Tajemnice Londynu/Tom II/Część pierwsza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
SAM NA SAM.

Lady Ofelia nagle przebudzona ze swego marzenia, z przerażeniem spojrzała na markiza.
— Czekam, zimno dodał.
— I czegóż chcesz odemnie milordzie?
— Mówiłaś pani o zdradzie, powtarzam, miałaś pani myśl, a może zamiar. Widziałem wychodzącego od niéj mężczyznę, który jest przyjacielem Franka Percewal.
— Prawda... przyszedł tu w jego imieniu.
— W jego imieniu! powtórzył z goryczą Rio-Santo; widziałem panią wczoraj rozmawiająca z Percewalem; dostrzegłem żeście się spojrzeniami wzajemnie porozumiewali... Czyż pani nie wiész, że nic nie uchodzi mojéj baczności, że kiedy moje oczy spoczywają i nie patrzą, sto innych spojrzeń czuwa na ich miejscu?
— Wiém, że jesteś potężnym milordzie, odpowiedziała hrabina podnosząc swą piękną głowę ze spokojną dumą; potężnym co do złego, jak upadły anioł... ale ja się ciebie nie lękam.
— Pani nie lękasz się! powtórzył Rio-Santo, którego głos coraz się stawał groźniejszym.
— Kocham cię niestety! kocham! dodała po chwili milczenia z wyrazem bolesnéj rozpaczy.
Tryumfalny uśmiech przebiegł po ustach Rio-Santa, który zaczął znowu, ale bez gniewu:
— Ofelio, musisz mi darować nagłe uniesienie gniewu, przez który torują sobie drogę tajemne moje cierpienie... Wiész, że jestem nieszczęśliwy... dwie namiętności dzielą się moją duszą i toczą w niéj walkę, która mię zabija... moja miłość dla ciebie...
Hrabina wzniosła w niebo piękne swe oczy.
— Moja miłość dla ciebie, mówił daléj z namysłem Rio-Santo, i moja nieograniczona ambicja... Ton człowiek, ten Frank Percewal znalazł się na mojéj drodze; odwróciłem się. Na honor, milady, miałem litość nad tém dzieckiem, które zresztą wczoraj było tylko niewinną przeszkodą... ale to dziecko znieważyło mię jak człowiek i powinienem był ukarać je...
— A więc to ty! przerwała hrabina.
— Wiedziałaś o tém?... Ah! milady, to co nazywasz twą miłością, ma jednak wszelkie pozory nienawiści!... Tak jest, to ja... ale karząc go, jeszcze miałem litość... bo zamiast zabić bez miłosierdzia, jak miałem prawo i jak mi nakazywał własny interes, uczyniłem go tylko niezdolnym do walki.
— Otoż to szlachetnie milordzie i wspaniałomyślnie! rzekła hrabina z zapałem; niestety! są jeszcze w tobie wzniosłe uczucia i to właśnie gubi mię!
— I do czegóż mi posłużyła moja łaskawość? zaczął znowu Rio-Santo. Dałaś mu wczoraj rerndez-vous... Mniemał, że znajdzie tu sposób szkodzenia mi... Nie zaprzeczaj pani temu... i najpiérwszą jego myślą skoro wrócił do życia, które mi winien, było wysłanie do pani swego powiernika. Ale cóż cię zmusza Ofelio do zgubienia mię?... Pragniesz zemsty... Jestem nieszczęśliwszy jak ty!
— Nie, milordzie, nie, odpowiedziała hrabina, ja nie pragnę zemsty... Nic mi nie każe gubić cię... Traf... albo raczéj gniew twój niepowściągniony... uczynił mię panią strasznéj tajemnicy... Drżę na samą myśl téj okropnéj sceny... a jednak na prawdę, ta krwawa tajemnica cięży mi na sumieniu...
— Nigdy więc nie byłaś zazdrosną milady? spytał Rio-Santo, czułym i pochlebnym głosem.
— Owszem, jestem nią milordzie.
— A więc! czyż nic pojmujesz pani, że uniesiony zazdrością?...
— Ani słowa więcéj! przerwała hrabina... milordzie...
Rio-Santo uchylił głowę przed tą Wymówką. Chciał skłamać, ale wstydził się, czuł wstręt do kłamstwa, on któregoby może nie przerażał...
Istniały między nim a hrabiną tajemnice miłosne, ale istniała także i inna tajemnica, któréj wyjawienie mogło wstrzymać najdroższe jego zamiary i narazić życie na niebezpieczeństwo. Jakoż przekonał się, że lady Ofelia, bądź przez zemstę, bądź przez zazdrość, lub inny jaki powód, chciała go zdradzić.
Od wczorajszego wieczoru powziął to podejrzenie, i to było powodem jego przybycia do lady Ofelii.
Teraz więc, gdy znał to niebezpieczeństwo, wypadało mu je usunąć. Sprawa jego była złą, a położenie trudne. Nagle i bez przyczyny opuścił hrabinę, zachowując jednak z nią, w obec świata, stosunki grzeczności, o któréj dżentlmen zapominać nie powinien. Gorliwość, z jaką starał się o miss Trewor, była jawną i widoczną.
Przez niego hrabina straciła reputacyą, spoczynek, i szczęście.
Ale hrabina kochała go i miłość ta jedyną była dla niéj nagrodą.
Margrabia, silny przewagą i tém pewniejszy siebie, że tylko co uśmierzył gwałtowny swój gniew, użył wszelkich sposobów będących w jego mocy i wygrał sprawę, lub przynajmniéj tak był mniemać powinien.
Zastanawiając się z kolei nad szeregiem zręcznych przemian, przechodził on z goryczy w smutek, ze smutku w melancholią, z melancholii w czułość, z czułości do najgorętszych wylań namiętności. Uposażony osobliwszą zdolnością czucia, wzrastającego w miarę słów namiętnie wyrzeczonych, i nadawania im mimochcąc cechy niewątpliwéj prawdy, sprawiał, że każde z tych stopniowań miało pozór dobréj wiary, każde tych słów tchnęło niepokonaną wymową.
Silny jest kto wierzy: Rio-Santo wierzył własnym złudzeniom, w ciągu tego sam na sam doznał on w rzeczy saméj wszelkich odcieni dzielących gniew od miłości.
Hrabina słuchała zachwycona, z rozkoszą pogrążała się w tém morzu szczęścia, które miała za wyschłe; odżyła, odzyskała swą młodość, nadzieję i wesołą swoję miłość.
O! jakąby pogardą była przyjęła tego, ktoby w téj chwili żądał od niéj tajemnicy Rio-Santa!
Ale wymowa jest czasem niebezpieczną, częstokroć sięga po za swój cel.
Rio-Santo był wymownym: chcąc przekonać, że miłość jego jest silną, wymówił się że ambicya jego i uczucie dla lady Ofelii równa w nim walczą bronią; ambicya, którą naumyślnie tak wielką czynił, ale która w rzeczy saméj służyło innemu uczuciu silnemu, potężnemu, nieubłaganemu, uczuciu co nadziejom jego, planom i usiłowaniom nadawało pochop w istocie olbrzymi.
— W téj chwili, mówił on daléj, waham się i cierpię tém mocniéj... wiém, że zaniechanie zamiarów moich przyprawiłoby mię o śmierć, ale pytam, czy nie lepiéj umrzeć z tobą Ofelio, jak żyć bez ciebie?
— Nie kochasz więc jéj?... Maryi?... zapytała hrabina.
— Maryi?... Biédna dziewica!... któżby jéj nie kochał? odpowiedział Rio-Santo, udając politowanie... Chciałbym jéj kochać według jéj zasługi; ale między mną a nią stoi twój obraz.
— Gdybym mogła wierzyć, że mię kochasz Don Jose!... szepnęła hrabina z dziwnym wyrazem.
— Wierz, wierz temu Ófelio! zawołał markiz uniesiony nagłą i prawdziwą namiętnością... Gdyby cel mój, cel który mię za sobą pociąga i zabija, zniknąć musiał kiedy z przed oczu...
— Byłbyś dla mnie znowu tém, czém byłeś dawniéj Don Jose?
— Alboż się zmieniłem Ofelio?... Cóż mam ci powiedzieć, aby cię przekonać?.. Wrócę do nóg twoich... Kto wié?... uleczony może z nieszczęsnéj ambicyi, która mię pożera.
— Może?... powtórzyła hrabina zaczynając marzyć; i wówczas cały będziesz do mnie należał?
— Tak cały do ciebie Ofelio...
Rozmowa trwała słodko i czule, godziny przemijały. Któż więc na miejscu Rio-Santa, nie wierzyłby w zupełne zwycięztwo?
A jednak, od téj chwili hrabina zaczęła być roztargnioną; tajemna myśl jakaś, nadzieja czy obawa, zdawała się zajmować jéj duszę.
— Dziś wieczór będę w teatrze Cowent-Garden, rzekła nakoniec. Czy zechcesz mi towarzyszyć milordzie?
— Odprowadzę cię Ofelio; ale mam miejsce w loży lady Campbell.
— Jakkolwiek skromną jest twoja ofiara milordzie, przyjmuję ją... Chciéj poczekać chwilę.
Zadzwoniła. — Weszła Joanna i otrzymało rozkaz przygotowania toalety milady.
Rio-Santo pozostał sam w salonie.
Rzucił się na sofę i mimowolnie pogrążył w zwykłych sobie marzeniach. Ale tą razą marzenia te nie błądziły na los szczęścia, bo spowodował je piękny portret lady Ofelii ozdabiający salon.
Portret ten uderzającego podobieństwa, przedstawiał hrabinę w dwudziestym roku jéj życia. Od tego czasu mało się zmieniła, nie można było nawet powiedzieć, że zbrzydła; ale oczy portretu miały więcéj niewinności i bardziéj młodzieńczym blaskiem odbijały od świeżych policzków dziewicy.
Lady Ofelia, czyli jej portret, miała przepyszne blond włosy, powiewające, cienkie, gdzie niegdzie połyskujące jak perłowa macica, w lekkich splotach spadające na czoło, które wprawdzie nie miało w sobie nic znakomitego, ale szczególną stanowiło harmonią z miłemi rysy jej twarzy. Oczy jéj trudnego do pojęcia, a nadewszystko do opisania koloru, były słodkie, szlachetne, i pod lekko-marmurkowanym agatem źrenic ukrywały jakiś odcień melancholii. Reszta rysów odznaczała się najwyższym stopniem angielskiéj piękności, piękności godnéj i czystéj, któréj jedyną wadą jest brak wyrazu i wdzięku. Ale brak ten nie miał miejsca u lady Ofelii, bo spojrzenie jéj mogłoby nadać wyraz i wdzięk nawet najnieznaczniejszéj fizjonomii. Średniemu jéj wzrostowi, dodawała wyniosłości szlachetna gracya panująca w całéj jéj postawie. Noga Ofelii była młta a ręka dochodziła najwyższéj doskonałości arystokratycznego kształtu.
W ułożeniu i wykształceniu lady Ofelii i miss Maryi Trewor zachodziło zapewne jakieś dalekie podobieństwo; typ ich twarzy zarówno odznaczał się tą angielską pięknością, słodką, nieco wyradzającą się w ideał; ale oprócz różnicy wieku, istniał między jedną a drugą niezmierny przedział. Marya wyobrażała słabość; Ofelia poskromioną siłę; miss Trewor, to miłe i biédne dziécię, uległa jeszcze przed walką; lady Derby, zwyciężono, zachowała wrodzoną dumę.
Ani jednéj, ani drugiéj charakteru zresztą nie można było w pewne objąć granice, lub określić od razu. Obie mogły przemieniać się, lub obracać za lada powiewem pełnego kaprysu wiatru, który rodzi ciszę, lub burzę w pachnącéj atmosferze salonów. I tak naprzykład słaba Marya mogła się z czasem okazać silną, a lady Ofelia dowiodła, iż także mogła być słabą.
Porównanie to czynimy dla tego, że je właśnie czynił w téj chwili Rio-Santo, wpatrując się w portret lady Ofelii. Doznawał jeszcze całego zachwycenia świeżéj z nią rozmowy, ale nie tak dalece, iżby nie miał myśleć o miss Maryi Trewor.
Myliłby się czytelnik wierząc literalnie słowom markiza, które wymówił w zapale podczas sam na sam z lady Ofelią. Rio-Santo zwodził sam siebie, gdy powiedział lady Ofelii, że ambicya jedynie rzuciła go do nóg miss Trewor. Kochał on Maryę, a kochał więcéj może jak niegdyś lady Ofelię.
To co nazywał ambicyą, było, jak powiedzieliśmy, uczuciem silném, cierpliwém, nieposkromioném, ale na inną może zasługiwało nazwę. Cel Rio-Santa był wielki, wzrok jego sięgał daleko: dosyć silném ramieniem mógł on schwycić wszystko na co spojrzał, a serce silniejsze miał jeszcze niż ramię. Nikt nie wiedział co było w głębi jego duszy. Po ciemnych ścieszkach stąpał śmiałym i pewnym krokiem, a środki jakich używał, żeby nie więcéj powiedzieć, były szczególne. Czytelnik sam później osądzi, czyli cel jego był tego rodzaju, że mógł uniewiniać środki przez jakie do niego dążył.
Potém co powiedzieliśmy, nie widzimy potrzeby dodawać, że margrabia za nadto się posunął, gdy powiedział lady Ofelii: Znasz pani wszystkie moje tajemnice. Biédna kobiéta przypadkiem schwyciła jedno ogniwo długiego łańcucha tych tajemnic, i nic więcéj. Ten odosobniony sekret sam przez się był straszliwie ważnym, ale nie mógł żadnym sposobem doprowadzić do odkrycia innych.
Hrabina, podobnie jak każdy inny, nie znała jego zamiarów. Wszystko pokrywał on tym wyrazem: „ambieya,“ który niczego nie uniewinnia, ale téż nic nie wyjaśnia. Ofelia mniemała, że rozumie; żałowała i cierpiała.
Podczas gdy Rio-Santo bujał między dwoma zachwycającymi obrazami, które po kolei napastowały pamięć jego, lady Ofelia spiesznie się ubierała, nagląc na swą garderobianą, która mocno dziwiła się widząc niezwykły ten pospiech w tak ważnéj rzeczy.
— Dziękuję ci Joanno! rzekła nakoniec lady Ofelia, tonem oznaczającym dosłownie: już dosyć!
Joanna wyszła rzucając na swą panią pełne zadziwienia spojrzenie.
— Powinnam!... powinnam koniecznie!... szepnęła hrabina maczając pióro w kałamarzu; nie powiedziałże mi, iż gdyby mu się nie powiodły jego zamiary?...
Zatrzymała się i położyła pióro.
— O Boże! rzekła znowu po c wili milczenia, nie wiém... nie wiém... sparła głowę na ręku i myślała nieco; potem znowu uchwyciła pióro i szybko napisała kilka wierszy.
— Zaklnę go na słowo, powiedziała, na słowo dżentlmena!... Frank jest człowiekiem prawym... Wymogę na nim przyrzeczenie... O, tak być musi! nie mogę żyć dłużéj w ten sposób, i ta nadzieja pozbawia mię zmysłów...
Złożyła list i zaadresowała: Do W. S. Franka Percewal.
Zostawiła go na toalecie i wróciła do salonu.
— Joanno oddaj natychmiast na pocztę list, który znajdziesz na mojéj toalecie, rzekła nim odeszła.
W chwilę potém piękny ekwipaż Rio-Sana sypał iskry po bruku w kierunku Covent-Garden.
Gdy Rio-Santo wysiadł przy wejściu do teatru i podawał rękę hrabinie, dotknął go jakiś człowiek, wsunął mu w dłoń kawałek papieru i natychmiast znikł w tłumie.
Rio-Santo, idąc po schodach, rozwinął papier i przeczytał ukradkiem:
„Strona lewa, ner 3, księżna de Longueville.“
— Wyborne zdarzenie, szepnął, spoglądając z boku na hrabinę. — Księżna odbędzie zupełnie jak należy wstęp swój na wielki świat.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.