Wingard z wiankiem ślubnym.

∗             ∗
Wszyscy, przybywający na plac targowy z pobliskich ulic, widzieli coś czerwonego przy otwartych, dębowych drzwiach kościoła. Była to czerwona koszula rosłego marynarza. Kościelny chciał go usunąć, ale nie mógł się docisnąć, gdyż wokoło stały kobiety, chcące dostać dobre miejsce. Powiedział im, że ma tyleż prawa stać tu co i one. Rzecz nie ulegała kwestji. Był obcy i nikt go w mieście nie znał. Z pewnych oznak wysnuto wniosek, że musiał służyć na okręcie wojennym. Był to mocarz, co się zowie. Na schodach kościelnych i w ich pobliżu stały jeno starsze i młodsze kobiety, nie mogące znaleźć wewnątrz miejsca. Ile razy ktoś zajrzał do kościoła, widział aż do chóru same jeno kapelusze, kwiaty, pióra i welony. Jedna jedyna, odkryta głowa męska w rzędzie ławek, wyglądała niby przejrzała, osamotniona ostrężyna na krzaku o późnej jesieni. Uradowałałyby się łase na kobiety oczy Jmści pana Maksa Kurta, gdyby mógł wstać z grobu, zwłaszcza, przednie rzędy zajęły młode dziewczęta, nader szczęśliwe jakoś w walce o miejsce.

Na rynku i schodach widniały same jeno parasolki, tworzące wielobarwny namiot, pod którego nakryciem rozpowiadano sobie pieprzne historyjki. Dar konsula dla niezamożnych położnic uznano za nader nieszczęśliwy pomysł... Cóż się stało tak taktownemu zawsze Englowi...? Powód upatrywano w tem, że pani Wingard była przewodniczącą zakładu. Ona to, widać przez złośliwość, skłoniła go do tego. Na schodach stały także dwie biedne siostry, które utrzymywały klub i hotel, aż do chwili, kiedy przeszedł w ręce gospodyni Englów. Nie miały oczywiście żadnej ochoty szczędzić Engla, ni jego gości.
Dalej jawiły się parasolki jeno sporadycznie, panowały tu wyłącznie chustki i stała młodzież gołowąsa. Nie imponowała tu nikomu uroczystość, ani nawet burmistrz, który kwadrans przed czwartą przecisną się do reszty gości, wiodąc pod ramię żonę. Nic tu nie znaczył jego autorytet, witano go wesołemi koleżeńskiemi niemal spojrzeniami, a właśnie w chwili gdy przechodził nagrodzono hucznemi oklaskami dwu chłopców, którzy wyleźli na komin domu naprzeciw kościoła. Pośrodku gości weselnych, niemal bezpośrednio za burmistrzem zjawił się pijany zupełnie organista. Był to młody jasnowłosy człowiek, pochodzący ze Szwabji. Zabłąkał się tu przed laty podczas okrężnej podróży koncertowej i osiadł. Organista miejscowy rozstał się właśnie ze światem, przybysz grał doskonale na organach, a miasto miało przytem dość ożywione kąpiele morskie.
Był to fantasta, prawdziwy muzyk, z którego przez cały tydzień kpiono, który pracował nad siły, a także w ważnych okolicznościach, np. w rocznicę zdobycia Konstantynopola itp. dniach pił, ile wlazło. Zdarzało się to rzadko, ale w dni takie organista pracował jeno tyle i tak, jak umiał.
Dziś właśnie wpadł na szczęśliwy pomysł, poszedł do konsula Engla i poprosił go o pieniądze na naprawę organów. Dostał je niezwłocznie w postaci przekazu do banku. Oczywiście Konstantynopol został znowu zdobyty i strzelały korki szampana. Pił kto chciał. Szedł rozradowany, wymachując rękami. Wszyscy się śmiali, a on im wtórował ochoczo. Drepcił tuż za burmistrzostwem, którzy szli sztywno niesłychanie. Zdaleka mogło się wydawać, że organista nałożył tej parze lejce i pędzi w ten sposób przed sobą do kościoła.
Wielki hałas powstał, gdy jakiś powóz chciał sobie utorować drogę, do tej bowiem pory wszyscy przybyli pieszo. Oświadczono, że niema dla powozów miejsca i zamknięto dostęp tak, że musiała interwenjować policja.
W powozie siedziała śliczna, ponętna dama, nieokreślonego wieku, obok zażywnego nieco mężczyzny, z pięknie zbudowaną czaszką i o wytwornych ruchach. Naprzeciwko damy siedział starszy pan o czerwonej twarzy, wielkich wąsach, znamionujących wojskowego, i licznych orderach. Przez cały czas mówił i zachowywał się, jakby wszyscy troje siedzieli w zamkniętym pokoju.
Byli obcy i nikt ich nie znał. Wysiedli, a pan z orderami podał ramię damie. Byłe hotelarki powiedziały,, że jest to konsul generalny z Krystjanji, ale dama nie jest jego żoną, tylko żoną idącego obok pana. Był to konsul Garman, właściciel firmy Garman & Worse.. Tuż za nim zjawili się konsulowie Bernick i Ries.[1] Pierwszy szedł z laską w ręku, jak na pogrzeb, drugi jak na bal z wielkim orderem Olafa na piersi. Za nimi szli inni matadorzy z żonami i bez, bogacze, królowie drzewa, żelaza i śledzi.
Wśród jednostajnej czerni tych mężczyzn dobrze odbijał naczelnik w galowym mundurze, bez żony, kroczący obok połamanego gośćcem generała, krewnego Fürstów. W tyle tłoczyli się urzędnicy i kupcy, wiodący przeważnie, żony. Zwisały one u ramion mężów niby wypchane, bardzo kosztowne kosze, bez których ludziom na stanowisku nie wypada się pokazywać.
Od przeciwległego końca rynku zaczęła płynąć cisza, niby prąd oliwy po wzburzonem morzu. Zbliżał się, wyszedłszy z powozu, nowożeniec w towarzystwie szwagra swego, konsula Wingarda. Z drugiego powozu wysiadło kilku oficerów marynarki i cywilnych. Jednym z nich był Francuz Doesen. Wszyscy zgrupowali się wkoło pana młodego.
Urządził on tak wszystko, by mógł kroczyć środkiem tłumu jako triumfator, podziwiany przez jednych, budząc zawiść lub złość innych. Ale nie miał, zaprawdę, miny triumfatora, widać to było na pierwszy rzut oka.
Trząsł nim śmiertelny strach. Tora nie pokazała się, nie przysłała wieści, ni listu. Ani ona sama, ani żadna z jej przyjaciółek nie zbliżyła się nawet do domu Englów. Wróciła nie poto więc, by Mile podmówić, lub przestraszyć. Pocóż tedy przybyła? Co oznaczała pogróżka Tomasza?
Niebezpieczeństwo czaiło się na drodze do kościoła. We wnętrzu broniła go świętość miejsca i powaga czcigodnego kapłana. Ale tu... Spojrzał ku szkole, ale to była omyłka. Nie tam, ale tu mogła się przed nim zjawić owa dama, albo ktoś z jej przyjaciół. Zresztą, nietylko Tora wzbudzała w nim strach.
Patrzył badawczo z pod powiek, ogorzała twarz jego przybrała całkiem wygląd koci. Co krok mogło nań coś spaść. Jeśli nie jemu zresztą, to tej, która szła za nim. Wszędzie dostrzegał połyskliwe i bystre spojrzenia. Rozglądał się, ale nigdzie nie było oczu, którychby się miał obawiać.
Postawił właśnie nogę na pierwszym stopniu schodów kościelnych, gdy stojący w drzwiach marynarz postąpił i rzekł:
— Piękne ukłony zasyła Anna-Marja!
Stojący blisko usłyszeli, dalej stojący widzieli.gest i zaczęli pytać. — Czy powiedział coś? Co powiedział? Potem rozległy się syki i popłynęły wstecz, aż do stojących w głębi.
Fürst stanął. Oczy jego cofnęły się wgłąb, jakby pod cieciem drobnego dżdżu. Ręka, okryta rękawiczką, sięgła do kieszeni, dobył chustki, przepojonej dyskretnemi perfumami, i wytarł nos. Potem poszedł dalej, a świta otoczyła go zwartszem kołem.
W kościele wydało mu się ciemno, bezpośrednio po przejściu z jaskrawego światła dziennego. Ale w tej ciemni błyszczały wszędzie oczy, kobiece oczy.
Siedziały tu przyjaciółki Tory! Poznał je i obejrzał jedną po drugiej. Siedziały w pierwszym rzędzie baczne, niespokojne, groźne. Coś tedy musiało wisieć w powietrzu! W tej chwili zatętniły dzwony kościelne, bo powóz narzeczonej ukazał się na skraju placu targowego. Cóż się teraz stanie?
Przed kościołem powstał ruch, albowiem powóz oblubienicy, pani Gröndal, powozy z druhnami i stangret w szarej liberji chcieli koniecznie dotrzeć pod sam kościół. Stojący bliżej cofnęli się wstecz, by zrobić miejsce, ale stojący za nimi jęli się bronić popychającym tak, że uderzono o szyby powozów, co wywołało przestrach jadących. Konsul Engel wysunął głowę i coś mówił, ale nie było słychać. Wysiadł, a policja zrobiła zaraz miejsce bogaczowi, córce jego druhnom. Ustawili się i ruszyli naprzód, środkiem szpaleru, jaki im zrobiono.
Mila Wyglądała z wiankiem mirtowym w rudawych włosach jak poprawny wytwór angielskiego akademika. Rysy twarzy regularne i delikatne, oraz cera niezmiernie biała czyniły to porównanie jeszcze słuszniejszem. Bardzo piękne, opadające nieco linje pleców i śliczne ramiona dopełniły postaci, wyobrażającej wstydliwą dziewicę.
Kroczyła nieco pochylona, nie patrząc na nikogo, z ręką wspartą o ramię ojca. Tuż pod jego orderem Olafa połyskiwały brylanty kosztownej agrafy rodzinnego klejnotu, który przytrzymywał bukiet na piersi panny młodej. W chwili wstępowania na schody wiatr chwycił jej welon i wionął nim. ku marynarzowi w progu, ale nie dotknął jego twarzy, jeno rzucił szeroko po rynku falę woni.
Konsul uczuł wielką ulgę, stanąwszy w progu kościoła. Przebył najtrudniejszy w życiu kawał drogi. Mimo to nie spieszył się. Kroczył skromnie, z oczyma w jeden punkt utkwionemi, a na jego regularnej, pięknej twarzy nie było śladu przeżytych wrażeń, ni też skazy niemoralnego jakoby życia. Nie uświadamiał sobie nawet sam, że źle żyje, a dom jego był zawsze przybytkiem bojaźni bożej i dobrych obyczajów.Od trzech pokoleń również składano dary i czyniono zapisy... jakież wobec tego niebezpieczeństwo mogło wisieć w powietrzu? Dotarł do kościoła, powitany rozlewnemi tonami organów, u których siedział pijany i rozradowany muzyk, w duszy grała mu fanfara szczęścia, a anioły unosiły się nad nim. Niema dla człowieka przeciętnego większego szczęścia nad odkrycie, że mimo strachu przeżytego nic nie grozi. Owo bezpieczeństwo rozlewa mu się po wszystkich członkach i wprawia w stan szczęśliwości nieopisanej.
Podniósł rozanielone oczy ku kazalnicy, podtrzymywany niejako przez spojrzenia zebranych, odczuwał coś w rodzaju zazdrości ogółu i to go łaskotało nader mile. Pozatem wiódł też przyszłość pod ramię, nieznaną, a szczęsną niezawodnie.
Nagle drgnęło ramię oblubienicy, a on odwrócił wzrok od ambony. Mila, blada śmiertelnie, wytrzeszczyła oczy i zachwiała się na nogach. Zobaczyła tuż przed sobą, na drodze, którą przebyć musiała, Norę, Tinkę, Annę Rogne i kilka innych jeszcze dawnych przyjaciółek. Siedziały w przednim rzędzie. Czyż było to tak niebezpieczne, pomyślał konsul?
Oburzenie, złośliwa radość, oraz strach widniały na twarzach wszystkich, gdziekolwiek spojrzał, a uczucia te szerzyły się zaraźliwie po całym kościele. Bezwiednie spojrzał konsul w stronę chóru. Tam musiało być spokojnie! Byle się jeno przecisnąć. Ale siedzący na chórze wstali i jęli patrzeć z przerażeniem nie w ich stronę, ale w przeciwną. Mila wydała nawet okrzyk i pociągnęła ojca wstecz...
Tam, drogą przez zakrystję i chór szli ku ostatniej ławce pastor Wangen, za nim Tora z jakimś przedmiotem na ramieniu... za nią zaś panna Hall, a na końcu Tomasz Rendalen.
Twarz Tory i niesiony przez nią przedmiot zakrywał gęsty, czarny welon. Z pomocą panny Hall odkryła twarz, oraz dziecko i zwróciła się ku wchodzącym. W powietrzu zawisło złowrogie napięcie, a dzikie akordy organów podniosły je do granic ostatecznych.
Milę ciągnięto dalej i dotarła wreszcie blada jak ściana do chóru. Rozpętały się szepty, szmery, syki, migotały wokół ręce, głowy i bukiety, tak, że nie mogła dać sobie rady z sobą, swym fotelem, bukietem i chustką do nosa. Wreszcie pospieszono jej z pomocą i podano wody kolońskiej. Zakrzątnął się też koło niej czerwony potwór z sumiastym wąsem i mnóstwem orderów. Przyszła trochę do siebie, zakryła twarz welonem, odetchnęła głęboko i zaczęła płakać. Straszną jej uczyniono rzecz! Nagle uczuła gniew, wielki gniew!
Pierwsze jej spojrzenie padło na ojca, a było mu ono, po wszystkiem co wycierpieć musiał, jak ostatni haust napoju, odbierający zmysły. Siadłszy, uczuł się zniweczonym, małym i bezsilnym...
Obok niego siedział elegancki porucznik. Przekładał z ręki do ręki kapelusz, zakładał nogę na nogę. Wszystko to odnosiło się do niego, a przyszły mąż stanu nie umiał jeszcze zachowywać się spokojnie podczas, gdy szarpano go moralnie w kawały.
Za Nilsem siedział bezpośrednio Doesen. Targał z pilnością wielką i coraz to mocniej koniuszki swych jasnych wąsików, a widząc migające wciąż pod nosem białe jego rękawiczki, zebrani w kościele sądzili, że pokazuje sztuczki, albo daje komuś znaki, nie wiedziano tylko komu. Matadorowie czuli się w tej przygnębiającej sytuacji nad wyraz nieswojo. Mimo to jednak rzucali raz po raz spojrzenia ku kobiecie z dzieckiem. Była djabelnie piękna i miała wygląd dziwny, cudzoziemski jakby. Wykręcali karki co chwila, a sam konsul Bernick uczuł wkońcu ból w karku, jakby był młodym kogutem, uczącym się piać.
W dodatku do nieszczęścia, dziekan spóźniał się, a kościelny wychodził ciągle i wchodził, robiąc uroczystą, głupią minę.
Organista pracował zawzięcie. Ponieważ pastor nie jawił się dziwnie długo, przeto jął grać pieśń kościelną. Zużył wszystkie pompatyczne, uroczyste wariacje, przeszedł do czegoś wprost przeciwnego. Usłyszano fletowe tony pastuszego śpiewu. Fantazję muzyka podniecało niezawodnie wszystko małe i nędzne, co wyniknie z tego małżeństwa, wskazywał niemal palcem oblubieńców, a kwinty organów piszczały: ti... ti... ti!
Wreszcie oprzytomniał konsul Engel o tyle, że znowu uświadomił sobie różnicę pomiędzy tem, co wykwintne, a ordynarne, pomiędzy ludźmi dobrze a źle wychowanymi. Dla tych ostatnich nie było nic nad skandal. A był to skandal nowy i zgoła niesłychany. Coś równie szalonego mógł jeno potomek Kurtów wymyśleć i zaaranżować.
Przemokła mu już całkiem chustka do nosa, a rękawiczki przybrały barwę szarą. Ocierając się ustawicznie i skrapiając wonnościami, zerkał płochliwie ku córce. Czuł, że go nienawidzi! Zaczął się modlić,... tak, konsul Engel... błagał Boga z całego serca, by grzechy jego nie spadły na niewinne dziecko. Sprzedał, przeszachrował córkę, ale uczynił to w jak najlepszym zamiarze. Bóg wiedział to chyba lepiej od wszystkich! Któż mógł atoli przypuścić takie szaleństwo, takie splugawienie świętego przybytku? Zazwyczaj nie klął konsul Engel, był na to zbyt wykwintny. Teraz atoli, zaraz po modlitwie, zaklął z głębi serca i z całej siły: — Niechże djabli porwą tę całą hołotę!
Musiał sięgnąć po drugą chustkę. Jednocześnie zaś odczuł, że Mila pyta: — Czy mam wstać i odejść?
Konsul wyczytał to z jej oczu i niespokojnych ruchów. Spostrzegł to również Fürst. Obaj doznawali ciągle wstrząśnień elektrycznych, ale nie porzucali nadziei, że Mila zbyt jest dobrze wychowana, by zwiększać skandal. Konsul wiedział, że choćby się skończyło dobrze, jest shańbiony, Nils uważał, że będzie to już dlań karjerą, jeśli Mila stanie z nim u ołtarza.
Ach, ten pastor Green! Nie nadchodził! Myśli wszystkich skierowały się teraz wyłącznie na niego. Sytuacja była nie do zniesienia. Zebrani wbili oczy w drzwi zakrystji. Czyż zachorował? Czyż udaje chorego, aby uniknąć dopełnienia obrzędu? Gdzież się podział kapelan? Dawać kapelana! Czemuż nie wstaje pastor Wangen?
Kobiety na chórze nie opanowały jeszcze przerażenia. Wiele musiało się trzymać krzeseł, by pokonać drżączkę. Chore były niemal skutkiem fatalnego napięcia i zaczęły popłakiwać. Mila myślała: — To grzech z mej strony, tak, to grzech! Ach, gdyby żyła jeszcze matka moja! — Jęła płakać z głębi serca. Sprzysięgli się przeciw niej wszyscy, chociaż była niewinna. Sam pastor Green opuścił ją w decydującej chwili i to w sposób tak okrutny! Czuła, że stoi pod pręgierzem... ku radości tych wszystkich ohydnych ludzi!
Zaczęła dumać nad tem i uczucie osamotnienia porwało ją z taką mocą, że odczuła jako wybawienie, kiedy nakoniec zjawił się pastor Green.
Mimo wszystko jednak nie była w stanie objąć rzeczy do tyla, by sobie zadać pytanie, czemu się to wszystko dzieje. Osoby, siedzące na chórze, myślały nad tem i to nietylko wtajemniczeni, ale wszyscy. Zwłaszcza kobiety oburzało, że Mila mimo przeszkód wszelkich chce się posunąć jeszcze dalej! Jeśli ją już tu przywleczano, to dlaczegóż nie wstanie? Dlaczego nie zerwie teraz, w ostatniej chwili? Czekano tego i spodziewano się z minuty na minutę, z sekundy na sekundę. Ale Mila siedziała dalej. Czyż możliwe, by nie odczuła tak dosadnej apelacji do swego sumienia?
Każda z natury dobra i wolna kobieta staje po stronie słabszego, tego, komu się dzieje krzywda... W zburzenie i oburzenie rosło coraz to bardziej. Czyż możliwe stawać u ołtarza z takim szubrawcem? Wstyd, i hańba!
Wszyscy spoglądali ku ołtarzowi. Pastor nie nadchodził. W ostatniej jeszcze chwili wahał się udzielić błogosławieństwa Kościoła. Karol Wangen nie uczyniłby tego za nic! Siedział oto przy uwiedzionej przez pana młodego. Niejedno spojrzenie wdzięczności padło na wyrazistą twarz jego!...
Wreszcie dostrzeżono z chóru starego Greena. A więc przyszedł wkońcu... Szedł powoli, schorzały... bardzo chory. Powiadano sobie i szeptano już przy nim, że wygląda jak uosobienie kompromisu kościelnego.
Ledwo stanął przed ołtarzem, zaintonowano hymn. Zabrzmiały głosy zebranych na chórze. W przystępie zapału i w uczuciu ulgi, oraz wdzięczności dla Boga śpiewali wszyscy, oblubieniec, teść, generał, konsul generalny, Bernick, Doesen, Ries, matadorzy i naczelnik. Ani jeden z nich nie wierzył w to, co śpiewa, ale śpiewali w zawody z organami. Przyłączyły się też kobiety. Nie mogły przez wzburzenie znaleźć hymnu w śpiewniku, ale umiały go jako tako na pamięć. Najgoręcej nuciła pochwalny hymn ku czci małżeństwa urocza pani Garman.
Ale poza temi osobami i kościelnym nikt w kościele nie śpiewał. Oburzenie było tak wielkie, że wielu nie mogło usiedzieć. Inni w stali również, chcąc wiedzieć, co tamtych skłoniło do wstania.
Przedewszystkiem jednak uczyniła to Tora. To, co czuli inni wokoło niej, było blade i nikłe wobec jej uczuć. W chwilach wzruszeń, sięgających do głębi duszy, była gwałtowną jak matka, przytem zaś podróż i przeżycia dni ostatnich wprawiły ją w stan podniecenia, który jeno jej silna natura znieść mogła. Jeśli już nie z innych powodów, to ze względu na samą Milę należało przeszkodzić temu małżeństwu z nikczemnikiem. Musiała się tedy pokazać z dzieckiem. Wszystko inne było bezcelowe, to zaś musiało podziałać odstraszająco. Znała Milę. Szło tylko o to, czy sama znajdzie siły, ale uczuła, że tak jest. Również przyjaciele i przyjaciółki zdecydowani byli towarzyszyć jej. Szło tu nietylko o nią samą, ale o szkołę, Milę, wielką sprawę i dobro tysięcy.
Nikt, a zwłaszcza sama Tora, nie wątpił ani na chwilę, że ukazanie się oblubienicy z dzieckiem na ręku musi odnieść skutek. Od chwili, kiedy Mila jęła płakać, a mimo to została na miejscu, aż do pojawienia się pastora rosło wzburzenie i podniecenie Tory, tak że wzbudziło to obawę jej otoczenia. Z przeciwległego szeregu ławek można ją było dobrze widzieć. Wszyscy uczuli, że teraz musi się stać coś, o czem nie myślała ani Mila, ani nawet Tora, zanim się stało... Tora była Torą i rzeczywiście...
Porucznik Fürst, prowadzony przez konsula Wingarda, stał już przed ołtarzem, a Engel, stąpając ostrożnie po dywanie, prowadził doń córkę. Mila dała się wieść. Druhny układały welon po drodze. Nagle wpadła przed ołtarz Tora.
Spojrzenia wszystkich skierowane były na zmierzającą do ołtarza Milę i zrazu osoby, przed ołtarzem stojące, nie widziały Tory. Odczuto tylko jakby uderzenie fali od tyłu i zaraz przebiegło coś czarnego mimo nich.
Damy krzyknęły, mężczyźni zdrętwieli. Stojący u ołtarza spojrzeli za siebie, konsul Engel zatoczył się wstecz. Pomiędzy nim a córką stała Tora!
— Czy mam położyć przed tobą dziecko? Czy uklękniesz może na mojem dziecku?
— Nie! Nie! — krzyknęła przerażona.
Cofnęła się, wyciągając ręce, uciekła z presbiterjum, a welon, płynął za nią.
Wszyscy porwali się z miejsca. Tora pobiegła dalej, ku zakrystji, czując, że wyczerpała całkiem siły. Za nią szła panna Hall. Mila uciekła gdzieś, niewiadomo gdzie. Ktoś musiał pobiec za nią, to odczuła zwykłym taktem kobiecym. Rozglądała się wokoło z desperacją, gdy nagle usłyszała przez uchylone drzwi zakrystji głośny płacz i łkanie, drzwi zaraz zamknięto, ale wiedziała już teraz, że to płacze Mila. Ktoś objął ją w tej chwili i pociągnął za sobą. Była to Nora.
Od tej chwili minęło wszystko. Znikł gniew Tory. Zjawił się przy niej Tomasz i, idąc przodem, torował jej drogę.
Organista nie widział początku zajścia, gdy umilkł śpiew, sądził, że pastor zacznie przemawiać. Słysząc zgiełk, w stał. Cóż to takiego? Zobaczył oblubienice płaczącą, cały chór i kościół wzburzony... Ha, to ciekawe, pomyślał. Czyżby ślub spełzł na niczem? Ocho! Mam w kieszeni 2000 blisko koron! Jął grać, jak szalony. Chciano mu przerwać, ale spytał tylko, co zrobiono złego pannie młodej. Potem oświadczył, że muzyka ją ukoi i grał dalej.
Dzwonnik, usłyszawszy organy, pomyślał sobie: — Teraz już po ślubie! Można zaczynać! — I jął ciągnąć z całej mocy za sznury.
Rozgłośne dźwięki dzwonów posłyszano w porcie i na morzu, to też zaraz zagrzmiały armaty. Miano strzelać aż do chwili, kiedy powóz panny młodej stanie przed domem. Nie można było tego zobaczyć i miano dać znak. Nie otrzymawszy go, strzelano dalej bezustannie przez kilka godzin. Wkońcu strzelcy pomyśleli, że chyba dość tego. Ale nie ich w tem głowa... powiedzieli sobie i walili, póki starczyło prochu. I w porcie popijano oczywiście ostro. Wszystko to wzbudziło wielką wesołość, rzecz cała została ośmieszona. Śmiały się tłumy pod kościołem, słysząc organy, dzwony i grzmot dział, potem coraz to głośniejsze śmiechy poszły po placu targowym i wreszcie całe miasto trzęsło się od śmiechu. Od niepamiętnych czasów nie śmiano się tyle. Przybysze z dalsza wracali do domu wśród śmiechu i huku dział, a tam, gdzie wrócili, śmiano się też.
W mieście i porcie powiewały chorągwie!
Huczały działa, wywieszano flagi, bito z armat i śmiano się bez końca!
Goście weselni spoglądali po sobie z przerażeniem. Wyszli w popłochu z kościoła, cisnąc się i przepychając. Ale panujący na dworze śmiech był zaraźliwy. Wróciwszy do domów i przeczytawszy „Obserwatora“, wybuchnęli śmiechem. Śmiał się nawet sam burmistrz!...
Nora i Rendalen szli aleją, wiodącą do szkoły. Armaty grzmiały dalej, w mieście i porcie powiewały flagi, oni patrzyli na to i śmiali się. Minął ich, biegnąc na długich nogach, Karol Wangen. Torę zabrał do siebie Nils Hansen. Osłabła bardzo po zajściu, ale była spokojna i zadowolona.
Karol przybiegł jeno, by wziąć z dworu bryczkę i oddalił się zaraz.
Z piętnaście dziewcząt przebiegło mimo nich, udając się do pani Rendalen. Po chwili minęła ich znowu chmara dziewcząt starszych, biegnących co sił w nogach. Pani Rendalen wyszła na powitanie syna i Nory, ale im się nie spieszyło. Co chwila przystawali. Tęskno było za nimi matce!
Nie mogła zrozumieć, by mieli o niej zapomnieć tak bardzo.
Nagle zerwała okulary, zaczęła je porywczo przecierać i... wsadziła z powrotem powoli na nos...
Tomasz wygłaszał w alei coś w rodzaju wykładu. Twierdził, że w pierwszem jego przemówieniu było dużo jednostronności, dużo szablonu. Podobnie ma się rzecz z własnym jego, nieskończonym jeszcze rozwojem. „Życie jest szkołą“, powiedział, ale ten klejnot w pierwszej linji dotyczy samego nauczyciela.
To znaczy, słów tych nie używał, były bowiem za chłodne i sztywne. Prawdę mówiąc, właśnie przed chwilą oświadczył się o rękę jasnowłosej dziewczyny, przy huku dział i powiewaniu chorągwi, czem miasto czciło, wbrew swej woli, ukoronowanie celu jego życia. Dziewczyna odparła, że nie jest jego godna i oganiała się przez czas jakiś, jakby od much, latających wkoło oczu. Ale nie była w stanie sprzeciwiać się tak stanowczo jego woli.
Potem pogodzili się co do wielu rzeczy, zwłaszcza, co do tego, że we wszystkiem, co się przedsiębierze, lepiej działać we dwoje...
Na wieżę weszło piętnaście naraz dziewcząt. Uczuły chętkę wywieszenia chorągwi, nie będącej symbolem obłudy. Zrobiły to z powodu pewnej sprawy, nie splamionej również obłudą. Wołały zgóry, prosząc o pozwolenie, a Tomasz Rendalen stał na schodach, spoglądał w górę i śmiał się. Nora pobiegła do jego matki i przytuliła się do niej mocno, bardzo mocno...
— O, nie!... — zawołał Tomasz do dziewcząt. — Nie dziś, dziś jest dzień Mili. Ale za kilka tygodni na nowo ukażą się flagi wszędzie, w mieście i porcie.

KONIEC.

Przypisy

  1. Wszystko postaci z literatury norweskiej Petra Kiellanda: „Garman & Worse“, Jbsena: „Podpory społeczeństwa“, Björnsona: „Nowy system“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Björnstjerne Björnson i tłumacza: Franciszek Mirandola.