Tomasz Rendalen/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bjørnstjerne Bjørnson
Tytuł Tomasz Rendalen
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1924
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Det flager i byen og på havnen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXV.
Dwa obozy.

Odczytawszy list Mili, wyszła Nora z pokoju. Przez kilka dni nie była w stanie podjąć zwykłych zajęć swoich. Coś ją obezwładniło.
Naprzód Tora, na swój sposób, a teraz znowu Mila... było tego za wiele dla Nory, tak żywo zainteresowanej wspólnem życiem przyjaciółek. W czasach ostatnich znieść musiała dużo drwin, zwłaszcza ze strony ojca, mianowicie gdy wyszło na jaw, że jako przewodnicząca związku wystawała się na urągowisko i przykrości. Wałczyła z tem dotąd, po liście Mili przestała się bronić.
Już poprzednio nieraz myślała, że życie wiedzie zbyt powierzchowne i płytkie. Teraz, zaś po tych doświadczeniach... Z jednej strony... myślała o swych przyjaciółkach, a i o sobie także... wielkie aspiracje, z drugiej zaś, gdy przyszło do sprawy,... tchórzostwo i ustępliwość. Łatwość zapalania się, a brak wytrwałości, mnóstwo frazesów... błyskotliwa próżność i zazdrość... nic więcej!
Zrzekła się przewodnictwa związku, nie chciała być nawet jego członkinią, gdyż nie miał celów realnych i użytecznych. Przytem stosunek wzajemny rodziców nie był obecnie najlepszy. Nora uchwyciła się szkoły, ukryła się tam formalnie.
Nadeszły święta. Mimo że były ferje i miała iść do domu, została. Przebywała sama z sobą. Tinkę absorbował teraz narzeczony, przybyły na Boże Narodzenie. Zaręczyli się jawnie. Anna Rogne studjowała z Rendalenem filozofję, uważała się za uczoną, była szczęśliwa i niedostępna.
Często zastawano Norę płaczącą. Miała zwyczaj ocierać łzy szybko, jakby spędzała muchy, i uśmiechała się zaraz do wszystkich. To też przyczyna smutku nie mieściła się widocznie w szkole.
Zdarzało się, że bywała smutna, ale tym razem trwało to zbyt długo. Zasypywano ją pytaniami, ale robiła tak dostojne miny, że nikt nie pytał dwa razy.
Wreszcie nadszedł oczekiwany długo list od Tory. Zaraz od wstępu dowiedziano się wszystkiego. Nerwowy, pełen omówień, zaręczeń i wtrąceń opis wydarzenia dał żywy obraz Tory. U pani Rendalen zebrali się zaufani, a Anna Rogne czytała równo, wyraźnie, z intonacją. Przezto wiele wtrąceń nabrało cech wesołych. Śmiano się i wszyscy uczuli jednocześnie wzruszenie.
Tomasz patrzył ciągle podczas czytania na Norę. Dowiedział się niedawno, że złożyła przewodnictwo związku, to też musiał porzucić narzuconą sobie rezerwę.
Usiadł przy niej i rozmawiał z nią długo i żywo, podczas gdy inni zajęci byli listem, a Nora często przesuwała dłonie po wielkich swych oczach. To zwróciło wkońcu uwagę obecnych tak, że zaczęli ku nim spoglądać.
Pani Rendalen zaproponowała, by zagrano trochę i zwróciła się z tem do syna — Zgoda! — powiedział i siedział dalej zamyślony, gdy go zaś wezwała ponownie, jął miast grania, mówić na temat dziedziczności. Po kilku okrążeniach przeszedł na temat odziedziczonej słabości Tory. Niektórzy twierdzą, że nie może temu zaradzić znajomość życia i obcowanie z ludźmi. Czegóż jednak dowodzi przeczytany właśnie list? Oto, Tora ocalałaby, gdyby panna Hall wygłosiła swój odczyt o cztery miesiące wcześniej.
Wynika stąd nauka, że należy pomagać sobie wzajem w potrzebie wiedzą i dobrą, szczerą radą. Kobieta często skazana jest na samotność, mężczyzna żyje w świecie i nabywa istotnej znajomości życia.
W społeczeństwie dopiero uczy się kobieta walczyć za swą sprawę.
Rozwój wnętrzny przechodzi często kryzysy i to utrudnia nieraz stosunki ludzkie.
Uwagi te miały ten skutek, że panie miejskie, stojące po stronie szkoły, w czasie najbliższym zjednoczyły się ściślej z sobą. Jednocześnie wzrosło w szkole znaczenie związku. Tłumiono starannie wszelki rozdźwięk, zanim dotarł do nauczycieli. Poprzednio też już członkinie związku rozdzieliły pomiędzy siebie klasy, pomagając w potrzebie słabszym uczennicom, i to wzmogło bardzo wpływ tej instytucji.
Zebrani rozeszli się dobrze po północy.
Pani Rendalen była już napoły rozebrana, gdy ze zdziwieniem spostrzegła, że Tomasz wychodzi. Uchyliła drzwi i spytała, dokąd idzie.
— Taka śliczna, wygwieżdżona noc... — odpowiedział.
Pani Rendalen nie odczuwała poezji. Spojrzała przez okno, uchylając firanki, i stwierdziła, że tak jest w istocie. Jako zajęta mnóstwem rzeczy przełożona szkoły, nie miała czasu zajmować się gwiazdami Uderzył ją jednak ton, jakim mówił o gwiazdach... Przytem Tomasz dawno nie był tak wesoły jak tego wieczora, dawno też nie wytrwał tak długo pośród uczennic.
— Proszę pani!
— Któż to... na miły Bóg?
— To ja!
— Droga Noro, jeszcze nie śpisz?... Zaraz otworzę... Co widzę, jesteś ubrana zupełnie?
— Taka śliczna, wygwieżdżona noc...
— Tomasz wyszedł.
— Słyszałam... Ach, łaskawa pani...
— Co ci to, drogie dziecko? Ale przebacz, muszę się kłaść.. No cóż?
— Jestem tak szczęśliwa!
— Naprawdę? Cieszy mnie to, bo niedawno byłaś smutna.
— Proszę pani, czy wypada, bym panu Tomaszowi podziękowała za dzisiejszy wykład.
— Czy wypada? Co masz na myśli, drogie dziecko?
— Nie mogłam sobie dać rady, zanim tego nie napisałam.
— Pisałaś, mimo, że mieszkacie w jednym domu?
— Chciałam posłać jeszcze dziś wieczór...
— W nocy raczej... Zaczekaj do rana, Noro! Zresztą będziesz mu mogła powiedzieć... Wiesz przecież, że Tomasz jest tak czasem dziwny...
— Ale dziś ma dobry humor.
— Chcesz mu, widzę, koniecznie położyć list na stole?
— Nie, ja nie! Mógłby nadejść, albo pan pastor...
— Chcesz więc, abym ja?...
— Droga pani!
— Dajże mi okulary... zobaczę!
— Oto list!
Pani Rendalen przeczytała:
— Panie Rendalen, nie mogę zasnąć, nie podziękowawszy panu za dzisiejszy wieczór. Czuję potrzebę donieść, jak mi bardzo na tem zależy. Nie miałam sposobności podziękować ustnie, dlatego wybieram tę drogę. Dziękuję bardzo!

Oddana Nora Tue.

Pani Rendalen usiadła w łóżku.
— Położę mu to przy świecy... Czy masz kopertę... dobrze... widzę, zaadresowana nawet?
— Tak.
— Dobrze, podajże mi pantofle... Ładnie to z twej strony, Noro... Tak, dziś był w dobrym nastroju...
Pani Rendalen wyszła.
Kładąc się z powrotem do łóżka, spytała:
— Powiedzno szczerze, Noro, czemuś mu nie podziękowała odrazu?
Miast odpowiedzi, przytuliła głowę do sędziwej przełożonej, pocałowała ją i uciekła. W drzwiach jednak przystanęła, pytając:
— Czy zgasić światło?
— Nie! Dobranoc, drogie dziecko!

∗             ∗

Zima dobiegała końca, sądzono też, że i wojna zakończy się niebawem.
Ale umysły podniecone roją zazwyczaj nadzieje złudne. Właśnie teraz rozgorzała ona najsilniej. Tak zwana partja ludowa założyła własny organ w przekonaniu, że „Obserwator“ osiągnął rekord swej bezmyślności. Zawrzała wojna nieubłagana pomiędzy nim, a „Głosem wolności“, rozpalając umysły.
Związek powziął nieszczęśliwą myśl zatknięcia w dzień urodzin Rendalena żerdzi na szczycie wieży obserwatorjum i u żerdzi tej zjawiła się ogromna flaga norweska, niestety bez godła, świadczącego o unji ze Szwecją.
Dziewczęta oczywiście całkiem zapomniały o dawnym sporze sztandarowym.
Dopatrzono się w tem „demonstracji“. Szkoła oczywiście politykuje. Chcąc uniknąć nowych starć. Tomasz kazał zdjąć flagę, ale było już za późno.
Złe duchy ocknęły się ze snu, a na łamy „Obserwatora“ wypłynęły z powrotem dawne zarzuty i oskarżenia. W klubie wystąpił burmistrz nagle z darem 5000 koron na „szkołę bez polityki i bez metody, skierowanej przeciw obyczajności“. Ofiarodawca nie chciał, by go wymieniano.
To był krok stanowczy.
Burmistrzostwo dodali od siebie 1000 koron. Burmistrz, który poprzednio już wotował za drugą szkołą, wystąpił teraz publicznie. Dar bezimienny wynosił tyleż samo co podarunek pani Engel... może więc dawcą był konsul. Zaraz też zgłoszono inne jeszcze dary, ale opiewały na małe kwoty.
Tomasz wniósł już dawniej podanie o przyjęcie go na członka klubu, a wraz z nim kilku przyjaciół, pośród których także Karol Wangen i Nils Hansen. Zostali oni przyjęci na licznem zebraniu, zaś wybór Tomasza odłożono. Hansen uzyskał tylko małą większość i wybór zawdzięczał temu jeno, że klub mieścił się na jego terenie. Statuty klubu powiadały wprawdzie, że każdy wniosek o przyjęcie załatwiony być ma na „najbliższem posiedzeniu“, ponieważ atoli znalazło się między członkami na szczęście kilku prawników, przeto wytłumaczono, że znaczy to „na jednem z najbliższych zebrań“.
Dotyczące „najbliższe“ zebranie było niezwykle tłumne, a burmistrz otworzył je sensacyjnem oświadczeniem, że „wybór pana Rendalena jest niedopuszczalny ze względów spokoju publicznego.“
Pewna liczba członków miała od żon swych nakaz, by głosować za Tomaszem i ci pantoflarze uczynili skromną uwagę, że właśnie wniosek burmistrza zakłóca, spokój powszechny. Rozgoryczyło to burmistrza do tego stopnia, że przez czas dłuższy nie mógł mówić. To też uznał za stosowne przyjść mu z pomocą niejaki Bugge, adwokat konsula Engla. Przyłączyli się doń inni adwokaci i wszyscy zaczęli mówić na temat spokoju, moralności i chrześcijaństwa, słowem o rzeczach, o których zasłyszeli potrochu.
Wangen zapytał, co u licha mają te ważne kwestje wspólnego z przyjęciem Tomasza Rendalena do związku towarzyskiego. Ale zaledwo to uczynił, dobył burmistrz wielki papier i spytał, czy może zadać pastorowi kilka pytań.
— Proszę pytać. Odpowiem!
— Czy prawdą jest, po pierwsze: że pan Rendalen oświadczył, iż nie należy powierzać nauczania historji osobom, które twierdzą, jakoby ziemia zpoczątku była rajem, a pierwsi ludzie istotami doskonałemi? Nastało grobowe milczenie, a Karol rzekł po chwili wahania: — Tak, to prawda... ale...
— Ja mam teraz głos! — przerwał mu burmistrz.
— Nie! — odważył się wtrącić jeden z pantoflarzy — Głos ma pastor Wangen, bo został zapytany.
Ogólna konsternacja. Na szczęście większość nie była pantoflarska.
— Drugie pytanie: Czy prawdą jest, że pan Rendalen oświadczył jak oby...
— Ależ szanowny panie burmistrzu! — zawołał Hansen — Czyż pan Rendalen ma w celu przyjęcia zdawać egzamin z religji?
Wszyscy, bez różnicy partji, wybuchnęli śmiechem. Burmistrz przeczekał objawy wesołości, gdy zaś nastała cisza, powtórzył:
— Drugie pytanie: Czy jest prawdą...
Nowe śmiechy, głośniejsze jeszcze niż poprzednie.
Wobec tego wpakował burmistrz swe pytania do kieszeni i cofnął się wstecz.
Wystąpił teraz Karol i rzekł, że Rendalen, przyjaciel jego, uwzględnia w nauce historji rezultaty badań naukowych, a więc także dzieje rozwoju chrześcijaństwa. Życie ludzkie, jako coś kierowane wolą bożą, to przedmiot dziejów Kościoła.
— Czyż nie jest chrześcijaninem? — spytał Bugge.
— Tego pytania niema na porządku dziennym! — zawołał Nils Hansen.
— Czyż nie jest chrześcijaninem? — powtórzył Bugge.
— Nie, nie jest! — odparł Wangen, czerwony jak żak szkolny.
— Cymbał! — rzekł Hansen półgłosem i cofnął się także.
— Wobec tego podszedł nas! — zawołał Bugge.
— Powinien to był powiedzieć zaraz! — oświadczył ktoś drugi. Zaczęto wołać, nastał niepokój, a roztropni pantoflarze zamknęli gęby z przerażenia.
Do głosu zapisał się pewien wybitny obywatel i rzekł:
— W istocie, wiem to dobrze, że pan Rendalen nie jest chrześcijaninem. Stawiać narówni kobietę z mężczyzną to rzecz sprzeczna z zasadami chrześcijaństwa!
Pastor Wangen wrócił na mównicę i przemówił gorąco. Oświadczył, że przyjaciel jego Rendalen postąpił uczciwie. Jak długo chrystjanizm jest wyobrazicielem moralnej świadomości człowieka, winien każdy kierownik szkoły dbać o to, by dzieci były przejęte duchem prawdziwego chrystjanizmu. Rendalen postąpił wedle tej zasady. Szkoda tylko, że obrał tak słabe narzędzie jak on sam, Karol Wangen, ale zaręczył zebranym, że czyni wszystko co w jego mocy.
Słowa te wywarły dodatnie wrażenie i zdawała się, że na tem koniec.
Głos zabrał atoli ponownie ów spokojny, a wybitny obywatel i oświadczył, że gdyby Tomasz Rendalen był powiedział jawnie przed dwoma laty, kiedy wygłaszał słynną swą mowę: — Nie jestem chrześcijaninem! — nicby ze szkoły nie było.
Na to nie znalazł Karol szybkiej odpowiedzi. Uwaga wydała się dość prawdziwa. Zaraz potem zarządzono głosowanie i wniosek o przyjęcie Tomasza został przygniatającą większością odrzucony.
— Nie dlatego to się stało, — dodał Bugge — że pan Rendalen nie jest chrześcijaninem, gdyż zaliczamy się do ludzi toleranckich, ale dlatego, że nie był uczciwy.
Tomasz zebrał, jak się tylko najprędzej dało, swych przyjaciół i ludzi interesujących się sprawą w bali gimnastycznej. Pełna była po brzegi, gdyż walka zajęła ogół mieszkańców miasta. Również o danej kwestji wiedziano teraz więcej, niż przed dwoma laty. Tomasz mógł mówić swobodnie. Zaczął od oświadczenia, że przeciwnicy trzymają się religji, jak ostatniego źdźbła trawy. Spodziewał się tego oddawna. Dał zebranym humorystyczny obraz chrześcijańsko-moralnej sprawiedliwości klubu, obradującego wśród kłębów dymu tytuniowego, przy szklankach ponczu i stolikach karcianych, potem zaś wspomniał o cnotach tych mężów, polegających na tem, że żądają od kobiety czystości, ponieważ jest to dla nich ponętna rzecz.
Nie można nazwać sprzecznym z zasadami chrześcijaństwa wysiłku równouprawnienia kobiet, a on sam, jako nauczyciel historji, zawsze zwracał i zwraca uwagę i podkreśla z naciskiem zalety chrześcijaństwa. Ale jako nauczyciel nauk przyrodniczych musi zaznaczać, że różne gałęzie tej wiedzy stanęły i stoją w sprzeczności z tradycją żydowską. Nawet w najbardziej chrześcijańskiej szkole musi się znaleźć w tej sytuacji nauczyciel przyrody. Mimo to nikt nie tyka. dogmatów głównych, wiary w Boga i w zbawienie przez zasługi Chrystusa.
Nikt nie kładzie żadnych zapór nauczaniu religji w szkole, a spoczywa ona w rękach szanownego ogólnie kapłana. To też sam Tomasz ma prawo żądać, by go jako człowieka prywatnego nie napastowano w sprawach wiary.
Cóżby atoli powiedział Tomasz i jego stronnicy, gdyby wiedzieli, że cały ten ruch, począwszy od wywieszenia flagi, był kierowany z zewnątrz, że najtrafniejsze strzały „Obserwatora“ nie były fabrykowane w mieście, że burmistrz był jeno narzędziem ręki lekkiej, a silnej, że wkońcu ów dar 5000 koron, który tak wzmacniająco oddziałał na moralność burmistrza i jego żony, wcale nie był darem konsula Engla? Cóżby powiedział burmistrz, adwokat Bugge i jego koledzy, gdyby wiedzieli, że wielki, a bezimienny ofiarodawca, który ich przepoił takim krasomówczym zapałem, to drab, który obliczył, że wszyscy oni zachowają się w ten sposób, gdy będą myśleć, że dar pochodzi od konsula Engla? Cóżby powiedzieli czcigodni mężowie i damy, walczący w imię moralności, gdyby wiedzieli, że w Sztokholmie siedzi człowiek, finansujący zarówno ich zapał, jak nikczemność i służalczość innych w sposób bezwzględny, a nieomylny? Ale ten nieobecny nie mógł wszystkiego odmierzyć należycie. Gdy w grę wchodzą kobiety, każdy rachunek może omylić.
Szło przedewszystkiem o wysadzenie miny, by opór częściowo bodaj złamać i to się stało.
Pogłoska o zaręczynach Mili Engel z porucznikiem Fürstem znikła już z powierzchni, teraz zjawiła się na nowo i w ustach kobiet przybrała drastyczne formy. Z otoczenia Rendalena padały jadowite strzały, raniące obie rodziny, Englów i Fürstów, bardzo dotkliwie. Powiadano, że Tomasz miał się wyrazić, iż w orszaku ślubnym córki konsula iść powinny wszystkie metresy jej narzeczonego jako druhny.
Konsul Engel polecił zawiadomić Tomasza, że dotąd trzymał się zdała od walki, ale jeśli zaślubiny dojdą do skutku, to nowa szkoła otrzyma w tym dniu własny dom i hojne zasiłki pieniężne.
Posłaniec, który tę wieść przyniósł, otrzymał odpowiedź:
— Bardzo słusznie czyni konsul Engel, mówiąc warunkowo „jeśli“, gdyż Mila Engel nie odważy się brać ślubu w żadnym z kościołów miasta.
To przekraczało już wszelkie granice.
Konsul musiał zacząć działać.
Mila Engel nie była zaręczona z Nilsem Fürstem, a on sam użył jeno tej pogłoski jako broni. Konsul istotnie nie brał udziału w walce, poprzestając na rozsyłaniu tu i owdzie wycinków z „Obserwatora“, zawierających napaści, anegdoty itp. Także inspirował pisanie nowych. Córka jego zresztą już teraz nie korespondowała z mieszkańcami dworu. Zwrócił się tedy wprost do niej. Załączył artykuł jakiegoś poważnego duchownego, który dowodził, że zrównanie kobiety z mężczyzną jest rzeczą niechrześcijańską i, biorąc to za pretekst, oświadczył:
— Drogie dziecko! Nic nie stoi na przeszkodzie, jak widzisz sama. Kochasz Nilsa Fürsta. Jeśli jednak projektowane małżeństwo wiążesz z jakimś warunkiem, wymień go! Twoje i moje stanowisko, oraz znaczenie wymaga, byś wzięła ślub właśnie w mieście rodzinnem, a nie gdzieindziej.
Mila wymieniła swój warunek. Jeśli da jej ślub... osobiście... stary duszpasterz nieboszczki matki, dziekan Green, który również przyniósł dar matki do szkoły, to wówczas pozostawia woli ojca oznaczenie dnia tegoż ślubu.
Stary Green, najbardziej szanowany człowiek w mieście, musiał się tedy stać narzędziem stronnictwa. Taki warunek był chyba niemożliwy do przyjęcia! Konsul napisał Fürstowi, że niewiele ma nadziei.
Porucznik miał inny pogląd. Starzy ludzie mają skłonność do kompromisów. Dał instrukcje swemu szwagrowi, a po rozmowie jego z dziekanem doniósł Fürst konsulowi, że szanse są znacznie lepsze, niż sądzi. Konsul jął kuć żelazo na gorąco. Coprawda, zdziwił się trochę, gdy staruszek zażądał zaprzestania ataków na szkołę.
Konsul odparł ze szczególnym uśmiechem, że „wpływ jego nie jest tak silny.“ Stary dziekan uśmiechnął się wzajem i zauważył, że „o wpływ ten niema żadnej obawy.“ Na tem stanęło.
Pewnego piątku rano zostały rozesłane drukowane zaproszenia pod adresem przyjaciół w mieście i miastach sąsiednich. Konsul prosił o uczynienie mu zaszczytu uczestniczenia w uroczystości zaślubin córki jego z porucznikiem marynarki Nilsem Fürstem.
W tydzień potem, w poniedziałek, miał się odbyć ślub w kościele św. Krzyża, o czwartej popołudniu. W zawiadomieniach, skierowanych do najzaufańszych przyjaciół, dodał konsul własnoręcznie informację, że ceremonji zaślubin dokona osobiście czcigodny dziekan Green, duszpasterz jego rodziny i przyjaciel jego nieodżałowanej nieboszczki żony.
Tegoż samego dnia przechodził konsul około południa, mimo mostu przystani, gdzie pełno było ludzi, zajętych różnemi sprawami. Powitano go radośnie, z rozjaśnionemi twarzami i kłaniano mu się uprzejmie, niektórzy zaś, którzy mogli sobie pozwolić na tę poufałość, ściskali rękę konsula, uśmiechniętego i szczęśliwego.
Oburzało to wszystkich, że Tomasz Rendalen decyduje o tem, kto może brać ślub, a kto nie. Powtórzyły się widocznie czasy Maksa Kurta!
I któż się na to ważył? Oto nędzny, obciążony długami człek, któremu szkoła wali się na głowę!
Wiadomość o ślubie ruszyła nazajutrz parowcami, szerząc się po wybrzeżu północnem i południowem, ogarnęła wyspy, przekroczyła na ląd stały i dotarła w najodleglejsze okolice górskie. Wszędzie budziła ona ożywienie i ruch. Jedno stronnictwo radowało się, drugie dawało dosadny wyraz strasznego oburzenia. Kobiety oświadczyły, bez względu na przenależność partyjną, że tak czy owak stawią się w dniu ślubu w mieście.
Niebawem potem nadeszła wieść nowa, mianowicie anonimowy dawca kwoty 5000 k. na rzecz nowej szkoły cofnął swój dar i zażądał zwrotu. Jednocześnie konsul zganił stanowczo napaści na szkołę dotychczasowy i oświadczył, że gdyby to nie ustało, musiałby wznowić ofiarę swej nieboszczki żony, gdyż domaga się tego pamięć nieodżałowanej połowicy.
Widocznie zawarto kompromis, a Mila wystąpiła w roli anioła zgody, wyobrazicielki chrześcijaństwa i moralności.
Śmiano się po jednej, oburzano po drugiej stronie, a niektórzy, jak np. burmistrz, nie chcieli usłuchać. Cóż jednak począć z nową szkołą bez konsula? Przytem wszyscy pragnęli już spokoju. Zaczęto deliberować z zimną krwią i okazało się, że właściwie jest to rzecz bardzo dobra, owo małżeństwo córki dobrodziejki szkoły z Nilsem Fürstem... Jeszcze kilka takich małżeństw... o ile się da, z najwybitniejszemi wychowankami szkoły... a wolną będzie od wszelkich zakusów stara, wypróbowana cnota i należyty podział sfer działania kobiety i mężczyzny. Niechże sobie wtedy co chcą robią taki Rendalen, związek i panna Hall... O Torze nie było już mowy.
Ślub Mili miał się odbyć w poniedziałek i tegoż dnia uplanowany był wyjazd w podróż poślubną. Zapowiedziano jej przyjazd na piątek, tylko na trzy dni... ten fakt dawał dużo do myślenia dawnym przyjaciółkom.
Żadna nie stawiła się w porcie by ją powitać, ale było to niepotrzebne, gdyż mimo deszczu roiło się tam od ludzi. Ślub ten był nawet bez poprzedzających go okoliczności i tak wydarzeniem najważniejszem, jakie zanotowały kroniki miasta. Nowożeniec mógł przy poparciu olbrzymiego mienia teścia zrobić świetną karjerę u dworu, dającą dostęp do najpierwszych stanowisk w kraju. Wszyscy znajomi mienili go urodzonym mężem stanu, która to opinja nie była zresztą; arcypochlebną dla tegoż stanu.
Narzeczona była skończoną pięknością i posiadała wszelkie dane na światową damę. Przybywała zresztą na tak krótko, że należało ją koniecznie zobaczyć.
Wszędzie wywieszono flagi, ale zwisły one jakby wstydliwie na żerdziach, tworząc spełzłe plamy barwne. Piękne, zielone wzgórza wokół miasta okryły się mgłą, domy, ogrody, port,... wszystko tonęło w tumanach oparu. Dachy nie były czerwonawe, lecz czarne, same zaś domy nie białe, ale brudne, nie żółte, ale zakopcone. Wszystkie barwy zblakły, domostwa skurczyły się niejako i wydały małe i dziwnie nikłe oczom osoby przybywającej wprost z Paryża i stojącej na pokładzie statku, lawirującego pośród holmów. Sam jeno budynek główny dworzyszcza i mury alei, tonące w drzewach i zieleni, czyniły wrażenie piękne i dostojne.
Zbliżywszy się, ujrzała Mila sterczącą na dachu budynku żerdź bez flagi... Szkoła była zamknięta, groźna, milcząca. Mila spojrzała w kierunku kościoła Św. Krzyża o smukłej wieży, pod ochroną którego niejako radosna dusza Maksa Kurta uleciała do nieb a... O tem jednak nie myślała Mila... tu właśnie miała mimo wszystko...
Boże... cóż to? Cóż znaczy ta wielka, czarna, ruchliwa masa w przystani? Tłum roztoczył się aż pod domy miasta. Las parasoli... Cóż to mogło być?
Z otrzymanych wiadomości i wyjaśnień, a więcej jeszcze z nieotrzymanych, wysnuła wniosek, że chociaż nie wszystko jest po jej myśli, panuje spokój i nic jej tu nie zagraża. Chronił ją autorytet dziekana Greena, a nie miała też zamiaru narażać się nikomu. Na widok tłumu błysło jej jednak wspomnienie powitania, zgotowanego wracającej pani Rendalen. Zbladła i ogarnął ją niewysłowiony strach. Mimo wysiłków zachowania spokoju zaczęła drżeć na całem ciele, musiała się chwycić czegoś, potem zaś usiąść. W ciągu kilku minut przeżyła więcej wrażeń niż po śmierci matki, gdyż wówczas miała przy boku pocieszycielkę, wówczas żywiła nadzieję. Teraz zaś czuła, że sama jedna leci w przepaść. Bezlitosny śmiech w okół... chwytają ją za ręce... gdzież się schronić!
Ojciec był na pokładzie, ale zbierał właśnie pakunki. Słyszał, jak okręt pluszcze, robiąc zwrot, słyszał również rozgłośne okrzyki powitalne. Przybiegł do córki i przycisnął do siebie drżącą febrycznie Milę.
— Ależ, Milu! — zawołał — Oni witają tak narzeczoną! To przyjaciele!
— Trzymaj mnie, ojczulku! — prosiła — Muszę się opanować... nie wiedziałam myślałam — zaczęła płakać.
Na pomoście coś, na szczęście, zaszło niewłaściwego, tak, że statek musiał przez czas jakiś lawirować. Kapitan klął, marynarze pracowali i napięcie minęło, tak, że w chwili wyjścia na ląd Mila była wprawdzie blada i trzymała się kurczowo ramienia ojca, ale słała uśmiechy i ślicznie wyglądała w nowym, uroczym kostjumie podróżnym i kokieteryjnym kapelusiku. Było jej nawet do twarzy ze śladami łez.
Podniosły się znowu okrzyki ku czci narzeczonej i konsula. Byli tu sami niemal nieznajomi i przeważnie mężczyźni. Wkońcu zobaczyła panią. Gröndal i siostry Fürsta. Zbliżył się Wingard, dostała kwiaty, witano ją, krzyczano: hura, ze wszystkich stron dochodziły radosne słowa powitania, kwiaty i jeszcze kwiaty. Nie mogły się pomieścić w powozie. Przed czternastu miesiącami była tu, w porcie wraz z Torą,... teraz czasu jej nie stało, by o tem pomyśleć. Powitanie uznała za wspaniałe, ponad wszelki opis wspaniałe i wzruszające...

∗             ∗

Następnej nocy, po drugiej, zjawił się w alei, wiodącej do szkoły, jednokonny pojazd. Siedziała w nim zawoalowana kobieta z dzieckiem w ramionach. Czekano na nią. Tomasz zszedł zaraz, powitał ją i wprowadził. Na schodach stała pani Rendalen. Wzruszające do głębi było to powitanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Björnstjerne Björnson i tłumacza: Franciszek Mirandola.