Tajemnice Londynu/Tom II/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
FLASZECZKA.

Pomocnik przemówił pierwszy.
— Pół linii więcéj, rzekł po cichu, a arterya oddechowa byłaby naruszoną.
— Pół linii! powtórzył czarny człowiek tym samym tonem; czyś pewny Rowley, że arterya nie jest naruszona?
— Bardzo pewny, panie; brak jeszcze duże pół linii.
Nastąpiła chwila milczenia. Jakób, który nic więcéj nie słyszał, chciał przynajmniéj widziéć, i znowu przytknął oko do dziurki od klucza.
Pomocnik podał mistrzowi krwią zbroczony swój instrument. Prawą rękę miał ukrytą pod połą swego fraka, w lewéj trzymał paczkę szarpi.
— Szarpie! pomyślał biédny Jakób, oni więc mają nadzieję, że go uratują!
Nie rozumiał on ani słowa z technicznéj rozmowy obu lekarzy, ale prawe i zdrowe zmysły jego mówiły mu, że użycie lekarstwa jest już rękojmią nadziei: niesiemy ratunek tylko żyjącym.
Patrzył ciągle.
Pomocnik, nim wyjął rękę ukrytą pod szeroką połą fraka, rzucił przezorne spojrzenie na Stefana Mac-Nab, który ciągle siedział nieruchomy i nieczuły. Kiwnieniem głowy wskazał go doktorowi. Ten podniósł rękę do czoła i jakby z pod zasłony bacznie przypatrywał się Stefanowi.
Takie poruszenie obu lekarzy mocno zdziwiło starego Jakóba. — Dla czego to niedowierzanie? dla czego ta przezorność?...
Doktor spuścił rękę, otworzył usta aby mówić. Jakób znowu przytknął ucho do otworu w drzwiach.
— Ten młodzik nic nie widzi, rzekł doktor po-cichu; rób com ci kazał.
Nowe milczenie.
Gdy Jakób, coraz bardziéj intrygowany, spróbował spojrzeć jeszcze przez dziurkę, dostrzegł, że pomocnik wyjmuje z zanadrza małą flaszeczkę, któréj kryształowy koreczek szybko odkręcił. Zbliżył ją do szarpi, ale nim je skropił, jeszcze raz spojrzał na Stefana — a spojrzał tak, że Jakóbowi serce bić przestało.
Stefan nie ruszył się. Doktor znowu giestem nakazał spełnić swoje zlecenie. Rowley wlał kroplę z flaszeczki na szarpie.
W téj chwili Stefan poruszył się.
Rowley zadrżał i zbladł. Zamiast przyłożyć szarpię do rany, upuścił ją na ziemię i nadeptał nogą.
Okropne podejrzenie, od kilku sekund wzrastające w umyśle Jakóba, nagle się w nim rozjaśniło i nabrało pewności. Wzrokiem szukał broni, a spostrzegłszy kordelas (dirk) szkocki wiszący na ścianie, porwał go, pchnął drzwi i wpadł do pokoju, w którym leżał pan jego.
— Wasza Wielmożności! Panie Stefanie! zawołał, pan nic nie widzisz co się tu dzieje!
— Milcz! rzekł Rowley, mnóstwo czyniąc ruchów i wskazując na chorego.
— Milcz ty sam, odpowiedział Jakób, nędzny morderco... ja tam byłem — i pokazał na drzwi — i widziałem wszystko.
Rowley powodowany instynktem postąpił ku drzwiom.
— Czy ten człowiek zwaryował? spytał doktor Stefana; każ mu pan wyjść, albo nie ręczę za życie wielce szanownego pana Franka Percewal.
Stefan wstał. Patrzył to na Jakóba, to na Rowleja, któremu udało się nakoniec odzyskać zimną krew.
— Milcz Jakóbie! rzekł nakoniec; a ty panie doktorze, w imię Boga! kończ przecie bandażowanie, które, lękam się, żeby nie było już za nadto opóźnione.
Jakób stanął między swym panem a doktorem.
— Wasza Wielmożności, rzekł z uszanowaniem, lecz śmiało, obracając się do Stefana, szanuję pańskie rozkazy, bo pan jesteś przyjacielém Percewala; ale człowiek ten nie dotknie się więcéj mojego pana, przysięgam na wielkie nasze genealogiczne drzewo!
— Ten lokaj zwaryował, zimno powtórzył doktor. Zabija szanownego dżentlmena, opóźniając nasze starania, tak jakby mu wbijał w piersi puginał który trzyma w ręku.
Jakób cały zadrżał, ale nie ruszył się. Zimny pot wystąpił mu na czoło.
— Widziałem... rzekł cicho i głęboko. Nie wątp pan o tém co powiem panie Mac-Nab, bo przysięgam na pamięć zmarłego ojca mojego, i nigdy nie kłamałem... Usiłowano tu popełnić zabójstwo... tu... w téj chwili... w pańskiéj przytomności... zabójstwo na pół nieżywym człowieku... O! widziałem, powiadam panu! ci ludzie chcieli zabić Percewala!
Stefan wpoił głęboki i badawczy wzrok w doktora Moore.
— Ten lokaj, mój panie, jest najzacniejszym człowiekiem, rzekł; z drugiéj strony, wiém że doktor Moore jest jednym z najznakomitszych członków kollegium królewskiego, i gnę kolano przed jego głęboką nauką i nieocenioném światłem... ale ten dżentlmen jest moim najlepszym przyjacielem... wybacz pan więc choć niesłusznym powątpiewaniom i dozwol niech mu służę za pomocnika w bandażowaniu, które raczysz dokończyć: jestem licencyat oxfordzki.
Stefan żywo zawinął rękawy.
— Niech Wasza Wielmożność uważa! rzekł Jakób.
Szybko zbliżył się do Stefana i szepnął mu cóś do ucha. Z téj chwili korzystając, Rowley schylił się i podniósł przydeptaną szarpię.
Potem spojrzał na doktora. Ten nieznacznie mrugnął. Rowley zrozumiał i umknął.
— To niepodobna! rzekł Stefan, odpowiadając staremu słudze.
— Niepodobna, mówisz Wasza Wielmożność?... a więc! bodajbym miał skórę zedrzeć z tego łotra, wynajdę tę flaszeczkę...
Obrócił się ku Rowleyowi; Stefan naśladował go. Wtedy dopiero postrzegli jego ucieczkę.
— I cóż! Wasza Wielmożności, zawołał Jakób; czy mi pan teraz wierzysz?
Stefan wlepił przenikający i surowy wzrok w doktora.
Doktor Moore założył ręce na piersi i stał nieporuszony, wytrzymując to spokojne i pogardliwe spojrzenie.
Był to człowiek blizko czterdziesto-letni, wysoki i dobrej tuszy. Na łysem nieco czole jego malowała się wyniosłość i rozum. Przenikliwemu oku umiał w razie potrzeby nadać spojrzenie godne i niezachwiane, ale także czasami błyskało ono chytrze i niewiernie z pośrodku zbliżonych linij jego długich powiek. Owal twarzy nadto w skroniach ścieśnionéj, a nadto przy szczękach nabrzmiałéj, nadawał jéj postać gruszki, która według wielkich fizyonomistów, Lawatera i Galla, oznajmia chytrość i fałszywość. Prosty nos, tworząc kąt prosty ze zwierzchnią wargą, oddzielał się od ust wązką tylko przerwą. Usta same, nieco wklęsłe, dozwalały tém mocniéj wystawać niekształtnemu podbródkowi. Słowem, niższa część twarzy jego szpeciła część wyższą, a cały ogół nie miał w sobie wyrazu pozyskującego serca, lub wpajającego ufność.
Doktor Moore był jednym z najznakomitszych i najwięcéj wpływu mających członków kollegium królewskiego. Używał niezmiernej sławy i tém samém wnet oddalał od siebie wszelkie podejrzenie. Po wniesieniu Franka, Stefan, pomimo głębokiego wzruszenia, byłby pokonał moralną swą słabość, gdyby obecność doktora Moore nie była mu dostateczną rękojmią wszystkiego co może zręczność ludzka. — Tak więc Stefan, ugodzony w serce, zupełnie oddał się boleści, i uczynił jak owi gracze, którzy zamykają oczy, aby je odemknąć wtedy dopiéro gdy los rozstrzygnie. Widzieliśmy, jak okropnie został przebudzony.
Okoliczności, które tu dosyć rozwlekle opowiadamy, były dziełem kilko-chwilowém; gdy wypędzony Rowley przebył drzwi Dudley-house, jeszcze nie upłynęła nawet ósma część godziny od jego tam przybycia.
W ogóle więc stracono dziesięć minut w niesieniu ratunku Frankowi Percewal.
— Panie doktorze, rzekł Stefan, w którym zwykła zimna krew zwycięzko pokrywała zgrozę jaką był przejęty, ten zacny sługa nie jest szalonym... On dobrze widział mój panie!... ucieczka tego nędznika dosyć mówi.
— Czy pan mię chcesz oskarżać?
— Nie traćmy czasu na próżnéj gadaninie, mój panie!... Żądam abyś pan natychmiast opatrzył ranę Franka Percewal... natychmiast, czy słyszysz pan?...
— Natychmiast! powtórzył Moore. To cóś ma podobieństwo do rozkazu, mój panie.
— Tak jest, z postanowieniem wyrzekł Stefan.
Doktor zmarszczył brwi. Cofnął się w tył. Zanurzył ręce w wielkich kieszeniach swego fraka. Cała osoba jego przybrała groźny charakter. Ale nagle wypogodziło się czoło jego, a gorzki uśmiech usiadł mu na ustach.
— Mości licencyacie oxfordzki, rzekł z przymuszoną wesołością, przygotuj pan bandaże i szarpie... Gotów jestem opatrzyć ranę dżentlmena.
Natychmiast rozpoczęto operaeyą.
To opatrywanie rany chorego było szczególne. Pan Moore, owładnięty ciągle doświadczonym wzrokiem młodego towarzysza swego, rozwinął wszelką swą zręczność w praktycznéj chirurgii, która go tyle wyższym nad wszystkich innych współzawodników uczyniła.
Szybko i pewno brał się do dzieła, i niejako pysznił się tém, że nie opuścił najmniejszego nawet szczegółu, jakie klinika w podobnych zaleca wypadkach.
Stefan wykonywał jego rozkazy z najskrupulatniejszą punktualnością; ale każde jego poruszenie śledził pełnym obawy wzrokiem, za co też doktor usiłował zemścić się, zachowując szyderczy i gorzki uśmiech.
Za nim stał stary Jakób, ciągle jeszcze niespokojny. Trzymał w ręku kordelas, a okiem badał bez przerwy twarz Stefana, gotów za najmniejszym jego znakiem uderzyć bez litości. — Z radością byłby ujrzał doktora popełniającym błąd jaki, bo miałby sposobność pomścić się za nikczemne zabójstwo, usiłowano na osobie umierającego Percewala.
Doktor stał do niego plecami obrócony, lecz w lustrze wiszącém na przeciw widział jego Obraz. Może ta żyjąca groźba przyczyniła się do nadawania matematycznéj dokładności jego ruchom.
W miarę jednak jak postępowała operacja, serce starego Jakóba miękło widocznie. Zachował jeszcze straszną postawę, ale wgłębi serca, był znowu dobrodusznym jak zwykle człowiekiem.
Gdy Frank Percewal po raz piérwszy otworzył oczy, wypogodził się wzrok Jakóba, łza mu spłynęła po licu.
Dłoń jego bez gniewu już ściskała rękojeść kordelasa; a w panu Moore widział on teraz nie zbójcę, lecz zbawcę.
— O jakże mocno kochał Jego Wielmożność, pana Franka Percewal!
Po skończoném obandażowaniu, lekki szkarłat wrócił na wybladłe usta ranionego, Jakób śmiał się i płakał z radości, puginał wypadł mu z ręki.
— Niech pana Bóg błogosławi! szepnął po za doktorem Moore, i niech mi Bóg przebaczy, jeślim się mylił oskarżając pana.
Doktor nie raczył się ani obrócić, ani mu odpowiedzieć.
— Dżentlmen jest uratowany, rzekł do Stefana. W niedoświadczoném ręku, rana mogłaby była stać się śmiertelną, ale teraz poczynione są wszelkie środki będące w mocy człowieka... Ręczę za niego.
Stefan skłonił się i wydobył z pugilaresu pięcio-funtową bankocetlę, którą podał doktorowi.
Pan Moore bez przesady nie przyjął tego honorarium.
— Teraz już tu nie jestem potrzebny, rzekł biorąc laskę i rękawiczki; mniemam, że pan mię nie zechcesz dłużéj zatrzymywać?
— Jesteś pan wolny, odpowiedział Stefan.
— Bardzo dobrze! odpowiedział pan Moore idąc do drzwi.
Stanął w chwili gdy miał próg przestąpić, znowu włożył obie ręce w obszerne kieszenie czarnéj swéj sukni i obrócił się.
— Teraz mówisz pan, że jestem wolny, odezwał się dobitnie ostatni wyraz wymawiając; otóż chcę panu pokazać młody mój panie, że zawsze byłem wolnym... W naszej professyi — późniéj się pan dowiész — często można popaść w łapkę. Rozstropność więc radzi, aby się nigdy nie dać wziąść bez obrony.
Doktor wyjął ręce z kieszeni; każda trzymała mocny pistolet.
— Oto są mówił daléj, argumenta, których w Oxfordzie wcale nie wykładają, ale których uczy Londyn, mój młody panie. Nie znam bardziéj przekonywających... Jak pan widzisz, miałem dostateczne środki do utorowania sobie wolnéj drogi i nie bardzo lękałem się kordelasa twojego starego górala... Ale nie chciałem wyjść stąd, bez materyalnego udowodnienia mojéj prawości w obec nierozsądnego podejrzenia... Uratowałem tego dżentlmena, bo tak mi się podobało.
I znowu schował pistolety.
— A teraz zegnam cię moj młody panie, rzekł znowu: odtąd masz we mnie śmiertelnego nieprzyjaciela... W życiu mojém nic nie zapomniałem, nic nigdy nie przebaczyłem... i zawsze się zemściłem.
Drzwi otworzyły się a potém zamknęły ta doktorem Moore.
Stefan obojętnie słuchał piérwszéj części mowy doktora; a na groźbę zawartą w ostatnich jego słowach odpowiedział cichym i milczącym ukłonem.
Jakób wcale nie uważał na to co zaszło. Ukląkł przy łożu swego pana i płacząc całował zimne jego ręce.
Stefan także wrócił do łóżka Franka Percewal.
— Cóż mam myślić? szepnął. — Możnaż w sposób rozsądny przypuszczać zabójstwo?... W jakim celu?... A mianowicie, kiedy zabójcą jest doktor Moore... Jakóbie, czy ty z pewnością widziałeś?...
— Tak jest, jak teraz widzę Waszą Wielmożność, odpowiedział Jakób wstając; zbój trzymał w jedném ręku flaszeczkę, w drugiem szarpię... Na znak doktora, który może zresztą jest uczciwym człowiekiem, szelma aptekarz umaczał szarpię. Wówczas pan poruszyłeś się; a aptekarz ukrył flaszeczkę... djabli wiedzą gdzie... rzucił na ziemię szarpię i przydeptał ją nogą... Czekaj pan! ona jeszcze tam być musi.
Jakób obszedł łóżko. Stefan to samo uczynił.
— Nie, zaczął stary sługa, szarpia gdzieś przepadła, ale jeszcze jest znak...
— Znak?... przerwał Stefan, gdzie?
Jakób pokazał mu wilgotną i szeroką jak szylling plamę, która się odcisnęła na podłodze pod ciężarem nogi Rowleja gniotącéj szarpię.
Stefan ukląkł czém prędzéj dla rozpoznania téj plamy, a schyliwszy się spostrzegł pod łóżkiem mikroskopiczną flaszeczkę, którą natychmiast porwał.
— Oto jest! Oto jest flaszeczka! zawołał stary Jakób.
Stefan odetkał ją, i powąchał. Był w niéj kwas pruski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.