Tajemnice Londynu/Tom I/Część pierwsza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
KWESTA W TEMPLE-CHURCH.

W chwili gdy kapitan Paddy O’Chrane dając nurka, unikat pogoni statku strażniczego, Stefan Mac-Nab, Szkot z urodzenia, a doktor z professyi, mający niespełna dwadzieścia cztéry lat, wziął pod ręce swoje kuzynki i poprowadził je do kościoła Temple.
Kuzynki Stefana Mac-Nab miały zwyczaj każdéj piérwszéj niedzieli miesiąca chodzić do Temple-Church, dla przysłuchania się kazaniu szanownego John Butler i dla śpiewania psalmów. Starsza nazywała się Klara, a młodsza, Anna. Ojciec ich, jeden z sędziów pokoju w hrabstwie Dumfries, mieszkał w Lochmaben i nazywał się Angus Mac-Farlane.
Klara i Anna były obie piękne i ujmującej postaci.
Obie wychowane w pełnych entuzyazmu wyobrażeniach szkockiéj dwocyi, głównie zajmowały się modlitwą, a religia zapełniała całe ich życie. Matka Stefana Mac-Nab, ich ciotka, u któréj mieszkały, była jak i one szkotką, jak i one pobożną. Do domu jéj uczęszczało tylko kilka litościwych mistress, bardzo mało mówiących i szanowny John Butler, który do obu sióstr miał ojcowskie przywiązanie.
Co do Stefana, był to dzielny młodzieniec, który po ukończeniu pięcioletniego kursu medycyny, praktykował w Londynie, oczekując aż kollegium królewskie raczy go przyjąć do liczby swych uczonych członków. Sądził że zna życie dokładnie; grał nieźle w wista, nosił zgrabnie eleganckie suknie i, jak na poczynającego doktora, nie był wcale pedantem. Kochał bardzo obie kuzynki, to jest: dla Klary czuł miłość lub cóś bardzo podobnego, dla Anny przyjaźń; ale obu tych uczuć nie umiał w sobie tak dalece odróżnić, iżby mógł zdać sobie z nich sprawę w sposób stanowczy.
Cokolwiek bądź, w niedzielę, o któréj mówimy, mistress Mac-Nab była cierpiącą, Stefan więc musiał pełnić obowiązki ochmistrzyni. — Rzeźko idąc po chodniku Cheapside, dumnym był z tak miłych towarzyszek. Klara szła milcząca i zamyślona, uśmiéchała się niekiedy machinalnie, albo przez grzeczność, słuchając żartów swego kuzyna. Anna wytężała cały swój organ słuchu i nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek widziała równie dowcipnego jak Stefan człowieka.
W miarę jak się zbliżali do kościoła, Stefan tracił wesołość. Pięcioletni pobyt w uniwersytecie znacznie osłabił w nim zapał do pobożności, który niegdyś także przywiózł był z sobą ze Szkocyi. Zawsze on był dobrym chrześcijaninem, ale kazanie, a po nim psalmy zdawały mu się miernie pociągającą perspektywą,.
— Kochane moje kuzynki, rzekł nagle, wchodząc z Fleet-Street do Inner-Temple, jestem szkaradnie roztrzepany!
— Dla czego? zapytała Anna.
Klara nie słyszała.
— Bo zapomniałem o moim bardzo ważnym kliencie.
Stefan wymówił ten wyraz z niejaką dumą. Klient ten był bowiem piérwszym jego klientem.
— Pójdziesz do niego jutro, rzekła Anna.
— Jutro?... już może będzie zapóźno!
Klara spojrzała na Stefana, uśmiechnęła się i kiwnęła głową. — Mniemała, że jéj kuzyn powiedział cóś dowcipnego.
— To wyborne, rzekła.
Stefan rzucił na nią pełne zadziwienia spojrzenie.
— Cóż wtém znajdujesz tak wybornego, Klaro? zawołała Anna; Stefan powiada, że ma ważny interes do kogóś... zostaniemy więc sanme.
— Nic nie szkodzi... Kuzyn wróci po nas.
— Bezwątpienia! spiesznie odpowiedział Stefan, wrócę za kilka chwil.
Przybyli do drzwi kościoła, Anna nieco zachmurzona puściła ramię kuzyna i weszła; Klara udała się za nią, Stefan został na miejscu.
— Klara ma szczególne roztargnienia, pomyślał; i znajduję, że czyni bardzo łatwo ofiarę z wysokiéj mojéj protekcyi... Gdybym wszedł?
Chociażby czytelnik miał zbyt nawet niekorzystnie uprzedzić się względem Stefana Mac-Nab, który wtém opowiadaniu grać będzie znakomitą rolę, wyznać musimy, że nie miał on żadnego interessu i nigdzie iść nie potrzebował. Roztargnienie Klary dało mu do myślenia. Z kolei zatém i on przestąpił próg kościoła, a ukryty za kolumnami, mógł niepostrzeżony szpiegować dowolnie swoje siostry. Nienajlepiéj uczynił, ale słychać było cóś o małżeństwie Stefana Mac-Nab, z którąkolwiek kuzynką według jego wyboru; Stefan więc miał niejakie prawo zająć stanowisko dostrzegacza.
Temple-Church napełniony był ludem przez cały dzień. W obecnéj godzinie znajdowała się w kościele tylko mała trzódka szanownego John Butler, którą prawie zupełnie składały kobiéty.
Stefan zrazu nic nic dostrzegł. Obie młode dziewice, klęcząc w pośród szczupłego szeregu kobiét, pogrążone były w modlitwie. Szanowny John Butler, stał w małéj kazalnicy i odmawiał psalm, który zgromadzeni chórem za nim powtarzali. Gdy skończył, nastąpiło długie milczenie, w ciągu którego każdy dokończał modlitwy w pokorze ducha. Potém wszyscy powstali.
Wówczas dopiero Stefan mógł spotkać twarze obu sióstr. Anna, nim usiadła dla słuchania słowa bożego, rzuciła parę przychylnych spojrzeń na swe towarzyszki. Klara nie poszła wcale za jéj przykładem, ale zwróciła obojętne i roztargnione spojrzenie na kolumnę, o którą opierał się Stefan. W tejże saméj chwili, mocno zadrżała, głowa jéj pochyliła się, a nagła bladość spędziła całą żywość kolorów z jéj twarzy.
— O jakżem niezręczny! rzekł do siebie Stefan, poznała mię.
I wiedziony instyktem skrył się za kolumnę. Po upływie kilku chwil znowu ostrożnie wyjrzał.
Klara zostawała w tém samem położeniu. Mimo że duchowny odmówił już początek swego kazania, nie usiadła. Jakaś tajemnicza siła zdawała się odejmować władzę wszystkim jéj członkom, a przenikające jéj i pełne ognia spojrzenie ciągle padało na kolumnę.
— Dziwna rzecz! pomyślał Stefan; nigdym nie widział u niéj takiego spojrzenia.
Kiedy znowu po-dwakroć wyjrzał, zadał sobie pytanie, które komu innemu może byłoby od razu na myśl przyszło:
— Czy też to w istocie na mnie ona tak patrzy?
Dla zapewnienia się o tém, nagle obszedł kolumnę i spotkał się twarz w twarz z człowiekiem, opartym podobnie jak on przed chwilą o kamień. Człowiek ten miał zamknięte oczy, a z ust znikał mu niepewny uśmiéch.
Stefan zadrżał i zbladł. Nagle spojrzał na Klarę, ale ta już się była obróciła i usiadła. Spojrzeniu zaś jego odpowiedziała Anna wdzięcznym rzutem oka, jakby mówiącym:
— Brawo! twój interes nie wiele ci zajął czasu.
Wówczas Stefan uczuł, że głęboki i prawdziwy smutek gniecie mu serce, smutek może najpiérwszy w życiu. Sumienie jego, ta książka, którą każdy w sobie nosi, a odczytuje tylko poniewolnie, otworzyła się i pokazała mu imię wyraźnym napisane charakterem. Od razu stracił on swą obojętną spokojność, pochodzącą z nieznajomości samego siebie. Klara, którą dotąd kochał w godzinach, że tak powiem wolnych, i kiedy nie miał nic lepszego do czynienia, okazała mu się jako cel życia jego, jako rzecz niezbędna do szczęścia. Znikło wszelkie wahanie się, ani jednéj myśli o Annie, ani najmniejszego nawet podejrzenia, aby Anna mogła kiedykolwiek przeważyć swą siostrę. — Kochał Klarę, wiedział o tém, nie pamiętał już o owym odległym czasie, którym była upłyniona dopiéro minuta, i od którego przedzielała go na zawsze przepaść, mówimy o czasie, w którym niepoznawał swéj namiętności. Czoło jego pałało; serce gwałtownie drgało mu w piersiach, a błędne oczy łzami się napełniały.
Przez kilka minut stał jakby zagłuszony tym ciosem. Silna jego i stanowcza natura usiłowała sama siebie przezwyciężyć, ale mu się nie udało. Podniósł pełne nienawiści oko na człowieka, którego sądził być swoim rywalem, i wypowiedział mu w głębi duszy walkę na śmierć.
Lecz człowiek ten ani myślał o tém. Oczy jego zawsze były zamknięte; na ustach pozostał zawsze jednaki uśmiéch.
Stefana cóś gwałtownie pociągało, aby dotknął jego ręki, wyprowadził z kościoła, wyzwał, i skończył z nim od jednego razu, ależ jaki wynaleźć ku temu powód? Zresztą jakkolwiek Stefan był odważnym i przez ciąg pięcioletniego w szkołach pobytu miał kilka pojedynków, zawsze jednak odzywał się w nim Szkot. Szpada i pistolet zdawały mu się wątpliwémi i niepewnémi środkami w tak ważnéj sprawie. Należał on do rzędu ludzi przezornych i logicznych w swéj zemście, którzy chętnie biją się za krzywe na nich spojrzenie, ale którzy sądzą, ze dla naprawienia błędu ciężkiego, pojedynek nie jest dostateczném, a często szyderczém lekarstwem. Przytoczył więc sobie argument godny Oxfordzkiego Iicencyata: X*** obraża moją najdroższą stronę; wyzywam go; on mię zabija, będęż pomszczony?
To rozumowanie Stefana nabrało nowéj siły. Indiwiduum oparte o kolumnę, to w obecnéj chwili X powyższéj zagadki, zdawało się być wzorem giętkości i siły muszkularnéj. Był to, jak się przynajmniéj zdawało, trzydziestoletni mężczyzna, wyniosłych i arystokratycznych kształtów. Ubiór jego, odznaczający się doskonałą prostotą i zarazem wybornym gustem, podobnym był do ubioru zwolenników mody. — Twarz zaś przedstawiała znakomity typ męzkiéj i bystrym obdarzonéj umysłem piękności; wysokie, szerokie i bez zmarszczek czoło, przecinała w podłuż lekka szrama, prawie niedostrzegalna, kiedy fizjonomia jego była spokojna. Niedbale oparty o kolumnę zdawał się usypiać i we śnie ścigać radośne jakieś marzenie; a na twarzy jego odbijało się mnóstwo ulotnych, lecz przyjemnych wrażeń.
Stefan długo mu się z gniewem przypatrywał. Młody doktor wiedział że jest przystojnym, ale nic przyszło mu na myśl, że między nim, a tym pysznym nieznajomym można wyprowadzić równoległą liniją. Zazdrość malowała mu go doskonalszym jeszcze, niż był w rzeczy saméj. W oczach jego ten niedbały śpiący przybierał kształty nadzwyczajne, fatalne: był to jeden z tych pociągających ludzi, którzy pojawiają się w romansach umyślnie dla podbicia najniepokonańszéj cnoty.
Stefan nie mógł nawet nic zarzucić lekkiéj szramie, która mu przecinała czoło; nie widział jéj, chociaż część kościoła, w któréj się obaj znajdowali, jaśniała bardzo żywém światłem. W istocie szramę tę wtedy tylko dostrzedz można było, kiedy czoło zarumieniło się pod wrażeniem nagłéj jakiéj namiętności. A w téj chwili czoło marzącego było blade i gładkie, jak czoło dziecięcia.
W braku powodu, Stefan upatrzył cóś do jego oczu; wyobrażał sobie, że są czerwone, wywrócone, a potém uniesiony nadzieją, potarł ręce i zawołał:
— Może on zezowaty.
Ta dobroczynna myśl znacznie go uspokoiła, a że i kazanie już się skończyło, odszedł więc od pięknego marzyciela, aby mógł wygodniéj śledzie dalsze postępowanie Klary.
Zaledwie zajął nowe swoje stanowisko, a całe zgromadzenie powstało: dusza Stefana przeszła do jego oczu.
Klara, wstając znowu, rzuciła spojrzenie na sławną kolumnę, a spojrzenie to było tą razą długie, przenikające i pełne ognia; za podobne Stefan oddałby był pół roku życia. Chciał dostrzedz jak na nie odpowiedział marzyciel.
Rzecz dziwna! on marzył ciągle, wcale oczu nie otworzył; nic grał żadnej roli w téj scenie. Stefan uczuł się głęboko upokorzonym.
— On jéj nawet nie widzi! szemrał drżąc z wściekłości, to ona kocha, lecz nie on!... człowiek ten zwyciężył mię mimo wiedzy.
A więc nie było to bardzo trudną rzeczą. Domysł ten mocno ranił Stefana i wywołał pot zimny na czoło jego. — Zazdrościł teatralnym bohaterom, którzy zawsze mają puginały w kieszeniach, aby mogli odebrać sobie życie w razie potrzeby.
Tymczasem Klara mocno westchnęła i obróciła się do ołtarza. Duchowny zanucił psalm, a wkrótce świeże i czyste głosy zagłuszyły jego drżące pienie.
Marzyciel z zamiłowaniem wytężył słuch jak jaszczurka, nad głową któréj odbija się dźwięk fletu. Uśmiech jego mocniéj zajaśniał, a cała fizyonomia wyrażała zachwycenie. Stefan przypatrywał mu się z podziwieniem. W miarę jak się przedłużało śpiewanie, nieznajomy zdawał się uginać pod siłą wrażeń, zdawał się być łupem zachwycającego uniesienia.
— Dla naszych chorych! rzekł w téj chwili słodki głosik po za Stefanem.
Obrócił się i poznał Annę, która zbierała kwestę.
Zmartwiony Stefan mniemał, że ma prawo postępować jak szaleniec: włożył rękę do kieszeni i w przystępie nieopisanéj rozrzutności, cisnął z hałasem jednę po drugiéj koronę do worka kwestarki. Anna podziękowała mu wdzięcznym uśmiéchem.
Po tym romantycznym akcie wspaniałomyślności wyprostował się i głośno westchnął, a następnie rzucił tryumfujące spojrzenie na tajemniczego rywala swojego.
W tém przynajmniéj, pomyślał, przewyższę cię nienawistny człowieku!
— Dla naszych chorych! powtórzyła znowu Anna, zatrzymując się przed marzycielem.
Ten zadrżał i nieco otworzył oczy.
Na widok Anny cofnął się nieco i potarł czoło ręką, jakby się sądził igraszką jakiego złudzenia, a potem nieporuszony zagłębiał wzrok w młodéj dziewicy.
Anna zawstydzona i zapłoniona, chciała odejść, ale marzyciel zatrzymał ją pełnym wdzięku giestem, a wydobywszy z kieszeni przepyszny pugilares, wyjął bilet bankowy wartości dziesięciu liwrów i wręczył kwestarce z głębokim ukłonem.
Stefan konwulsyjnie zacisnął pięści i aż do krwi ugryzł się w usta.
Widział zdała wyraźnie wypisany na bilecie gotyckiemi literami wyraz ten (dziesięć).
— Dziesięć funtów!... a ja dziesięć szyjlingów, mruknął.
Nieznajomy dosyć długo ścigał Annę wzrokiem, podczas gdy daléj zbierała kwestę. Kiedy zginęła w tłumie, wyprostował znagła swe bogate kształty i spojrzał wkoło siebie. To spojrzenie padło obojętnie na Stefana.
— Nie zezowaty! pomyślał Stefan z boleścią.
A potém nagłą uderzony myślą, dodał:
— Lecz gdzież u licha widziałem tę figurę?
Napróżno szukał w swojéj pamięci, i wkrótce wyznać musiał, ze czcze podobieństwo w błąd go zapewne wprowadziło.
Nieznajomy w rzeczy saméj nie był zezowaty, owszém daleko było do tego. Wielkie ciemnoniebieskie oczy podwajały wdzięki jego fizyonomii. Spojrzenie jego było nakazujące i pełne myśli; jednocześnie sucha i bez połysku emalia, okalająca źrenicę jego, przekonywała, że powiemy z Lawaterem, o rozsądnéj i nieograniczonéj zmysłowości.
Od-dawna już noc zapadła. Część kościoła, w któréj znajdowały się kongreganistki mocno była oświetloną, podczas gdy nawa i ściany ginęły w zupełnej ciemności. Piękny nieznajomy, gdy przerwano jego marzenie, opuścił kolumnę, o którą się opierał, i zwolna przeszedł na bok kościoła.
W jednéj z nim chwili poruszył się z swego miejsca źle odziany i podejrzanej miny człowiek, który otworzył wielkie oczy na widok biletu bankowego danego kwestarce. — Ten człowiek zamiast iść za naszym marzycielem, udał się w stronę przeciwną, w sposób że przechadzając się w około, obaj musieli się spotkać w środku nawy, to jest w miejscu najciemniejszém i najsamotniejszém.
Postrzegł to Stefan, i nagła myśl przyszła mu do głowy. Dosyć już dawno bawił w Londynie; wiedział zatém dobrze, że cywilizacya nasza jest już tak dalece naprzód posunięta, iż najpospolitszy złoczyńca igraszkę sobie robi z świętokradztwa. — Przeczuwał więc, że usiłowano będzie jakieś morderstwo. Morderstwo to, w razie gdyby podejrzenia te były uzasadnione, dziwnie byłoby posłużyło jego interessowi; ale Stefan, jakkolwiek nie bohater romansu, był jednak człowiekiem wykształconym i pełnym honoru. Odpychając więc od siebie samolubne uczucie, które go zrazu uradowało, opuścił także swoje stanowisko i ukrył się w cieniu, zamierzając w razie potrzeby nieść pomoc nieznajomemu.
Ten szedł powoli. Zatrzymywał się niekiedy, wracał, i znowu daléj się posuwał; właśnie jak lubownik muzyki, który ukryty i zagłębiony wdali, szuka najdogodniejszego miejsca dla przysłuchiwania się świętym pieniom psalmów.
Stefan długo za nim postępował, ale w nawie tak głęboka panowała ciemność, że o dziesięć kroków przedmioty zupełnie z przed oczów znikały. Podczas jednego z tych kapryśnych zwrotów, które czynił nasz marzyciel, Stefan zgubił go zupełnie i, mimo wszelkich starań, nie mógł dostrzedz na-nowo. — Wówczas Stefan pobiegł w przeciwną stronę kościoła, aby mógł przytrzymać nędznika, któremu przypisywał świętokradzkie zamiary; lecz nigdzie go nie napotkał.
Znajdował się więc w szczególnym kłopocie; bo miałże dla prostego tylko podejrzenia, które zrazu mogłoby się wydać każdemu niedorzecznem, przerwać religijny obrzęd i kazać oświetlić nawę? Miał-że czekać na krzyk lub jęki, któreby mu wskazały miejsce, gdzie ma nieść pomoc? Piérwszy środek był zapewne najpewniejszy i najlepszy; ale Stefan nie śmiał go użyć. Czekał, dręczony rodzajem jakiejś gorączkowéj niespokojności, i jakby słyszał czasami chrapowaty i omdlewający głos człowieka, któremu śmiertelny cios zadano.
Święta i harmonijna muzyka psalmów ciągle się rozlegała po sklepieniu.
Szczególny i zarazem straszny istniał w téj chwili kontrast pomiędzy melodyjnemi odgłosami chóru, a grobową ciszą nawy; między blaskiem piérwszego i głęboką nocą drugiéj; zwłaszcza gdy się kto spodziewał, że w pośród téj ciemności, za lada chwilę, mogło się dać słyszeć westchnienie konającego.
Nasz piękny marzyciel, niewiedząc tymczasem o urojoném może niebezpieczeństwie i przychylności, któréj był przedmiotem, daléj w zachwyceniu odbywał swoją przechadzkę. — Przyszedł właśnie do tego miejsca nawy, które pokrywają gęste sploty pierścieni sklepienia. — Te to sploty głusząc szelest jego kroków, zatraciły ślad jego przed Stefanem. W tém miejscu, nuty religijnego śpiewu odbijając się o podwójny szereg kolumn chóru i głównego ołtarza, dochodziły do niego obumarłe i napiętnowane melancholią. Ołtarz jaśniał wprost niego, krucifix z białego marmuru zdawał się promienie bożkiem światłem. Serce naszego nieznajomego zupełnie oddane było całej tej poezyi. Przywoływał on na pamięć dnie swéj chrześcijańskiéj młodości. W szczęśliwém uniesieniu doznawał spoczynku po trudach życia zbyt może czynnego, lub zbyt grzesznego. Był on bowiem tak usposobiony, że chociaż zupełnie oddał się rozkoszy, mógł jednak na chwilę stać się chrześcijaninem. Pełen wrażeń, umiejący znaleźć radość w każdéj rzeczy i w każdém zdarzeniu, zdolny zarówno do dobrego i złego; wspaniałomyślnego charakteru, otwartéj i pełnéj uniesień natury, ale samolub za lada zdarzeniem; obok tego oziębły, wyrachowany i zdolny sprzedać świat cały za kwandrans uciechy. A energii, któréj inni używają dla zbliżenia się do pewnego, jedynego i oddawna pożądanego celu, on używał dla chwilowego nasycenia się przemijającą rozkoszą, dla funtazyi, dla zadowolenia kaprysu, który rodząc nowe pragnienie sprowadzał nakoniec znużenie. Mimo takiego życia, serce jego zachowało dziewicze czucie. Miłość pochłaniał on małą miarką, jak znawca smakujący swoje wino; nienawiść, skoro przypadkiem nienawidził, była mu drogą; nie pragnął nigdy zwierzęcéj zemsty, która musi zostawiać po sobie rany w ciele, jakie zadaje ostrze puginału; bo był za nadto silnymi nie często znajdował sposobność do nienawiści: kto go znał, nie umiał mu się oprzeć i uchylał czoło przed żelazną jego wolą.
W dniu, o którym mowa, przyszedł mu kaprys marzyć i całém sercem oddać się radości. Około niego rozlewała się poezya: nasycał się więc nią jak krasomówca lub kobiéta autorka. Nazajutrz byłby się z odrazą uśmiechnął myśląc o wczorajszém szczęściu.
Kongreganistki zaintonowały ostatni psalm. Nasz marzyciel czując, że mają mu odjąć kubek od ust, nie chciał zostawić w nim ani jednéj kropli; rzucił się więc na ławkę dla lepszego przypatrzenia się i przysłuchania.
Gdy siadał, zdawało mu się, że usłyszał lekki szelest za sobą. Mimowolnie i obojętnie inne myśli przytłoczyły umysł naszego nieznajomego. Ogromna, ciemna i samotna nawa, przedstawiła mu się znagła w ponurym obrazie. Ostatnie dźwięki świętéj muzyki zdawały mu się zdolnemi zagłuszyć chrapanie konającego. W cieniu mogli się ukrywać złoczyńcy, i podczas gdy tam w pośród lamp i jarzącego światła zanoszono modły do Boga, szatan może czuwał tu w ciemności, i z uśmiéchem przewodniczył podstępnym krokom zbójcy.
Gdy więc cały był zajęty tą nową myślą, lżejszy, ale bliższy szelest obił się o uszy jego. Zdawało się, że jakieś ciało ociera się o mur. Nieznajomy siedział jak wryty; ale marzenia jego zniknęły, a umysł, przywołany niespodzianie do rzeczywistości, zimno rozważał jego położenie. Powoli, i nieznacznie któś pełzając, zbliża się ku niemu.
— Ten łotr skradł mi myśl moję, rzekł sam do siebie; on chce mię zamordować.
Jeszcze się nie ruszał i czekał. Po upływie kilku sekund, pełzające indywiduum, którém był nieprzyzwoicie odziany człowiek, nagle się podniosło i poskoczyło naprzód; ale nóż jego, jakkolwiek doskonale wymierzony, trafił w grzbiet ławki. Nieznajomy czém prędzéj usunął się, a zbójca chcący mu zadać nowy cios uczuł, że mu któś ściska pięść jakby kleszczami.
— Uf! jęknął boleśnie, mniemałem że jedna jest tylko na świeéie pieść taka jak moja!
Przybliżył swa twarz do nieznajomego. Oczy ich przyzwyczajone były do ciemności, obaj razem się poznali.
— Bob-Lanternh mruknął nasz piękny marzyciel.
— Łaski! wasza wielmożności! zawołał zbójca padając na kolana. Nie poznałem was.
Jego wielmożność puścił Bob-Lanterna, który natychmiast złożył ręce błagająco.
— Dobry mój panie, rzekł, łaskawy panie Edwardzie, w tych sukniach masz pan tak cienką figurkę jak panienka... Niepoznałem pana.
— Czy to powód do zabijania... w kościele?
— Głodny byłem, dobry mój panie... Pan nie często dajesz, a życie niezmiernie drogie w Londynie... żeby to było tak jak tam, w Szkocyi....
— Milcz! rzekł nakazująco pan Edward, — co robią twoi towarzysze?
— Nic osobliwego... życie jest niezmiernie drogie.
— Przyjdź jutro, zapłacę ci; ale na szatana ani się odważaj na drugi raz na podobnie niezgrabny cios, mości Bob.
Pan Edward udał się w tył chóru. Bob poszedł za nim, trzymając ręce w kieszeniach, i z miną psa, którego dopiéro co pan skarcił.
Po długim namyśle, Stefan połączył się z całém zgromadzeniem, które już zamierzało wychodzić z kościoła. Z niewypowiedzianym więc zadziwieniem ujrzał, że nieznajomemu towarzyszy nieprzyzwoicie odziany człowiek. Gdy przeszło niebezpieczeństwo, wszystkie myśli smutku i nienawiści znowu wzięły w nim górę, żałował prawie swojéj niespokojności.
Pan Edward nie zasługiwał już w téj chwili na epitet marzyciela, który mu tak często przypisywaliśmy. Postępował z wyniosłem czołem, jak człowiek wolny od wszelkiego roztargnienia. Na chwilę zatrzymał się przed kongreganistkami, a rzuciwszy rękawiczkę, którą dotknął był Bob-Lanterna, rozpoczął długą i trudną operacją wkładania drugiéj.
Bob podniósł tę rękawiczkę i schował do kieszeni. Był to nędzny połów, ale są ludzie, którzy nie lubią utracić nawet szpilki, a Bob-Lantern wolał raczéj szukać po cudzych kieszeniach jak nic nie znaleść.
Wkładając swoją rękawiczkę, pan Edward spostrzegł zachwycającą kwestarkę, która mu się objawiła gdy wychodził z marzenia; ale nie ujrzał wcale Klary, któréj spojrzenie nie opuszczało go ani na chwilę. Stefan przeciwnie widział tylko Klarę, a z zazdrości wszystka krew w nim wrzała.
Pan Edward nim wyszedł z kościoła włożył okulary.
— Niewątpliwie jest zachwycająca, mruknął i dał znak Bobowi aby się przybliżył.
Kiedy Bob stanął tuż przy nim, nachylił się i rzekł mu do ucha:
— Widzisz tę piękną dziewicę, tam, przy chórze?
— Widzę ich kilka.
— Najpiękniejszą.
— To według gustu.
— Tę właśnie co zamyka swą książkę od nabożeństwa.
— Kwestarkę?
— Tak... Pójdziesz za nią, dowiesz się co to za jedna i jutro zdasz mi z tego sprawę.
Bob-Lantern uczynił znak potwierdzający, a pan Edward włożywszy nakoniec rękawiczkę, wyszedł z kościoła. Przechodził tuż obok Stefana, ale nie uważał na nienawistne spojrzenia, które młody doktor rzucił na niego. Klara ścigała go wzrokiem aż do drzwi.
Zaledwie oddalił się, zaraz Stefan podbiegł ku Bob-Lanternowi.
— Nazwisko tego człowieka? rzekł.
— Jakiego człowieka? spytał Bob, zamiast udzielenia odpowiedzi.
— Człowieka, który dopiéro z tobą rozmawiał.
— To nie człowiek, rzekł Bob z przesadą, to pan.
— Jego nazwisko?
— Nie wiem.
Stefan włożył rękę do kieszeni i wydobył z niéj pieniądz, który wsunął w dłoń Bob-Lanterna.
— To co innego, odrzekł tenże ukrywszy złoty pieniądz w bezpieczném miejscu; chcesz wiedzieć jego nazwisko?
— Tak jest; spiesz się!
— Nie wiém.
A potém kłaniając się na znak podziękowania, dodał:
— Niech cię Bóg błogosławi! młody mój panie. I znikł.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.