Tajemnice Londynu/Tom II/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
RANNE ODWIEDZINY.

Lady Ofeia Barnwood, hrabina Derby, nazajutrz po balu w Trewor-house obudziła się już bardzo późno po południu. Jej delikatne rysy nosiły na sobie ślady wczorajszego utrudzenia, znużone oczy nie chciały się wcale otwierać, a wspomnienia uczty wiły się pomięszane w ociężałym jéj umyśle.
Zimno było, mimo wielkiego ognia, który pałającém światłem swojém czerwienił przyćmione dzienne światło w sypialni.
Lady Ofelia zamiast wstać, drżąc skryła się jak mogła najgłębiéj pod kołdrę i znowu zasnąć usiłowała.
Ale jest godzina, w któréj sen utrudza, w któréj pościel drażni nerwy, w któréj potrzeba wstać, działać i żyć.
Godzina ta oddawna już wybiła. Zamiast przyzywanego snu przyszły natrętne myśli, których nie żądano wcale, wspomnienia, smutki, żale...
Widziała przed sobą, jakby w ruchomym obrazie, swobodne swe dziewicze życie. — Widziała się jak wówczas kiedy jéj piękność, świéża jak jéj dusza, ćmiła wszystkie w około siebie piękności; zadrżała z radości na samo wspomnienie o tych słodkich tryumfach dziecinnej kokieteryi, siejących kwiaty pod stopy młodéj i ładnéj dziewicy występującéj na świat; uśmiechnęła się do swych młodych miłostek, które tak czule, lękliwie, W marzeniu, i tak rychło, przeminęły!
Następnie ujrzała się po raz piérwszy siedzącą na jedwabnych poduszkach małżeńskiego powozu. Była panią, była hrabiną. Sławna dewiza: Honni soit qui mai y pense! okrążała jeé herb; miała sobie równych, ale nie miała wyższych.
Potém widziała się w piérwszych miesiącach wdowieństwa, które nową dodaje perłę do korony każdéj młodéj kobiéty. Widziała jak jéj zazdroszczono, pochlebiano, nienawidzono!... Jak była szczęśliwą!...
To znowu ujrzała się słabą, drżącą, zwyciężoną i tysiąc razy szczęśliwszą jak przed chwilą. Kochała. Kochała po raz piérwszy w dwudziestym piątym roku życia, w wieku, w którym miłość łączy energią z czułością, w którym jeszcze wzdychamy, ale w którym te westchnienia palą; w wieku gorejącym i silnym, w którym dusza idzie całą siłą w zawody z ciałem... Ujrzała się namiętną, zazdrosną, ujarzmioną, a niepewne uczucie przeminionéj uciechy uderzyło jej sercem; wzburzyło jej łono. O jakże prędko upływały te godziny skradzionéj rozkoszy! jak pełną była ta samotność we dwoje; jakże ta cisza, przerywana tylko głosem przyjacielskim i harmonijnym, była słodką!
Niestety! teraz godziny przemijały smutnie i ciężko, samotność jéj była czczą i cisza śmiertelną.
Samotność i cisza tłoczyły duszę jak ołowiany ciężar. Szczęście niknęło. Wszystko teraz było ciemne, ponure, nudne i odrażające. Nuda, ta szkaradna choroba, wisiała w powietrzu...
Lady Ofelia szybko odrzuciła kołdrę, wyskoczyła z łóżka i wsunęła małe nóżki w atłasowe pantofelki.
Nigdy może nie zrobiła tyle bez pomocy garderobianéj. Nagle przejęta chłodem, spiesznie wdziała ranne ubranie (morning gown) i skryła się w obszerny fotel, który, stojąc tuż przy kominku, wyciągał naprzeciw niéj swe wypolerowane ramiona.
Teraz przyszło jéj na myśl inne wspomnienie: Niegdyś, o téj porze, delikatnie kołatano do drzwi zewnętrznych w Barnwood-house. Wchodząca garderobiana oznajmiła, że „milord czeka w salonie.“ Milord, był to kochanek, człowiek którego teraz gorzko i boleśnie żałowano: był to markiz Rio-Santo.
Niestety! niestety! wszystko się więc skończyło!
Ofelia wyciągnęła rękę po dzwonek. W chwili gdy go miała dotknąć, dało się słyszeć kołatanie do drzwi zewnętrznych; Ofelia czém prędzéj poprawiła toaletę. Jakieś światło zabłysło w jéj oku, promień radośnej nadziei wyjaśnił jéj czoło.
— Gdyby to był on! pomyślała.
Ale nadzieja ta krótko trwała. Ofelia wnet przypomniała sobie wczorajsze wypadki — Czoło jéj na nowo się zachmurzyło.
— To zapewne młody pan Frank Percewal, rzekła do siebie: przybywa na rendez-vous, które mu dałam, aby się dowiedział... Nie chcę wyjawiać tego strasznego sekretu, mój Boże!... Nie! nie chcę.
Garderobiana lekko otworzyła drzwi.
— Milady już wstała? rzekła zdziwiona. Jakiś dżentlmen życzy mieć honor złożenia swego uszanowania milady hrabinie... oto jego karta.
— To nie pan Percewal, szepnęła Ofelia rzuciwszy okiem na kartę, na któréj wyryte było nazwisko Stefana Mac-Nab: nie mogę przyjąć, Joanno... czekaj... podnieś firanki; jest cóś napisanego ołówkiem na karcie.
Joanna podniosła firanki, a w pokoju zabłysło dzienne światło.
Od W. S.[1] pana Franka Percewal, przeczytała Ofelia.
— Co to ma znaczyć?... Joanno, każ prosić tego dżentlmena do salonu i wracaj ubrać mię... wracaj prędko!
Co to ma znaczyć? powtórzyła lady Ofelia po wyjściu garderobianéj, od pana Franka Percewal? Niezawodnie biedny młodzieniec z rozpaczy popełnił cóś okropnego.
Joanna weszła, a lady Ofelia kazała jéj tylko zesznurować swoję suknię i trochę ugładzić włosy. Nawet i to zaledwie pozwoliła dokończyć.
— już dobrze, rzekła; puść Joanno.
I szybko pobiegła do drzwi.
Stefan czekał w salonie.
— Pani, rzekł, raczy darować, że śmiałem tu przybyć. Nie miałem honoru być pani przedstawionym, ale wypełniam obowiązki przyjaźni. Przysyła mię tu pan Frank Percewal.
Hrabina ukłoniła się i wskazała mu krzesło.
— Pan Frank Percewal nie mógł sam przybyć? zapytała.
— Nie, milady, smutno odpowiedział Stefan; dla przeszkodzenia mu w tém, potrzeba było bardzo rzeczywistego niepodobieństwa...
— Cóż mu się stało panie?
— Frank raniony został w pojedynku.
— W pojedynku! powtórzyła hrabina.
— Raniony ciężko.
— I któż to ranił go?
— Nie powiedział mi nazwiska swego przeciwnika.
— I pan się nie domyślasz jego nazwiska?...
— Owszem milady; domysły moje mają niejaką pewność... ale przychodzę do pani w imieniu Franka i czynić winienem to, co on by uczynił, to jest, zapomnić o pojedynku, a zająć się ważniejszą rzeczą.
— Ważniejszą, mówisz pan! szepnęła hrabina okazując jakąś niechęć.
— Dwie zaledwie upłynęło godziny, zaczął znowu Stefan, jak przywieziono Franka do Doudley-house, omdlałego, umierającego. Okropne zdarzenie, którego nie umiem pani opisać, opóźniło piérwszy ratunek, i nieszczęśliwy przyjaciel mój o mało co nie skonał w oczach moich, o mało nie padł ofiarą zabójstwa...
— Pan mię przerażasz! rzekła hrabina; morderstwo usiłowano na ranionym!...
— Otrucie, milady.
— I... myślisz... możeż pan mniemać, że przeciwnik pana Percewal... co byłoby zgrozą, panie!... wpływa na ten podły czyn?...
Stefan nie odpowiedział, tego zapytania nie był sobie jeszcze zadał, i niepewne podejrzenie nasuwało mu się mimowolnie. Ale nic nic usprawiedliwiło takiego podejrzenia:
— Nie pani, tak mniemać nie mogę, oderwał się po chwili.
Lady Ofelia westchnęła.
— W każdym razie, mówił dalej Stefan, niebezpieczeństwo już minęło... Gdy Frank odzyskał mowę — a temu dopiéro pół godziny — piérwszem słowem które wymówił, było nazwisko drogiéj mu osoby...
— Miss Trewor?...
Stefan skłonił się i tak dalej mówił:
— Drugiem było twoje imię, pani.
Harbina bardziej się zmięszała.
— Moje imię? rzekła, tak jest... Mniemam że wiém dla czego... Wczoraj, na balu w Trewor-house, prosiłam pana Franka Percewal,.. i w istocie bardzo ubolewam, że rana nie dozwala mu...
— Przysłał mnie w miejsce swoje, rzekł Stefan.
— Pana!... pan Percewal nie może mniemać... To co mu miałam powiedziéć, jest rzeczą bardzo poufną...
— Jestem jego najlepszym przyjacielem.
— Nie wątpię panie, ale nie mogę...
— Frank mocno cierpi, i czeka!
— Pan mi serce rozdzierasz!... Słuchaj pan...
Hrabina nagle zatrzymała się i chciwie słuchała. Młotek u drzwi zewnętrznych słabo zakołatał.
— To on, szepnęła, to on!
Niespokojność jéj zmieniła się w gorączkowe wzruszenie.
— Panie, powiedziała, rozmową nasza skończyć się musi w téj chwili. Nic mogę przyjąć pana za pośrednika między mną a panem Percewal. Nie posądzaj pan mię o nieufność, mam ważne ku temu powody, i nie chciéj się obrażać, bo te powody w niczém nie dotyczą pańskiej osoby...
Stefan wstał.
— Spodziewałem się przynieść pociechę biédnemu Frankowi... rzekł.
— Powiedz mu pan, zawołała hrabina, powiedz mu pan, że wszystko będzie wiedział, powiedz mu...
— Milord! przerwała garderobiana, otwierając drzwi do salonu.
— Nie mów mu pan nic, tak panie, jeszcze się namyślę... Proś milorda do budoaru Joanno... Chciej pan prosić pana Percewal, aby mię miał za wytłómaczoną... i oświadcz mu, że mocno ubolewam nad jego wypadkiem, i... racz mi przebaczyć. że tak prędko przerywam naszą rozmowę.
Stefan znowu się ukłonił i wyszedł.
Hrabina wyczerpana padła na fotel.
— Nie! szepnęła, o! nie! nie mogę wydać téj tajemnicy... byłoby to jego zgubą... o Boże, natchnij mię!
Na schodach Stefan spotkał człowieka, któremu mocno naciśnięty kapelusz zakrywał część twarzy. Człowiek ten spojrzał na niego ukradkiem i lekko zadrżał. Jego to Joanna wprowadziła prawie natychmiast do salonu, mówiąc:
— Milady, milord markiz!
Rio-Santo z uszanowaniem poniósł do ust rękę hrabiny i stał przed nią. W pięknych jego rysach było coś podobnego do poświęcenia się, do czułości, do namiętności nawet; ale to była tylko maska, któréj związanie doświadczony znawca łatwo byłby poznał, jakkolwiek zręcznie było ukrytém. Hrabina umiałaby także to dostrzedz, ale wobec Rio-Santa traciła tę umiejętność.
Przez chwilę poglądała na niego w milczeniu. Jéj oko z razu smutne i przyćmione, wyjaśniło się stopniowo i nakoniec nabrało wyrazu błogości.
Markiz uśmiechnął się i oparł o grzbiet jej fotelu...
— Byłaś bardzo piękną wczoraj Ofelio, rzekł do ucha hrabiny.
Ona odwróciła się, a jéj czoło dotknęło ust Rio-Santa. Schyliła się zawstydzona.
— Gniewasz się na mnie? zaczął znowu markiz, masz pani słuszność, i czuję żem bardzo zawinił, stając się przyczyną twego smutku, nawet mimowolnie... Znasz jednak cały mój sekret!... I czyliż ten nie kocha prawdziwie, kto się tak bez wahania zwierza?...
— Dwa tygodnie nie byłeś pan u mnie, rzekła po-cichu hrabina ze łzami w oczach.
— Ale dziś przychodzę Ofelio, przychodzę niezważając na skutki, bom za nadto cierpiał nie widząc cię... Wierz mi, żałuję tyle co i ty, więcéj może jak ty, dni w których nie zdawaliśmy sprawy ze szczęścia naszego... Więcéj jak ty przeklinam zrządzenie, które mię naprzód popycha. Ale któż uniknąć może swego przeznaczenia. Muszę dopiąć mojego celu lub umrzeć.
Rio-Santo wyprostował się. Szlachetna twarz jego przybrała wyraz niepohamowanéj, nieugiętéj, nieograniczonéj dumy.
Lady Ofelia przez kilka sekund wpatrywała się w niego i założyła ręce na piersi.
— O! kocham cię! szepnęła; Bóg nie ma nademną litości!... Kocham cię bardziéj jak kiedykolwiek!... kochać cię będę zawsze!...
— Dzięki ci milady, dzięki! rzekł Rio-Santo zginając kolano. Gdybyś wiedziała, ile jedno twoje słowo dodaje siły mojemu sercu, ile myśli mojéj głowie... Jesteś moim geniuszem, moją nadzieją... I ja także kocham cię! kochać cię będę zawsze!
Usiadł na poduszce u nóg hrabiny, która obie ręce włożyła w świetne pukle czarnych jego włosów.
— Wszak mówisz prawdę spytała? wszak mię nie zdradzisz?... O mój Boże! ta miłość, którą mię obdarzasz, ta miłość tajemna i kradziona, jest cząstką téj którą odrzuca moja rywalka! — Dbam o nią, Jose-Marya; dbam więcéj jak o życie... więcéj jak o honor!... O! moją to winą, że jestem tylko biédną kobiétą, że nie mogę ci nadać należnéj władzy... moją winą, że miałam nadzieję, że mniemałam, iż ty, Rio-Santo, zniżysz się aż do mnie.
— Nierozsądne, dziecię! przerwał markiz okrywając pocałunkami białą i bladą rękę Ofelii.
Zamilkła; wilgotne oczy jéj oschły i znowu pałać zaczęły. Trudny i przerywany oddech gwałtownie wzruszał zachwycającymi rysy jéj łona...
W pałającém oku Rio-Santa była teraz miłość, miłość prawdziwa. Człowiek nagłych wrażeń, uległ teraz chwilowemu wpływowi. Przyszedł odegrać komedyą, i jak aktor na seryo biorący rolę, któréj się wyuczył, na prawdę uległ swéj namiętnej fikcyi. Kochał.
Lady Ofelia nasyciła się tą chwilą szczęścia i mocno je chwytała z obawy, aby nie zniknęło to jéj złudzenie.
— O! nie... nie! rzekła nakoniec, nie bacząc, że sama własna myśl wyjawia; nie zdradzę go!... Cóż mię obchodzą ci ludzie i ich cierpienia?... On mię teraz kocha... teraz nic nie powiém... nic!
Przez pół przymknięte jéj oczy już nic nie widziały. Myśl pływała w niepewnych marzeniach.
Rio-Santo przeciwnie słyszał każdy jéj wyraz. Brwi mu się zmarszczyły, a na środek czoła zaczerwionego wystąpiła biała prostopadła blizna. Usta jego drżały nie wydając żadnego głosu, gniew wstrząsał wszystkiemi jego członkami.
Ujął rękę hrabiny i ścisnął ją zapewne bardzo mocno, bo biédna kobiéta otworzyła oczy, wydając lekki okrzyk boleści.
Zbladła na widok groźnéj postawy i zburzonych rysów markiza.
— Co ci jest, don Jose? zapytała.
— Pani, rzekł surowym, nieco powściąganym głosem, musisz mi odpowiadać, czy słyszysz?... odpowiadać mi jasno i natychmiast!... Co mówiłaś o zdradzie, i kto jest ten człowiek, którego przed chwilą spotkałem na schodach?




Przypisy

  1. Wielce szanowny (Most-Honourable). Tak tytułują starszych synów żyjących hrabiów, a przez grzeczność i młodszych braci. Synowie młodsi mają tylko prawo do tytułu honourable.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.