Tajemnice Londynu/Tom I/Część pierwsza/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Derby d’Ascott i boksy Rudolfa, które są oryginalnie angielskie. — Będzie to zresztą niejako wywzajemnieniem się ze strony Waszéj Wysokości, która za nadto surowo skrytawała pana Sue. Naśladując jego tytuł, oddajesz pan hołd jego talentowi i powodzeniu. Do widzenia Sir Trolopp! za godzinę przyszlę panu pięćset gwineów.
I takim to sposobem wpadłem w sidła wydawcy. Teraz kiedym zganił formę i grunt książki powszechnie chwalonéj, czyż zdołam napisać lepszą? Zdaje mi się że to będzie trudno! Sprobuję, napiszę inną.



CZĘŚĆ PIERWSZA.



NOCNI DŻENTELMENOWIE.
(The Gentlemen of the night.)
I.
MGŁA.

Było to w listopadzie, w niedzielę, wieczorem; poczciwy kapitan Paddy O’Chrane siedział przed olbrzymią szklanką groku w głównym salonie szynkowni Pod Koroną.
Był to Irlandczyk na sześć stóp wysoki, a na sześć cali szeroki, ubrany w niebieski frak z czarnemi guzikami, w żółte spodnie spięte na sprzączki około grubych jedwabnych pończoch i w szerokie nieszuwaksowane trzewiki.
W drugiéj stronie głównego salonu (the parlour)[1] siedział pięćdziesięcioletni mężczyzna godnéj i spokojnej fizyonomii, ubrany przyzwoicie.
Nieruchome jego oczy świadczyły że nie widzi. Przychodził czasami do szynkowni, gdzie znano go pod nazwiskiem ślepego Tyrrela.
Mistress Burnett, władczyni miejscowa, której tronem był naturalnie kantor, kiedy niekiedy przysuwała się do kapitana Paddy aby mu powiedzieć wdzięczne słówko, bo bardzo widoczną było rzeczą, że był to zwyczajny gość tego domu.
Dziewczyna posługująca stała w pośród dwojga drzwi.
Dziewczyna ta byłaby próżnując zrobiła majątek, wczasach kiedy artyści byli książętami i za modele płacili wagą złota. Bo też cudownie była piękna. Nad jéj czołem, którego profil przypomniał ideał starożytnych obrazów, rozpromieniała się, ze tak powiemy, niezachwiana i spokojna godność. Długie jéj czarne włosy wypływając z pod czepeczka, w gęstych puklach spadały na wpół obnażone ramiona. Wspaniała postawa, łącząc z krzepkością wdzięk ujmujący, dodawała blasku pysznéj twarzy, podobnie jak szlachetny piedestał wyświeca całą wartość posągu.
W rysach jéj panował typ izraelski, a kolor brwi nie oznaczał bynajmniéj angielki.
Stała. Gardząc wszelkim punktem oparcia, nie schylała wcale pysznéj swéj kibici, któréj niewzruszone profile zdawały się być marmurowemu — Czarne jéj duże i otwarte oko było zamglone i bez odblasku, jak oko jasnowidzącéj. W muszkułach jéj twarzy nie było żadnego ruchu. Krzyżowe światło lamp obijało się o blade jéj czoło i ginęło w niem jakby w krysztale bez połysku.
Na nią to ślepy zwracał bez ustanku niewidome swe oko, posilając się tymczasem powoli ocukrowaném winem. Gdy nie pił, usta jego ruszały się. Zdawał się prowadzić jedne z tych poufałych rozmów, jaką ludzie pozbawieni wzroku częstokroć wiodą sami z sobą.
Do sali ogólnej (the tab) przybyło razem ze dwadzieścia indywiduów, swoim ubiorem w nieładzie bardzo podobnych do flisów z Tamizy; indywidua te stojąc piły małym kieliszkiem czysty arak (gin).
— Zuzanno! rzekł kapitan Paddy O’Chrane, zmięszaj mi, moje serce, za sześć pensów araku z zimną wodą, bez cukru.... Wpuść trochę cytryny, Zuziu!
Dziewczyna, któréj wydano ten rozkaz, nie słyszała go i nie ruszyła się.
Niech mię czarci porwą, ona niesłyszy! zamruczał kapitan; widzę, że będę musiał zawołać pani Burnett... Mistress-Burnett!
Udzielna władczyni szynkowni pod koroną weszła majestatycznie, lecz zarazem z niejaką względnością. Była bardzo czerwona, bardzo krótka, nosiła czépek, którego dno koronkowe miało pewno dwie angielskie stopy szerokości.
— Niech mię Bóg ciężko skarze, pani Burnett, mówił znowu kapitan, jeżelim nie wołał Zuzi.. ale żeby i Vanguard strzelił jéj nad uchem ze 48 funtówki, niech mię djabli porwą pani Burnett, ona stać będzie wryta jak pień.
— Zuzanno! wrzasnęła mistress Burnett głosem stentora.
Ślepemu nieznacznie zadrgały powieki. Dziewczyna nie ruszyła się.
— Patrz pani! dla Boga! rzekł kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, do wszystkich djabłów! że nieraczyłaby odpowiedzieć samemu nawet lordowi majorowi.
Gdy to mówił kapitan, mistress Burnett rzuciła się ku Zuzannie i mocno wstrząsnęła ręką.
— I cóż! niegodziwa, cóż to sobie myślisz! rzekła w gniewie.
Piękna dziewczyna cofnęła się w tył i cała zaczerwieniała. Królowa pozazdrościłaby jéj mimo chętnego giestu jakim odpowiedziała na grubijański zamach swéj pani. Było to poruszenie tak nagłéj wyniosłości, tak prawdziwéj godności, że pani szynkarka stanęła z otwartą gębą, niemogąc ani słowa przemówić.
Ślepy uśmiechnął się w téj chwili i potarł ręce, jakby mu przyszła nagle wesoła myśl do głowy.
Ale Zuzanna bardzo prędko przybrała zwykłą postawę ponuréj obojętności, zagasł blask pięknych jéj czarnych oczu. Mistress Burnett odzyskała odwagę.
— Dajże tu chléb nieszczęśliwéj! rzekła; przyjmij żebraczkę zupełnie nagą! zamiast wdzięczności, zniszczy ci zakład, zniechęci gości....
— Mistress Burnett, przerwał kapitan, do szatana! nie myślałem narobić tyle hałasu... Puść tam do licha tę biédaczkę!... a daj mi groku.
Szynkarka usłuchała, ale obrażona tonem niezwykłéj porywczości jaki z nią przybierał kapitan, chciała się za to pomścić i jak to zwykle robią pospolite kobiéty w każdym kraju, uderzyła Zuzannę pięścią w nos.
Piękna dziewczyna uśmiechnęła się pogardliwie. Ślepy łyknął od razu resztę ocukrowanego wina.
— Nie oddałbym mego wieczoru za sto liwrów, mruknął. Piąta godzina wybiła na zegarze w szynkowni. Osoby pijące w sali ogólnéj poruszyły się, coś poszeptały, a jeden z nieb, wielki chłopak postaci Herkulesa, wetknął głowę przezedrzwi do sali głównéj.
Kapitan wstał natychmiast.
— Dobrze Turnbull! dobrze łotrze! mruknął zapinając po wojskowemu swój ciasny niebieski frak. Zuzanno!... zobaczycie, że mię nie usłucha.... Mistress Burnett! wrócę dziś wieczór, kochana pani, albo djabli mię wezmą! Każ proszę przygotować groku...
Kapitan wziął laskę i wyszedł z szynkowni. Flisi już go poprzedzili. — Wszyscy razem udali się ku Lower-Thames-Street, jedynéj wielkiéj ulicy oddzielającéj ich od Tamizy. Szli małémi gruppami po trzech lub cztérech, udając pijanych, śpiéwając na zabój. Paddy postępował za nimi o dwadzieścia kroków w tyle.
Przechodząc przed bramą Custom-Housse[2], przy któréj stało kilku celników palących przemycane cygara, Paddy poniósł rękę do kapelusza.
— Wesołe łotry, panie Bittern, rzekł pokazując na lisów.
— Wesołe łajdaki, panie O’Chrane, odpowiedział celnik.
— Djabelska mgła, dodał Paddy.
— Piekielna panie! piekielna.
Paddy połączył się ze swoimi flisami na pustej uliczce wiodącéj ku Tamizie, w końcu Botolph-Lane. Przybyli w jak największéj cichości i przyszli do bardzo zniszczonych schodów. Kapitan rzucił w około siebie wzrok przenikliwy, a widać, że nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, bo dał znak i flisi bez hałasu zaczęli zstępować po schodach.
— Kto dziś na straży? spytał Paddy.
Dwaj ludzie wystąpili z szeregu.
— Saunie i Patrik? rzekł znowu kapitan; czuwajcież dobrze łotry... a wy daléj na łodzie!
Saunie i Patrik zostali na schodach, i owinąwszy się w ciężkie płaszcze, rozciągnęli nieruchomie na ziemi.
Inni flisi i kapitan Paddy O’Chrane zajęli w równéj liczbie trzy łodzie, czarne, wysmuklę, których pokłady mało co wystawały nad powierzchnią wody.
— Daléj do wioseł, rzekł po cichu Paddy dowodzący łodzią admiralską; płyń!
Trzy łodzie jak najciszéj odbiły od brzegu, omijając i torując sobie z wielką trudnością drogę między statkami wszelkiego rodzaju, które zalegały oba brzegi kanału Tamizy.
Gęsta mgła, prawie dotykalna i cała nasiąkła ciężkiemi waporami ziemnego węgla, pokrywała rzekę, jakby ogromny całun. Gdzie niegdzie tylko błyskały oddalone ognie, bo na okrętach stojących na kotwicy prawie już wszystkie pogaszono światła. Nie było nikogo, ani na czółnach, ani na szalupach. Czasami tylko zapomniana lampa dogorywała nad głową uśpionego strażnika.
Było to w niedzielę wieczorem. — Interesa spały. Po za opuszczonémi, lub strzeżonémi przez lunatyków okrętami, Southwark i City pokazywały swe przyćmione gazy i szkarłatne szyby swych szynkowni, z których w rzadkich i nieharmonijnych wybuchach dawały się słyszeć śpiéwy ponurego i ciężko opiłego pospólstwa Londynu.
Trzy łodzie admirała Paddy O’Chrahe dostały się nakoniec do środkowego kanału, i zaczynały wypływać na rzekę.
— Piękny czas, Tomciu, mój chłopcze, piękny, albo niech mię djabli porwą! rzekł kapitan przepływając pod arkadą New-London-Brigde.
— Piękny, kapitanie! odpowiedział barczysty Tom Turnbull, ale morze wkrótce stanie w mierze.
Wiatr będzie, skoro zacznie opadać, dodał jeden z wioślarzy, którego ogromna tusza zajmowała prawie całą szerokość łodzi; trzeba pośpieszać. Mgła nie utrzyma się.
— Śpieszmy się, gruby Charlie, śpieszmy, powiedział mały chłopak, młody, ale bardzo przebiegły łotr, zwany pięknem imieniem Ślimak[3] wszak musimy koniecznie dać o sobie wiadomość Jego Wielmożności; kieszenie nasze próżne, a życie ogromnie drogie, jak mówi pan Bob-Lantern.
— Cicho złodziejskie nasienie; cicho, mój najukochańszy synu, rzekł po ojcowsku kapitan. Im mniéj będziemy mówić o Jego Wielmożności tém lepiéj na tém wyjdziemy... Ale co się u djabła dzieje z tym obrzydłym szubienicznikiem, z tym kochanym chłopcem Bob-Lanternem?
— Ożenił się w Saint-Giles, odpowiedział Charlie... Nie tak łatwo można go teraz widzieć
— Ale! przerwał mały Ślimak, pan Bob dowcipniejszy od nas. — Pracuje na własny rachunek... Co niedziela wieczorem bywa po kościołach... a tam wiecie, że się udają nie złe połowy!...
— Sza, wisielcze ziarno! sza moje dziecię kochane! rzekł znowu kapitan; jesteśmy pod mostem Blakfriars, gdzie policjanci rosną na gołych deskach.... Zawadzisz, gruby słoniu!... zepchnij się na lewo, rozumiesz!
Charlie usłuchał. Łodź wypłynęła z gęstéj ciemności, która panowała pod arkadą i znowu pokazały się oba brzegi.
— Ho! ho! zawołał Tom Turnbull, trzy światła! Dużo będziemy mieli do roboty, i na dzisiejszy wieczór wcale niezawadzą nasze trzy łodzie.
Przez mgłę doskonale można było rozpoznać światło, o których mówił Toim Turnbull: jedno błyszczało między mostem a Whitefriars, drugie widać było od strony rzeki, pod Temple-Gardens, a trzecie nakoniec było w Southwark, z lewéj strony schodów Old-Barge-House. Wszystkie trzy rzucały zielone, silne promienie.
— Musimy się rozdzielić, rzekł kapitan. Zatrzymuję dla siebie tego starego szelmę Gruffa, najlepszego z moich wspólników, i przeklętą jego oberżę pod Królem Jerzym, którego niech Bóg błogosławi... Tobie Gibby oberża Białych Braci... a tobie Mitchell, Southwark i hotel Podwiązki.. a sprawiajcie się uczciwie nędzniki.
W skutek tego rozkazu jedna łodź popłynęła ku Southwark, druga przerzynając Tamizę w odwrotnym kierunku zmierzała do City. Łodź zaś kapitana płynęła w górę rzeki.
— Ani jednéj dziś nie widzę żółtéj latarni, rzekł Turnbull, śmieszna rzecz w czasie kiedy mieszkańcy stałego lądu bandami przybywają.
— Wielkie szczęście, albo niech wiszę, odpowiedział Paddy; nie lubię żółtych latarni.... Zdaje mi się zawsze, że słyszę ostatnie krzyki zarzynanego djabła.... Tak... to moja słabość, ale kiedy widzę żółtą latarnię, wieczorem nie piję groku, lecz old-jom[4], bo mi to dodaje serca... Siniejesz się Tomciu, szelmo bez kiszek.
— Jedna śmierć więcéj, jedna mniéj, wyrzekł obojętnie Turnbull, mała to różnica na ogóle.
— Głupstwo! dodał Ślimak śmiejąc się.
— A potem przerwał gruby Charlie, każdy żyć musi kapitanie. Gdyby trzéj nasi oberżyści nie trudnili się czasami rzemiosłem usypiaczy, cóżby robił Bishop i nasi poczciwi bracia rezurrekcyoniści?
— Ja, lubię żółtą latarnię! zakończył Ślimak znaczącym grymasem.
— W tak młodym wieku! mruknął Paddy, to kochane dziécię jest już najjadowitszym ze wszystkich mi znanych gadów...... Baczność Charlie!
Łodź samotnie teraz płynąca przebyła środek rzeki i wchodziła w labirynt statków, zalegających przystęp do brzegu. Charlie zręcznie wyrabiał wiosłem, Turnbull wziął za ster i łodź bez przeszkody stanęła poniżej Temple-Gardens.
Miejsce, w którém się zatrzymała, tworzyło piewien rodzaj małego portu, zakrytego wydatnością wysokiego domu zbudowanego częścią na palach, częścią na lądzie.
Na tym to domu była latarnia, rzucająca zielone promienie.
Paddy dotknął jednego z ogromnych słupów utrzymujących sklepienie, znalazł żelazny pręt zakończony kołkiem i zadzwonił.
W kilka chwil dało się słyszeć skrzypnięcie tuż po nad łodzią. Rzekłby kto, że otworzono drzwi na zardzewiałych zawiasach.
— Kto tam? wyrzekł głos roztropnie ostrożny.
Przyjaciel, dzielny mój towarzyszu, przyjaciel, szlachetny i przezacny Gruffie, odpowiedział kapitan; jakże się ma twoja szanowna połowica.
Paddy zamilkł nagle, bo paczka kołysząca się na sznurze, którego drugi koniec wisiał u sklepienia, wymierzyła mu potężny policzek.
— Dobrze Gruffie, szelmo nad szelmami, zaklął rozgniewany kapitan, obyś sam któréj mglistej nocy prześliznąć mógł przez te dziurę.
Tak klnąc Paddy żywo się usunął, a jego ludzie odwiązali paczkę, którą rzucili w głąb łodzi. — Sznur poszedł w górę.
— To czuć piżmem, rzekł Tom; niezawodnie to waliza jakiego dżentelmena...
Znowu zabujała się druga paczka i doznała tego losu co i piérwsza. Sznur poszedł w górę, aby się znowu spuścił, i tym sposobem umieszczono w łodzi pięć paczek.
Dobra noc! rzekł w ówczas głos przeraźliwy. Sznur zniknął; klapa się zamknęła.
— Płyń, Charlie, gruby mój łabędziu! zakomendorował kapitan. Mgła podobno chce pójść w górę... Dobra noc, Gruffie, stary sępie, nocny rzeźniku, nędzny zabójco, dobra noc! ale oto łodź z Whitefriars... IIop! hop!
— Sześć paczek, kapitanie.
— Dobrze!... płyńcie moje łotry! postrzegam łodź tego zbrodniarza Mitchel, naszego dobrego towarzysza... Hop! hop!
— Dwie małe paczki, kapitanie.
— Dwie małe paczki, powtórzył Paddy wzruszając niekontent ramionami.
Trzy łodzie zaczęły znowu wpływać na rzekę, — szybko pośpieszały i nagle znalazły się pod olbrzymiemi arkadami London-Bridge.
Mgła przerzedziła się skutkiem silnego wiatru, który powstał przy opadaniu morza. Postrzegano teraz wznoszący się zewsząd las wysmukłych masztów pochylonych w tył, powiązanych giętkiemi linami, a w wodzie zaczynały odbijać oddalone światełka gazu.
— Zły interess, rzekł Turnbull. Rewerbery mostowe zupełnie nas oświetlają. Muszą nas widziéć.
— Płyń Charlie, tłusty delfinie! zakomendorował kapitan. Jeszcze trochę poruszaj wiosłem, a skryjemy się za te maszty kompanii... Jeżeli Bóg pozwoli przybijemy do dobrego portu, jeżeli zaś nie...
Paddy zastanowił się, westchnął ciężko i tak dalej mówił:
„Jak na kąpiel, moi kochani, woda musi być za zimna!
Łódź opuściła środek kanału, na którym ciemność już się rozjaśniała, i wpływała pod zasłonę trzech masztów. Charlie przestał robić wiosłem. Było to o sto sążni od schodów, przy których miało miejsce odbicie od lądu. Dwie inne łodzie przybyły i naśladując przykład pierwszej zatrzymały się.
— Miaucz, Ślimaku, niegodziwy kocie, rzekł kapitan.
W téj chwili z głębi łodzi dało się słyszeć miauczenie doskonale udane. W kilka sekund potém od strony brzegu odezwało się głuche szczekanie.
Przeklęstwo! mruknął Paddy; jesteśmy zabarykadowani!... Ale mimo to, ten djabeł Saunie szczeka tak dzielnie, że nic można poznać czy to on, czy jaki brytan zbłąkany na ulicy... Miaucz jeszcze malcze!
I po raz drugi dał się słyszeć krzyk kota. — Odpowiedziało mu powtórne szczekanie.
— Rzecz niezawodna! mruknął Turnbull, to Saunie... Łódź strażnicza jest między nami a schodami..
— Hultaje celniki! dodał Paddy, jak gdybyśmy co przemycali!... No, łotry! musimy zmienić kierunek i starać się przybić do lądu powyżej mostu... Szczęściem wiatr ustaje i mgła powraca... Pływaj, pływaj!...
Trzy łodzie razem ruszyły z miejsc; ale w chwili kiedy łódź Paddego wychodziła z cienia, czarna massa przepłynęła po przed trzema masztami kompanii.
— Ho! ho! zawołał głos rozkazujący.
— Zawróć Tomciu!... płyń, Charlie! rzekł cichutko kapitan.
Łódź odpowiedziała wyrachowanym usiłowaniom obu majtków i puściła się stroną brzegu; lecz w tém ciężka kotwica zahaczyła pokład i zatrzymała na chwilę jéj bieg.
— Przetnijcie mi to na dwoje do wszystkich piekieł! zawołał kapitan.
Tom silnie huknął toporem.
— To łańcuch! mruknął zmartwiony.
— Ho! ho! powtórzono w téj chwili. — Żadnej odpowiedzi.
Łańcuch utrzymujący kotwicę wyprężył się i łódź gwałtownie pociągniętą została ku czarnéj massie, którą był statek strażniczy.
Kapitan nacisnął kapelusz i chwycił za laskę.
— Baczność! rzekł. Do djabta wcale dziś nie miałem ochoty kąpać się... Usuń się Charlie, ciężysz na klapie... Otwórz Tomciu... i ratuj się kto może!
Nastąpiła scena teatralna.
Dno łodzi nagle się otworzyło; ludzie i paczki wpadli w wodę. Kotwica komory przyciągnęła pusty tylko i dziurawy statek.
Dwie drugie łodzie, korzystając z zamięszania, dostały się do miejsca wylądowania, w chwili kiedy właśnie przybył tam cały ekwipaż łodzi admiralskiéj.
— Zimna woda, rzekł kapitan stanąwszy pa schodach, zimna, albo niech mię djabli porwą!
Nie zgubił: ani laski, ani kapelusza.
Ślimak skurczył się, jak zmokły pudel, zamiauczał i wsunął się pod płaszcz Sauniego, który zaszczekał.
Inni wzięli paczki na barki i ruszyli ciemnemi uliczkami, unikając tą razą przejścia koło komory.
Poczciwy kapitan Paddy O’Chrane, poszedł spokojnie do domu przebrać się w inny frak niebieski i żółte spodnie; poczém udał się do szynkowni pod koroną.
W chwili kiedy wchodził do głównego salonu, znowu gwałtowna scena miała miejsce między mistress Burnett a służącą Zuzanną, która za głośne i złośliwe demonstracje swéj pani odpłacała spokojnością, podobną do pogardy i odrętwiałości. Mistress Burnett nie słynęła nigdy z cierpliwości, w uniesieniu podniosła rękę i grubijunsko spuściła ją na blady policzek Zuzanny.
— Do djabła! pomyślał Paddy, będę zapewne musiał czekać na grok!
Ślepy nie ruszył się z miejsca podczas naszéj wodnéj wycieczki i kazał sobie podać drugi kubek słodzonego wina. — Usłyszał zapewne odgłos danego policzka, bo wstał nagle, wyciągnął szyję, a twarz jego, zwykle bez wyrazu, malowała ciekawość posuniętą aż do namiętności.
— To herod baba, pomyślał, ale jaka silna!
Zuzanna doznała strasznego wstrząśnienia. — Ciemny ogień zabłysł w głębi jéj oka. Silna natura oburzyła się na taką zniewagę, zdawało się, że skoczy i odda raz wymierzony; całe jéj gibkie, muszkularne ciało skupiło się nagle jak wspaniały tułów młodego i składnego rysia, mającego się rzucić na swą zdobycz.
— Ho! ho! pomyślał sobie kapitan, stawię szylling przeciw sześciu pensom, ze moja godna przyjaciółka dostanie za swoje... mojém zdaniem nie byłoby to nic złego.
Mistress Burnett to samo pomyślała, bo z twarzy jéj zniknął karminowy kolor, drżała.
Ale piękna dziewczyna, wstrzymując swe uniesienie, założyła z powagą ręce na piersiach.
Ślepy westchnął, jakby mu ciężar jaki spadł z serca.
Zuzanna nie mówiąc ani słowa, powoli przesunęła się przez kantar i wyszła z szynkowni.
Tyrrell rzucił pieniądz na stół, zapomniał zażądać reszty i wyniósł się macając po sprzętach i ścianach.
— No! powiedział Paddy, udało się mojéj zacnéj przyjaciółce!... Co do Zuzi, dzięki temu djabłu Tyrrellowi, będzie miała gdzie przespać się dzisiaj... Chyba, że gdzie kark skręci.
Tyrrel wyszedłszy na ganek, usłyszał lekkie stąpanie w kierunku Thaines-Strect. Natychmiast ruszył dalej.
Krok Zuzanny był pewny i obijał się o ziemię w regularnych tętnach. Nie śpieszyła się wcale. Przy wątpliwém świetle rewerberów, piękność jéj kształtów dochodziła prawie fantastycznéj doskonałości. Tyrrel bez wahania szedł za nią, jakby tajemniczy instykt rozjaśniał głęboką noc otaczającą go. Już nie macał.
Wyszedłszy z Lower-Thames-Street, Zuzanna udała się tą samą co i majtkowie drogą na wązką uliczkę, wiodącą do rzeki.
Tyrrel pobiegł i dogonił ją.
— Dokąd idziesz, moje dziécię? zapytał troskliwie.
— Do Tamizy! odpowiedziała Zuzanna nie zatrzymując się, ani też bardziej pospieszając.
Piérwsze to dopiero słowo usłyszał od niéj Tyrrel. Głos jéj słodki i poważny odpowiadał wyrazowi twarzy. Była piękna, lecz ponura.
— Do Tamizy! powtórzył Tyrrel. Miałaźbyś myśleć o śmierci.
— Tak jest, odpowiedziała Zuzanna.
— A to dla czego, moje dziécię? dla czego?
— Bo nie mam ani nadziei na przyszłość, ani schronienia na teraz.
— Dam ci schronienie Zuzanno, i wrócę ci spokojność.
Zuzanna szła daléj.
— Bardzo często i wielu już mi to samo obiecywało, rzekła; chcieli mię kupić... I pan zapewne ten sam masz zamiar... nie jestem do sprzedania.
— Niech Bóg broni! Zuzanno.
— Kocham kogóś, mówiła znowu; i dla tego nie mogę sprzedać się.
Tyrrel zdziwiony, cofnął się.
— Tylko dla tego? zapytał.
— Tak, odpowiedziała dziewczyna znudzona.
Już tylko miała kilka kroków do Tamizy, ale Tyrrel ujął ją za rękę i rzekł ze szczególném wzruszeniem ciekawości.
— Nie wstydziłabyś się więc sprzedać Zuzanno?
— Wstydzić się, rzekła; nie!
— Cóż cię tedy nauczyła twoja matka? zawołał zdumiony Tyrrel.
— Nic... Jestem córką kobiéty, która uciekła od mojéj kolebki, i żyda, którego powieszono w Tyburn, bo był złodziejem.
Zuzanna wymówiła te ostatnie wyrazy głosem zwyczajnym, bez przycisku.
— Nic więc nie umiesz? zaczął znowu Tyrrel?
— Nic, odpowiedziała; umiem żyć.
Potém, nagle się ożywiając, dodała dźwięcznym głosem:
— Mój ojciec był bardzo bogaty nim go powieszono!... Nauczyłam się stroić, śpiewać, tańczyć, mówić językami stałego lądu.
— Doprawdy? Zuzanno; i ty nie kłamiesz? przerwał Tyrrel.
— Chcę umrzeć, odpowiedziała zimno dziewczyna.
Błędne światełko lampy zapalonéj w sąsiednim domu odbiło się na twarzach obu aktorów téj sceny. Piękne rysy Zuzanny przybrały znowu swą ponurą niewzruszoność; oko Tyrrela przeciwnie jaśniało dziwnym blaskiem.
— A gdyby ci wrócono życie, jakie wiodłaś u twego ojca? zapytał.
— Moje życie! szepnęła piękna dziewczyna, moje dawne życie.
— Wrócę ci je, powiadam.
Zuzanna zdawała się wahać przez chwilę, ale po tém nagłém poruszeniu, wyrwawszy się z rąk Tyrrela, skoczyła ku rzece, mówiąc:
— Już ich było tylu co mi to obiecywali!... Nie... moje serce i moje ciało do niego należą!
— Ależ moje dziécię, ja nie chcę twego serca, ani twego ciała, zawołał Tyrrel; ja jestem ślepy!
Te słowa obiły się o uszy Zuzanny, w chwili kiedy już bujała się nad powierzchnią wody. Rzuciła się w tył.
— Ani mojego serca, ani ciała! powtórzyła: ślepyś!... a więc czegóż chcesz?
— Chcę twojéj woli.
Zuzanna pochyliła na łono swą piękną głowę.
— Jednego dnia, powiedziała cicho, padłam umierająca z głodu i trudu na progu domu kobiéty, która mię dopiero biła... W zamian mojéj wolności dała mi chléb, tylko chléb!... Jeszcze więc raz mogę być służącą.
— Przyjmujesz? zapytał Tyrrel.
— Cóż mani czynić?...
Tyrrel wyjął z kieszeni dobrze naładowany worek i włożył go w rękę Zuzanny.
— Czekać, odpowiedział... Słuchaj bacznie co ci powiem. Kupuję cię, nie dla mnie, co jestem słaby, ale dla towarzystwa które jest straszne i silne... Znam cię lepiéj niż ty znasz siebie sama, i wiém co możesz... Ani słowa o naszém spotkaniu!... wierność, posłuszeństwo, cierpliwość, oto twoje obowiązki... Dziś skryj się gdzie chcesz... Jutro o południu zasztukaj do drzwi wskazanych tym adresem (i podał jéj kartkę): otworzą ci, wejdziesz i będziesz rozkazywać, bo dom ten będzie twoim... Zegnam cię Zuzanno! Obaczymy się!




Przypisy

  1. Szynkownia może się składać z więcéj, ale nie mniéj jak trzech izb: the parlour, dla klassy wyższéj, the bar, kantor; i the tab, sala dla pospólstwa.
  2. Komora wychodząca z tyłu na ulicę Lower-Thames-Street.
  3. Snail.
  4. Grok lepszego gatunku, prędzéj upajający.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.